Czy polska szkoła dobrze uczy?

Czy polska szkoła dobrze uczy? Takie pytanie zadano w telewizji i potem debatowano nad skrajnymi odpowiedziami ankietowanych. Pozwólcie, że przy okazji dwutygodniowej debaty społecznej i osądzania nauczycieli za ich winy, dorzucę swoje zdanie na temat szkoły.

Czy mam podstawy, by się wypowiadać? Tak się złożyło, że pracuję w szkole i trochę ją znam od środka. Niezależnie od miejsca pracy (szkoła publiczna, niepubliczna, prywatna) mam do zrealizowania na lekcjach treści, które narzuciło mi ministerstwo, czasem treści przestarzałe albo takie, z którymi się nie zgadzam.

Każdy się uczył w szkole, więc każdy się zna

Na temat polskiej szkoły w ostatnich dwóch tygodniach napisano i powiedziano już wiele.
Najczęściej słychać głosy ludzi, którzy szkołę dawno temu skończyli, ale pamiętają jeszcze złych nauczycieli, a teraz kiwają głowami ze zwątpieniem: no i jak ja mam ich popierać?

Każdy skończył jakąś szkołę, więc wypowiada się na temat metod wychowawczych, dydaktycznych, wrzuca do internetu zdjęcia ocen i komentarzy, z którymi się nie zgadza, a potem wszyscy komentujący mają używanie. Bo wiedzą lepiej. Moja krewna zastanawia się nad edukacją domową, a ja tylko zastanawiam się, do której klasy czuje się zdolna edukować swoje dziecko. Czy na przykład potrafi dobrze przygotować do matury? Czy do egzaminu ósmoklasisty?

Polonistka pyta o literaturę

Mam myślących, bystrych uczniów (pewnie nie ja jedna). Przy okazji nudnych lektur dyskutujemy o dawnych sposobach wychowania, stanie medycyny, porównujemy z dzisiejszą sytuacją. Omawiając Tajemniczy ogród opowiadamy o wypadkach, o dzieciach puszczonych samopas, o pieniądzach, 500+ i poczuciu akceptacji. Omawiając Anię z Zielonego Wzgórza zastanawiamy się, dlaczego bohaterka, która wściekła się na kolegę za dokuczanie, dostała karę, a on nie? I dlaczego na Boga nadal uważa się, że dziewczynki powinny być grzeczniejsze" (bo chłopcy mogą psocić, ale dziewczynkom nie wypada) i tłumić swój gniew (w końcu złość piękności szkodzi, prawda?). Słowem, by zachowywały się jak w XIX wieku? Czy nie są to przestarzałe wzroce?

Uczniowie nie są głupi, mają swoje zdanie, swoje przemyślenia. Dzięki temu ta praca jest ciekawa, a każda lekcja może czymś zaskoczyć.
Mnóstwo lektur to książki z XIX wieku, a więc jednak trochę przestarzałe (zapewniam Was, na lekcjach robię wszystko, co mogę, żeby uczniowie chcieli czytać i potem rozmawiać ze mną o literaturze, ale czasem pewnych książek nie da się obronić). W tym roku czytam z najstarszymi uczniami Hobbita i Przygody Tomka Sawyera, ale niebawem zacznie się przeżycie cięższego kalibru. Przed egzaminem czeka nas Pan Tadeusz, Latarnik i Zemsta, czekają Kamienie na szaniec, Syzyfowe prace, Quo vadis. Co z tego zrozumieją, a co wyciągną dla siebie? Jak nauczyciel ma ich przekonać: czytajcie, bo to ciekawe, bo dowiecie się czegoś o sobie, bo literaturę warto znać?

Jeszcze nie wiem, jak to zrobię, mając do wyboru trudne teksty, z których zdecydowana większość pokazuje martyrologię, śmierć, tragizm, rusyfikację, wygnanie, szaleństwo. Aha, i jeszcze trochę seksizmu, szowinizmu, ksenofobii. Plus przedziwna moralność (ot, choćby Świtezianka czy II część Dziadów) czy niedojrzałe spojrzenie na miłość romantyczną, która jednak z miłością miała niewiele wspólnego. Takie wzorce dla młodzieży w XXI wieku.

