Nie ma się czego bać

Wyobraź sobie, że wchodzisz na wielką górę i cel jest nieosiągalny. Niedostępny. Myślisz tylko o nim. Robisz wszystko, co jest w Twojej mocy. Przeżywasz.
W pewnym momencie trzeba odpuścić i powiedzieć sobie: „Zrobiłam wszystko. Zrobiłam najlepiej jak umiałam. Reszta nie zależy ode mnie”.
A potem, kiedy już jesteś na szczycie, ta góra wydaje się banalna i już nawet się o niej nie myśli.

***

Był luty 2007 roku, a ja pisałam pracę magisterską. Po bolesnych perypetiach miałam nowe współlokatorki i chłopaka z dalekiego miasta, z którym mi trudno było się porozumieć. To wszystko mnie martwiło i przestraszało. Niepotrzebnie.

Nowe lokatorki okazały się lepsze niż mogłam sobie wyobrazić, a chłopak już dawno jest tylko mglistym wspomnieniem. Obrony pracy magisterskiej też prawie w ogóle nie pamiętam. Zacierają się w pamięci również wszystkie egzaminy, które powodowały stres, głupawkę i ból brzucha; poprawki, konflikty, przeprowadzki, niedogadania, nawet kontakt z pewnym przestępcą, ciąganie po komisariatach i sądach uczelnianych. To też się zapomina. Kto pamięta stres przed maturą? Z perspektywy czasu matura wydaje się czymś banalnym. Wtedy była górą nie do zdobycia.

***

Kiedyś było dla mnie wyzwaniem – pojechać do obcego miasta i zapytać kogoś o drogę. Kiedyś było wyzwaniem – wystąpić publicznie, skupić czyjąś uwagę (o, nie, oni na mnie patrzą!). Kiedyś było wyzwaniem pójść do banku czy urzędu i uzyskać to, po co przyszłam. Kiedyś było wyzwaniem zadzwonić (nadal tego nie lubię) i załatwić jakąś sprawę.

To, co będzie i to, co było – wyolbrzymiamy to pierwsze, nie doceniamy tego drugiego.
Może to kwestia mojej słabej pamięci, a może to po prostu życie. Przeżywasz coś, a życie toczy się dalej. I Ty razem z nim.

Najpierw się czymś martwisz, a potem o tym zapominasz. Warto o tym pamiętać, kiedy coś wydaje nam się niewyobrażalnie straszne. Tu i teraz może jest straszne, ale za kilka lat będzie tylko jednym z wielu wspomnień.

Lek na lęk

Kilkanaście lat temu (!) stałam na metaforycznym progu tak zwanej dorosłości i pamiętam, że czułam się tak, jakbym stała w progu pokoju pełnego różnych ciekawych rzeczy i bała się wejść. Przez lata słyszałam głównie komunikaty: „Nie rób, nie ryzykuj, nie zmieniaj, bo popsujesz. Dobrze jest tak, jak jest. Zawsze może być gorzej”. Pewnie dlatego zakodowałam sobie tę (zbyt) daleko idącą ostrożność.

***

Moje ciało przygotowało dla mnie cały wachlarz reakcji na strach i lęk.
Jakie to reakcje? Ooo, całkiem różne.
Najbardziej wstydliwą reakcją jest śmiech, kiedy wszystkim dookoła nie jest do śmiechu.
Bo ból brzucha, trzęsące ręce, łamanie się głosu – te objawy znamy chyba wszyscy.
Albo bezsenność, a potem niepokojące sny.
Brak apetytu.
Zapominanie, że trzeba oddychać – taki płytki oddech, taki ledwo, ledwo. Minimalistyczna respiracja.
Drganie jednej powieki. Czasem była to – co ciekawe – powieka dolna.

***

Ale jak wiadomo, życie składa się w wielu wyzwań, łatwiejszych i trudniejszych, a każde wyzwanie nas czegoś uczy i oswaja z nieznanym. Potem to oswojone nieznane jest już zupełnie niestraszne i nie powoduje żadnego bólu ani żadnych nerwów. Więc warto się z tym zmierzyć i uczyć swoje ciało: „Widzisz, wcale nie było tak źle”.
Zgodnie z hasłem „Bój się i rób” oswajam te lęki.
Bałam się, wisząc na ściance w połowie drogi na szczyt, więc oddychałam głęboko parę razy i szłam dalej. Niby ten oddech to taki banał, ale naprawdę pomaga.
Bałam się też pływania, ale to już za mną i teraz ledwo pamiętam ten strach.
Podczas publicznego śpiewania – boję się tylko do pierwszego potknięcia. Potem odpuszczam i jakoś leci. Czekam na pierwsze załamanie głosu czy fałsz. Potem już jest dobrze.

