Jak ukryć ciało?

Tytuł brzmi jak z kryminału?
I bardzo dobrze.

***

Kiedy przeglądam gazety dla kobiet, najbardziej interesuje mnie moda. Czytam różne porady i czego się dowiaduję? Na przykład, jak ukryć wystający brzuch. Jak ukryć fałdki. Jak ukryć szerokie ramiona. Jak ukryć obfity biust. Albo za mały. Jak ukryć szerokie biodra. Albo brak talii.
Dostrzegasz pewną prawidłowość?

Jak ukryć swoje ciało.
Bo masz go za dużo, mówi Ci gazeta. Mówią Ci wszystkie gazety.
Jest Cię za dużo. Ukryj się.
Nie chodź w tej spódnicy, bo wydajesz się duża. Tak jakby rolą kobiety było bycie małą, filigranową.

Przykro mi za te wszystkie kobiety, które są po prostu duże. Wysokie. Szerokie. Chwilowo tu nie pasują. Może niech się zgarbią, zakryją szerszymi ubraniami, niech coś ze sobą zrobią. Bo samym swoim widokiem niepokoją, zniesmaczają innych.

***

„Zbyt często nadaje się wymiar moralny wyglądowi zewnętrznemu, przypisując kobiecie dobro lub zło zależnie od tego, czy jej wymiary, wzrost, sylwetka czy sposób poruszania są zgodne z jednym obowiązującym ideałem” – pisze Clarissa Pinkola Estes. Ta Meksykanka o bujnych kształtach opisuje, jak pewnego razu pojechała na Przesmyk Tehuantepec odnaleźć swoich przodków, którzy „w swoim plemieniu mieli same tęgie, silne, zalotne kobiety potężnych rozmiarów. Poklepywały mnie i poszczypywały, zauważając, że jestem za chuda. Może za mało jem? Może jestem chora? Muszę się lepiej starać, bo kobieta to przecież La Tierra, ma być okrągła jak ziemia, bo ziemia tak wiele musi unieść”.

Zupełnie inne spojrzenie, prawda? Ciało, które jest akceptowane, które ma wiele do zrobienia. Ciało, które wiele wycierpiało, które się starzeje, które dźwigało dzieci, chorowało – zmienia się, wygląda inaczej, ale nadal jest warte kochania i opieki.

***

Ostatnio usłyszałam, jak pewna kobieta żartowała ze swojego ciała, mówiąc, że wygląda jak maszkaron. Taki żart, że niby ma dystans do siebie i do starzenia się.
Zawsze sobie wtedy myślę: czy nazwałabyś tak swoją przyjaciółkę? Dlaczego traktujesz siebie najgorzej?
Szanuj osobę, którą jesteś. Każdy jest wartościowy. Różnorodność nie jest wadą.

I przestań się ukrywać.

***

Ps. Cytaty pochodzą z książki pt. Biegnąca z wilkami (s. 218 i 221). To taka książka, którą chwali wiele osób, a ja nie mogę przez nią przebrnąć, ale ostatnio przeglądam rozdziały i czasem natrafiam na coś, co bardzo do mnie trafia.

I drugi PS. Polecam też mój nieco starszy wpis o kobiecie przed lustrem.

Oda do kobiet, czyli o czym myślisz przed lustrem?

Mam taką koleżankę.

Alabastrowa, świeża cera, szlachetny, dziewczęcy profil. Urocze rzęsy, bystre ciemne oczy. Kiedy budzi się ze snu, jeszcze nieświadoma rzeczywistości, przeciąga się i mruży oczy, to zachwyca. Ma kobiecą figurę, z zaokrągleniami, które dodają jej ciepła i miękkości.

A ona ciągle myśli o sobie, że jest niezgrabną świnką.

***

Pojechałam kiedyś na wycieczkę. Obowiązkowa przerwa na toaletę, standardowa kolejka do damskiej. W pewnym momencie jedna z koleżanek przegląda się w lustrze, poprawia włosy, zagląda sobie w oczy i wzdycha:

– Boże, jak ja wyglądam…

Ja na to:

– W sensie, że tak dobrze?

Ona tylko prycha.

***

Kochane kobiety, nauczmy się patrzeć na siebie z sympatią. Nasza twarz, nasze ciało to integralna część nas. Warto się polubić, bo w końcu jesteśmy na ten widok skazane do końca życia.