I mam wrażenie, że reforma edukacji miała na celu cofanie kijem Wisły i wielkie narodowe cofanie czasu. Ktoś wymyślił, że jak uczeń przeczyta w siódmej klasie Pana Tadeusza i Redutę Ordona, to się zachwyci i pójdzie umierać za ojczyznę.

Ktoś tu nie zauważył, że dzieci są inne niż nasze pokolenie, inne niż gimnazjaliści sprzed wojny. Nasz czas stawia inne pytania i wymaga innej edukacji. Ale tej póki co nie uświadczymy, bo nadal nie mówi się poważnie o tym, co istotne. Zamiast tego wskazuje się winnych.

Ktoś tu nie zauważył, że reforma edukacji powinna być gruntowna i nie chodzi o zmianę tabliczki przed wejściem.

Które dzieci uczą się najlepiej?

Bardzo brakuje mi mądrej debaty i wysłuchania światłych specjalistów od nauczania. Przyglądania się różnym wzorcom, ot, choćby skandynawskiej swobodzie i odejściu od testomanii. Brakuje mi większej świadomości społecznej. Zawsze mówiłam, że jeśli chciano przeznaczyć pieniądze na edukację, zamiast niedopracowanej reformy, trzeba było zrobić mniejsze klasy (na przykład 12-14 osób w klasie) i zainwestować w technologię. Tylko że nikt nas nie pytał o zdanie.

Jeśli ludzie mówią: dawniej to była dyscyplina, to pokazuje ich niezrozumienie, jakie dawniej były czasy, co było akceptowane, a co nie i że teraz jest zupełnie inaczej, bo i oni inaczej wychowują dzieci niż wychowywano ich. Brakuje tutaj dostrzeżenia, w jakiej sytuacji stawia się nauczycieli, że burzenie ich autorytetu i stawianie się w pozycji specjalisty (bo przecież każdy wie lepiej, jak należy uczyć) nie wróży niczego dobrego w bliskiej i dalekiej przyszłości. Brakuje mi wreszcie wysłuchania zamiast poniżania przeciwnika. Zamiast krytykowania: bo źle uczą zastanówmy się nad tym, czy i ewentualnie dlaczego tak jest.

Nie miałam nauczycieli, którzy byli dla mnie wzorami i do których mogłam przyjść z problemem. Miałam za to takich, którzy potrafili mnie dobrze nauczyć i wymagali. Takich cenię najbardziej i pamiętam do dziś.

Niezależnie od tego, jakich nauczycieli spotkaliście, wierzcie mi: większość ma wiedzę i doświadczenie. W mojej pracy spotkałam wielu nauczycieli, ale wśród nich widziałam tylko nielicznych, którym się już ewidentnie nie chciało. Ale pokażcie mi zawód, w którym to chcenie albo niechcenie ma większe znaczenie i tak bardzo wpływa na pracę.

Jeśli nauczycielom będzie się odmawiało godnej płacy i szacunku do ich pracy i wiedzy, to będzie ich coraz mniej, bo odejdą, zmienią zawód, przekwalifikują się.

Nauczyciele a służba zdrowia

O, właśnie! A gdyby tak strajk nauczycieli polegał na tym, że wszyscy masowo odchodzą z zawodu? Albo masowo odchodzą ze szkół publicznych i przechodzą do prywatnych? Kto wtedy będzie uczył? Jeśli w szkołach brakuje nauczycieli, żeby wziąć chociaż parę godzin jakiegoś przedmiotu, to wierzcie mi, dyrektor w takiej sytuacji nie będzie zbyt wybredny, będzie musiał zatrudnić kogokolwiek.

Możliwe, że wtedy w Polsce ze szkołą będzie tak, jak z przychodniami zdrowia. Jeśli kogoś stać, to idzie o lekarza prywatnie, omijając gigantyczne kolejki i system, który lekceważy pacjenta i za nic ma jego bolączki. Ostatnio miałam okazję doświadczyć na własnej skórze, jak to może wyglądać: po zbyt długim czasie dostałam się do sędziwej lekarki (nie ma młodych lekarzy? czy to nie zastanawiające?), a godziny jej pracy są takie, że tylko chyba cudem mnie przyjęła. Nie winię tu lekarzy za chory system, tak samo jak nie winię nauczycieli, jeśli się wypalają, jeśli przestaje im się chcieć, bo słyszą, jakimi są darmozjadami i leniami, gdy tymczasem prawda w większości przypadków jest zupełnie inna.

