Klakier i zaczepianie niewinnych ludzi, czyli moje pierwsze prace

Mam swój wstydliwy sekret z przeszłości. Byłam klakierem. Klaskałam za pieniądze.
Jak sobie tak pomyślę o swoich zajęciach zarobkowych, to chyba to jest coś,  co było najbardziej niebywałe, zważywszy na moje usposobienie.

Była kiedyś taka akcja w internecie, by wspominać swoje pierwsze prace i wysnuwać z tego refleksje oraz nauki. A ponieważ ja nie piszę wpisów pod czyjeś dyktando (raczej układam teksty dyktand, ale to inna historia…) i w ogóle nie lubię takich akcji, w których wszyscy zajmują się jednym tematem (generalnie nie lubię mody i – że tak się wyrażę – mainstreamu), to o pierwszych pracach chcę wspomineć dziś.

Zupełnie bez okazji.

***

Po pierwsze i najbardziej traumatyczne: byłam ankieterką. Byłam chyba najbardziej nieśmiałą ankieterką w historii tego bzdurnego zawodu. Nie wiem, jak ja to robiłam, że zaczepiałam tych wszystkich ludzi. Musiałam chyba bardzo potrzebować pieniędzy.

Po drugie, jak już wspomniałam powyżej, klaskałam w teleturnieju. Jeśli interesują Was warunki przyjmowania osób na widowni, już śpieszę z wyjaśnieniami: trzeba być ubranym w kolorowe bluzki i wyglądać entuzjastycznie. Tak, tak, nawet publiczność w teleturniejach musi wyglądać entuzjastycznie i udawać, że się dobrze bawi. Byłam statystką z drugiego rzędu i nawet niekoniecznie musiałam być nagrywana. Grałam tłum. Klaskałam – głośniej lub ciszej. Właściwie to rzeczy oklaskiwane niewiele mnie obchodziły.

Po trzecie, śpiewałam za pieniądze. Stanowiłam część zespołu, który był oprawą muzyczną ślubów, i całkiem nieźle nam szło. Oczywiście stresowałam się jak nie wiem, ale grunt to pokonywać swoje stresy i robić rzeczy mimo obaw.

Przez kilka miesięcy byłam stażystką w portalu internetowym zajmującym się kulturą. Redagowałam i publikowałam artykuły, kontaktowałam się z mediami. Niby wolontariat, a nie prawdziwa praca, ale bardzo dużo się tam nauczyłam i chętnie zostałabym taką zdalną redaktorką na pełen etat.

Poza tym pracowałam dwa tygodnie w biurze, szukając zdjęć na stronę i poprawiając teksty, a jedne wakacje spędziłam przy biurku w wydawnictwie z innymi redaktorkami i jedną panią od DTP. Gdy jest mi głośno i zbyt dużo „proszę pani” na minutę i na metr sześcienny, myślę sobie o tych dawnych dobrych, cichych czasach w biurze i w wydawnictwie.

Teraz pracuję w szkole, a w domu robię korekty i piszę książki (to może za dużo powiedziane: luźne notatki do książek, które może kiedyś powstaną). To jest etap. Pierwsze prace na pewno mnie ośmieliły, bym mogła być tu, gdzie jestem teraz, i robić to, co robię.

Podnoszę głowę znad telefonu

Podnoszę głowę znad telefonu i widzę bardzo smutne, zmęczone i przygnębione twarze.

Jeżdżę środkami komunikacji publicznej. Podobnie jak uczniowie szkół średnich, kobiety z dziećmi i emeryci. Sam ten zestaw daje pole do społecznych obserwacji.

Rano uczniowie siedzą z nosami w książkach (słówka angielskie lub niemieckie, chemia, zadania z matematyki) albo w telefonach (Facebook, Youtube, jakaś książka). Często mają słuchawki na uszach, słuchają łupanki, którą chcąc nie chcąc słyszę i ja. Patrzą w ekranik.

I to jest bardzo dziwne uczucie, kiedy podnoszę wzrok znad mojego telefonu i liczę tych, którzy też – tak jak ja przed chwilą i teraz – mają w dłoni telefon i spuszczony wzrok. Jakbym była ich klonem, a oni moim. Jakbyśmy grali w jakimś dystopijnym filmie.