***

Tak sobie myślę: może warto by nauczyć się trochę od mężczyzn – patrzeć na siebie beztrosko i z przymrużeniem oka, z pobłażliwą akceptacją. "Ciało jak młody bóg", mawiał mój mąż, gdy miał jeszcze wydatny brzuszek i trzeci podbródek. Chciałoby się dodać: "Tak. Jak Dionizos".

you look fine z pinteresta

(To zdjęcie czekało na ten wpis. Źródło: Pinterest)

***

Podobno nasze widzenie siebie zależy między innymi od tego, co o sobie słyszymy i co nam się wpaja od małego. To znaczy, że na nasz obraz siebie wpływa to, jak nas widzą rodzice i rodzeństwo, a także krewni, przyjaciele i znajomi.

Przyznaję, nigdy nie słyszałam, że jestem brzydka. Owszem – że nie umiem się ładnie ubierać, albo że mam duży tyłek (nie, nie mam, ale mówiła to pani z poważną niedowagą) i ptasi profil (to było akurat powiedziane jako komplement, ale umówmy się, to NIE JEST komplement). Żyłam w błogosławionej świadomości, że jestem ładnym dzieckiem, bo jak się słyszy, że ma się cerę cyganeczki i śliczne czarne oczy, to czym się tu przejmować. Kompleksy? Jakie kompleksy?

Zastrzeżenia rodziny budził raczej mój charakter i takie cechy jak nieogarnięcie, zapominanie, towarzyskie faux pas czy prostolinijność posunięta aż do prostactwa. Do tej pory uważam, że to moje pięty achillesowe, więc z tym wpływem chyba coś jest na rzeczy. Przeszkadzają mi te wady, które przeszkadzają też innym.

Natomiast jeśli chodzi o ciało – od kiedy przeczytałam ten wpis i od kiedy ćwiczę i zdrowiej się odżywiam, jest mi z samą sobą całkiem dobrze i to jest bardzo pozytywne, ożywcze uczucie. Bez zadręczania się. Bez skupiania się na kompleksach i niedoskonałościach. Czasem myślę, że mam brzydką fryzurę czy że pryszcz, ale potem uśmiecham się do lustra, bo lubię swój uśmiech. I o to chodzi. Znajdź w sobie coś, co lubisz i niech to będzie ważniejsze niż ten głupi pryszcz.

Zrobiłam w tamtym roku eksperyment na Dzień Kobiet. Spytałam znajome kobiety o to, co uważają za swój największy atut. Odpowiedzi były różne: nogi, oczy, usta, piersi, nawet obojczyki, ale ważne jest to, by zdawać sobie z tych atutów sprawę, a resztą się tak bardzo nie przejmować.

***

Miałam kiedyś znajomą, która miała na swój temat podobne zdanie: "podobam się sobie i uważam, że jestem ładna". Jakkolwiek by nie wyglądała, myślę, że takie podejście bardzo pomaga w życiu. Przede wszystkim daje kobiecie luz i zdrową pewność siebie. Wiadomo, że kobieta ZAWSZE znajdzie coś, co jej się w swoim wyglądzie nie podoba, ale czy naprawdę o to chodzi? Co chcemy przez to udowodnić i komu dokopać?

***

Koleżance wzdychającej przed lustrem powiedziałam, że ma takie niezwykłe, intrygujące spojrzenie, zwłaszcza gdy mruży oczy. Nie wiem, czy mi uwierzyła, ale może następnym razem spojrzy na siebie łagodniej, z większą sympatią.

Kobieta jak katedra. O ideałach piękna w średniowieczu

Brwi dorysowane kredką i buty z czubami. Wszystko już było. Nawet nie zdajemy sobie sprawy, jak bardzo wczorajsza moda uliczna przypomina średniowieczne ideały piękna.

Lubię obserwować, jak zmieniają się gusta. Niezmiernie interesuje mnie, co się ludziom w różnych epokach podoba: w jednej epoce kościste brzuchate panny o barankowych jasnych włosach i spiczastych palcach, potem rudowłose o pulchnych ramionach (sprawę barokowego tyłka przemilczę). Raz figura chłopięca, a raz klepsydra. W średniowieczu strzelistość, wysokość i wertykalność, w renesansie linie poziome, łódkowe dekolty i rzezanie tkanin, by poszerzyć sylwetkę, rękawy, buty i wszystko inne.