Owszem, są nauczyciele z kompleksami, przemocowi, wypaleni, smutni, rozgoryczeni. Są też pasjonaci, ale ta pasja nie wystarcza na całe życie, gdy nie ma żadnej innej motywacji (sama doświadczyłam wypalenia zawodowego i wiem, jak łatwo jest stracić serce do tej pracy, jeśli nie odczuwa się w niej komfortu). Idea też nie wystarczy. Owszem, w tej pracy trzeba lubić uczniów, pracę z ludźmi i swój przedmiot. Ale bycie dobrym rzemieślnikiem również wystarczy, by być dobrym nauczycielem.

Szkoła dziś

Szkoła jest obecnie trochę inna niż dziesięć czy dwadzieścia lat temu. Nauczyciele z wieloletnim stażem to widzą. Kolejny rok robią to samo i widzą inne efekty. Uczniowie myślą i rozwijają się inaczej niż dzieci dwadzieścia czy dziesięć lat temu. Częściej się rozpraszają, inne pojęcia są dla nich abstrakcyjne (np. co to znaczy reszta?). Lekcja trwająca 45 minut to dla nich czasem zbyt długo, by mogli się skupić nad jedną rzeczą. Jeśli ktoś uważa, że w szkole podstawowej można zadać uczniom pracę pisemną i załatwione, to zapraszam na lekcje.

Podobnie jak korzystanie z technologii: uczniowie żyją w świecie, gdzie internet jest czymś oczywistym. Coraz większy mają problem ze znalezieniem czegoś w słowniku, bo przecież mogą wpisać to w wyszukiwarkę. Czy mamy grzmić nad ich wygodnictwem? Czy załamać ręce? Może po prostu uznać, że żyją w innym świecie niż my i pokolenie naszych rodziców, a więc potrzebne są im inne umiejętności. Podstawa programowa jeszcze za tym nie nadąża.

Chciałabym, byśmy mogli o tym spokojnie porozmawiać zamiast oceniać całą społeczność nauczycieli i zwalać na nich całą winę. Rozwagi zabrakło podczas wprowadzania reformy i teraz, podczas strajku.

Czy polska szkoła dobrze uczy? Zależy czego. Czy nauczyciele dobrze uczą? Zależy który. Moją pracę codziennie oceniają uczniowie, ich rodzice i dyrekcja, a końcowo zweryfikuje to egzamin ósmoklasisty, który przygotowuje ministerstwo. I tak koło się zamyka.

Co pamiętasz z podstawówki? (i moja filozofia pracy w szkole)

Ze szkoły podstawowej pamiętam dumę z szóstki z polskiego. Przygotowaliśmy inscenizację „Przyjaciół” Krasickiego, miałam przyklejoną do brody watę, udającą kozią bródkę. Publiczność płakała ze śmiechu z powodu naszego komediowego wykonania, a potem przybiłam piątkę z chłopakiem, który był moją podstawówkową miłością.

Pamiętam, jak bardzo zachwycałam się fragmentami „Balladyny” i czytałam sobie na głos podręcznik w domu, a na lekcji nie zostałam wybrana, by przeczytać jedną z kwestii. Było to jakieś 22 lata temu.

Z lekcji geografii pamiętam podział na ery i okresy, wielkość każdego kontynentu oraz oceanu. Pamiętam też, że nauczycielka robiła nam bardzo trudne sprawdziany i że kiedyś zbeształa nas za to, że zamiast przepisać notatkę, poszliśmy ją skserować.

Pamiętam, jak inna nauczycielka strofowała koleżankę za to, że podpiera sobie głowę podczas śpiewu, a tę koleżankę bolał wtedy ząb. Z historii nie pamiętam prawie nic. Z biologii pamiętam, że nauczycielka się na mnie obraziła. Chemiczka wyśmiewała kolegę przy tablicy.

