Ciary

Najpierw włosy stają dęba.
Właściwie to za dużo napisane. Ot, włoski. Małe i zwykle niewidoczne. Zwykle leżą sobie grzecznie na przedramieniu.
Ale czasem wydarzy się coś takiego… coś takiego… Wtedy wszystkie podnoszą się jak jeden mąż i to ich zamaszyste i równe „Baczność!” – to jest pierwszy etap.

Drugi to szklistość oczu. Czasem rozbudowany o kapnięcie łezki z prawego oka (to wersja rozszerzona, do której jednak zwykle nie dopuszczam).

Trzeci etap to przyduszenie w klatce piersiowej. Płytki, urwany oddech.

O czym mowa?
Oczywiście o wzruszeniu.

***

Chciałbym opisać najprostsze wzruszenie, mówiliśmy kiedyś podczas amatorskiego spektaklu teatralnego.
Proste wzruszenia to coś, co ukazuje naszą wrażliwość. A wrażliwość czyni nas ludźmi. Wrażliwość czyni sztukę potrzebną. Ale nie tylko sztuka wzrusza.

W ciągu ostatniego tygodnia wzruszyłam się jakieś osiem razy. Osiem płytkich oddechów, osiem komend „Baczność!” skierowanych przez mózg do armii włosków na przedramieniu.

Na festiwalu fotografii widziałam zdjęcia, które oglądałam ze łzami w oczach. Były przepiękne.
Na festiwalu restauracji jadłam takie potrawy, które chciałam jak najdłużej mieć na talerzu, by się nimi nacieszyć.
Słuchając trudnych i świetnie zaśpiewanych partii chóru, miałam ciary.
Gdy oglądałam na żywo obrazy Vermeera, zapierało mi dech w piersiach i pamiętam to do dziś.
Wypożyczyłam książkę, która zachęcała mnie słowami: „To najpiękniejsza książka, aką przeczytasz w tym roku”. I owszem, była piękna. Łaknę piękna w sztuce, ale nie piękna, za którym nic się nie kryje. Wzruszenie nie łączy się tylko ze sztuką i kunsztem.

Czasami wzruszam się, kiedy rozmawiam z dziesięciolatkami o poezji i kiedy ich świetne, mądre, dojrzałe skojarzenia i refleksje wyważają bramy mojego utartego myślenia, że „tutaj to o to chodzi”. Czasem ktoś powie coś, co mnie kompletnie zaskakuje.
Wtedy pokazuję im moje przedramię, te podniesione włoski, te ciary. Nie jest łatwo to wywołać, ale jeśli ktoś to potrafi, to niech o tym wie.

Odsłonięcie się z tym, że właśnie jestem wzruszona, jest bardzo ludzkie i tego nie chcę ukrywać.
Takie wzruszenie to jest niemalże święty moment.

A gdyby Rozmawiacze już nie chcieli słuchać?

W mojej książce jest taki ktoś jak Rozmawiacz. Zajmuje się tylko słuchaniem. Na ilustracji wykoncypowanej przez Basię Kędzierską ma duże uszy, siedzi w namiocie i jest kobietą.

Z moich obserwacji wynika, że ludzie bardzo potrzebują takich osób. Niekoniecznie do porozmawiania. Po prostu chcą być wysłuchani. Chcą mówić – może po to, by się czymś podzielić, może po to, by stworzyć czy utrzymać więź, a może po prostu po to, by zagłuszyć niezręczną ciszę.

***

W życiu codziennym Rozmawiaczami są zwykle ludzie, którzy nie muszą i nie chcą dużo mówić. Nie mają takiej potrzeby. Nie chcą się uzewnętrzniać. Wolą słuchać, myślimy.
A co, jeśli oni wcale nie chcą słuchać?
A co, jeśli słuchają z grzeczności? Albo wolą już to słuchanie od tej niezręcznej ciszy?

Znam osoby, które są notorycznie zagadywane (dosłownie: zagadywane!) na imprezach i spotkaniach i z grzeczności nie przerywają. Mogłyby powiedzieć: „Ale mnie to w ogóle nie interesuje”, ale nie mówią. Służą jako wielkie uszy.

Czasem w pracy odpuszczam prowadzenie rozmowy i tylko słucham. Zdumiewa mnie, jak wiele niewysłuchanych historii mają w sobie dzieci.

