Wikt, opierunek… gościnność

Andrej-Rublëv-Holy-TrinityGdybym miała otwierać swój pensjonat, nazwałabym go "Wikt i opierunek". Te dwa urocze, staropolskie słowa, tworzące razem zgrane sformułowanie, oznaczają wszystko, czego człowiek potrzebuje w drodze: pożywienie (z łac. victus, stąd też piękne słowo "wiktuały") oraz możliwość uprania brudnych rzeczy (a także siebie, gdyby chcieć rozszerzyć pierwotne znaczenie). Gościnność: otworzenie drzwi przed wędrowcem, udostępnienie stołu i kranu. Gdy nie masz dachu nad głową – te dwie rzeczy są w zasadzie podstawowe, a więc bezcenne.

Jest w gościnności coś intymnego. Udostępnianie kawałka miejsca, które jest moje, dzielenie się moją przestrzenią, zapraszanie do niej – przybysz zobaczy, pomyśli sobie coś, wyciągnie wnioski, spodoba mu się albo nie (dlatego mamy często problem z niespodziewanymi gośćmi: co ktoś sobie o nas pomyśli, kiedy zobaczy bałagan albo nasz tryb życia). Przyjmowanie gości pociąga za sobą także zaproszenie do ich współuczestniczenia w życiu gospodarzy, tak na chwilę; przejęcie zwyczajów domowych, takich jak obiadokolacja czy późne pójście spać, po wspólnym obejrzeniu odcinka serialu.

Gościnność od dawna uznawana jest za cnotę i zasadę, którą należy zachowywać. Chrystus, uznawany przynajmniej teoretycznie za jednego z mentorów naszej kultury, nalegał na przyjmowanie przybyszów. W Biblii istnieje miasto ucieczki, miejsce bezpiecznego schronienia zbiegów i uciekinierów. Abraham goszczący troje ludzi (trzech aniołów, Trójcę świętą) to bardzo podniosły i znamienny fragment Starego Testamentu. W polskiej historii ta cecha jest stereotypowa i mitologiczna jednocześnie. Opowieści o tym, jak to pod groźbą zastrzelenia nie pozwalano wyruszyć gościom z domu szlachcica, zapieranie wrót, przymusowe tuczenie i opilstwo – są wręcz legendarne. Sama doświadczam podczas zjazdów rodzinnych, że gość nie może chodzić głodny ani nawet pomyśleć "coś bym kąsnął", a najlepiej niech w ogóle nie wstaje od stołu. To świadczy o otwarciu serca na bliźniego, o wielkiej trosce gospodyni i jej zaopiekowaniu każdej potrzeby. Często w nadmiarze.

Chyba jednak w polskiej gościnności kluczowe jest to, by przybysz należał do "swoich": tak samo był szlachcicem, członkiem rodziny, katolikiem, myślał podobnie. Problemem staje się przyjęcie kogoś "innego". Tych się boimy, bo nie wiemy, czego się po nich spodziewać. W tzw. debacie publicznej mieliśmy na to wiele dowodów ostatnimi czasy, nad poziomem dyskusji ubolewam do tej pory.

***

Podczas podróży zdarza się, że ktoś zaprasza mnie i mojego męża do siebie do domu, proponując posiłek, a czasem również nocleg (czyżbyśmy wyglądali na głodnych i bezdomnych?…). W Irlandii była to angielsko-duńska para, w Szwecji pewna niezwykle serdeczna kobieta w wieku naszych mam, w Armenii redaktorka i właścicielka stołecznej gazety. Za każdym razem jest to dla mnie zadziwiające. Przecież ludzie generalnie boją się obcych, są ostrożni – w końcu oglądają wiadomości. Nieznajomi goście mogą być złodziejami i mordercami, gwałcicielami, porywaczami, mogą zarazić wszami i zużyć całą pastę do zębów. A tu ktoś dzielnie wyłamuje się z tego schematu i zaprasza do siebie na noc dwóch wędrowców z plecakami.

Po takich doświadczeniach lubię myśleć o ludziach, że są z zasady życzliwi i otwarci (patrz: prężna działalność stron typu hospitality czy couchsurfing, przyjmowanie pielgrzymów etc.), tylko trzeba im stworzyć okazję ku temu. Nie zaproponujemy gościny osobie, która zarezerwowała noclegi w hotelu czy pensjonacie. Natomiast człowiek z namiotem pod pachą i dobytkiem na plecach stwarza możliwość i daje przyzwolenie: możesz mnie zaprosić do domu, będę się cieszył i spróbuję się odwdzięczyć, jak nie Tobie, to innym, których spotkam. Lubię wierzyć, że życzliwość jest zaraźliwa.

Sama nieraz zastanawiałam się, czy na miejscu tych ludzi zaproponowałabym wieczerzę i nocleg podróżnikowi, którego znam od kwadransa. Musiałabym zdać się na pierwsze wrażenie i zaufać od razu. Ale to nie jest proste – czy umiałabym otworzyć drzwi swojego skromnego domostwa, by komuś pomóc i udzielić mu schronienia (z nakarmieniem nie mam problemu, bo lubię dawać ludziom jedzenie. Zwykle przed czyjąś wizytą nie myślę o sprzątaniu, tylko przede wszystkim o jadłospisie). Chciałabym okazać się w takiej sytuacji po prostu ludzka.

Ikona stąd.

  • Marta Jafernik

    Zawsze możemy małymi kroczkami ćwiczyć zaufanie i na początek zostawiać w łazience malutką tubkę pasty ;)))). Przepraszam, że o tej paście cały czas, ale motyw ten rozbawił mnie niezmiernie. O uśmiech czasem trudno ostatnimi czasy, więc dziękuję za dostarczenie interesującej i zabawnej lektury. Do „ZASIA”!

  • Marta Jafernik

    Jak to masz w sobie, a myślę, że masz, nawet strach o pastę do zębów Cię nie zatrzyma, przed otworzeniem drzwi, Droga Czeremcho ;))))!

    • Dziękuję za komentarz. Oby, oby.. 😉