35 myśli na 35-lecie

Mam dzisiaj urodziny. Wymyśliłam więc 35 myśli na 35-lecie, trochę podsumowanie, trochę spis luźnych refleksji. Pomysł nie jest oryginalny, ale to trochę jak z opowieściami. Każdy ma swoją opowieść i swój sposób jej przedstawienia, nawet jeśli jest to kolejna historia o miłości, śmierci i szukaniu siebie.
U mnie będzie po prostu o byciu trzydziestopięciolatką.

  1. 35 lat to już jakby połowa życia. Albo nawet po połowie. Nie spodziewam się długiego żywota. Mogę umrzeć koło sześćdziesiątki jak moja babcia, mogę żyć do setki jak mój dziadek. Zdarzają się też wypadki i choroby, więc nie należy się na nic nastawiać.
  2. Tym bardziej nie należy odkładać życia „na emeryturę”. Chodzi o podejście, że na emeryturze przeczytam te wszystkie książki i obejrzę filmy, spełnię marzenia i tak dalej. Cóż, do emerytury ta kupka książek do przeczytania i filmów do obejrzenia może się zamienić w wielką górę.
  3. Po drugie – czy będę miała dobry wzrok i w ogóle taką możliwość, by to wszystko przeczytać i obejrzeć?
  4. Po trzecie, któż to wie, ile ta emerytura właściwie będzie wynosiła? Czy będzie mnie stać na kupno jakiegokolwiek dobra kultury?
  5. O marzenia należy walczyć. Zrobić coś, by je spełnić. I to szybko. W przeciwnym razie mogą się przeterminować.
  6. Jak śpiewała Edith Piaf: żyć tak, żeby nie żałować niczego. Co prawda życie mam dość nudne, ale idę konsekwentnie swoją drogą, swoimi ulubionymi, wydeptanymi ścieżkami, dobrze znam siebie i wiem, co mnie usatysfakcjonuje.
  7. Na przykład takie studiowanie. Nawet jeśli żałowałam pójścia na drugie studia i męczyłam się okropnie na zajęciach, które mnie niezbyt interesowały, to w ostatecznym rozrachunku właśnie te studia otwierały mi drogę do pracy. Więc teraz już ich nie żałuję.
  8. Przydała się również nauka greckiego i zachowany w portfelu gruziński bilet kolejowy. Zawsze pokazuję go na zajęciach z alfabetu. Zawsze robi wrażenie.
  9. Przełomowe momenty w moim życiu to przede wszystkim rozpoczęcie studiów i przeprowadzka do mojego obecnego miejsca zamieszkania. Przez pół Polski. Warto było. Miasto jest inspirujące, ludzie serdeczni, secesja i dookoła góry, czego chcieć więcej?
  10. Mam pozytywne podejście do świata. W ludziach widzę dobre intencje, jestem ufna (no dobra, nazwijmy to wprost: naiwna), narzekanie uważam za stratę czasu, nie chcę się denerwować, więc oglądam mało telewizji. Polecam takie podejście. Dobroduszne jak hobbit.
  11. No i najlepiej mieć pełną spiżarnię.
  12. Oraz od czasu do czasu jakieś przygody i podróże.
  13. Po trzydziestce, a już zwłaszcza po trzydziestce piątce, przestaje mi zależeć, by sprostać wszelkim wymaganiom. I dobrze, im szybciej, tym lepiej.
  14. Niektórzy ten bunt przeżywają w wieku lat piętnastu lub dwudziestu. U mnie to odbywa się powoli, metodycznie, w sposób przemyślany, ale dzięki temu nie ma ofiar w ludziach i relacjach.
  15. Miałam kiedyś potrzebę celebrowania urodzin, czucia się wyjątkowo. Obecnie marzę bardziej o wysypianiu się i wiośnie. Niech ta wiosna w końcu przyjdzie!
  16. Nie należy być wobec samego siebie zbyt wymagającym. Ani zbyt okrutnym. Uważam, że należy traktować się trochę jak dziecko, którym należy się opiekować, być wyrozumiałym i mówić mu miłe rzeczy.
  17. Mądre dbanie o siebie to jedna z lepszych rzeczy, jakie można dać swojemu ciału, to także sposób na poprawę samopoczucia. Im jesteśmy lepsi dla siebie, tym jesteśmy lepsi dla innych. Dlatego kupiłam sobie urodzinowy peeling bananowo-agrestowy. Teraz pachnę jak guma do żucia albo jak sałatka owocowa. Od razu mam lepszy humor.
