Prawa i obowiązki bezdzietnej kobiety

Jestem mężatką i nie mam dzieci.

Co czujesz, kiedy to czytasz? Współczujesz mi? Zazdrościsz? Masz do mnie żal? Jest Ci mnie żal?
Czy może masz dla mnie jakieś rady?

***

Nie mam zamiaru omawiać z każdym mojej sytuacji rodzinnej, ale są rzeczy, które mimo wszystko słyszę. I czuję, że powinnam. Coraz bardziej znam swoje prawa i obowiązki.

Oczywiście powinnam mieć dzieci. W końcu po to jestem kobietą, żeby mieć dzieci. Jeśli ich nie mam, to tak, jakbym nie do końca zasługiwała na to miano. Trochę jakbym była kobietą drugiej kategorii. Czasem wręcz czuję, że muszę udowadniać, że hej! ja też robię w życiu coś pożytecznego. Hej, nie jestem pasożytem. Hej, może i ja wam się do czegoś przydam, może zasłużę na „szklankę wody na starość”?

Mam prawo do tego, by nie traktowano mnie poważnie. W końcu jestem jeszcze dzieciakiem, który nic nie wie o życiu. Bo nie mam dzieci. Jestem taką trochę podstarzałą nastolatką. Trochę żałosną.

Nie mam prawa narzekać, że jestem zmęczona. Nigdy nie byłam zmęczona, bo nie wiem, co to są nieprzespane noce z powodu noworodka, dwójki dzieci, trójki… Zmęczenie z jakiegokolwiek innego powodu, zmęczenie psychiczne, zmęczenie po kilkunastu godzinach pracy, zmęczenie z powodu hałasu, wysiłku, stresu, nadmiaru obowiązków – to się nie liczy.

Nie mogę powiedzieć niczego, co jest związane z wychowywaniem, bo przecież się nie znam. Bo „każdemu, kto nie ma dzieci, tak łatwo się mówi”. Rozumiem, że jeśli ktoś rozmawia ze mną na tematy wychowawcze, to moją rolą jest tylko wysłuchać. Nie mogę skomentować, bo przecież ja się nie znam (wierzcie mi, nie jestem osobą, która się wtrąca do wychowania i mówi innym, jak mają żyć i wychowywać swoje dzieci). Mogę tylko pytać. Mogę wysłuchiwać historii. Może niech to będzie dla mnie namiastką – rozmowa o cudzych dzieciach. Dobre i to, prawda?

Mam prawo do ludzkiej oceny. Skoro nie mam dzieci, to mogę przyjąć na siebie ludzką pogardę. Na pewno jestem wygodnicką egoistką, której się nie chciało. Jeśli powód był inny, oni powinni go poznać. I ewentualnie mogą zmienić swoją ocenę. Lub nie. Może powód był niewystarczający. Może niedostatecznie się starałam.

Mam prawo wysłuchać rad na temat in vitro i adopcji. Mam prawo odpowiadać na ich pytania.

Nie, nie mam prawa do intymności. Kobiece ciało jest wartością wspólną, wartością nas wszystkich. Należy do mojego państwa, do mojej religii. Czyż to nie święty Paweł mówi, że kobieta zbawi się przez rodzenie dzieci? A co z resztą? Jak mam się czuć, wychowana według nauki Kościoła, którego chciałam być wierną córką? (Podpowiem: jak odpad, ktoś odsunięty na bok, bo nie spełnił swojej roli. Patrz: punkt pierwszy). Jak mam się czuć, wychowywana w tradycyjnej rodzinie, jeśli nie podtrzymuję tej tradycji? (Podpowiem: jak wyrzutek. Ktoś troszeczkę gorszy i niepełny).

***

Szukam artystek, pisarek, malarek, odkrywczyń, badaczek i kobiet zajmujących się nauką, które nie miały dzieci. Bo są takie, które nie miały. Szukam ich, bo muszę jakoś zasłużyć na swoje bycie na tym świecie. Gdybym miała dzieci, to byłabym usprawiedliwiona. Wszystko byłoby ok. Czyż nie?
Artyści, pisarze, malarze, odkrywcy, badacze, naukowcy, którzy nie mieli dzieci, jakoś nie musieli się przed nikim tłumaczyć.

Dlatego tak zachłannie czytam „Opowieści na dobranoc dla młodych buntowniczek”. Żeby ktoś mi powiedział: możesz być, kim chcesz. Nawet jeśli nie jesteś matką. Albo mimo to.
Bez tłumaczenia się.