***

Ja bardzo często, gdy o czymś opowiadam, mam w głowie myśl: „To, co mówisz, może nikogo nie interesować, więc streszczaj się i nie męcz człowieka”. Bardzo często myślę też: „Nie mam nic do powiedzenia” albo „To wcale nie jest ciekawe”.

Kiedyś często miałam wyrzuty sumienia, gdy ktoś mnie pytał, co słychać i ja mówiłam zgodnie z prawdą, co słychać, ale nie pytałam, co słychać u tej drugiej osoby. Jestem bardzo prosta. Nie uznaję pytań konwencjonalnych. Jeśli pytasz, to znaczy, że chciałeś wiedzieć. Jeśli nie, to nie.

Jak widać, sama nie jestem dobrym Rozmawiaczem, ale powoli uczę się słuchać i (jeśli już) zadawać Właściwe Pytania.

9 i pół myśli o czasie

Czas jest nieodnawialny jak nieodnawialne źródło energii – o, na przykład węgiel. Węgiel się kiedyś skończy i czas też się kiedyś skończy. Odkrywcze, prawda? Ale proszę się nie śmiać, Drodzy Państwo, ponieważ to odkrycie prowadzi nas do myśli następnej.

***

Powinniśmy sobie dobrze przemyśleć, na co przeznaczamy swój czas. Na co go marnotrawimy lub inwestujemy. Oczywiście nie da się cały czas inwestować, ponieważ życie nie jest graniem na giełdzie (i dobrze). Zarządzenie zasobami czasowymi.

***

Marnowanie czasu, spędzanie go na spacerach, rozglądaniu się, powolnym gotowaniu, oglądaniu filmów, pilnowaniu kawy w kawiarce, pilnowaniu cynamonowych bułek w piekarniku, wąchaniu zapachów, snuciu się po mieszkaniu w grubych skarpetach. To po pierwsze odpoczywanie, a po drugie dobodźcowywanie się, skupienie uwagi na czymś innnym niż te sławetne Pilne i Ważne Sprawy. Dawanie sobie chwili troski i chwili oddechu.

Marnotrawienie też jest potrzebne, powiem więcej – jest konieczne, by nie zwariować… A może nie tak wprost: żeby zachować równowagę ducha. Brzmi lepiej? Może i tak, ale chodzi o to samo. Żeby nie zwariować.

***

Tyle czasu wszyscy tłuką do głowy młodej, romantycznej, wierzącej dziewczynie (którą byłam kilkanaście lat temu), że musi bardzo dobrze przemyśleć wybór męża, bo to z tym człowiekiem spędzi całe życie, a tymczasem okazuje się, że to w ogóle nie jest prawda. Jak tak sobie policzę, to z mężem spędzam jakąś jedną dziesiątą mojego czasu, bo resztę zagarniają moi uczniowie, współpracownicy, sprawdzanie wypracowań, kartkówek, cudzych tekstów i czytanie lektur obowiązkowych.

***

Im mniej czasu razem, tym bardziej można za sobą zatęsknić. Można się nauczyć błyskawicznie rozwiązywać swoje konflikty i kondensować ważne treści. W końcu nie mamy całego dnia na obgadanie tematu. Musi wystarczyć kwadrans? Ok, niech wystarczy. Takie życie w pigułce.

***

Są filmy, w których czas jest walutą. Płaci się czasem. Uważam, że to bardzo trafna wizja świata. Czasem płacę moimi minutami za coś, co nie było tego warte. Na przykład czytanie książki, która okazała się zła dopiero pod końcem. Albo pół godziny na przeglądanie internetu, w którym nie ma nic ciekawego. Wtedy myślę, że przepłaciłam.

***

Kiedy byłam na pierwszym roku studiów i poświęcałam nauce każdą wolną i niewolną chwilę, chodziłam na zajęcia z pewną baletnicą. Pewnego dnia wspomniała mi, że idzie wieczorem do kina, a ja się zdziwiłam, że ma na to czas (ja mam tylko studia i nie mam czasu, a ona ma studia i szkołę baletową, a ten czas znajduje. Jak???). Ona mi odpowiedziała, że im więcej mamy na głowie, tym lepiej się organizujemy i jesteśmy w stanie zrobić więcej. Pamiętam to do dziś i przyznaję jej rację – z jednym zastrzeżeniem. Na tej głowie nie może być za dużo. Inaczej wszystko runie.