  18. W tym wieku należy inwestować w kremy 30+ lub 35+, mówili. Z pewną obawą i lekkim obrzydzeniem wybrałam specyfik na bazie śluzu ślimaka, dermatolodzy się zachwycają, a ja w sumie to ostatnio jadłam omułki, a że trzeba być otwartym na nowe… Otworzyłam swój portfel i swoją głowę, oddałam swoją twarz domniemanej ślimaczanej dobroci. Niestety, poczułam, że ten ślimak przelazł mi przez twarz i pozostawił na niej niesmak, poczucie stężenia, ściągnięcia, dyskomfortu. Ślimaczy twarzowy eksperyment uważam za nieudany.
  19. Gubię rzęsy. Czy można być lekko łysawym na powiece? Łysiejącym wokół oczu?
  20. Zmarszczki wokół oczu bardzo lubię. Moja mama takie ma i to oznacza, że się dużo uśmiecha. Ja też zaczynam takie mieć i też się dużo uśmiecham. Jak się nie uśmiecham, to uczniowie czują się zaniepokojeni.
  21. Pracuję twarzą. Robię głupie miny, zdziwione oczy, unoszę albo marszczę brwi. To wszystko ma służyć sprawnej komunikacji niewerbalnej. O dziwo, na lekcjach jest to w mig odczytywane.
  22. Gdy patrzę na siebie sprzed dziesięciu lat (choćby na zdjęciach), to na pewno bym się dzisiaj nie polubiła.
  23. Jak będę już całkiem siwa, to obetnę włosy na krótko i przestanę farbować. Podziwiam starsze panie z białymi, krótkimi włosami. No chyba że osiwieję na siwo. Wtedy lipa, znowu trzeba będzie farbować.
  24. Gdy sobie uświadamiam, że coś się wydarzyło DWADZIEŚCIA PIĘĆ lat temu, to czuję się stara. Choć generalnie taka się nie czuję.
  25. Znana jest prawda, że mamy tyle lat, na ile się czujemy. Wiadomo, lepiej czuć się młodo i otaczać się ludźmi, którzy tak się czują. Dlatego chodzę w czerwonych trampkach (no, również dlatego, że po prostu mi się podobają).
  26. Znam czterdziesto- i pięćdziesięciolatków, który są tak młodzi duchem, spontaniczni, otwarci i radośni, że tylko pozazdrościć i brać przykład.
  27. Czytam obecnie Knausgarda i dziwię się, jak w wieku 39 lat można napisać ośmiotomową biografię. Ja bym swoje życie streściła w jakiejś nowelce.
  28. To kwestia skromności. Po prostu uważam, że nie ma sensu zawracać ludziom głowy nieciekawymi historiami z mojego życia. Moje nudne życie całkowicie mi odpowiada, ale nie wszystkich musi interesować.
  29. Najlepsze są niespodzianki i niespotykane prezenty. Do tej pory pamiętam, dostałam kiedyś wiersz.
  30. Dostałam też kiedyś ramkę na zdjęcie z rysunkiem i wyznaniem, że cała klasa mnie lubi, cała szkoła i całe miasto. Czy może być coś bardziej uroczego?
  31. W tym roku też dostałam laurkę. Były w niej życzenia niekończącej się biblioteki.
  32. Oryginalnym prezentem było drzewo. Obecnie jestem absolutnie zafiksowana na punkcie sadzenia drzew i uważam to za cudowne doświadczenie. W weekendy spokojnie mogłabym być leśnikiem.
  33. Jedna z milszych rzeczy, która mi się przydarzyła w życiu, to wieloletnia przyjaźń. To jest naprawdę fantastyczne – przez połowę życia znać kogoś, widzieć jego przemiany i mieć towarzysza w swoich.
  34. No i zawsze jest miło dostawać życzenia od tak bliskiej osoby. Ona zawsze wie, czego mi trzeba. Zawsze trafia w punkt.
  35. Myślę, że kiedyś jeszcze wymyślę sobie zawód. Jeszcze nie postanowiłam, kim będę, kiedy dorosnę.

_DSC9198_DxO

(Fot. Zosia LS)

Marzenia z terminem ważności

Trzymasz je w domu na półce wysoko w szafie albo pod łóżkiem za butami. Co jakiś czas wyciągasz i odkurzasz wieczko mocnym podmuchem i kawałkiem rękawa. Pewnego dnia kątem oka spostrzegasz datę ważności. Ze zdziwieniem stwierdzasz, że już minęła. To, co było w środku, spłowiało i zbutwiało. Można to wyrzucić, bo zetlałe kruszy się w rękach.

