Uwierają mnie metki i etykietki

Zacznę może od tego, że ubrania kupuję mniej więcej raz na dwa sezony. Zamiast co miesiąc iść po jedną rzecz, biorę od razu kilka. Znoszę ze sklepów tę stertę ciuchów, rzucam ją na łóżko, a zaraz potem wyciągam nożyczki i starannie odcinam wszystkie metki.

Ubrania znowu są anonimowe – nikt się nie dowie, która bluzka z którego sklepu, bo nawet ja sama tego nie pamiętam. Ale ważniejsze jest to, że nie czuję uporczywego drapania, które tak drażni przy każdym ruchu. Nie pozwala o sobie zapomnieć.

I sądzę, że tak samo jest z etykietkami w życiu.

***

Uwierają mnie etykietki. Usłyszane i zapamiętane jak swoje. O, te to są dopiero ciekawe.

Słyszałam już, że jestem mądra i głupia. Że jestem ładna i brzydka, za gruba i za chuda. Słyszałam, że jestem bezczelną gówniarą i ofiarą losu, która nic nie wie o świecie, że jestem i leniwa, i pracowita. Dano mi wyraźnie do zrozumienia, że jestem najgorszą nauczycielką – i kilka razy usłyszałam, że jestem najlepszą. Cokolwiek to znaczy.

Ale dosyć o mnie. Inny przykład. Poszłam na zachwalany monodram, aktorka była wybitnie nie w formie. Czy po tym jednym występie można ją nazwać złą aktorką?

Znam jednego człowieka, który samochodem jeździ przepisowo i zawsze przepuszcza pieszych na pasach, a drugi znany mi człowiek przekracza prędkość, za co notorycznie dostaje mandaty, nie zatrzymuje się przed znakiem stopu. Ale to ten pierwszy miał wypadek samochodowy. Pytanie, który z nich jest lepszym kierowcą?

***

Myślę, że jestem nieprzedsiębiorcza, więc nie założę firmy. Myślę, że jestem panikarą, więc nie jeżdżę samochodem. Mam etykietkę, która mnie określa i determinuje, wpływa na moje decyzje. Etykietka nie pozwala mi wyjść poza ograniczenie, które sama głosi.

Uważam się za osobę nieśmiałą, ale bez problemu występuję publicznie (zaśpiewam, poprowadzę koncert, zagram w sztuce) – etykietka nadal tkwi w mojej głowie, dopóki jej nie odetnę i nie wyrzucę. A wtedy będę mogła robić te wszystkie rzeczy przeznaczone „dla śmiałych”. Taaaa.

Nie czuję się nauczycielką i uważam, że to określenie do mnie nie pasuje. Od dawna mam problem z koniecznością definiowania i coraz bardziej chce mi się zerwać z tym całym etykietowaniem.

Kiedyś napisałam koleżance o tym, że chodzę na zajęcia deep work – ona w półżartobliwej odpowiedzi nazwała mnie neopoganką. Dlatego, że chodzę na takie ćwiczenia (w ogóle nie zagłębiając się w kwestie wiary)? Dlaczego od razu musiała znaleźć na mnie jakieś określenie? I co to w ogóle o mnie mówi? (A co mówi o niej?)

***

Przeczytałam tamten wpis jakiś rok temu, a jego tytuł ciągle siedzi w mojej głowie: I have no label. Znacznie lepiej myśli mi się i żyje bez tych wszystkich metek w głowie.