***

To mój wybór, czy chcę zrobić wszystko bardzo dobrze, dobrze, średnio czy byle jak. To oczywiście wiąże się z czasem, który na to poświęcę (czy rzeczywiście czas przeznaczony na pracę jest "poświęcony"?). Ten czas przeznaczam na konkretne działanie i na konkretnych ludzi, dla których to robię. To wiąże się też z tym, jak bardzo mi zależy. Gorzej, jak zależy mi absolutnie na wszystkim tak samo. Prawdę mówili w reklamach, że życie to sztuka wyboru.

***

Jednak muszę przyznać, że najpiękniejsza i najcudowniejsza inwestycja czasu to przeznaczenie go na porządny, rzetelny, odżywczy sen.

seconds-alarm-hours

Budzik z Fotera. Oczywiście wyłączony w weekend (No chyba że ktoś ma dzieci, to wyłączenie budzika średnio zadziała).

Postulaty dla dobrostanu

Wyszłam dzisiaj z domu i nic nie zobaczyłam. Wszystko było zasłonięte miłościwą mgłą. Tak, tak, pojawiły się jesienne mgły, Włoczykij odszedł z Doliny Muminków, a przyszła jesień, która nastraja specyficznie. Nastraja tak, że chętnie napisałabym o jesieni te wszystkie wpisy, gdyby nie to, że już je napisałam.
Ale mam pewne postulaty, jak to zrobić, by się jesienią dobrze czuć.

1. Zalegalizować mgłę. Człowiek pod wpływem mgły może nie wie, co się dzieje, może jest nieco otumaniony i zbytnio melancholijny, ale nie jest agresywny. A to już dużo.

2. Wypisywać na receptę dodatkowe dawki snu. Najlepiej dwie godziny więcej niż letnią porą. To naprawdę pomaga przetrwać. A docenia się sen dopiero wtedy, gdy się go straci.

3. Wyłączyć budziki. Naturalny rytm budzi człowieka dużo później niż budziki, niż konieczność stawienia się rano w pracy. Sami pewnie dostrzegacie, pierwsze godziny w pracy są mentalnym budzeniem się ze snu, półlunatycznym, spowolnionym. Dajmy sobie czas. Przyroda sobie daje, spowalnia, zawsze to powtarzam.

4. Zapewnić kakao w każdej kawiarni. To skandal, że capuccino jest, czekolada z torebki jest, a kakao nie ma. Żądam wolnego dostępu do kakao!

5. Iść na spacer, na grzyby, poczuć jesień nosem. Nieustannie pachnie mi wędzoną papryką, choć może to po prostu wieczorne palenie w piecach.

Dobrej jesieni, proszę Państwa!

Jestem niepoważna i piszę głupoty

Wymyśliłam kiedyś, że w przestrzeni miejskiej powinny być place zabaw dla dorosłych. Taki zestresowany czy zmęczony dorosły człowiek by się pohuśtał na huśtawce czy zjechał na zjeżdżalni. Od razu by mu się lepiej zrobiło. Pośmiałby się szczerze, od serca. Zapomniałby na chwilę o troskach.

Owszem, może to zrobić teraz. Ale dorosła osoba korzystająca z dziecięcej huśtawki jest narażona na ostracyzm i krytyczne spojrzenia przechodzących ludzi (ja tam uważam, ż też by chcieli się tak pobawić, tylko się krępują). Skąd to wiem? Bo zawsze pierwsza się pcham na huśtawkę.

***

Sławomir Mrożek i jego pomysły, Gałczyński, który potrafił napisać wiersze o wróbelkach i ogórkach, które nie śpiewają, ale przede wszystkim wymyślił cudowną Zieloną Gęś! Stanisław Jerzy Lec i jego aforyzmy. Roland Topor, który jest genialnie absurdalny, Brueghel i jego poczucie humoru, którego nie da się ukryć (zresztą po co?). To wszystko jest przemyślane i tylko pozornie głupie. Absurd i groteska często zawierają głębokie przemyślenia o życiu i ludziach. Czasem gorzkie – pod warstwą śmiesznostek. Ktoś zatrzyma się na powierzchni, ale niektórzy zejdą głębiej.