I owszem, potępiamy wszyscy chodzenie z nosem w telefonie, bo to niebezpieczne, bo uzależnienie, bo garb i tępota. Ale telefon to też wartościowe artykuły, których nie zdążyłam przeczytać poprzedniego dnia, to też komunikacja z przyjaciółką, która mieszka trzy województwa dalej, to też załatwianie spraw, zapisywanie w kalendarzu, umawianie się. Nie zawsze jest to tylko otumaniające przeglądanie Facebooka.

***

Podnoszę wzrok i widzę ludzi zmęczonych i przygnębionych, zestresowanych, wkurzonych od rana. Słyszę ich pełne frustracji rozmowy, narzekanie, obawy, rozczarowania, poczucie niesprostania oczekiwaniom innych albo też poczucie niespełnionych własnych oczekiwań.

Chodząc po mieście, bocznymi uliczkami, widzę szeroki przekrój społeczny. Ludzi bogatych, biednych i bardzo biednych. Ludzi z nadzieją albo już bez niej. Widzę ludzi, którzy są rozczarowani, bo ich życie nie potoczyło się tak, jak by chcieli. W twarzach można wyczytać potężne niedobory – uczucia, spełnienia, uznania, godności. Czasem jeśli zbyt długo patrzę, czuję, że za chwilę usłyszę pytanie, czy chcę w ryj.

Patrzeć też czasem niedobrze.

Wsiadam do autobusu około osiemnastej i widzę wracających z pracy, ze szkoły, skądinąd. Atmosfera jest gęsta i przygnębiająca jak w horrorze. Resztki sił, otępiałe spojrzenia w okno, wyczerpane ludzkie baterie.

I kiedy to wszystko widzę, to przygnębienie, smutek, to z powrotem spuszczam wzrok.

Wybieram online zamiast rzeczywistości. Tekst zamiast człowieka. Ekran zamiast twarzy.

Szklana kula, czyli kim będziesz, kiedy dorośniesz?

Natknęłam się ostatnio w internecie na znajome nazwisko. Pisarka fantastyki. Owszem, znałam kiedyś taką dziewczynę, chodziłam z nią do liceum w małym miasteczku, mówiłyśmy sobie "Cześć". Jak ja zaczynałam średniowiecze, to ona siedziała na schodach z pozytywizmem i się zaczytywała.

Tak, to ona.

Są jeszcze inne przykłady. Znajoma fotografka, redaktorka, znajomy tłumacz. Ich nazwiska na czwórce redakcyjnej, zdjęcia w gazecie, w książce, na okładce płyty. Znajoma dziennikarka w telewizji. Znajomy muzyk ze swoim zespołem na festiwalu. Projekt okładki autorstwa mojego męża. Jest się czym chwalić. Jest nad czym pracować.

***

Czasem lubię sobie o tym myśleć – nie wiemy, kto z naszych znajomych czymś zasłynie. A jeszcze lepiej – które z dzieciaków, obecnie zajmujących szkolną ławkę i ganiających po korytarzu – które z nich zawojuje świat lub chociaż jego mały kawałek.

A zatem – kibicuję wam, przyszła pisarko, malarko, aktorko, przyszły piłkarzu. Ty, która marzysz o byciu dziennikarką, która piszesz od przedszkola, tworzysz książki, ilustrujesz, wymyślasz światy i ćwiczysz pióro. Kto będzie miał tyle doświadczenia, zacięcia i determinacji, co Ty? Może któreś z Was, moich uczniów lub młodych znajomych, stworzy aplikację, wymyśli wynalazek, który coś zmieni, pomoże, ulepszy. Może na kogoś z Was będę mogła w przyszłości głosować. Przeczytam Waszą książkę, obejrzę Wasz film. Usłyszę o Tobie i o tym, co robisz.

***

Nie imponuje mi, że ktoś jest znany. Imponuje mi, kiedy robi coś fajnego, kiedy się spełnia, kiedy jest szczęśliwy. Imponuje mi, gdy ktoś jest kreatywny, gdy tworzy, zmienia świat, wprowadzając do niego coś swojego (chociażby Włóczykija i Małą Mi. To wystarczy).
Czasem jedno zdjęcie, jedno zdanie czy jeden wiersz mogą zmienić życie. To, co robimy, też może. Przynajmniej chcę w to wierzyć.

kieliszek-wegry

(Nie mam zdjęcia szklanej kuli, ale jest kieliszek, a jutro sylwester, więc chyba się liczy, no nie?)

