Kilka słów o (nie do końca zawinionej) porażce

Ten temat chodzi za mną od miesiąca. „To jest jakaś porażka!” – czasem tak się mówi, oswajając to słowo. Niestety, nikt nie lubi ponosić porażek, tym bardziej sromotnych (wstydliwych).
W naszym świecie nie ma miejsca na porażkę. Zwłaszcza, gdy się człowiek przykładał i robił wszystko jak należy. Bo tak nam mówią: wystarczy myśleć pozytywnie. Wystarczy chcieć. Wystarczy ciężko pracować, więcej niż inni, wstawać wcześniej, wystarczy się uprzeć. I się uda.
Czasem się nie udaje.

Czasem to niczyja wina, naprawdę. Ot, brak szczęścia. Ot, okoliczności niesprzyjające.

Ludzie, którzy odnieśli sukces, nieraz wyolbrzymiają swoją rolę w tym wszystkim, a umniejszają rolę farta, sprzyjających warunków, znajomości, ktoś komuś pomógł, podszepnął, ktoś spojrzał łaskawym okiem. Ludzie średnio utalentowani błyszczą, a geniusze nikną w cieniu, nikt o nich nie słyszy, nie mogą się przebić. Ludzie pracowici zostają w tyle, a sprytni osiągają wszystko mniejszym kosztem. Żadna to sprawiedliwość.

***

Szkoda mi uczniów, którzy uczyli się w pandemii, a uzyskali na egzaminie wyniki niższe niż się spodziewali. Szkoda mi, bo może to moja wina, może to stres, może coś zawiodło po drodze, a ja jeszcze nie odkryłam, co. Od lat słyszeli, że mają ciężko pracować, a przyjdzie sukces. Ciężko pracowali. Sukces nie przyszedł. Jak to wytłumaczyć?
Szkoda mi, że mam problem z wydaniem drugiej książki. Teoretycznie powinno pójść łatwiej, bo mam za sobą debiut, ale w praktyce okazuje się, że jest trudniej i tym bardziej, mocniej trzeba walczyć, zwłaszcza jeśli się wierzy, że ta książka nie jest zła i że jednak jest warta wydania. Tymczasem dostaję jedna po drugiej, jedna po drugiej – odpowiedzi odmowne. Czasem z druzgoczącą recenzją. Czasem z życzeniami powodzenia (tak, ono by się tu przydało).
Szkoda mi znajomych, którzy chcieliby wrócić do pracy w radiu, wygrać konkurs fotograficzny, osiągnąć to, co jest ich celem, a jakoś im nie wychodzi. Nie wiadomo, czyja to wina.

***

Niezawiniona porażka. Taką przyjąć i wytłumaczyć najtrudniej.

***

Oglądałam niedawno serial, w którym mimo ciężkiej pracy i wieloletniego wysiłku, ambicji, talentu życie bohaterki nie układa się tak, jak sobie wymyśliła. Nie, nie jest lepsze. Jest ciągłym zmaganiem. Momenty satysfakcji i długie chwile frustracji, szukania, dobijania się, pukania do różnych drzwi. Więc widać, jakie to są proporcje.
Ta bohaterka jest mi bardzo bliska. Świat nam mówi, że wszyscy dookoła osiągają sukces, a ja chcę widzieć, że nie wszyscy, nie zawsze. Że każdy się zmaga. Nie widzę tego, naprawdę. Mam wrażenie, że otaczają mnie ludzie spełnieni. Jakoś tak głupio się przyznać, że coś nam w życiu nie wyszło.

Bywa, że pociesza mnie myśl: „Kulmowa też nie wygrywała konkursów literackich, a teraz jest w podręcznikach”. A bywa, że nic nie pociesza.

Tako rzeką internetowi mistrzowie

Korzystam z internetu codziennie. Czytam blogi, porady, śledzę na Facebooku, odbieram newslettery. Jestem na bieżąco – zwykle znam ludzi, którzy są znani w internecie, znam blogi z rankingów popularności. Czytam o minimalizmie, świadomym życiu, byciu w zgodzie ze sobą i spełnianiu marzeń.
Co radzą mi internetowi mistrzowie?

Piszą, by się nie spieszyć, by praktykować uważność i bycie tu i teraz. Czasem w autobusie bezmyślnie gapię się w okno. Podobno nie jest to złe. Jednakże trzeba przyznać, że chodzę szybko i każdy spacerowicz na mej drodze jest raczej powodem irytacji niż admiracji.

Piszą, by uczyć się mimochodem, w międzyczasie. Przy okazji gotowania czy zmywania naczyń słucham angielskich TED-exów, vlogów, podcastów. Podczas mycia zębów oglądam edukacyjne filmiki z napisami. Multitasking daje radę. Zawsze to coś.

Kobiety piszą, żeby rozsądnie kupować ubrania, czyli na przykład zastanowić się, czy dany zakup będzie pasował do co najmniej trzech innych ubrań. Cóż, robię to od dawna, a zasady tzw. capsule wardrobe znam od podstawówki, kiedy to rozrysowywałam sobie zestawy do noszenia.