***

Głęboko wierzę, że pod głupotami, ironią, kpiną może kryć się głęboka mądrość. Absurd, wyolbrzymienie, satyra, goteska – pokazują prawdę o rzeczywistości tak samo jak realizm.

Dlatego moja pierwsza książka jest teoretycznie zbiorem śmiesznych powiastek. Tak naprawdę jest książką o tym, jacy jesteśmy jako ludzie. Czego nam brak i za czym tęsknimy. Jest książką o uważności i jej też trochę uczy. Przynajmniej tak mi mówili pierwsi czytelnicy.

***

Po trzydziestce zostałam błaznem. Jak niedawno usłyszałam w rozmowie, błazen to gorzka rola. Błaznem może być tylko dorosły, który wyszedł już z okresu idealizmu. Widzi prawdziwie – i dlatego wybrał kpinę i śmiech. Jeszcze nie wiem, czy się do końca zgadzam z tą opinią. Bycie błaznem nie kłóci mi się z byciem nie całkiem dorosłą.

***

Lubię ludzi autoironicznych. Nie lubię tych, którzy traktują siebie zbyt poważnie i nadymają się aż do przesady. W końcu ten napompowany balonik pęknie i co wtedy? Pozostanie tylko wybuchnąć śmiechem. Kto tego nie potrafi, będzie skompromitowany. Błazen po prostu otrzepie kolana i wstanie po tak spektakularnym upadku. Parsknie śmiechem, bo taka jego rola.

Błogosławieni, którzy potrafią śmiać się z siebie, albowiem oni będą mieli ubaw przez całe życie – słyszałam to dawno temu i przyklaskuję.
Błogosławieni, którzy znajdują powody do śmiechu. Codziennie.
I dlatego pisanie głupot czasem staje się misją.
Tak więc piszę głupoty i dobrze mi z tym.

Niedzielne skrawki

Zebrałam krótkie treści z fanpage'a. Łapcie na dobrą niedzielę!

***

Czy to całe narodowe czytanie nie mogłoby polegać na tym, że siadamy wszyscy na leżakach i każdy czyta cicho swoją książkę?
Czy naprawdę do książki trzeba się stroić, siadać w godnej pozie, robić dostojne miny, wybierać książki WARTE czytania?
Otóż moim zdaniem książki są GENERALNIE warte czytania.

***

Czasem rozmawiam z moją mamą na temat pracy. Ona mówi, że ma jakieś dodatkowe prace, chodzi jak w kołowrotku i jest zmęczona, ja mówię, że wracam późno i siadam do pracy, i że nie mam za bardzo czasu. I wtedy pada fundamentalne pytanie, najważniejsze, dotyczące istoty życia i istnienia.
TO KIEDY TY ROBISZ OBIAD?

***

Jadę pociągiem. Za oknem jezioro. Jakieś dziecko krzyczy z zachwytem:
– Patrz! Ocean!
Podoba mi się ten rozmach myślenia.

***

– Siemaneczko, tymczasik – zakończył rozmowę telefoniczną młodzieniec w autobusie.

***

Czasy się zmieniają.
Znajoma siedmiolatka zakrzyknęła ostatnio:
– Ale Pani ma farta, że Pani ma jabłko, a ja muszę zjeść tego lizaka!
Faktycznie, fart.

***

Wpadł mi do głowy tytuł nowej książki. „Nieudacznicy”.
Materiałów dostarczam sobie sama. Ot, przykład pierwszy z brzegu. Spędziłam weekend u rodziny, pakuję się, na biurku leży ładowarka. Pytam męża kilkukrotnie, czy to na pewno nie jego, żeby nie zapomniał zabrać. On zaprzecza. Stwierdzam, że pewnie jest to sprzęt mojego brata, zostawiam, odjeżdżam.
Po przejechaniu 200 km okazuje się, że pozostawiona ładowarka jest moja. Nie poznałam jej.
Brawo.

***

Mój slownik w telefonie jest grzeczniejszy niż ja. Kiedy chcę napisać, że ktoś jest chamem, telefon sam z siebie zamienia na Chanel.