Zawód

Niektórzy ludzie gorzknieją z czasem.

(dopisek mojego męża: niektórym ludziom czas gorzknieje)

***

Czasem zdarza mi się słyszeć, raz za razem:

"Ale jest gówno w tej telewizji".

"Ale z niej szkarada".

"Dzisiaj jest Dzień Życzliwości. Co za debilizm!"

"Znowu deszcz. Ależ się cieszę".

"– Nie zapowiada się ładna pogoda w weekend.

– Nie martw się, w poniedziałek znowu pójdziesz sobie do pracy i będzie pogoda. Pogoda jest dla bogaczy, nie dla biedaków".

***

Innym ludziom jest zawsze lepiej. Z takim podejściem nigdy nie ucieszysz się tym, co masz.

***

Przykro mi, że jesteś nieszczęśliwy. Chciałabym, żebyś nie musiał się tak czuć, ale obawiam się, że poniekąd sam tego chcesz.

Homonimy, synonimy: Zawód – zawód

Wykonywany zawód po wielu latach może stać się już tylko rozczarowaniem. Możesz przestać czuć się potrzebny. Możesz się wyeksploatować, możesz stwierdzić, że nigdy tak naprawdę nie chciałeś tego robić, tak wyszło i już zostało. Mogło Ci się kiedyś chcieć, ale już dawno przestało.

Małżeństwo rozczarowuje. Miłość się zakurzyła i wypłowiała jak zdjęcie. Ludzie bliscy są już tylko z nazwy. Z dzieci też można nie być dumnym, bo chciało się inaczej.

Inaczej sobie wyobrażaliśmy dorosłe życie. Mieliśmy spełniać marzenia i zmieniać świat.

Czasem w autobusie lub tramwaju mijam ludzi o zrezygnowanych twarzach.

Ludzie smutnieją i chodzą coraz bardziej rozgoryczeni.

Trudno to ukryć.

Trudno temu zaradzić.

ściana

(Źródło fotografii: tutaj)

Każdy człowiek się kiedyś sprzeda. Wystarczy podać cenę

– Mam nowy zawód. Zostałam copywriterem.

– A co dokładnie robisz?

– Piszę teksty na zlecenie.

– Każdego człowieka można kupić.

– ???

– Każdy się kiedyś sprzeda, wystarczy podać odpowiednią cenę.

Czyli rozumiem, że pisanie na zamówienie jest hańbiące. Moją umiejętność pisania po polsku zamieniłam na niegodny zarobek. Wymyślanie i formułowanie za tych, którzy tego nie potrafią, nie mają czasu, ale mogą za to zapłacić – jest nie do przyjęcia.

Copywriter – zawód sprzedajny. Ktoś jeszcze?

Zaraz, może się mylę, ale czy ludziom nie powinno się płacić za wykonywanie swojej pracy? Może nazwiemy sprzedajnymi wszystkich, którzy robią cośkolwiek za pieniądze? Fryzjer, mechanik, hydraulik sprzedaje swoje umiejętności i wiedzę. Nauczyciel sprzedaje swój wolny czas i energię na sprawdzanie klasówek i stanie przy tablicy przed obcymi dziećmi, a może wolałby w tym czasie pobyć ze swoją rodziną. Może tłumacz chętnie spędziłby większość swoich dni jedynie na czytaniu, bez konieczności przekładania przeczytanych stron na inny język? Ale ponieważ musi zapłacić rachunki i kupić jedzenie, musi robić coś, za co mu zapłacą. Malarz sprzedaje obrazy, a pisarz książki – efekty swojej pracy. Jak każdy.

Każdy się kiedyś sprzeda

Sama byłam ostatnio zmuszona wstać o piatej rano i pojechać do pracy na zastępstwo. Sprzedałam kilka godzin z mojego życia, bo mi zapłacili. Wstyd. Powinnam była odmówić i nie przyjechać? A może przyjechać, odpracować swoje, a następnie odmówić płacy? Niejeden pracodawca byłby zachwycony takim stanem rzeczy.

