Zachwyca czy nie zachwyca? (czyli stoik na wycieczce)

Otoczona rzeczami „przepięknymi”, „wspaniałymi”, wśród zachwytów, ochów i achów czuję się wyalienowana. Zachwyt nie rodzi się na życzenie.

***

– Zobacz, jakie to piękne. Jakie to ciekawe. Największe, najładniejsze, wyjątkowe, wybitne.
– Mhm – odpowiadam wymijająco.
– Noo – odpowiadam prawie przekonana (o moim „noo” już kiedyś pisałam).
– Tak, ładne – przyznaję lakonicznie.

Wyrzucam sobie ten chłód, dystans i brak zachwytu, jestem wysoce zaniepokojona nieczułością mego serca. Powściągliwość zwiedzania i odczuwania.

Czuję się wyalienowana, niepasująca. Skoro coś wszystkich zachwyca, to dlaczego mnie nie zachwyca? Jakim cudem coś, co dla kogoś jest „przepiękne” i „wyjątkowe”, dla mnie jest zaledwie „ładne”? Kręcę nosem na architekturę barokową, klasycyzm wydaje mi się bezduszny, odwiedzając królewskie skarbce, psioczę na monarchię i elitaryzm. Ogrody nie powodują wzruszeń i bicia serca. Lasy i przestrzenie pól mnie nie zachwycają, są „ok” i „normalne”. Na rzepak i łany zbóż nie patrzę jak malarz. Raczej jak córka rolnika.

Mało mnie zachwyca, ale pewne rzeczy uznaję za zajmujące.

***

Czasem coś zaskoczy i wryje się w pamięć i emocje. Czasem coś wznieci błysk w oku i wywoła podekscytowanie. Są na wycieczkach widoki, doznania, które pamiętam do dziś. Ale to nie jest tak, że zachwyca zawsze wszystko albo cokolwiek.

***

(Co prawda Vermeer i skandynawskie domki zachwycają zawsze, ale zbyt rzadko je widzę, by wychodzić z nimi poza ten nawias.)