Dlaczego zaczęłam prowadzić zabawy słowami dla dorosłych?

Co łączy windę i rozwód? Książkę i kapustę? A Mickiewicza i zszywki?
Jakie pytanie zadałbyś motylowi? Jakimi zdaniami zacząłbyś własną autobiografię? Jak opisałbyś dzień z życia kota lub chomika?
Co powstanie z połączenia odkurzacza i haczyków na ręczniki?

***

Od jakiegoś czasu organizuję kreatywne warsztaty pisania „Zabawy słowami”. Z zewnątrz wygląda to tak, że grupka ludzi spotyka się w kawiarni, wyciąga notatnik i coś do pisania, zamawia kawę i pisze… Wymyśla i pisze…  Losuje słowa, przykleja, zakreśla, koloruje, układa, dopasowuje, składa w opowieść… Potem wspólnie czytamy, interpretujemy, dzielimy się i inspirujemy. Otwieramy się na to, co nam tylko przychodzi do głowy – bez skreślania tego, bez blokady pt. „Nieee, to głupie”.

Jestem fanką kreatywności, dziwności i wychodzenia poza schematy. Właśnie! Schematy! Nie chcę uczyć schematów. Podczas warsztatów z dorosłymi nie chcę niczego uczyć. Daję zadania, z którymi uczestnicy zrobią, co zechcą. Nie mam zamiaru prowadzić klasycznej lekcji języka polskiego, bo każdy z uczestników już skończył szkołę i ten etap ma za sobą. Nie chcę uczyć, jak napisać książkę, ponieważ uważam, że moje doświadczenia są tutaj wysoce niewystarczające i każdy powinien to robić po swojemu. Owszem, redaktorzy i konsultanci mogą bardzo pomóc w ogarnięciu fabuły i bohaterów, ale organizując warsztaty kreatywnego pisania, wyobrażam je sobie raczej jako ćwiczenia niż konsultacje.

Chcę raczej dać przestrzeń do tworzenia i dzielenia się tym. Sama wiem, jak potrzeba kreatywności potrafi doskwierać i jak bardzo trzeba nam odbiorcy, czytelnika, słuchacza. Przestrzeń do tworzenia to hasło, które do mnie bardzo przemawia. W cigu dnia trudno znaleźć czas na swój rozwój, inspirowanie się. Najpierw rodzina i praca, potem pisanie. Czy nie tak to wygląda? Przychodząc na warsztaty, trzeba przeznaczyć na to czas, dojechać, zmienić plany, sprężyć się i zdążyć. To znaczy, że musi nam zależeć na pisaniu.

***

Nie chcę, by ktoś się spinał. Chcę, żeby było lekko, zabawnie (zgodnie z nazwą). Żeby do głowy wpadały najróżniejsze dziwne pomysły. Żeby się nie zamykać na żadne, nawet najgłupsze skojarzenie. Bo otwartość pociąga za sobą kolejne pomysły, i następne, i następne… Aż wpadniesz na ten właściwy i go przygarniesz do siebie, oswoisz. A jak wiadomo, Krytyk Wewnętrzny czasem może bardziej zaszkodzić niż pomóc.

Pomyślałam, że może dorośli ludzie, podobnie jak uczniowie podstawówek na zajęciach dodatkowych, chcieliby się pobawić. Słowami, skojarzeniami, znaczeniami. Spotkać się w gronie podobnych sobie i spędzić wieczór na tworzeniu, śmianiu się i wzajemnym inspirowaniu.
Za każdym razem jestem mile podbudowana tym, że są w moim mieście i okolicach ludzie, którzy też lubią pisanie i kreatywne zabawy. Uważam, że im więcej takich inicjatyw, tym ciekawiej. Uważam, że im więcej śmiechu, tym lepiej. Im więcej wyznań się podejmuje, tym potem żyje się odważniej. Czego życzę sobie i innym twórcom!

***

Więcej o pisaniu w zakładce: Praca nad tekstem.