Błysk w oku

Gotyk jako styl architektoniczny jest strzelisty, promienny, migącący barwami (światło wpadało przez wysokie okna i witraże). To, co błyszczące i jasne (np. oczy i klejnoty na szatach) to coś bardzo popularnego i bardzo cenionego również w malarstwie średniowiecznym. "Oczy są piękne, jeśli są świetliste" – pisał Izydor z Sewilli.

Wysokie budynki, wąskie podłużne okna i obecność kolumn w katedrach – to wszystko podkreślało i zwielokrotniało pionowość i strzelistość form. W końcu katedra miała wznosić się z modłami ludzkimi do nieba, musiała tam sięgać i czubkiem wieży subtelnie przypominać Bogu o niebożątkach na ziemi. Łuki i maswerki to kolejny po stromych wieżach przykład ostrych, spiczastych czy kanciastych pomysłów tamtych czasów.

Jestem przekonana, że wygląd katedr pokazuje estetyczne gusta epoki, które można przełożyć również na kanony piękna kobiecego. Piękna kobieta średniowieczna miała być jak katedra gotycka.

Architektura a kobiecość

Dominacja chrześcijaństwa w średniowieczu oznaczała podporządkowanie życia społecznego religii – to powszechnie wiadomy frazes. W praktyce oznaczało to m.in., że kobieta musiała nosić ubiory skrzętnie zakrywające ciało, nie chwalić się biustem (odsłaniała tylko twarz, szyję i dłonie), skromnie spuszczać wzrok, milczeć, modlić się i służyć dobrze mężowi i dzieciom.

Idealna sylwetka średniowiecznej kobiety jest smukła niczym wieża katedry gotyckiej. Ramiona łagodnie opadające, jak najwęższe i jak najbardziej spadziste (można sobie poniżej porównać z krzepkimi ramionami renesansowych piękności). Długa szyja. Twarz owalna, biała skóra, nos długi i prosty, brwi łagodne, jasne, cienkie, wręcz rachityczne. Podłużne subtelne dłonie.

W przeciwieństwie do antyku, który hołdował niskim czołom nad bujnymi włosami – wśredniowieczu najładniejsza była odsłonięta twarz z wysokim czołem. Moda była tak silna, że we Francji w XIV i XV wieku wyskubywano sobie włosy z czoła. Golono też włosy na skroniach i depilowano brwi, które potem dorysowywano. A więc kobiety z wyskubanymi brwiami nie zdają sobie sprawy, że hołdują estetycznym ideałom średniowiecza!

Za każdym razem, gdy odsłonięty zostaje kolejny kawałek kobiecego ciała, staje się on potencjalnie miejscem, z którego trzeba usunąć owłosienie. W XIV i XV wieku niektóre Europejki skrywały włosy i uszy pod rodzajem kwefu. Niewielki pasek skóry widocznej na granicy kwefu i czoła bardzo szybko zaczęto depilować, stopniowo usuwając coraz więcej włosów. W efekcie powstała moda na wysokie i szerokie czoła, cofniętą linię włosów i wyskubane brwi.

(Nancy Etcoff, "Przetrwają najpiękniejsi")

Liczą się rękawy

Te proporcje i upodobania podkreślał ubiór. W XIV w. zaczęła się moda na suknie z obcisłym stanikiem i trenem. Wydłużone rękawy, często podwójne (spodnia suknia miała wąskie rękawy, a suknia wierzchnia – szerokie i długie, zwisające do kolan lub ziemi; często ozdobne, nieraz związane na bokach lub zapinane na guziki). Obcisłe rękawy sukni spodniej nieraz zachodziły na dłonie prawie do palców. Kształt tej części sukni determinował sposób poruszania się: kobiety trzymały łokcie skierowane lekko na zewnątrz, by jak najkorzystniej je pokazać. Aby wzmocnić efekt wąskich i spadzistych ramion, rękawy wszywano bardzo wysoko.

Brzuch na pierwszym planie

W XV w. suknie z wysokim stanem, odcięte pod biustem podkreślały piersi i brzuch (choć niektóre źródła mówią o spłaszczaniu piersi metalowymi płytkami). Modny był mały biust i drobny, wąski tors. Taki układ optycznie skracał klatkę piersiową, a wydłużał tułów i dół sylwetki.