Ze szkoły pamiętam poczucie dumy, radość, satysfakcję, poczucie wstydu, zażenowanie, smutek i żal.

***

Bazowanie na emocjach. To wydaje mi się niezmiernie ważne w pracy w szkole, ważniejsze niż wielostronicowe notatki, których zawartość ktoś zaraz po sprawdzianie zapomni. Pasja, ciekawość, wychodzenie poza ramy, budzenie zainteresowania: „Co dzisiaj będziemy robili?”, radość, zaskoczenie, wymyślanie dziwnych zdań, humor, przełamywanie schematów, zadziwienie. To chcę wprowadzać na moje lekcje. Nie zawsze się to udaje. Nieraz po prostu trzeba ćwiczyć gramatykę, przygotować się do dyktanda albo nauczyć się pisać odtwórcze teksty. Są lekcje, kiedy nie mamy siły, nastroju, humoru, kiedy musimy po prostu zrobić swoje i wyjść na przerwę.

Bazowanie na przeżyciach. Dla wzrokowców rysuję i gestykuluję, dla kinestetyków jest losowanie, pokazywanie, dla słychowców intonuję, moduluję głos, ściszam, podkreślam tonem. Próbuję rozśmieszać, robię miny, pokazuję brwiami niezadowolenie (ćwiczenia z języka niewerbalnego). Umieszczam w przestrzeni klasy przedmioty. Kiedy miałam składaną tablicę, po drugiej stronie rysowałam lub pisałam, w kulminacyjnym momencie lekcji odwracałam tablicę i… masz! Czasem udaje się włączyć ruch, na przykład podczas czytania tekstów. Można się wczuć, pokazać emocje opisane w tekście, zrobić scenkę z lektury czy nawet wejść do szafy (a nuż przeniesiemy się do Narnii?).

Uważam, że jeśli ktoś kojarzy szkołę z czymś pozytywnym, to będzie bardziej otwarty na to, co się tam dzieje, to więcej się nauczy i zapamięta już podczas lekcji. Przynamniej taką mam nadzieję. Poza tym nie darowałabym sobie, gdybym się sama nudziła na swoich lekcjach…

IMG_20160603_073950

Jak „Wiedźmin” zmienił moje życie?

Wspominałam już dwakroć, że gram w „Wiedźmina”. Miałam już przemyślenia dotyczące tego, jak gra komputerowa przypomina ludzki los (albo odwrotnie). Dziś ciąg dalszy. Bo otóż okazało się, że granie w kultową polską grę zmienia moje życie. Serio.

Urosłam

Urosłam w oczach mojego męża. Gramy (znowu) razem. Dawno temu graliśmy w cudowną „Syberię” i najgenialniejszą grę na świecie, „Myst”. To doświadczenie łączy. Zawsze mogę mu opowiedzieć, że mam problem z graveirami w piwnicy, że muszę uprowadzić krowę (!) albo że zabiła mnie kikomora wojownik i on rozumie.

Co więcej, urosłam w jego miejscu pracy. Jestem tą legendarną żoną, która gra w „Wiedźmina”. Podobno się mną chwali, nie wiem, nie byłam, wierzę na słowo.

Dalej: urosłam w oczach moich uczniów. +25 do fajności (mam nadzieję, że chociaż tyle).

Lepiej rozumiem

Lepiej rozumiem, jak w książce fantazy ktoś ginie od miecza, a ktoś ma magiczną moc. Widzę te gesty, ruchy, czuję zagrożenie.

Uderzyłeś w szczękę wszystkich moich wrogów. Swego wroga złupiłem doszczętnie. Jeśli się kto nie nawróci, miecz swój On naostrzy. Wrogowie moi się cofają, padają, giną. Występni krążą dookoła. Okrążają mnie teraz ich kroki. Powstań, o Panie, wystąp przeciw niemu i powal go, swoim mieczem wyzwól moje życie. Ścigam moich wrogów i ich dopadam, a nie wracam, póki nie zginą. Starłem ich, nie mogli się podnieść, upadli pod moje stopy. Cofnąłeś jego miecz przed napastnikiem, nie pozwoliłeś mu ostać się w walce…

To cytaty z psalmów.