Mniej więcej tak samo czułam się, kiedy spełniałam marzenia za późno. Niektóre marzenia mają termin ważności.

Za późno

Chciałeś/chciałaś pojechać do marokańskiej Legziry zobaczyć skalne łuki? Za późno, zawaliły się. Chciałeś/chciałaś zobaczyć niezadeptaną Islandię? Trzeba było lecieć dekadę temu. Miejsca się zmieniają, ulegają zniszczeniu, a to, co sobie wyobrażaliśmy, zmienia się szybciej niż nasze decyzje. Decyzje o odłożeniu na potem, czasem na wieczne nigdy.

W 2010 roku poleciałam do Irlandii. Romantyczne marzenia o Szmaragdowej Wyspie zderzyły się z rzeczywistością, gdzie co drugi napotkany człowiek to Polak, na pastwiskach więcej krów niż owiec, a zielone wzgórza wypłowiały od mocnego słońca. Każdy pytał, czy przyjechałam do pracy i dziwił się, że jednak na wakacje. Nie była to Szmaragdowa Wyspa z moich licealnych marzeń i rojeń.

Za wcześnie

Z drugiej strony są marzenia niedojrzałe jak zielone jabłka lub twarde awokado. Gdybym wydała książkę, którą dziesięć lat temu wysłałam na konkurs literacki, dzisiaj chowałabym się ze wstydu. Dobrze, że pisałam ją pod pseudonimem. Bolałam nad niezrealizowanym marzeniem, ale teraz uważam, że stało się najlepiej. Wolę debiutować czymś innym niż tamta powieść – ówczesny szczyt moich możliwości pisarskich.

Nigdy

Najdalej na półce albo zapomniane pod łóżkiem są pragnienia z założeniem niespełnienia. Takie, o których chcielibyśmy zapomnieć. Pragnienia redukowane, bo i tak się nie uda, więc po co się gryźć tymi porywami serca, pragnieniami i tęsknotami. Co jakiś czas do nich wracamy i uwierają nas jak metka na karku bluzki.

Kilka lat temu w ramach poprzestawania na małym uznałam, że to, o czym marzę i do czego dążę, nie jest ważne i spokojnie mogę z tego zrezygnować, by mieć – właśnie – spokojne życie. Ale gdy popukałam się w głowę i wróciłam to tego, co "zawsze chciałam", zobaczyłam, ile to daje radości. Nawet najmniejsze rzeczy. A potem coraz większe.

***

Zajrzyj dzisiaj do tego pudełka z marzeniami. Spisz je, wykreśl, podkreśl, zaznacz wykrzyknikiem. Być może właśnie teraz jesteś między "jeszcze zdążę" a "już za późno". Zrób coś z nimi przed upływem ich terminu ważności.

Zwykłe życie jest wtedy…

Zwykłe życie jest wtedy, kiedy wracasz do domu, niosąc na plecach i barkach swoje zmęczenie. Jesz obiad i siadasz do pracy, prac domowych albo co tam masz robić. Nie zachowujesz się jak w reklamach. Niekoniecznie tryskasz dobrym humorem i przytulasz domowników. W zwykłym życiu masz gamę różnych emocji i wszystkie one są ludzkie.

W zwykłym życiu częściej omawiasz z mężem listę zakupów i sprawunków niż go obejmujesz, patrząc z dumą na grzecznie bawiące się dzieci. W zwykłym życiu poczucie dumy, bezbrzeżnej radości bez powodu – przychodzą rzadko. Są, ale nie pojawiają się codziennie. Nawet na kochaną osobę nie patrzy się codziennie z uwielbieniem, miłością i rozczuleniem. Czasem patrzy się na nią ze złością, czasem z żalem, czasem się w ogóle nie patrzy.

Zwykłe życie nie jest złożone z ekscytujących odcinków serialu, w którym cały czas coś się dzieje i trzeba stopniować napięcie. Nie wszystko jest podkręcone filtrami, podkolorowane, wydobyte, podkreślone. Nieraz życie jest jak nieostra fotografia i to jest jest normalne, dobre i do zaakceptowania.