Po lewej gotycka brzuchata piękność, po prawej fałdy, które cieszą oko

Po lewej gotycka brzuchata piękność, po prawej fałdy, które cieszą oko

Dół sylwetki układał się w fałdy. Wypukły brzuch w średniowieczu był ok (to mnie zawsze uspokaja, gdy tracę talię: kilkaset lat temu byłabym ideałem!). Mnogość i ciężar fałd oraz długość ubioru wymuszały odchylenie tułowia i wysuwanie bioder i brzucha do przodu. Brzuch był bardziej wysunięty niż biust. Postać kobieca miała wręcz esowatą linię.

Ubiór był najbardziej obcisły na biuście, pod pachami i w górnej części ramion. Całą reszta układała się luźno w nader obfite fałdy poniżej stanu. A jak wiadomo, fałdy tworzą pionowe linie. Do tego jeszcze tren, dochodzący nieraz do czterech metrów, a nieraz także zwisające paski tkaniny lub futra. Wszystkie te cechy: podwyższony stan, tren, kształt i długość rękawów, mnogość fałd i linii pionowych – potęgowały optyczne wrażenie smukłości i strzelistości.

Dwa wizerunki świętej Katarzyny. Po lewej wyjątkowo cienka w torsie, po prawej wygięta esowato

Dwa wizerunki świętej Katarzyny. Po lewej wyjątkowo cienka w torsie, po prawej wygięta esowato

Wszystko na głowie kobiety

Panny nosiły rozpuszczone włosy, ozdobione na przykład wiankiem z polnych kwiatków. Po ślubie, który nadawał kobiecie status społeczny – włosy spinano i dokładnie przykrywano. Średniowiecze to epoka chust, czepców, siatek i welonów zakrywających skronie. Z tamtych czasów pochodzi rąbek i podwika – płócienna chustka spinana na czubku głowy, okrywająca szyję i część policzków.

Czepiec był oznaką pozycji społecznej. Na wsiach preferowano raczej proste nakrycia głowy, ale raczej zawsze ją zakrywano. Przyczyną była nie tylko skromność obyczajów, ale także ochłodzenie klimatu.

Jest hennin, jest tren, można wychodzić

Jest hennin, jest tren, można wychodzić

Czepiec był nieodzownym atrybutem mężatek. Pewien jego specyficzny typ, czepiec hennin, czyli wysoki spiczasty lub ścięty stożek ze zwisającym na końcu welonem – w ludowej wyobraźni kojarzył się z postacią wróżki. Kobieta w takim nakryciu głowy była smukła niczym (znowu!) strzelista wieża.

Nietrudno się domyślić, że olbrzymie czepce powodowały trudności w przechodzeniu przez wąskie drzwi i utrzymaniu równowagi. Nakrycia głowy uwydatniły bardzo wysokie wypukłe czoło. Duże czepce optycznie zmniejszały sylwetkę przez kontrast i wysubtelniały postać. Kobieta w czepcu przypominała tulipan na wiotkiej i kruchej smukłej łodyżce.

Efekt dużej głowy, małego biustu i drobnego torsu podkreślał słabość budowy, wysmuklenie i zmniejszenie sylwetki. Wszystko razem tworzyło postać wiotką i filigranową oraz pośrednio propagowało typ kobiety cichej, pobożnej, słabej, umartwiającej się, potrzebującej opieki, nie mającej własnej woli.

Buty nie ranią

W tamtym czasie noszono obuwie o wydłużonych wąskich noskach, lekko uniesionych ku górze. Jak starałam się wykazać, wygląd ubioru miał określone znaczenie i był po coś. Wąskie i spiczaste kształty po tym całym wykładzie już nas nie dziwią (wiadomo, gotyckie umiłowanie szpiców), ale dodam jeszcze względy religijne. Otóż chodziło o to, by stąpać po ziemi z szacunkiem – tak, by jej nie poranić. Dzisiaj nikt już nie pamięta o tym pobożnym aspekcie obuwia.

Tak więc za każdym razem, gdy patrzę na powrót szpiców, czubów, wąskich nosków, myślę sobie o gotyku i patrzę na te cuda i dziwy łaskawszym okiem. W końcu jest to nawiązanie (zapewne nieuświadomione!) do epoki wyjątkowo przyjemnej pod względem estetycznym.