Tylko sztuka może nas uratować

Zacznę prosto z mostu: nie jest łatwo. Trzeba się mocno postarać, aby nie zastynąć w śnie jak zwierzęta futerkowe lub też mrozie jak postacie z baśni Andersena.
Trzeba się postarać bardziej niż zwykle.
Czasem przychodzi samo – taka energia do działania, wena, natchnienie, pomysły, sprężyste ruchy, siła i moc.
A czasem chce się po prostu pooglądać serial i nie myśleć. Ostatnio takich dni mam wiele.

***

Tak sobie oglądam internet i myślę, że bardzo chciałabym być kiedyś nazwana kobietą-pistoletem albo i nawet badassem (bo dlaczego nie?), marzę, by wystąpić z czymś ciekawym na TED-exie (serio!), tworzyć codziennie, inspirować, wzruszać, zmieniać świat.
Niestety obecnie czuję się najwyżej jak kobieta-proca z urwanym uszkiem (o ile proca ma uszy). Po pracy dowlekam się do domostwa i padam twarzą w koc, a mój mózg nic nie tworzy, bo jest skupiony na tym, by przetrwać i ponieść jak najmniej ofiar z szarych komórek. A powiadam Wam, wiele ich poległo tej zimy.

***

Pokładamy ufność w różnych rzeczach, a ja śmiem twierdzić: tylko sztuka może nas uratować. Tylko sztuka może coś zmienić, uwrażliwić nas i skłonić do myślenia i do czucia wtedy, kiedy nawet czuć nie ma siły.

***

Jest końcówka lutego – w tym roku zdążyłam obejrzeć trzy sztuki teatralne (komedia, monodram, trudny spektakl dla młodzieży), byłam dwa razy w kinie, obejrzałam kilka filmów i seriali w domu. Prócz tego jeden wernisaż i jeden koncert, o którym myślę już drugi tydzień. Pojechałam ot, tak sobie, jako osoba towarzysząca, posłuchać ładnych piosenek. Wróciłam nie ta sama. Dotknięta w samo serce, bez osłonki, bez rękawiczek. Ot, palec w bijące serce. Nie wiedziałam, że się tak da.

***

Sztuka porusza czułe struny we mnie, a cała klatka piersiowa napełnia się wzruszeniem i mocą. Właściwie to nie wiem, czy sztuka może nas uratować, ale na pewno pozwala mocniej i piękniej żyć i czuć. Tak, wiem, że patos, ale czy nigdy nie czuliście się przemienieni, obudzeni i dotknięci przez muzykę albo film? (Już nawet nie wspominam o poezji.)

 

O szkodliwości tworzenia do szuflady

Znam ludzi, którzy tworzą, bo czują taką potrzebę, a potem to chowają, zamykają komputer, szufladę, notatnik. Znam ludzi, którzy też tak robili, ale po jakimś czasie zaczęli pokazywać innym to, co robią. Zgadnijcie, kto się bardziej rozwinął.
Jeśli uważasz, że jesteś utalentowany i twoja sztuka ma wartość, tworzenie (pisanie, komponowanie, fotografowanie…) do szuflady Ci szkodzi. Dlaczego?