Wiem, co to znaczy być otoczonym i zwyciężyć zgraję przeciwników. Wiem, co to znaczy zostawić za sobą trupy. Miecz jest moim narzędziem i moją obroną. Muszę o niego dbać. Widzę te wszystkie obrazy, jest to niemalże namacalne. Jakkolwiek by to nie zabrzmiało, gra w jest moją pokrętną drogą do pobożności (sic!) i do głębszego przeżywania literatury.

Nie tylko obrona

To doświadczenie bardzo osobiste. Po pierwsze – niezwykłe poczucie siły. Po drugie – Wiedźmin nie ucieka. On idzie na spotkanie z niebezpieczeństwem, ma świadomość swojej mocy, swoich eliksirów, swojej siły, wytrzymałości.

Imponuje mi ta moc, bo ja taka nie jestem. A przynajmniej nie czuję się silna. Wchodząc w skórę tak mocarnego wojownika, mam wrażenie, że część jego myślenia przechodzi na mnie. Konfrontacje z wrogami to nie tylko obrona, unikanie. Wiedźmin mówi: wolę polować. I idzie mu to świetnie.

„Nie mam czasu, gram w grę”

Mistrzyni prokrastynacji. Robię, co niezbędne, najlepiej i najszybciej jak umiem, przesuwam to, na co mam jeszcze czas, a potem zasiadam do gry.

Tak że przepraszam Was bardzo, ale jak to mój mąż mi powtarza, w Wyzimie mnie potrzebują.

Między poniedziałkiem a piąteczkiem, czyli rozważania o pracy

Próbowałam napisać ten wpis wcześniej, ale miałam dużo pracy. Próbowałam opublikować go w poniedziałek, bo akurat ten dzień tygodnia jest z tematem związany. Ale cóż, niech będzie we wtorek.

Zwykle nie wchodzę w dyskusje na temat oczekiwania na piąteczek czy beznadziejności poniedziałków. Bywa, że jestem jedyną osobą w towarzystwie, która przyznaje, że lubi swoją pracę. Czasem przyznaję się do tego ostentacyjnie, bo w końcu ktoś przecież musi lubić swoją pracę!

Praca nie jest tylko po to, by dostawać za nią pieniądze, choć otaczający nas świat jest właśnie tak skonstruowany: pracujesz – masz za co żyć. Nie pracujesz – też sobie w sumie poradzisz, ale może być Ci trochę trudniej.

mim-helsinki

(Są różne prace. Na przykład taki mim w Helsinkach. fot. Mariusz Bieniek)

Są dni, kiedy wychodzę z pracy ze zlasowanym mózgiem i przetrąconym kręgosłupem, z samooceną pełzającą gdzieś przy mojej nodze, bo nawet ona mnie opuściła, i to aż tak nisko, że nie warto się po nią schylać. Są też takie dni, kiedy wychodzę jak na skrzydłach, pełna pozytywnych emocji i świeżych przeżyć. Kiedy coś się udało, było zabawnie, wydarzyło się coś miłego i ciekawego. I takich dni naprawdę jest sporo.

Można nie lubić wielu aspektów swojej pracy, a jednocześnie pracę tę lubić, widzieć w niej sens i się do niej przykładać.
Bo, moi Drodzy, jestem przekonana, że moja praca jest czymś, co może choć trochę zmienić ten świat.

***

Wyrosłam w domu, w którym praca jest czymś bardzo ważnym. Po pierwsze umożliwia osiągnięcie czegokolwiek (nie robić nic – nie będzie nic, jak mawia mój tata), po drugie poprzez to, co robimy, możemy być potrzebni innym, dać coś od siebie, po trzecie nadaje sens naszemu byciu tutaj. Mamy tu coś do zrobienia. Mamy predyspozycje. Moi rodzice prócz dobrego przykładu (pracowitości, oddania i poświęcenia) dali mi też możliwość zdobycia wykształcenia najbliższego memu sercu, dzięki czemu mogę robić to, w czym się dobrze czuję. Po to mamy zdolności, by je w pełni wykorzystywać.

