Z romantyczności można się wyleczyć

Z romantyczności się wyrasta. Jeśli ktoś ma romantyczne podejście, to może się nielicho rozczarować, bo życie nie składa się tylko z westchnień, przytulania i patrzenia sobie w oczy.

O moim niegdysiejszym romantycznym podejściu do rzeczywistości przypomniałam sobie, gdy rozmawiałam z koleżanką na temat otrzymywania niespodziankowych prezentów.

Romantyzm prezentu-niespodzianki

Ktoś mnie zapytał wprost, co chcę dostać, a ja się przecież ucieszę z każdego upominku – powiedziała koleżanka – bo cieszy mnie samo to, że ten ktoś myślał nad tym, co mi kupić, szukał i myślał o mnie. Wolę niespodzianki.
Ja pomyślałam (i powiedziałam), że jeśli mam ograniczoną przestrzeń, to nie ucieszy mnie kolejny zestaw filiżanek. Owszem, ktoś może się jakikolwiek sposób dowiedzieć, co lubię i czego potrzebuję. Może mi nawet kupić skarpety (lubię skarpety, potrzebuję skarpet). Ok, lubię też kubki, ale nie potrzebuję kolejnego i nie mam na niego miejsca. Kupowanie sobie prezentu wymaga wrażliwości na potrzeby drugiej osoby, otwarcia się na nią. Może się okazać, że tak naprawdę się nie znamy. I trudno, zawsze można się poznać.

Cóż, wychodzi na to, że w moim przypadku radość z otrzymywania niespodzianek kończy się wtedy, gdy kończy się na nie miejsce na półce w pokoju na poddaszu. Albo kiedy prezent jest totalnie nietrafiony i po prostu się nie podoba. Wiem, wiem, mam udawać, że się cieszę, żeby darczyńcy nie było przykro. Mam przybrać fałszywą minę i ukryć moją prawdziwą reakcję w imię zachowania poprawnych relacji.

Romantyczne podejście do prezentów przegrywa z pragmatycznością. Konkretnie sprecyzowane potrzeby i mówienie o nich to przecież nic złego.

Romantyzm na szczycie i na dworcu

Po jakimś czasie (po trzydziestce?) wszelkie akcje typu pierwszy taniec, zaręczyny na szczycie, nad morzem czy przy blasku tęczy, zorzy, czegokolwiek – wydają się kiczowate. Tak samo jak wtórne są pomysły w stylu: oświadczyny podczas walentynek, romantycznej kolacji czy w przerwie meczu z relacją na telebimie. Tak jak kiczowate po jakimś czasie stają się na przykład zdjęcia ślubne, niestety. Głównie dlatego, że powielają schematy, które szybko stają się ograne.

Trudno być oryginalnym i nie popaść w śmieszność, bo wszelkie powtarzalne motywy trafiają do szuflady z napisem „Kicz”. Jedynym remedium wydaje się ich twórcze przetworzenie, puszczenie oka albo konsekwentne omijanie pułapek pod znakiem czerwonego serduszka.

Najgorzej jest w przypadku książek.

Książki, w których bohaterowie są zakochani, ale ze sobą nie rozmawiają, więc następuje obowiązkowa scena na dworcu kolejowym (prawda, że autobusowy nie byłby taki romantyczny?) – ukochana odjeżdża, on zostaje – czy będzie gonił pociąg? Czy wskoczy w ostatniej chwili? Szczerze mówiąc, nie obchodzi mnie to i nawet mi ich nie żal, skoro pozwolili swojemu karygodnemu brakowi komunikacji i niedopowiedzeniom zepsuć tę relację. Jeśli to miała być romantyczna scena do wzruszenia, to ja powiem: a idź pan z takim romantyzmem, który zamiast wyciskać łzy z oczu – denerwuje i zniesmacza.

Niedopowiedzenia dają radę w „Dumie i uprzedzeniu”, scena na dworcu – w „Annie Kareninie”. Naprawdę trudno prześcignąć te klasyki. Poza tym – czy nie lepiej otwarcie powiedzieć drugiej osobie, o co mi chodzi i czego oczekuję zamiast oczekiwać, że się domyśli?