***

Jak człowiek ma fatalną pamięć, to wszystko może go pozytywnie zaskoczyć.
W internetowej konwersacji z kuzynką znalazłam fotkę z uczniowskiego zeszytu. Bardzo ciekawa notatka z języka polskiego.
Myślę sobie: Wow, ale kreatywna polonistka! Świetny pomysł!
A potem uzmysławiam sobie, że to zeszyt mojego ucznia.

***

Skrawki rodzinne znajdziecie tutaj, a pierwsze skrawki tutaj.

Jak ukryć ciało?

Tytuł brzmi jak z kryminału?
I bardzo dobrze.

***

Kiedy przeglądam gazety dla kobiet, najbardziej interesuje mnie moda. Czytam różne porady i czego się dowiaduję? Na przykład, jak ukryć wystający brzuch. Jak ukryć fałdki. Jak ukryć szerokie ramiona. Jak ukryć obfity biust. Albo za mały. Jak ukryć szerokie biodra. Albo brak talii.
Dostrzegasz pewną prawidłowość?

Jak ukryć swoje ciało.
Bo masz go za dużo, mówi Ci gazeta. Mówią Ci wszystkie gazety.
Jest Cię za dużo. Ukryj się.
Nie chodź w tej spódnicy, bo wydajesz się duża. Tak jakby rolą kobiety było bycie małą, filigranową.

Przykro mi za te wszystkie kobiety, które są po prostu duże. Wysokie. Szerokie. Chwilowo tu nie pasują. Może niech się zgarbią, zakryją szerszymi ubraniami, niech coś ze sobą zrobią. Bo samym swoim widokiem niepokoją, zniesmaczają innych.

***

„Zbyt często nadaje się wymiar moralny wyglądowi zewnętrznemu, przypisując kobiecie dobro lub zło zależnie od tego, czy jej wymiary, wzrost, sylwetka czy sposób poruszania są zgodne z jednym obowiązującym ideałem” – pisze Clarissa Pinkola Estes. Ta Meksykanka o bujnych kształtach opisuje, jak pewnego razu pojechała na Przesmyk Tehuantepec odnaleźć swoich przodków, którzy „w swoim plemieniu mieli same tęgie, silne, zalotne kobiety potężnych rozmiarów. Poklepywały mnie i poszczypywały, zauważając, że jestem za chuda. Może za mało jem? Może jestem chora? Muszę się lepiej starać, bo kobieta to przecież La Tierra, ma być okrągła jak ziemia, bo ziemia tak wiele musi unieść”.

Zupełnie inne spojrzenie, prawda? Ciało, które jest akceptowane, które ma wiele do zrobienia. Ciało, które wiele wycierpiało, które się starzeje, które dźwigało dzieci, chorowało – zmienia się, wygląda inaczej, ale nadal jest warte kochania i opieki.

***

Ostatnio usłyszałam, jak pewna kobieta żartowała ze swojego ciała, mówiąc, że wygląda jak maszkaron. Taki żart, że niby ma dystans do siebie i do starzenia się.
Zawsze sobie wtedy myślę: czy nazwałabyś tak swoją przyjaciółkę? Dlaczego traktujesz siebie najgorzej?
Szanuj osobę, którą jesteś. Każdy jest wartościowy. Różnorodność nie jest wadą.

I przestań się ukrywać.

***

Ps. Cytaty pochodzą z książki pt. Biegnąca z wilkami (s. 218 i 221). To taka książka, którą chwali wiele osób, a ja nie mogę przez nią przebrnąć, ale ostatnio przeglądam rozdziały i czasem natrafiam na coś, co bardzo do mnie trafia.

I drugi PS. Polecam też mój nieco starszy wpis o kobiecie przed lustrem.

Krótki wpis o obfitości

„Jeśli coś jest do wszystkiego, to jest do niczego”. Pamiętacie ten tekst babci z reklamy wybielacza? Kiedyś mój młodszy brat użył tego jako świetnej riposty i zamknął usta nauczycielce.

Otóż przywołuję dzisiaj to zamierzchłe stwierdzenie, by z nim popolemizować. Ponieważ się z nim nie zgadzam. Zwłaszcza jeśli mówimy o ludziach, nie o wybielaczach. Na temat wybielaczy nie mam zdania.