Jest to dla mnie niesamowite, że jestem całkiem innym nauczycielem niż sześć lat temu, gdy zaczynałam. Czasem wydaje mi się, że dzieci nauczyły mnie nieporównanie więcej niż ja je (jak widzę, jak bardzo potrafią nas nie słuchać, to w sumie nie jest to trudne). Asertywność, konsekwencja, kreatywność, improwizacja. Dzielność i radzenie sobie w sytuacjach trudnych, stresujących, wymagających szczególnej uwagi, delikatności, empatii, stanowczości.

Słyszałam ostatnio zdanie, że pracę powinniśmy zmeniać po około siedmiu latach. Może nie dotyczy to absolutnie każdego, ale jest w tym jakaś mądrość. Warto się nad tym zastanowić i wyczuć moment, w którym przestajemy się starać, robimy się wtórni i wygodni. Nie chciałabym pracować w jednym miejscu całe życie, bo wydaje mi się to niezbyt zdrowe. Poza tym wyzwania i nowe rzeczy w życiu uczą naprawdę nieporównanie więcej niż środowisko, w którym znamy już każdy kąt (oczywiście trzeba wziąć poprawkę na to, że czasem trudno o zmianę pracy albo że stabilizacja nam odpowiada).

***

Ostatnio dużo myślę o tym, jak dobrze lub źle dobrana praca potrafi być upokarzająca, wyniszczająca czy wprost przeciwnie, rozwijająca. Jak traktowanie pracownika odbija się na całym jego życiu. Jak wycena jego umiejętności wpływa na jego patrzenie na siebie. Dobrze opłacony i doceniony pracownik nabiera godności, nisko płatna praca sprawia, że ktoś czuje się jak śmieć.

Czasem zdumiewa mnie, że więcej czasu spędzam z obcymi dzieciakami niż z mężem. On z kolei więcej czasu spędza z zupełnie przypadkową zbieraniną ludzi. To spostrzeżenie wynika poniekąd z porównania: wyrosłam w domu, w którym mama zawsze była. Wiele pracy wykonywaliśmy wszyscy razem, i myślę, że to było dla nas jednoczące. Czas spędzony z kimś, wspólne doświadczenie, wspólna praca to jest coś, czego nie da się zastąpić.

***

Na przekór osobom, które narzekają na swoją pracę, chcę mówić, że ja swoją lubię. Głównie dlatego, że mogę w niej robić coś ważnego. Praca jest moim małym wkładem w zmianę świata. Nawet jeśli jest będzie to tylko zmiana mojego świata, to i tak warto się starać.

Szkoła życia: nowy plan lekcji

Uważam, że skoro szkoła daje podwaliny wiedzy i wprowadza w zawiłości życia społecznego (kozioł ofiarny, lider, socjometria, owczy pęd itd.), powinna także zająć się szeroko pojętym przygotowaniem do samodzielnego życia. Niektórzy uczą się praktycznych umiejętności w domu, ale nie wszyscy mają to szczęście, że tata zabiera do garażu, a mama uczy szycia czy gotowania. Lub na odwrót, nie bądźmy tutaj drobiazgowi.

Dlatego poniżej przedstawiam moją propozycję wprowadzenia pewnych istosnych zmian w edukacji. W końcu każdy może mieć jakiś pomysł na naprawę polskiego szkolnictwa, prawda? Oto unikatowy i innowacyjny plan lekcji obejmujący nowe przedmioty w przyszłej polskiej szkole.

open_book_hires-designerpics

Podstawy ekonomii

Po pierwsze: mądre wydawanie pieniędzy – czyli żeby wydatki nie były większe niż przychody. Niby proste, ale ilość oferowanych czy wziętych pożyczek i kredytów świadczy o czymś zgoła innym. Poza tym inwestowanie i sposoby oszczędzania. Może i nuda, ale dotyczy każdego z nas. Nie wszyscy dostaną Nobla z fizyki czy będą artystami. Każdy będzie zarabiał pieniądze i musi umieć nimi gospodarować.