Ocieramy się tutaj o niezły absurd: praca dla idei, co niemalże prowadzi do głodowania w poczuciu szlachetności i bycia lepszym od innych.

Czy lubisz swoją pracę?

Kiedyś spytano mnie, czy gdybym nie musiała pracować, nadal robiłabym to, co robię. Tak, chodziłabym spotykać moje fajne szkolne dzieci i bawilibyśmy się przedziwnym fioletowym jednorożcem ("jednorożkiem"), układalibyśmy wiersze metodą dada, gralibyśmy w państwa-miasta.

Ale to nie koniec. Nadal sprawdzałabym teksty i pisałabym, bo to lubię, a przecież dobrze jest robić coś na tyle często, by stawać się w tym coraz lepszym. Dobrze jest stawiać sobie wyzwania, a permanentne uczenie się i rozwijanie swoich umiejętności to coś, co nie tylko gwarantuje mi moja praca, ale – tak szczerze – mnie to po prostu jara, kręci, daje kopa. Nie tylko cieszy, ale wręcz ekscytuje.

No to chyba jestem tutaj wygrana, co?

Pisanie na zlecenie

Jestem początkująca w zawodzie, ale wydaje mi się, że mogę odmówić, jeśli zlecenie mi nie odpowiada. Nie napisałabym artykułu, w którym musiałabym ewidentnie skłamać lub napisać coś wbrew moim przekonaniom. Nie widzę żadnych przeciwskazań na temat używania kołder, więc chyba mogę o nich napisać tekst na stronę internetową. No chyba że nie mogę, bo to mi uwłacza. Naprawdę?

Zamiast rozważać etyczny wymiar pisania na zlecenie, wolę cieszyć się, że ktoś mi płaci za moją pasję, a ja się rozwijam, robiąc ciągle rzeczy nowe i dowiadując się coraz więcej. Ucząc się, czytając, ubogacając słownictwo i pojęcie o świecie. Nie czuję się sprzedajna, najpierw czytając o CNC, a potem pisząc o tym w miarę interesujący tekst. Czuję dumę, że dałam radę to zrobić, że mogę ćwiczyć, jak napisać ciekawie o rzeczy mi nieznanej i być może nawet – na pierwszy rzut oka – nieciekawej.

Poza tym gdyby ktoś umiał lub miał wystarczająco dużo czasu, by napisać sobie teksty na stronę, to by to zrobił. Nie ma nic złego w zlecaniu innym rzeczy, o ile kogoś na to stać. Zlecanie innym tego, co oni robią lepiej.

laptop_hires-jeshu-john-designerpics

(Narzędzie niegodnej, bo płatnej pracy. Źródło zdjęcia: ta strona)

Luksus zarabiania na pasji

Zarabianie na pasji to marzenie wielu. To luksus. Wielu fotografów chciałoby pokazywać swoje zdjęcia w galeriach, wydawać albumy, sprzedawać fotografie do gazet. Wielu poetów, dziennikarzy, pisarzy chciałoby utrzymać się z tego, co robią najlepiej. Nic w tym złego.

Mogę robić więcej niż praca w szkole. Niż korekta. Cały czas dążę do tego, by pisać coraz lepiej. Jeśli nie rozwija tego redagowanie, copywriting i blog, to co mogę jeszcze zrobić? Pisać do szuflady? To nic nie da. Nie rozwija. Zatrzymanie tekstu dla siebie nie pomoże mi w przekonaniu się, czy tekst spełnił swoją funkcję, czy trafił, czy poruszył, czy był mocny, ciekawy, zabawny, słaby, nijaki. Czy był chociaż niezły.

Wolne wnioski

Dobrze więc. Niesprzedajni są tylko ci, którzy wykonywaliby swoją pracę nawet wtedy, kiedy by nie musieli. Którzy nie brukają swojej działalności korzyściami finansowymi, ale robią to za darmo. Zaraz – ja piszę też za darmo. Np. tutaj. Spędzam dość sporo czasu, układając zdania, które być może przeczyta kilkanaście osób. I właściwie nic by się nie stało, gdyby nie zostały napisane.

Wnioskuję więc, że przynajmniej na blogu się nie sprzedaję. Mam taką nadzieję, bo to jednak jest trochę jakby obelga.