Imponuje mi obfitość – zainteresowań, działań, przestrzeni tworzenia. Imponuje mi, jeśli ktoś ma wiele zawodów. Imponuje mi twórca, który zajmuje się wieloma dziedzinami sztuki: Tove Jansson była malarką, pisarką, ilustratorką. Aga Kozak – dziennikarka, mentorka, kulturoznawczyni, terapeutka, amerykanistka… Długo by wymieniać. Zresztą to właśnie Aga Kozak mówi o obfitości. Tutaj. Do tej pory pamiętam panią, która prowadziła warsztaty dla nauczycieli, polonistka, która się przekwalifikowała i teraz zajmuje się głównie teatrem. Albo inny przykład: moja koleżanka, która skończyła malarstwo na ASP, przez długi czas projektowała torebki, a teraz robi świetne fotografie.

Zawsze trochę boję się sytuacji, kiedy to dana osoba robi wiele rzeczy, ale nic nie robi dobrze. Kiedy zajmuje się czymś po łebkach, bo łapała wiele srok za ogon. Czasem i tak bywa.
Ale ta obawa nie przeszkadza mi w podziwianiu tych, dla których jedna dziedzina i jedna etykietka – to za mało.

Albowiem szczęśliwi ci wszechstronnie utalentowani, a co więcej – ci, którzy odważą się mnożyć swoje talenty. Oni zajmują w moim serduszku specjalne miejsce.

Masz zadanie: napisz do kogoś list

Niedawno czytałam listy Mrożka. Podziwiam, że mimo swojej zajętości miał czas na pisanie listów do swoich przyjaciół. Musiał to robić – w tamtych czasach nie mógł ot tak, zadzwonić albo wysłać maila z wynurzeniami i szczegółowymi instrukcjami.

Zatęskniłam za tamtymi czasami. Teraz jest szybciej i wygodniej, ale czy dzięki temu piszemy do siebie więcej? Nie wydaje mi się.

***

Kilkanaście lat temu korespondowałam z moją kuzynką, która przyjeżdżała na wakacje. Zostały mi po niej listy związane gumką czy tasiemką, świadectwo tego, co zajmowało nasze myśli we wczesnej młodości. Nie tykam tego, bo to są po prostu wynurzenia nastolatek, ale świadczyły o pewnej zażyłości, więzi, staraniu.
Ale!
Miałam też listowny związek z pewnym chłopakiem, który mieszkał sto kilometrów dalej. Z bijącym sercem otwierałam kolejne koperty i czytałam jego epistoły. Pamiętam jego pismo do dziś.

***

Pisanie listu wymaga przygotowań i zachodu. Trzeba ładnie pisać (z tym mam zawsze problem!). Trzeba zaopatrzyć się w kartki i kopertę. Trzeba iść na pocztę. Stać w kolejce po znaczek.
A przecież można wysłać e-mail. Można. Ale przyznajcie, to nie jest to samo.
No bo spójrzmy, co tutaj się dzieje:
    • zastanawiamy się nad kartką papieru,
    • przelewamy myśli, a więc musimy je skonstruować,
    • decydujemy, co mamy do powiedzenia i napisania,
    • a w końcu – piszemy ręcznie (która to czynność jest bardzo wyzwalająca, serio).

Nie żebym była jakąś romantyczką, która marzy o otrzymywaniu pachnących kopert zasuszonymi kwiatkami. Bo listy pisane ręcznie kojarzą się chyba przede wszystkim w ten sposób. Niekoniecznie. Chodzi o samo napisanie do kogoś.

Na początku roku szkolnego zwykle piszę do moich uczniów list i proszę o odpowiedź. Owszem, jest to zadanie z języka polskiego, ale oprócz tego to znacznie więcej. Okazja, by się lepiej poznać. Komunikacja jeden na jeden. Tworzenie więzi. Jest to coś osobistego, co daję i dostaję. Jest tajemnica korespondencji. Jest staranie i myślenie o tej drugiej osobie.
W tym roku też to zrobię.

***

Wstydliwie przyznaję, że codziennie zaglądam do skrzynki pocztowej. Codziennie. Dostanie paczuszki, koperty ze znaczkiem kojarzy mi się niezwykle pozytywnie. I bardzo mi tego brakuje.

Prawa i obowiązki bezdzietnej kobiety

Jestem mężatką i nie mam dzieci.

Co czujesz, kiedy to czytasz? Współczujesz mi? Zazdrościsz? Masz do mnie żal? Jest Ci mnie żal?
Czy może masz dla mnie jakieś rady?