Na stronach o zdrowiu czytam, że powinnam mieć swoją codzienną dawkę ruchu – a więc dużo chodzę, nie jeżdżę schodami ruchomymi, a windę rozważam dopiero od szóstego piętra wzwyż. Czytam o dbaniu o siebie, o body positive. Lubię siebie, dbam o swoje ciało, głównie dlatego, że jest moje. I to też zrozumiałam po internetowych poradach.

_DSC9299_DxO

(Zdjęcie zrobiła Zosia LS w ramach projektu kochaj.się, o którym dowiedziałam się z internetu)

Przed snem i po przebudzeniu się staram się myśleć o przyjemnych rzeczach. Stawiam sobie wyzwania, doceniam drobne sukcesy, otrzepuję kolana z porażek i idę dalej. Staram się rozwijać, pokonywać lęki, walczyć ze słabościami, wyznaczać sobie cele, dążyć do spełnienia marzeń.

To wszystko powiedzieli mi obcy ludzie z internetu, specjaliści do spraw szczęścia. Pewnie mają rację w wielu aspektach, ale nie o to mi chodzi. Otóż z pewnym wstydem uzmysłowiłam sobie, że jestem ich oddaną i pojętną uczennicą. Nawet nie wiem, czy ci mistrzowie sami żyją według swoich wskazówek i czy są z tym szczęśliwi. Czy współcześni apostołowie udanego życia są pewni tego, co głoszą, czy po prostu chcą zarobić, budować markę, coś zyskać, coś sprzedać? Autorzy treści o tym, jak poprawić, rozwinąć, jak pobudzić twórczość, jak żyć – wydają się być misjonarzami zmiany życia innych. Skąd mogę wiedzieć, czy oni sami umieją żyć?

Kiedyś uczeń widział mistrza, spędzał się z nim czas, obserwował. Dzisiaj jest po drugiej stronie ekranu, niby dostępny, a jednak obcy. Co on właściwie zrobił, by stać się moim mistrzem?

 

Głupio tak być szczęśliwym

Niedawno napisałam komuś, że ostatnio czuję się obłędnie szczęśliwa i momentalnie zrobiło mi się strasznie głupio. A potem zrobiło mi się głupio z powodu czucia się głupio. No bo jak to, naprawdę głupio być tak po prostu szczęśliwym? I jeszcze o tym komuś powiedzieć… A co, jeśli ten ktoś nie jest szczęśliwy i to moje szczęście odbierze jako cios w plecy? Albo jeśli mi powie: „Jesteś szczęśliwa? Do czasu”. Doprawdy, świetna odpowiedź.

Ostatnio mówiłam w towarzystwie o tym, że mój mąż jest świetnym człowiekiem i że małżeństwo jest bardzo spoko – i usłyszałam: „Poczekaj, aż…”. To ja dziękuję za takie dobre rady. Nie potrzebuję tego. Nie muszę tego wysłuchiwać.

Nie potrzebuję martwić się dziś, kiedy coś się zepsuje. Kiedy stanie się coś złego. Kiedy przestanę się czuć szczęśliwa.

***

Mam wrażenie, że łatwiej i jakoś tak naturalniej opowiadać, że nie mamy humoru, że znowu coś nie wyszło – albo być po prostu zachować postawę zdystansowaną, ot, norma. Ani szczęśliwa, ani nieszczęśliwa. Cholerni stoicy.

Tymczasem od jakiegoś czasu czuję nadmiar szczęśliwości, pasji, radości i energii (nie, nie ma to nic wspólnego z hormonami). Rozpiera mnie od środka, czasem aż czuję, że to zaraz eksploduje. Czasem muszę znaleźć ujście. Napisać sześć wpisów pod rząd, nagotować potraw, iść na bardzo intensywny trening, po którym już nie mam siły, ale mam satysfakcję i czuję się jeszcze szczęśliwsza (endorfiny, wiadomo). Zrobić coś intensywnego, na 100%, zmęczyć się, wyeksploatować.

Świadomie wybieram to, co mnie cieszy, nie skupiam się na tym, co mnie denerwuje i drażni. Na wiele rzeczy nie mam wpływu, ale jeśli mam wybór, to wybieram tak, by się nie denerwować. Po co mi to. Po co te nerwy? Owszem, mogłabym skupić się na wadach męża, małżeństwa, miejsca, w którym mieszkam i pracy, do której chodzę. Mogłabym, ale nie chcę. Wybieram to, co dobre i tym staram się ucieszyć.

Można posiedzieć przed telewizorem i ponarzekać na rząd, ale ja wolę wyłączyć telewizor, biorę prysznic, otulam się w miękki szlafrok i pachnące masło do ciała. I już się robi jakoś milej. Można obejrzeć francuską komedię zamiast kryminału. Napisać do kogoś i dostać list w odpowiedzi. Zrobić coś dobrego do jedzenia i zaprosić przyjaciół, by razem posiedzieć przy stole. Można cieszyć się z nowego samochodu albo martwić się, że jak coś się zepsuje, to zapłacę za naprawę. Świadomie wybieram rzeczy dobre.

Jak ktoś wybiera bycie malkontentem, to jego wybór, mnie nic do tego. Ja wybieram radość.

18

(Fot. Dorota Koperska)