Uwagi o pracy dwunastogodzinnej

Od miesiąca spędzam na pracy mniej więcej dwanaście godzin dziennie, minimum dziewięć każdego dnia w tygodniu. Jestem polonistką. Mam pięć klas (od czwartej do ósmej), zajęcia dodatkowe, indywidualne, kółka, czasem cztery, pięć różnych lektur w miesiącu.

Po morderczym wrześniu mam kilka uwag. Są one raczej gorzkie w swej wymowie. Zróbcie sobie słodką kawę do czytania tego wpisu, będzie go łatwiej przełknąć.

***

Nauczyciel pracuje inaczej niż taki na przykład portier. To nie jest siedzenie i co jakiś czas obchód. To jest praca umysłowa, kreatywna, to zarządzanie zespołem ludzi. Motywowanie, rozmawianie, przekazywanie wiedzy w jak najprostszy i jak najciekawszy sposób. To całe dnie spędzone z ludźmi, w ruchu, nadążanie za nimi, nadawanie tempa. To ciągłe mówienie i sprawdzanie, czy słuchają, czy są zainteresowani, czy nie siedzą na własnej nodze (sama bym tak chętnie siedziała, najlepiej boso; ba! nawet siedzę tak, pisząc te słowa!), czy nie zaczepiają sąsiada, by opowiedzieć mu o ważkim zdarzeniu, które wygrywa z moją opowieścią o zawiłościach polskiej ortografii. To cały dzień anielskiej cierpliwości i trzymania na wodzy moich emocji – czasem smutku, czasem złości, czasem rozpaczy. Uczniowie nie są winni, że jestem smutna, wściekła, zrozpaczona. Ale ja nie jestem cyborgiem i nie będę udawać, że wszystko jest w porządku. Więc do tych wszystkich rzeczy dochodzi również balansowanie własnymi emocjami, by nie skrzywdzić nikogo i siebie też nie.

Nauczanie w młodszych klasach to odpowiadanie na miliony pytań na godzinę. Odpowiadaliście kiedyś na milion pytań na godzinę? Czy to męczy? Tak. Czy wracając do domu, nie mam ochoty z nikim rozmawiać? Tak właśnie jest.

***

Każdego dnia czekają mnie nowe niespodzianki. Osłabiona odporność. Płaczliwość. Lekkie załamanie psychiczne. Ból gardła. Ból brzucha. Opryszczka na środku dolnej wargi (serio?). Czekam z ekscytacją, co przyniesie mi jutrzejszy  dzień! (Wcale nie. Nie czekam.)

***

Omijają mnie różne rzeczy. Piąta rocznica założenia bloga. Chciałam zrobić o tym wpis. Co mi to dało, a co jest trudne w regularnym pisaniu. Napisałam o tym jedno zdanie i zarzuciłam. Ominęła mnie rocznica wydania mojej książki. To było dla mnie ważne, ale akurat był taki dzień, kiedy miałam dużo lekcji i spraw do zrobienia, miałam zajętą głowę, a nie miałam wolnej chwili. Praca pcha mi się na szczyt listy priorytetów, choć wcale jej tam nie zapraszałam.

***

Nie mam czasu nas szkolenia zawodowe (organizatorzy, naiwniacy, myślą, że kończę pracę o piętnastej, dobre sobie!), więc to znaczy, że już wszystko umiem. A jak nie umiem, to mogę się domyślić. A przynajmniej powinnam.

***

„Jeśli nie wyrabiasz się z obowiązkami, dodaj sobie jeszcze jeden, wtedy się lepiej zorganizujesz”. Słyszeliście kiedyś ten tekst? Ja tak. Straszna bzdura.
Myślę sobie: do którego momentu mam sobie dobierać obowiązków, żeby się jeszcze lepiej zorganizować? Do momentu, gdy będę spała 3 godziny na dobę? Albo kiedy zapomnę, jak wygląda moja rodzina? Gdzie jest ten punkt graniczny, kiedy wszystkiego jest po prostu za dużo? Nawet najlepsza organizacja świata nie sprawi, że wypracowania będzie się sprawdzało szybciej. Pewne rzeczy trzeba po prostu robić z odpowiednią uwagą. Pewne rzeczy trzeba przemyśleć i odpowiednio przygotować. Pewne rzeczy wymagają czasu.
Ja również. Ja też wymagam czasu. Chcę go odzyskać. Chcę odzyskać moje życie pozaszkolne.