Ubranie na otuchę

Czasem muszę ubrać się na otuchę. Czasem muszę dodać nieco szyku w myśl zasady: „Czego się nie umie, to się dowygląda”.

Ubieram się w sukienki jak w zbroje.

Zakładam na siebie najulubieńsze rzeczy, by się pocieszyć, by dodać sobie odwagi na trudny dzień. Opatulam się w swetrzysko z kieszeniami, gdy chciałabym się schować, a muszę wyjść do ludzi. Zakładam trampki i spodenki, kiedy chcę poczuć się młodziej i głupiej (na lekcję o Mikołajku), a żakiet i ołówkową spódnicę za kolano, żeby poczuć się starzej i mądrzej (na zebranie z rodzicami).

Chcę być profesjonalna – zakładam koszulę. Chcę poczuć się pewniej – ubranie musi mieć kieszenie. I tak dalej. Czasem jest to szary kamuflaż, a czasem fuksjowa energia. Do każdego stroju jest jakiś klucz.

Czasem ubranie może pomóc. Każdego dnia moje ubranie jest kluczem do interpretacji tego, co w mojej głowie, jest pomocą, zestawem pocieszenia, dodatkiem do mocy. Niby można założyć cokolwiek, ale w czymkolwiek będę się czuła jakkolwiek. A wolałabym, by mój nastrój nie był jakikolwiek.

16

(Już dawno nie było mi tak kolorowo. Fot. Dorota Koperska)