Z pamiętnika narkoleptyka

Nie mam problemu z zasypianiem – i w tym właśnie tkwi problem.

Pomijam oczywiste okazje: podczas czytania czy wieczornego oglądania serialu powieki postanawiają zbliżyć się nieco do siebie i tak zbliżają się i zbliżają, aby w końcu skleić się… i drzemka gotowa. Budzę się na napisach końcowych.

Zdarzyło mi się zasnąć na kazaniu. Ktoś powie: nic dziwnego, kazania bywają nudne, a ton głosu mówiącego – monotonny. Dni czasem są senne, a głowa ciężka, więc podpieram ją ręką. Nic mi więcej nie trzeba, już mam komfortowe warunki do snu.

Zdarzyło mi się zasnąć w kinie, na przykład na filmie grozy albo wojennym, przy akompaniamencie wybuchających bomb i serii strzałów. Mnie hałas nie przeszkadza, serio.

Przyznaję ze wstydem – nie raz i nie dwa zasnęłam w teatrze. I to nie jest tak, że zasypiam, bo sztuka jest nudna. Potrafię zasnąć podczas oglądania sztuki ciekawej, ekspresywnej, mocnej, głośnej (w obu znaczeniach tego słowa). Szczerze mówiąc, teraz trochę boję się chodzić do teatru, mimo że bardzo lubię oglądać przedstawienia.  Mój organizm – wbrew mej woli, niestety – może obrazić aktorów i współwidzów zbyt głośnym posapywaniem lub co gorsza! chrapaniem.

Potrafię zasnąć podczas koncertu. Powiem więcej – potrafię zasnąć podczas spotkania z podróżnikiem, który pokazuje fotografie i opowiada anegdoty, co rusz przerywane salwami śmiechu publiczności. Dodam tylko, że podczas pewnego spotkania przekroczyłam swoje granice i zasnęłam na stojąco.

***

Mogę wzruszyć ramionami, zaakceptować swoją ułomność i znowu powiedzieć sobie, że sen mnie potrzebuje. Ale z drugiej strony – nie chciałabym przespać całego życia. Jak to rubasznie mawiają niektórzy, podobno wyśpimy się w trumnie.

05-u Caterine

(Łóżka są dla słabych. Fot. Mariusz Bieniek)