  1. Jesteś swoim jedynym krytykiem. Albo pochlebcą. Jesteś więc nieobiektywny. Możesz powiedzieć, że to jest takie tam pisanie, taka tam fotografia czy obraz, że nic ciekawego, albo z drugiej strony – jesteś genialny, tylko nikt nie jest godzien, by to czytać czy oglądać, bo gawiedź nie doceni. Normalnie Norwid XXI wieku. Zapewniam cię, że kontakt z wieloma odbiorcami weryfikuje takie skrajne opinie.
  2. Uczysz się odbierania krytyki. Cóż, jednemu się podoba, drugiemu nie, każdy ma jakąś swoją wrażliwość, nie dogodzisz wszystkim. Ale uczysz się zdrowego podejścia, dystansu, bronienia swojego zdania, dostrzegania zalet i przełknięcia wad swojego dzieła.
  3. Rozwijasz się. Pokazujesz pierwsze wytwory, słuchasz opinii, przechodzisz jakiś etap, potem piszesz następne rzeczy i następne, inne. Ktoś może podpowie Ci, jak oszlifować ten diament. Ktoś da inne spojrzenie. Szuflada nigdy nie będzie dla Ciebie tak dobrym odbiorcą jak drugi człowiek. Szuflada nie ma empatii, emocji, swoich doświadczeń…
  4. …a to jest potrzebne, by móc zrozumieć czyjś przekaz. Dzieło ożywa w kontakcie z odbiorcą, który nadaje mu nowe znaczenie. W ten sposób to, co stworzyłeś, żyje w każdym człowieku, który się z tym zetknął.
  5. Czy Twój przekaz jest jasny? W kontakcie z odbiorcą możesz zobaczyć, że coś, co było oczywiste dla Ciebie, czytelnik odbiera zupełnie w inny sposób. Dopiero w konfrontacji widzisz, czy to jest dobre, czy zrozumiałe. Czy przekazałeś to, o co ci chodziło? Jeśli kolejni odbiorcy nie rozumieją – może coś jest niejasne w Twoim przekazie. Nie zawsze to wina głupiego czytelnika, który nie zrozumiał, więc nie jest godzien i tak dalej. Nie, nie. Czasem to Twoja wina. Czasem niedociągnięcia warsztatowe. Jeśli zdasz sobie z tego sprawę… patrz punkt 3.
  6. Może trafisz na odbiorcę, który jest jednocześnie profesjonalistą, co oznacza, że zna się trochę bardziej niż inni. Kto wie, co może z tego wyjść? Może jakieś zamieszanie, może coś dobrego?

No, chyba że nie chcesz zamieszania. Może chcesz po prostu coś sobie stworzyć, a potem sobie to schować. Tylko szuflada, plik na komputerze, zapisany notatniczek zrozumie, przyjmie, przechowa. Może i tak, ale nic nigdy się nie zmieni.

unsplash-com-negative-space

(Źródło fotografii)

Po pierwsze: nie wstydź się

To jest beznadziejne. Bez sensu. Ale kicz. Nikogo to nie interesuje.
Nie uda się. Po co to piszesz? Po co to robisz?
Jesteś żałosna. Daj sobie spokój.

***

Znasz to? Czy tylko ja tak mam? Z tego, co czytam i się orientuję, to nie tylko ja. W książkach o twórczości nazywają to Wewnętrznym Krytykiem. Siedzi nam w głowie i knuje, psuje i zniechęca. Uzewnętrznia nasze obawy przed odrzuceniem, niezrozumieniem, przed słuszną krytyką.
Tymczasem może warto z nim powalczyć. Albo przynajmniej go zignorować i robić swoje, mimo wstydu i lęku.
Miałam ostatnio okazję wygłosić publicznie mowę. Dziesięć minut na wybrany temat, bez kartki, czyli z głowy. Oczywiście przygotowywałam się wcześniej, ale co innego mówić do wycieranych naczyń, a co innego do odbiorców z krwi i kości. Ludzi, którzy patrzą i słuchają. Mam dziesięć minut ich uwagi i autentycznego zainteresowania. Postrzegam to jako luksus i jako zobowiązanie.
Doskonale wiem, jak słabym jestem mówcą. Nie czuję się dobrze, mówiąc. Brakuje mi potrzebnych słów, urwane ciągi myśli nagminnie łatam wyrafinowaą wstawką „yyy”, nie patrzę na publikę, tylko w sufit, a prócz tego cały czas walczę z pokusą schowania rąk w kieszeniach.
A mimo to doświadczam ogromnej otwartości i życzliwości. Jestem w stanie podać o wiele więcej moich wad niż te, które wyszły w trakcie omawiania wystąpienia. Okazuje się, że zalety mowy przysłoniły większość wad. Nie wszystkie. Większość.
Okazuje się, że ktoś widzi w moim działaniu więcej dobrego i nie skupia się na punktowaniu niedociągnięć. To ja widzę przede wszystkim niedociągnięcia. Inni widzą ciekawą historię albo zabawną puentę i to im zostaje w głowie. Nie moje ręce walczące o dostęp do kieszeni i nie moje „yyy”.
Okazuje się, że samo podjęcie się trudnego zadania uskrzydla. Powiedzenie o swoich pomysłach, pokazanie projektów, wysłanie tekstu, podzielenie się linkiem swojego bloga – przynosi dobre skutki i zamiast skopania krytyką, dostaję wiele życzliwości i słów zachęty.
Bronię się przed powiedzeniem: „Ja bym tak nie mogła. Ja bym się wstydziła to zrobić. Ja bym się bała”. A co, jeśli sama sobie nie postawię takiej granicy w mojej głowie? A co, jeśli jestem już inna niż te moje wyobrażenia? A co, jeśli moje wyobrażenia o swoich ograniczeniach są już przestarzałe i pokryte szadzią niczym przeterminowane czekoladki z bombonierki?