Widziałam kiedyś w sklepie piwo, które nazywało się „Zwykłe sprawy” czy jakoś tak. Na pewno miało w nazwie ten przymiotnik i właśnie ta nazwa mnie ujęła. W świecie, w którym trzeba być „jakimś”, „wyjątkowym”, wyróżniać się, mieć talent, charyzmę, robić show, przyciągnąć uwagę, zaciekawiać, podtrzymywać zainteresowanie – czasem warto dać sobie spokój i przyznać, że bycie zwykłym to jest komfort. Życie zwykłym życiem. Od razu jakoś tak spokojniej się żyje bez tych wszystkich wymagań, zadęcia i spinania się.

 

W listopadzie można przebudzić się do życia

Listopad okazał się miesiącem, w którym można przebudzić się do życia.
Ubrać się w kolorowe rzeczy, pomalować paznokcie i policzki (niekoniecznie tym samym kosmetykiem).
Nabrać poczucia humoru w płuca, uśmiechnąć się do nowego dnia albo do wolnego popołudnia, które obiecuje wiele (nie wszystkiego dotrzyma, ale któżby się gniewał na takie przyjemne obiecujące wolne popołudnie?).
Można porozmawiać z nieznajomymi – a nuż spotkamy na przykład Łemka (serio, spotkałam dziś Łemka!).
Zacząć tworzyć na nowo, z większym rozmachem i mniejszą zachowawczością.
Znajdować czas na swoje własne prywatne milutkie sprawy, a nie tylko te, które się powinno – te sprawy są kanciaste i sztywniackie i o tym w ogóle nie należy długo rozprawiać.
Zacząć traktować lęki i obawy z przymrużeniem oka albo z kopnięciem w tyłek – no, krótko mówiąc, należy pozwolić im pójść w lekkie chwilowe zapomnienie.
To są cenne lekcje po trzymiesięcznym przygnębieniu. Całkiem zgrabny morał listopadowej opowieści.

19

(Najbardziej kolorowe ze zdjęć, fot. Dorota Koperska)

Masz nudne życie

Masz nudne życie, powiedziała mi moja bliska znajoma kilkanaście lat temu. Studiowałam wtedy filologię polską, nigdy w życiu tak dużo się nie uczyłam i tak dużo nie czytałam, ale byłam zafascynowana tym, co odkrywam. Chodziłam na wszystkie (!) zajęcia dodatkowe i z pasją rozczytywałam się w szwabachach i rękopisach. Ona na studiach przede wszystkim imprezowała (przynajmniej tak to wynikało z jej ówczesnych opowieści). Jej osąd mnie zabolał, więc pamiętam go do dzisiaj.

Masz fajne życie, powiedziała moja bliska znajoma kilka miesięcy temu, kiedy usłyszała, że wybieram się w podróż. Nie powiedziałam jej wielu rzeczy, które uważam za równie ciekawe.

***

Nikt nie ma prawa oceniać mojego życia. Jest nudne, kiedy ja chcę, i tak ciekawe, na ile je takim wymyślę.

Dla mnie jest takie w sam raz. Dla imprezowicza i odważnego ekstrawertyka będzie to nuda. Dla nieśmiałych osób zachowujących rezerwę wobec wszystkiego moje życie jest interesujące i może nawet nieco szalone. Co kto lubi.

***

Myślę, że najgorsze jest porównywanie się. Sama cierpiałam psychosomatycznie, oglądając z zadrością blogi podróżnicze. Dlatego ich już nie oglądam. Chciałabym podróżować więcej, ale chciałabym też mieć stabilizację zawodową i domową. Póki co wybieram to drugie.

Muszę wiedzieć, co mi odpowiada, co pasuje, co daje radość i poczucie bycia na miejscu. A mnie odpowiada spokój, czytanie, podróżowanie bez biura podróży, odpowiada mi podejmowanie nowych wyzwań (takie moje małe prywatne kroki poza strefę komfortu), odpowiada mi picie wina i oglądanie filmów wieczorem, pasuje mi ognisko w ogrodzie, teatr, galeria sztuki, granie w planszówki, pójście na ściankę i dźwiganie ciężarów, relaksuje mnie gotowanie, obieranie, krojenie, mieszanie.

Absolutnie nie odpowiadają mi imprezy, taniec, bycie w tłumie, oglądanie kabaretów, czysta wódka, zapach popcornu w kinie, upały czy słuchanie hip-hopu w autobusie, bo ktoś nie wie, że wynaleziono słuchawki. Nie lubię krzykliwości i efektu wow. Nie lubię sztuczności, udawania, męczy mnie wymuszony śmiech.