Kontakty z urzędnikami

Czasem wydaje mi się, że bez podstaw księgowości, skończonego kursu logiki matematycznej oraz licencjatu z psychologii nie da rady załatwić niczego w urzędzie. Trzeba umieć rozmawiać z nabuzowaną panią w okienku, a nawet jeśli pani jest miła lub chce pomóc, petent błądzi w zawiłościach formalnych: tu pieczątka, tu znaczek, proszę do kasy, do pokoju nr 21, na końcu korytarza w prawo, tu brakuje formularza, tu podpisu, tu NIP, tu PESEL, tu ksero oryginału, tu upoważnienie (17 zł). Już nie wspominam nawet o wypełnianiu formularza podatkowego. Przygotowanie już od młodych lat szkolnych – to jedyna nadzieja na polepszenie kontaktów z urzędami.

Gotowanie

Chodzi tu o proste podstawowe posiłki, naleśniki czy makaron. Prócz tego myślę, że przydałaby się każdemu wiedza kulinarna obejmująca np. rodzaje warzyw, owoców, mięs, serów, ich właściwości i zastosowanie. Przykładowe tematy: jak przyrządzić stek, jakie panierki do kotleta, jak zrobić ciasto kruche, półkruche, drożdżowe, jak się robi sosy do sałatek czy mięs, co można zrobić z marchewki, ziemniaka, piersi kurczaka. Chodzi o taką elementarną wiedzę, by nie paść z głodu, mając do dyspozycji kilka półproduktów.

Majsterkowanie

Tutaj uczeń dokonywałby drobnych napraw, poznawałby podstawy ślusarki, stolarki, a po skończonym kursie potrafiłby poradzić sobie z takimi wyzwaniami, jak naprawa czy wymiana zamka w drzwiach, gniazdka czy nawet żyrandola.

unsplash-com-jeff-sheldon

Elementarne podstawy sprzątania

Żeby już żadna Perfekcyjna Pani Domu nie musiała mieć swojego programu w telewizji. Bo wszystko będziemy wiedzieć ze szkoły.

Wizaż

Smuci mnie niezmiernie, ilekroć widzę, jak kobieta z ewidentnie delikatną urodą farbuje włosy na czarno i kreśli ostre brwi. Jak kobieta z trądzikiem różowatym zakłada różową bluzkę, co jeszcze podkreśla jej problem z cerą. Jak ktoś o urodzie ciepłej i promiennej chowa się w szarych czy czarnych ubraniach, w których wygląda jak chory. Pisałam tutaj, że nie zawsze mamy świadomość tego, w czym dobrze wyglądamy i co jest naszym atutem. Na zajęciach każdy miałby okazję się nad tym zastanowić, a jeśli nie miałby pomysłów, inni uczestnicy by pomogli.

***

Co można jeszcze dorzucić do planu takiej "szkoły życia"?

Praca w szkole: 5 powodów, dla których lubię pracować z dziećmi

Praca w szkolepraca w szkole, rozpoczynam kolejny dzień. Wchodzę do pustej sali. Włączam e-dziennik, na biurku układam długopis, listę, materiały do pracy. Słyszę dzwonek, przygotowuję się na oblężenie. I oto jest. Wpada jedno dziecko, drugie, trzecie, cała klasa, dwie, trzy. Jednym słowem: nadciągają dzikie tabuny. Każda osoba podaje imię, zapisuje się na listę, a JEDNOCZEŚNIE ktoś inny opowiada historię z lekcji, ktoś pokazuje muszelkę, zdjęcie kota albo ranę/siniaka/plamę po atramencie, ktoś skanduje moje imię po wielokroć ("Ignacy, nie wzywaj imienia pani nadaremno!") albo się przytula, pyta, w czym pomóc, czy może iść do ubikacji, na obiad, do sklepiku, ktoś skarży na kolegę albo deklaruje tymczasowość swojej obecności, bo zaraz idzie na zajęcia dodatkowe. Jest głośno i ruchliwie jak w ulu. Za chwilę będzie trzeba przekrzyczeć watahę i doprowadzić rozwrzeszczaną gromadę chociaż na obrzeża cywilizacji.

Wymarzona praca dla introwertyczki-korektorki, pracującej w zaciszu swego domu, wśród akompaniamentu stukotu palców w klawiaturę. Jedyne słowa to te na ekranie. Jedyny ruch to ten co pół godziny przerwy od komputera.