***

Nie mam zamiaru omawiać z każdym mojej sytuacji rodzinnej, ale są rzeczy, które mimo wszystko słyszę. I czuję, że powinnam. Coraz bardziej znam swoje prawa i obowiązki.

Oczywiście powinnam mieć dzieci. W końcu po to jestem kobietą, żeby mieć dzieci. Jeśli ich nie mam, to tak, jakbym nie do końca zasługiwała na to miano. Trochę jakbym była kobietą drugiej kategorii. Czasem wręcz czuję, że muszę udowadniać, że hej! ja też robię w życiu coś pożytecznego. Hej, nie jestem pasożytem. Hej, może i ja wam się do czegoś przydam, może zasłużę na „szklankę wody na starość”?

Mam prawo do tego, by nie traktowano mnie poważnie. W końcu jestem jeszcze dzieciakiem, który nic nie wie o życiu. Bo nie mam dzieci. Jestem taką trochę podstarzałą nastolatką. Trochę żałosną.

Nie mam prawa narzekać, że jestem zmęczona. Nigdy nie byłam zmęczona, bo nie wiem, co to są nieprzespane noce z powodu noworodka, dwójki dzieci, trójki… Zmęczenie z jakiegokolwiek innego powodu, zmęczenie psychiczne, zmęczenie po kilkunastu godzinach pracy, zmęczenie z powodu hałasu, wysiłku, stresu, nadmiaru obowiązków – to się nie liczy.

Nie mogę powiedzieć niczego, co jest związane z wychowywaniem, bo przecież się nie znam. Bo „każdemu, kto nie ma dzieci, tak łatwo się mówi”. Rozumiem, że jeśli ktoś rozmawia ze mną na tematy wychowawcze, to moją rolą jest tylko wysłuchać. Nie mogę skomentować, bo przecież ja się nie znam (wierzcie mi, nie jestem osobą, która się wtrąca do wychowania i mówi innym, jak mają żyć i wychowywać swoje dzieci). Mogę tylko pytać. Mogę wysłuchiwać historii. Może niech to będzie dla mnie namiastką – rozmowa o cudzych dzieciach. Dobre i to, prawda?

Mam prawo do ludzkiej oceny. Skoro nie mam dzieci, to mogę przyjąć na siebie ludzką pogardę. Na pewno jestem wygodnicką egoistką, której się nie chciało. Jeśli powód był inny, oni powinni go poznać. I ewentualnie mogą zmienić swoją ocenę. Lub nie. Może powód był niewystarczający. Może niedostatecznie się starałam.

Mam prawo wysłuchać rad na temat in vitro i adopcji. Mam prawo odpowiadać na ich pytania.

Nie, nie mam prawa do intymności. Kobiece ciało jest wartością wspólną, wartością nas wszystkich. Należy do mojego państwa, do mojej religii. Czyż to nie święty Paweł mówi, że kobieta zbawi się przez rodzenie dzieci? A co z resztą? Jak mam się czuć, wychowana według nauki Kościoła, którego chciałam być wierną córką? (Podpowiem: jak odpad, ktoś odsunięty na bok, bo nie spełnił swojej roli. Patrz: punkt pierwszy). Jak mam się czuć, wychowywana w tradycyjnej rodzinie, jeśli nie podtrzymuję tej tradycji? (Podpowiem: jak wyrzutek. Ktoś troszeczkę gorszy i niepełny).

***

Szukam artystek, pisarek, malarek, odkrywczyń, badaczek i kobiet zajmujących się nauką, które nie miały dzieci. Bo są takie, które nie miały. Szukam ich, bo muszę jakoś zasłużyć na swoje bycie na tym świecie. Gdybym miała dzieci, to byłabym usprawiedliwiona. Wszystko byłoby ok. Czyż nie?
Artyści, pisarze, malarze, odkrywcy, badacze, naukowcy, którzy nie mieli dzieci, jakoś nie musieli się przed nikim tłumaczyć.

Dlatego tak zachłannie czytam „Opowieści na dobranoc dla młodych buntowniczek”. Żeby ktoś mi powiedział: możesz być, kim chcesz. Nawet jeśli nie jesteś matką. Albo mimo to.
Bez tłumaczenia się.

1 2 3 19