Dobrze to sobie uświadomić i nie zrównywać wszystkich do swoich standardów.

słoneczny KrakówNuda. Nic się nie dzieje.

Projekt „Ostatni rok”

Skoro blogerzy wszystkie swoje aktywności nazywają projektami, to ja też to tak chwytliwie nazwę. (Nie żebym się uważała za blogerkę… Nigdy tak o sobie nie powiedziałam, ale również nie mówię, że jestem nauczycielką, choć od sześciu lat pracuję w szkole. Jak już kiedyś wspominałam, mam problem z samookreśleniem się.)

Pamiętam ten styczniowy poranek po sylwestrze. Cudze jasne mieszkanie. Książki, drewniany stół, najwygodniejszy fotel świata, w którym równie dobrze siedzi się w poprzek, wzdłuż i na skos (sprawdziłam wszystkie opcje). Duże okna, miły cudzy kot. Choinka w doniczce.

Pomyślałam, że to takie dziwne – przychodzi 2017 i staje się faktem, a do niedawna był przecież mrzonką, ułudą, niepojętym. Niedoścignionym.

Mam mentalność niekredytową, więc z trudem myślę o tym, że będzie kiedyś rok 2018, 2019, 2020. Nawet nie próbuję wyobrazić sobie siebie wtedy, świata wtedy. Nie mam odwagi, nie mam ochoty, nie czuję takiej potrzeby.

I chyba z tego wynika moje myślenie, że ten rok chcę przeżyć, jakby był ostatni. Chcę spróbować wszystkiego, co się da i o czym myślałam, a nie miałam odwagi, czasu, impulsu. Nie chcę już odkładać, nie chcę unikać. Dążę uparcie do spełnienia największego marzenia. Sięgam po te mniejsze, zmęczona ciągłym odkładaniem na kolejny rok, na później, na kiedy indziej. Kiedy?

Chcę być odważna i silna. Chcę mówić „tak”, gdy nie jestem pewna, ale czuję, że to może przynieść coś dobrego (są o tym filmy, pisała o tym ostatnio Kameralna; mocno wierzę, że takie podejście ma sens i że otwiera na życie). Robię coś z myślą: „Zobaczymy, co się stanie”. Nie muszę się wiecznie wszystkiego bać. Nie muszę wyobrażać sobie najgorszego. Mogę na życie spojrzeć z ciekawością. Kto wie, co się może stać.

Zdaję sobie sprawę, że jedna diagnoza, jeden wypadek – mogą zmienić wszystko. Gdzieś to przeczytałam i utkwiło w głowie: „Mamy mniej czasu niż się wydaje”. I jeśli tu i teraz nie przeżyję wszystkiego na 100%, to będzie to tylko moja strata.

011

(Fot. Mariusz Bieniek)

Dlaczego życie jest jak gra (albo serial)

Dzisiaj zdałam sobie sprawę, że od moich czasów licealnych minęło jakieś siedemnaście lat. Nie ma czego żałować, nie ma czego wspominać. Takie zamierzchłe, ledwo pamiętne czasy. Siedemnaście lat temu.

Ja się ciągle czuję na dwadzieścia jeden. Zawi(ch)rowanie czasoprzestrzeni.

Nie lubię wspominania starych dobrych czasów. Nie zaprzyjaźniłabym się ze sobą tamtą.

profilowe z Autostopem

(…chociaż to zdjęcie nawet lubię)

***

Studia, liceum, czasy nastoletnie czy dzieciństwo – były jak pierwsze sezony serialu kręconego w latach 90., gdzie bohaterowie są nieopierzeni, mają brzydkie fryzury i są jeszcze naiwnie prostolinijni, nie do końca napisani i dookreśleni.

Albo jak prolog rozbudowanej gry komputerowej (teraz na przykład gram w „Wiedźmina”, stąd skojarzenie). Początki. Uczysz się podstawowych narzędzi, dowiadujesz się, co możesz, a czego nie. Dopiero zbierasz umiejętności, zasoby, wiedzę. Po kilku rozdziałach będziesz rozwiniętym starym wygą. A potem zabije cię jakiś potwór.

W życiu to może być na przykład rak albo zawał.