***

Najbardziej jestem zdziwiona, kiedy jakaś silna i odważna osoba mówi mi, czego się boi i co ją paraliżuje. Wszyscy mamy jakieś strachy, blokady i paraliże. Czasem tylko trzeba znaleźć swój lek na lęk.

Pierwszy krok jak przez rzekę… o niepewności na ulicy

Dużo czasu zajęło mi opracowanie metody przechodzenia przez pasy, które nie mają sygnalizacji świetlnej.

Sądzę, że problem leży w charakterze.

To wieczne przepuszczanie wszystkich, nadmierna uprzejmość i to nieustanne myślenie, że nie chcę robić nikomu kłopotu – w tym przypadku są zdradliwe i denerwujące, a niepewność co do tego, kiedy postawić pierwszy krok – męczy nie tylko mnie, ale i kierowców. A kierowcy to – jak wiadomo – brać, która już w wersji standardowej jest wyposażona w lekkie podirytowanie z powodu samego wyjechania na ulicę i przymusu obcowania z innymi kierowcami ("burakami i idiotami").

Zawsze mam w sobie lęk związany z pierwszym krokiem. Nie jest to proste. Powiedziałabym, że wymaga znajomości elementów matematyki i fizyki na poziomie co najmniej średnio zaawansowanym. Trzeba oszacować odległość i prędkość samochodu – czy jest za daleko czy już za blisko, czy zwolni, czy przyspieszy. Ile sekund zajmie mu zbliżenie się do mnie. Czy mój krok to już wtargnięcie i wymuszenie, czy ślamazarne niezdecydowanie, które, jak mówię, jest równie denerwujące. Czasem stoję dość długo, bo nie mam odwagi zrobić kroku. Po jakimś czasie któryś kierowca z litości albo uprzejmości zatrzymuje się i macha mi ręką, że mogę przejść.

Najbardziej dla mnie kłopotliwa jest sytuacja, gdy ja stoję na pasach, żeby przepuścić "jeszcze tego ostatniego, a po nim sobie przejdę", a ten ostatni zbliża się i zatrzymuje. Ja stoję i przepuszczam, a on zbliża się i traci czas na zatrzymanie się. Równie dobrze mogłam przejść, gdy był daleko.

Wprawia mnie to w takie zakłopotanie i zażenowanie moją osobą, że nieraz szukam pasów z sygnalizacją świetlną, żeby tylko móc przejść w spokoju ducha i sumienia.

Ostatnio zauważam, że skutkuje podejście: "przechodzę, a ty mnie przepuść, bo jestem piesza na pasach". Dostrzegam, że taki nieprawdopodobny pokaz odwagi i zdecydowania ułatwiają sprawę również tej drugiej stronie, kierowcy. Oczywiście nie mylmy tu zdecydowanego przejścia z kamikadze rzucającym się pod samochód, który musi hamować z piskiem opon. Nie o to tu chodzi.

Kiedyś wydawało mi się, że zginę w wypadku samochodowym. W najbardziej melancholijno-depresyjnych chwilach mojego życia wyobrażałam sobie nawet ten moment, czasami stojąc na światłach w oczekiwaniu na zielone. W mojej najgrubszej i najpoważniejszej powieści, która jednakże nigdy nie zostanie wydana, jedna z bohaterek ginie w ten sposób, tragiczny i niespodziewany (ten spojler się nie liczy, tylko jedna osoba wie, o kogo chodzi, a już i tak zapewne nie pamięta).

Może to stąd ta niepewność. Z przeczucia, w które właściwie nie wierzę, ale zżyłam się z nim przez lata i trudno mi je wykorzenić. Albo może to kwestia nieśmiałości, trudności w podejmowaniu decyzji.

Niby taki zwykły krok. Każdy z nas w ciągu jednego dnia robi wiele takich, bez zastanawiania się i rozważania. To tak jak przejście przez rzekę albo zanurzenie w zimnym jeziorze. Trzeba po prostu wziąć głęboki oddech i wejść.