Zapiski po podróży

Za nami dziesięciodniowa podróż po pięciu krajach (wspomniałam o tym na fanpage'u). W kolejności alfabetycznej były to: Austria, Chorwacja, Słowacja, Słowenia, Węgry. W każdym nocowaliśmy, objeżdżaliśmy lub obchodziliśmy okolicę, robiliśmy zdjęcia, czerpaliśmy i chłonęliśmy to, co nieznane, nowe.

Gwiazdą tego wyjazdu wydaje się być Słowenia – uroczy, niewielki kraj w zasadzie w zasięgu ręki, kraj, w którym jest wszystko (morze, góry, wodospady, jeziora, wąwozy, jaskinie, winnice), a który nie jest jeszcze zadeptany przez turystów.

No i na przykład taka Stara Fužina (Słowenia). Dojeżdżamy na miejsce nocą, krętymi wąskimi dróżkami. Absolutna ciemność, aż strach, że gdzieś wypadniemy. Następnego dnia rano po odsłonięciu rolet ukazują się nam Alpy – w swej okazałości i chwale. Jezioro Bohinj każe na siebie zaczekać, aż postanowi wynurzyć się z mgły.

Siedzieliśmy nad jeziorem Bohinj mroźnym i chłodnym wieczorem, a nad nami cichy rój gwiazd.

Byliśmy też w Piranie na pysznym obiedzie i w Lublanie (choć osobiście mnie się bardziej podoba bardziej miękka wersja, Ljubljana) na kawie i ciastku. Obie miejscowości odwiedziliśmy w asyście nielichego deszczu, ale za to jak miło schronić się gdzieś w przytulnym miejscu, ogrzać się i zjeść coś pachnącego i cieplutkiego. To zawsze cieszy.

W Austrii byliśmy w ruinach zamku i w futurystycznym hotelu, który wyglądał jak klatka dla chomika, tylko bez kołowrotka. Byliśmy też w piwniczce winiarza, od którego zakupiliśmy szlachetny trunek.

Na Węgrzech, nad jeziorem Balaton, przyjęła nas gospodyni, z którą komunikowaliśmy się mieszaniną języka angielskiego, rosyjskiego i polskiego, a ona odpowiadała nam po niemiecko-rosyjsko-węgiersku.

Na Słowacji patrzyliśmy przez okno na fajerwerki, a zaraz potem poszliśmy spać i o takie zwyczajne i niehuczne sylwestry będę postulowała w kolejnych latach.

Chorwację znaleźliśmy odludną i zwyczajną (forma „jak to znajdujesz?” podoba mi się zarówno w polskim, jak i angielskim wydaniu). O ile zwyczajnym można nazwać starożytne miasto Krk otoczone murami, no i te wąskie uliczki ze spacerującymi kotami. Wąskie uliczki to coś, czym miasto zawsze mnie uwodzi, byleby nie było tam zbyt wielu ludzi, a podczas mijania nie trzeba było ich dotykać. Jeśli są tam tylko koty, to tym lepiej.

Zjeździliśmy wyspę Krk, puste plaże Baški i Starej Baški, tysiącletnie kościoły gdzieś w środku lasu, ruiny i pozostałości forum…

Robiłam sporo zdjęć, ale wiadomo, co specjalista, to specjalista. Zostawiam Was z jeziorem Bohinj i kotami z Krk.

Mariusz Bieniek zrobił.

Bohinj

krk koty