***

Podziwiam ludzi, którzy pokazują innym swoje dzieło, swoją pracę. Mają pomysły i tak po prostu je realizują, a potem – no właśnie – nie chowają do szuflady, tylko wysyłają w świat. Chwalą się tym, pokazują, mówią o tym.
Co się może stać? Ktoś skrytykuje, ktoś zignoruje, ale na pewno komuś się spodoba, kogoś poruszy, komuś zmieni sposób widzenia albo zmusi do refleksji. I choćby dla tych paru osób warto to zrobić. No i oczywiście dla siebie – szkoda czasu na strach i wstydzenie się.
Tak więc pokaż innym, co robisz, czym się zajmujesz, co jest Twoją pasją. Może się boisz krytyki, ale podejrzewam, że nikt nie potraktuje Cię gorzej niż Twój Wewnętrzny Krytyk.
Więc może po prostu nie wstydź się o tym komuś powiedzieć.

Sposoby na nieśmiertelność. Co po nas zostanie?

Do dziś pamiętam moment, gdy na studiach siedziałam w obskurnej wydziałowej stołówce z koleżanką i zastanawiałyśmy się wspólnie, co po nas zostanie. Górnolotne rozmowy dwóch dziewczyn nad notatkami z literatury. Literatura do takich rozmów pasuje bardziej niż stołówka obskurna dosłownie (obscura z łac. ciemna) i w przenośni, gdyż tworczość literacka mocniej wyraża pragnienie nieśmiertelności. Niestety Mickiewicz jest ciągle żywy. Na szczęście Mrożek i Herbert też jeszcze nie umarli, bo ktoś ich nadal czyta.

10251902_298385173653982_6999709970718757729_n

(fot. Mariusz Bieniek)

Problemy przodków…

Długo chodziła za mną myśl, że moi przodkowie mieli te same myśli, pragnienia, potrzeby, smutki, bolączki jak ja. Tyle że było to sto czy sto pięćdziesiąt lat temu i teraz już nie ma po tym śladu. Co gorsza – nawet nie wiem, jak ci moi przodkowie mieli na imię, czyli przegapiłam coś, co tych ludzi określa w pierwszej kolejności, a ostatecznie naznacza miejsce spoczynku ich prochów, ostatniej garstki, która została po ich ciałach. Właściwie z tej perspektywy nie muszę się martwić pracą, warunkami mieszkaniowymi czy gniewem na bliską osobę, a tym bardziej problemami z cerą, obwodem brzucha, bolącymi kolanami czy wypadaniem włosów, bo w sumie po latach i tak wszystko to jest totalnie i absolutnie nieważne, zmiecione z powierzchni, wymazane.