***

Źródła:

fotografie: Batszeba, fałdy pani Arnolfini, ramiona gotyckie i renesansowe, Katarzyna esowata i cienka w torsie, pani w henninie, skubana, poulandes i czuby;

książki:

D. Golińska, "Kanony kobiecej urody",

E. Schiller, "Historia ubiorów",

A. Sieradzka, "O modach i strojach",

"Żony modne. Historia mody kobiecej od starożytności do współczesności", red. A. Sieradzka,

M. Toussaint-Samat, "Historia stroju",

"Historia architektury", red. R. Toman,

U. Eco, "Historia piękna",

N. Etcoff, "Przetrwają najpiękniejsi".

Dbanie o styl – tylko dla nastolatków?

Fragment rozmowy z koleżanką z pracy:

 – Mój syn ma teraz taki etap, że codziennie rano myśli przede wszystkim o tym, w co się ubierze do szkoły.

 – Niektórzy nie wyrastają z tego etapu. Ja lubię wymyślać, w co się ubiorę.

 – Ja nie, ja już z tego wyrosłam. Patrzę tylko na to, żeby ubranie było czyste.

***

Czy z dbania o swój wygląd się wyrasta? Być może. Jednak niektórzy lubią myśleć o modzie i ubraniach również po skończeniu gimnazjum czy liceum. Nie jest to zbrodnia ani powód do wstydu, co zauważyła autorka bloga Ubieraj się klasycznie. Nie jest to również objaw próżności. W końcu dlaczego nie dbać o siebie – jedyną osobę, na którą jesteśmy skazani od początku do końca życia? Niezależnie od okoliczności musimy patrzeć na siebie w lustrze i znosić swój wygląd.

Dbanie o swój styl i szukanie ubrań i kolorów najbardziej odpowiadających osobowości i warunkom życiowym, pracy itd. to przejaw wielkiej samoświadomości. Wiele kobiet nie zadaje sobie prostego pytania: czy w tym kolorze, fasonie, w tej fryzurze naprawdę jest mi dobrze? Niebywałe, jak korzystnie dobrane ubrania potrafią dodać pewności siebie, poprawiają humor, dowartościowują. Generują komplementy, dzięki którym kobieta urasta w swoich oczach.

Fot. Mariusz Bieniek.

Fot. Mariusz Bieniek.

Czasem kobiety nawet nie zdają sobie sprawy, co jest ich atutem i co warto w ich wyglądzie podkreślać. A to jest ważne – zamiast zwracać cały czas uwagę i biadolić, że masz mały biust i brak Ci talii, podkreśl nogi, umaluj usta i odwróć uwagę od mankamentów.

Nie oczekujmy, że będziemy wyglądać jak nasze idolki z ekranu, ale możemy przyjrzeć się sobie i pokazać innym to, co w nas najlepsze i warte eksponowania. Możemy tym samym powiedzieć: "może i nie mam talii, ale spójrz na te łydki! Może i nos z garbem, ale przyznaj, że cera robi wrażenie!"

Życie jest wystarczająco trudne, nie warto sobie jeszcze dodawać zmartwień.

Praca domowa na dziś:

  1. Zastanów się, co jest Twoim atutem i jak to podkreślić.
  2. Poczuj się ze sobą lepiej!

Słodko-gorzko, czyli jak misja dziejowa przegrywa z Penelope Cruz na okładce

Oglądałam ostatnio filmy o ważnych postaciach, o ludziach, którzy zmienili świat. Jednego wieczoru naukowiec, który mimo choroby odkrył ważne prawa fizyki i poznał kosmos – i to niewyobrażalnie głębiej i mocniej niż my, zwykli śmiertelnicy; drugiego wieczoru wizjoner, który dał nam do ręki pewne narzędzia, bez których dziś żyć nam nie sposób, i przez to – można rzec – zmienił w jakimś stopniu zachodni świat, wpłynął na sposób pracy, rozrywkę, dostępność wielu informacji.

Mój mąż nieraz pisze i mówi mi o tym, że nie może tkwić w odtwórczej pracy całe życie, bo je zmarnuje. Od dawna nosi w sobie pragnienie robienia czegoś ważnego, nie chce marnować pasji i talentu, a w pracy się męczy.

A ja… Ja myślę, że nie mam żadnej misji, że nie wiem, co mogłabym dać ludzkości i światu, jak uczynić lepszym to, co wokół mnie. Że moja praca jest właściwie mało ważna i w dodatku trochę niedoceniona przez społeczeństwo, ale nie wiem, co mogłabym robić lepszego. Coś, co mnie spełnia, nie wstrząsa światem w posadach, nie czyni lepszym ani jednego życia. Już nie mówiąc o tym, że w innym kraju zarabiałabym pięć razy tyle, co tutaj. Za tę samą pracę.