Pomijam litościwym milczeniem oczekiwania romantyków, którzy nie żenili się ze swoimi ukochanymi, bo ukochana to jest od wzdychania, pisania wierszy i podziwiania z daleka, a ciąża i rodzenie dzieci, tycie, mdłości i rozstępy, płyny ustrojowe, a także pranie i sprzątanie to już raczej atrybuty i powinności żony (tu to przeczytałam). To przypomina tych wszystkich młodych chłopaków zniesmaczonych, że ich dziewczyna musi iść do toalety.

Kiedyś byłam bardziej romantyczna, teraz jestem praktyczna i mniej oczekująca. Chyba z takim podejściem lepiej mi się żyje.

Nie mogłabym żyć w najmniejszym państwie świata

W rozmowie znajomy rzucił: „To jest postać z Wiedźmina II, ale to pewnie wiesz, bo Twój mąż w to gra”. I był szczerze zdziwiony tym, że nie wiem.

Cóż, nie zaglądam mu przez ramię, gdy gra. Zresztą, patrzenie, jak ktoś gra, uważam za dość bezsensowne zajęcie. Co innego grać razem czy grać w tę samą grę, a potem móc o tym porozmawiać.

I owszem, mąż czasem mi opowiada albo pokazuje ciekawe fragmenty. Czasem się dzieli cytatami i wysyła linki do artykułów. Czasem opowiada o jakimś wyjątkowo ciekawym zleceniu.

Ale!

Nie wiemy o sobie wszystkiego. Co więcej – uważam, że tak jest lepiej.

„Mam męża, nie potrzebuję przyjaciółki”

Jest taka piosenka „Najmniejsze państwo świata”. Tylko ty i ja. Poza nami dzisiaj nic się nie liczy… tak to leci.
I gdy tak sobie o tym myślę, to chyba szybko musiałabym wyemigrować z takiego państwa, bo inaczej udusiłabym się, zwariowałabym.

Znam takie dziewczyny, które zerwały przyjaźń, bo znalazły faceta. A z kim pójdą na kawę, jeśli się z tym facetem pokłócą? Z kim chcą pogadać o swoich sprawach, których żaden mężczyzna nie zrozumie? Ot, choćby dlatego, że nie ma okresu, nie urodził dziecka czy nie rozróżnia kolorów.

Są pary, które pracują ze sobą i są razem dwadzieścia cztery godziny na dobę. Ja bym tak nie potrafiła. Muszę mieć kawałek życia dla siebie, swoją samotność, swoją przestrzeń. Musi być miejsce na osobność moją i jego. Na życie moje i jego plus życie razem.

I owszem, jak każdy związek mamy swoje rytuały, teksty i konteksty, które rozumie tylko nasza dwójka. Mamy swoje wspomnienia, swoje plany. Ale chyba oboje potrzebujemy sporo przestrzeni i niezależności.

O, choćby poglądy na temat tego, czym powinniśmyśmy się zająć i co powinno być naszym priorytetem. Mąż mi radzi (zapewne całkiem słusznie), bym dokończyła etymologiczny słownik inwektyw, ale ja mam w głowie przede wszystkim powieść obyczajową. Ja radzę mu robić portrety, a on woli kolejne zdjęcie mgły o wschodzie słońca. Niech mnie nie słucha i robi swoje. Na pewno mu to wyjdzie na dobre.

„Zaskocz mnie”

Nie muszę opowiadać, że między pracą, a przed szkoleniem poszłam na kawę. On i tak nie zapamięta, z czego jest to szkolenie albo jak ma na imię koleżanka, która mi towarzyszyła. Tak jak nie wie, jakie tematy omawiam z uczniami na zajęciach. To jest moja przestrzeń i kawał mojego świata, mojego życia. Muszę mieć coś swojego. Nie chcę przynosić pracy do domu, roztrząsać, omawiać, przeżywać, rozgrzebywać.

Tak jak on nie musi mi opowiadać, co po kolei robił w pracy. Nie mam zamiaru wiedzieć o nim wszystkiego. Wręcz przeciwnie. Nie chcę myśleć: niczym mnie nie zaskoczy; znamy się jak łyse konie; i tak wiem, co chce powiedzieć.

Wszystko nie może być wspólne.

Żyjąc w najmniejszym państwie świata, prędko może się okazać, że brakuje nam tlenu.