…a natręctwo spisywania

Dziesięć lat temu chciałam wszystko spisywać: zabawne hasła i przejęzyczenia, fragmenty dialogów, rozważania i opisy odczuć. Wydawało mi się, że wiele rzeczy jest warte uwiecznienia. Wyobrażałam sobie, że po latach będę sobie to czytać, a najlepsze fragmenty wykorzystam na przykład do pisania jakiejś książki, gdy już zapomnę, jak to było mieć dwadzieścia lat. Dziś już wiem: NIE MA tam najlepszych fragmentów, nie ma nawet średnich. Nie mogę czytać tych zapisków, tak bardzo ociekają egzaltowaniem, a anegdotki są po prostu nieśmieszne. Więc widocznie nie warto uwieczniać wszystkiego.

Exegi monumentum…

Ostatnio w tym wpisie czytałam, że wielu z nas bardzo chce zaznaczyć swoje istnienie na ziemi (jest to opinia autorstwa prof. Bralczyka, choć zapewne nie on na to wpadł pierwszy). Doskonale rozumiem to pragnienie. Chcemy, by nasze życie było coś warte, potrzebne, godne zapamiętania, żebyśmy nie zniknęli i nie umarli cali (motyw z tego wiersza; lub inne tłumaczenie tutaj).

Nieśmiertelność – instrucja obsługi

  • Niektórzy próbują przez sztukę. Przecież wiemy, że był ktoś taki jak Kochanowski, Horacy, Lem. Co więcej – kawałek nieśmiertelności dostał się na przykład ojcu Klimta, który był złotnikiem i tym samym niechcący wpłynął na estetykę dzieł syna. Do historii przeszły obie żony Rubensa. Gaudi czy Eifell również z przytupem zaznaczyli swoje istnienie. Tak że się da.

  • Po drugie: wkład w naukę, odkrycie jakiegoś prawa, wiekopomne dokonanie. Trochę trudne, ale można próbować. Celsjusz, Kepler, Galileusz, Pitagoras czy Tales też nie wiedzieli, że jakiś nastolatek z Polski będzie się o nich dowiadywał w szkole i że będą (przynajmniej na chwilę) w pamięci wielu ludzi jako ktoś, kto przetrwał, nie został zapomniany, bo trwa w swoim dziele.

  • Po trzecie – rodzicielstwo. Dziecko to konglomerat cech obojga rodziców, a przy tym jeszcze dziadków i różnych krewnych (na przykład mój brat był w dzieciństwie bardzo podobny do kuzyna z Torunia, a kuzyni ze Śląska przypominają dziadka z obrazu ślubnego). Człowiek zostawia swój ślad w genach następnego pokolenia, więc coś po nim zostaje. Może nie zawsze jest to najlepsza cecha, ale na pewno wyróżniająca.

  • I jeszcze jedna metoda, najbardziej dostępna dla nas, zwyczajnych ludzi bez wybitnych uzdolnień: gdy zapadamy w czyjąś pamięć tak bardzo, że zostajemy w jego wspomnieniach. Koleżanka opowiadała mi ostatnio, że na pogrzebie swojej babci najczęściej słyszała o zmarłej jedno zdanie: "To była dobra kobieta". Warto żyć w taki sposób, by zostać tak zapamiętanym.

Prezydent zamiast puenty

Pisałam tutaj o mojej starszej przyjaciółce. Chciałabym zakończyć ten wpis jednym wspomnieniem związanym z tą postacią, a pokazującym ulotność pamięci i zanikanie czegoś, czego się doświadczyło, a nie zdążyło się utrwalić. Otóż z pamięcią starszej pani zniknęła receptura, jak upiec majestatyczne i pracochłonne ciasto zwane Prezydentem. Ów rarytas robił furorę w czasach młodości starszej pani, zrobiłyśmy je raz: miękki biszkopt przełożony maślanym pachnącym kremem w dwóch wersjach: ciemnej, z wyparzonymi i obieranymi orzechami włoskimi, oraz jasnej – z kawałkami krojonej galaretki i wódką. I nie mówcie, że przepis znajdzie się w internecie, bo na to ciasto, w takich proporcjach i takiej wersji, jaką jadłam ze starszą panią te osiem lat temu, po prostu się NIE ZNAJDZIE.