Trzy gorzkie przemyślenia o zawodzie nauczyciela

Nie, nie chodzi o roszczeniowych rodziców, pyskowanie, papierologię czy kosze na głowie. Będzie o czymś innym.

1. W byciu nauczycielem (wychowawcą) trzeba przygotować się na ciągłe poczucie porażki. Na niezrozumienie mimo starań. Czasem coś zawodzi na linii nauczyciel − uczeń. Nie zawsze nauczyciel jest zły. Mógł nie zauważyć, może jest niedoświadczony, może uważa, że tłumaczy zrozumiale, a nie ma wystarczająco jednoznacznej informacji zwrotnej, może nie zna na tyle reakcji uczniów i myśli, że wszystko jest w porządku. Może skupia się na wielu innych sprawach i to akurat mu umknęło. Nie zawsze winny jest uczeń. Może ma kłopoty, zły dzień, może się wyłączył i nie umie wrócić. Może czuje się niepewnie.
Trzeba się przygotować i zahartować albo nabrać dystansu. Starać się za każdym razem mocniej, robić wszystko, co w mojej mocy, a resztę zostawić. Nie zmienię całego świata na jednej lekcji.

2. Nie oczekiwać przywiązania, bo ono przychodzi, jak chce i z niespodziewanej strony. Pracowałam z dziećmi, które wydawało się, że za mną przepadają, okazywały mi mnóstwo sympatii, a teraz nawet nie mówią mi "Dzień dobry". Najbardziej wdzięczny okazał się uczeń, którego kiedyś niesprawiedliwie oceniłam. Najmilej wspominają ci, którzy zaleźli mi za skórę i byli wiecznym utrapieniem. Wdzięczność i sympatia chodzą swoimi ścieżkami.

3. Jestem w szkole sześć lat, a mam wrażenie, że ciągle muszę udowadniać, że się nadaję. Że mam pomysły, że jestem dobrym pedagogiem. Że warto mnie zatrudnić. A przecież zatrudnianie to relacja obustronna. Dostaję, ale też dużo daję z siebie. Mam sporo dodatkowych obowiązków, jestem przydatna.

Zostawiam w szkole pomysły, energię, mnóstwo dobrej woli, daję dzieciom duży kawał siebie (konkretnie chodzi o kawał serca). Moim zdaniem o to w tym chodzi. Dzięki temu zawód nauczyciela ma dla mnie sens (tutaj piszę dokładniej, dlaczego lubię pracę z dziećmi) i jest wart całego tego trudu.

akuku

(A kuku! Tak właśnie wygląda moja praca)