***

Ale, ale. Mimo że praca w szkole jest zupełnie inna niż praca z tekstem, daje tyle samo satysfakcji. Oto 5 powodów, dlaczego lubię pracować z dziećmi.

Kształtowanie charakteru

Uczę się stanowczości, mówienia z mocą. Uczę się być silna i konsekwetna, gdy trzeba wypracować jakieś ważne zasady albo pokazać skutki czyichś czynów. Pisałam tutaj o lęku, który może skomplikować proste decyzje. W mojej pracy nie ma miejsca ani czasu na lęk, są za to wyzwania i ciągle nowe sytuacje. Szczerze mówiąc, prawdopodobnie szkoła dała mi więcej niż ja jej.

Organizacja zasobów dziecięcych

Podobno dzieci, które się nudzą, mają głupie pomysły. Gdy rozkładam przybory malarskie, naklejki, karton na plakat, zaczynam przygotowywać jakąś tajemniczą Wielką Sprawę, jak muszki owocówki zlatują się młodzi ochotnicy-pomocnicy. Organizacja pt. "Ty robisz to, Ty tamto, Ty jesteś odpowiedzialny za porządek w tym sektorze, a Ty myjesz pędzle" – pozwala każdemu czuć się potrzebnym, uczy odpowiedzialności i daje frajdę. Gdy mam np. jakąś przesyłkę dla innego nauczyciela, książkę do oddania, karteczkę z wiadomością do przekazania czy ważną rzecz do pożyczenia, ogłaszam nabór: kto jest gotów pójść na Tajną Misję Specjalną (czasem wręczam naprędce naszkicowaną mapę do celu). Zgadnijcie, ilu mam chętnych.

Wieczna młodość

Kiedyś koleżanka zapytała mnie, czy też po trzydziestce czuję się staro. Odpowiedziałam, że nigdy, bo z dziećmi często się wygłupiam. Gestykuluję, intonuję z przesadą, robię miny. Poza tym chodzę w trampkach (nie wyobrażam sobie wykonywania tej pracy w garsonce). Generalnie staram się nie stawiać bariery między "moim pokoleniem" a "tym młodym zepsutym". Te dzieciaki też są fajne.

Więź

Czas spędzany z dzieckiem i wspólne robienie czegokolwiek procentuje. Budujemy sobie razem wspomnienia, poznajemy się lepiej, czasem zaprzyjaźniamy. Doświadczam mocno, że im więcej daję z siebie, tym lepszy przynosi to efekt. Jeśli pracowałabym od niechcenia, bez pasji, zaangażowania, co chwila patrzyłabym na zegarek, dając do zrozumienia, że się męczę i chcę już wyjść, to nic dziwnego, że więź nie powstałaby. Po co dziecko ma otwierać się przed kimś, kto wspólny czas traktuje jak karę? Nikt tak nie chce. W tamtym roku prowadziłam zajęcia dodatkowe, z których byłam bardzo niezadowolona, ciągle nam się coś nie udawało, brakowało czasu na dokończenie prac, a dyscyplina na zajęciach była godna pożałowania. Wszyscy uczestnicy zgodnie orzekli, że zajęcia były fantastyczne i chcą więcej. Hm, dziwne.

Szczerość relacji

Coś, co chyba lubię najbardziej. Bardzo często widać po dziecku, że coś przeżywa, kogo lubi, a kogo się boi. Jeśli dostaję bransoletkę z muliny w moim ulubionym kolorze, garść kasztanów, dedykowany rysunek koślawego psa, który wygląda jak koń, albo urwaną odnóżkę kraba, to wiem, że taki dar wiele znaczy i jest od serca (mimo że następnego dnia popsułam niechcący tę cholerną odnóżkę!).

***

I chociaż nieraz mam dość, wychodzę ze szkoły i nie wiem, jak się nazywam, czuję mózg w kawałkach i skrawki myśli ulatujące w popłochu, to ściskam w kieszeni garść kasztanów, patrzę na bransoletkę i wiem, że na obecnym etapie mojego życia jestem na właściwym miejscu.