Tego samego dnia natrafiam na ten tekst.

Mam gęsią skórkę, gdy go czytam.

Dzielę się nim na Facebooku. Nie piszę, że to jest mocne, świetne, że polecam, że to jeden z ważniejszych tekstów, jakie w ostatnim czasie czytałam. Bez wielkiego patosu, bez narracji w stylu bogoojczyźnianym czy wspomnień o kaganku oświaty (brr), mądry, fajny tekst. Nie chciałam jakoś narzucać swojej opinii, niech tekst obroni się sam. Właściwie nie znalazłam też słów dobrych na to, by go zareklamować. To, co napisałam tu przed chwilą, wydało mi się zbyt podniosłe, zbyt osobiste.

Nikt nie przeczytał i nie polubił. Właściwie tekst przeszedł bez echa.

Szkoda, bo wśród moich znajomych jest wielu nauczycieli. Ucieszyliby się, że ktoś tak ładnie o nich napisał.

Tego samego dnia koleżanka na mojej tablicy opublikowała zdjęcie znanej aktorki na okładce znanego czasopisma. Że niby jestem podobna. Albo inaczej – że ona jest podobna do mnie. Owszem, ładne zdjęcie, owszem, pochlebia mi to. Zalajkowano wielokrotnie, więc inni (moi znajomi) się zgadzają.

Pozostawiło to we mnie odczucia słodko-gorzkie.

Byłam ostatnio na weselu. Była lwia część mojej rodziny, m.in. chrzestni. Z moim chrzestnym trudno mi się rozmawia, nie mamy wspólnego języka, tematów, jakoś nie ma między nami więzi.

Jakiś czas temu zmieniłam fryzurę, zaczęłam też bardziej podkreślać swoje atuty, czyli w tym przypadku nogi. Pierwszy raz w życiu mój chrzestny powiedział: "ale mi się chrześnica udała". I był autentycznie dumny. Nie wtedy, kiedy zdobyłam tytuł magistra po raz pierwszy. Ani po raz drugi. Ani gdy skończyłam podyplomówkę, dzięki której poczułam w końcu: tak, chcę to robić i to jest TO. Ani kiedy podjęłam bardzo trudną decyzję o przeprowadzce do obcego miasta i zaczynaniu tam życia na nowo, bez pracy i niemalże bez oszczędności. Albo kiedy nawiązałam współpracę ze znanym wydawnictwem i moje nazwisko znalazło się kilka razy na redakcyjnej czwórce. Może nawet sobie nie zdaje sprawy, jak mu się chrześnica udała, ale wnioskuje to po szczupłości kostek, długości łydek i umięśnionym odsłoniętym kawałku uda.

Kiedyś moja koleżanka z pracy opowiedziała mi, jak bardzo irytuje ją, kiedy mamy dorosłych chłopaków na wieść o tym, że ich synowie się zakochali i są w związku, oceniają dziewczyny po urodzie. „Ale jaką ładną dziewczynę poznał mój syn, mówię ci!” Jakby to decydowało ostatecznie, czy będzie wierna, dojrzała, uczciwa, czy będzie dobrą partnerką.

Bo jej uroda oznacza przecież, że znalazł dobrą partię.

Niby nic się nie zmieniło od dawnych czasów. Mężczyzna miał zapewnić byt, kobieta się podobać. Czysto biologiczne uwarunkowanie, całkiem normalne, podświadome, wdrukowane w nas. Nie sądziłam tylko, że jest to tak silne także dzisiaj, w oświeconych i postępowych czasach.

Może to też dlatego, że kultura obrazkowa. Że łatwiej nam polubić na Facebooku zdjęcie niż kliknąć w tekst i go przeczytać.

Owszem, fajnie się podobać. Świadomość atrakcyjności wpływa na pewność siebie. Nie skupiać się na kompleksach, tylko poznać swoje atuty i nauczyć się je eksponować. Owszem, lubię słuchać komplementów, kto nie lubi. Albo inaczej: która kobieta nie lubi słuchać, że jest ładna, podobna do aktorki uznawanej za bardzo atrakcyjną.

Szkoda mi tylko tego tekstu o tym, że moja mała codzienna żmudna praca zmienia świat na lepsze. Bo ten tekst był jednak o niebo ważniejszy niż okładka Vogue'a.