Nienasycenie życiem

Życie jest piękne… Można zachwycać się małym liściem lub ogromną skałą… Można patrzeć daleko w gwiazdy lub podziwiać chmury… We wszystkim jednak widać cud. Ogromny cud, który sprawia, że wciągając powietrze, czuje się chęć życia… chęć poznawania… rozwijania się… życia wciąż bardziej i pełniej.

(z pocztówki od znajomego, który wyzdrowiał po chorobie nowotworowej)

Mamy jedno życie.

Żyje się raz.

Nieważne, jakim frazesem zacznę. Sens tych słów z czasem zaczyna do mnie docierać, i to tak mocno i intensywnie, że aż boli, dociera pod skórę, za paznokcie, do uszu, nosa, oczodołów i mózgu.

To, czy coś zrobię teraz czy nie, z czego zrezygnuję – moje wybory i ich brak – wszystko pociąga za sobą konsekwencje i zmienia moje życie. Albo pozostawia je takim, jakie jest, bez szansy na zmianę. I wtedy jest stagnacja, a tego chyba już nie lubię.

Próbuję żyć tak, jakby to wszystko było ostatnie. Ostatnie wakacje, ostatni rok życia. Żebym mogła sobie powiedzieć: tak, to było dobre życie i niewiele z niego żałuję. Może komuś pomogłam, może kogoś uczyniłam szczęśliwszym, chociaż jedną osobę. Może nie zmarnowałam czasu, talentów, zdrowia i możliwości. Tego bym sobie życzyła.

Próbuję łapać to, o czym marzyłam. Przypominać sobie swoje marzenia i przyglądać się im z bliska, w praktyce. I nie odkładać ich spełniania na wieczne nigdy, jak to przecież od zawsze mam w zwyczaju – no bo może to nie jest takie ważne. A właśnie że jest ważne!

***

Jak najwięcej prac, które lubię, jak najwięcej rzeczy, które kocham robić, jak najwięcej książek, które zmieniają i poruszają. Jak najwięcej tego, co sprawia mi radość i napędza. Pójście w kierunku, który może okazać się moim ukochanym i wymarzonym (jeśli się nie okaże, będę przynajmniej wiedziała, że to mi nie pasuje, więc ten krok nie będzie zmarnowany). Jak najwięcej się uczyć, łapać jak najwięcej wiedzy, umiejętności, doświadczenia. Jak najwięcej gotowania, podróżowania, smakowania życia, doświadczania nowego i doświadczania piękna, spotykania ludzi z pasją, z misją, pozytywnych, a nie wiecznie narzekających, jak to jest źle. Nie mam zamiaru tego słuchać i w to wierzyć.

Aż do zachłyśnięcia się życiem, póki ono jest. Niech będzie jak najlepsze. To zależy także ode mnie.

Po to je mamy, by doświadczać, wybierać, rozwijać się.

Nikt tego za mnie nie zrobi, nie przeżyje po mojemu. Nikt nie zwróci niespełnionego marzenia i straconego czasu. Nie da drugiej szansy. W życiu nie działa Ctrl + Z.

To musi być na 100%.

***

Chodzę czasem na zumbę z pasjonatami. Widać, że ich to cieszy, widać radość i iskry w oczach. Znam instruktorkę fitnessu, która uwielbia swoją pracę. Mam znajomą malarkę, którą cieszy każdy nowy obraz i to, że jej dzieła podobają się innym. Znam osobę, która z fascynacją opowiada o gruzińskim słowotwórstwie. Mój krewny uwielbia jazdę rowerem, z każdej wyprawy wraca jak nowo narodzony – radosny i szczęśliwy jak rzadko. Mój mąż fotografuje i nieraz jest wyjątkowo dumny z jakiegoś zdjęcia. Przyjaciółka potrafi z pasją opowiadać o gotowaniu. Mam znajomego, który potrafi narzekać na wszystko, ale jak opowiada o modelach samochodów, to twarz mu się rozpogadza.

Róbmy jak najwięcej tego, co wyzwala w nas tę radość. Starajmy się być szczęśliwi, bo nikt za nas tego nie zrobi.

***

Nawet nie wiem, czy ten tekst ma sens i czy się komukolwiek przyda. Wiem jedynie, że taki chaotyczny, mocny manifest noszę w głowie od dłuższego czasu i widzę, doświadczam aż do głębi, że dopiero takie podejście ma sens i przynosi najwięcej dobrego.

148

(Zawsze chciałam zobaczyć Irlandię. 2009 rok: irlandzka owca. Fot. Mariusz Bieniek)