Pochwała uprzejmości

Społeczeństwo nam schamiało, drodzy Państwo. Kto ma pieniądze, ten ma władzę, tak mówią. Kto płaci, ten wymaga. Kto wymaga, ten nie musi być miły – wręcz przeciwnie, może być nawet i chamem. W mailu nie trzeba już pisać dzień dobry ani pozdrawiam/z poważaniem. Można napisać tak, że odbiorca poczuje się mały. W końcu powinien się tak poczuć, prawda? O to przecież chodzi.

Można napisać obraźliwy komentarz w internecie, podpisać się swoim nazwiskiem i nie wstydzić się tego. Można rzucać szowinistyczne żarty, można skrytykować, jak ktoś wygląda, wszystko można, a przecież dzień bez wbicia komuś szpilki za nic byłby dniem straconym.

Klasa nie jest ceniona. Kultura nie jest ceniona. Bohaterem jest ten, kto opanuje sztukę pyskówki i bez cienia żenady powie coś, co uderzy w rozmówcę.

A ja głoszę pochwałę uprzejmości i wciąż jeszcze wierzę, że dobrze jest szanować drugiego człowieka, czy to konserwator, czy to pani z okienka, czy znajomy, który nic nie może mi dać. Ja wciąż wierzę, że warto i dobrze jest zachowywać klasę, nawet jeśli to już niewiele znaczy. Wciąż uważam, że nie trzeba poniżać, by coś uzyskać. Nie trzeba poniżać i pomiatać, by poczuć się lepszym. Uprzejmość to nie wada.

Z całą mocą powtórzę za Różewiczem: Kochani ludożercy, nie zjadajmy się, dobrze?

Notatki z weekendu

Sobota jest totalnie przeznaczona na odpoczynek, bo niedziela ze swoim smrodkiem nadchodzącego poniedziałku już nie daje takiego spokoju ducha.

***

Planuję tę wolną sobotę z rozmachem. Z hojnością, szczodrze sypiąc pomysłami, szafując wyobrażeniami, czego to ja nie zrobię. Bo przecież zdążę, myślę sobie naiwnie każdego sobotniego poranka. Jakbym miała do dyspozycji co najmniej tydzień wolnego. Jakby ta sobota była portkami z lajkry albo elastyczną gumą do ćwiczeń.
A potem notuję sobie całą listę. Napisać list. Zrobić pranie. Porządki w szafie. Porządki w papierach. Pilates. Posłuchać zaległych nagrań. Poczytać przez parę godzin (a co tam, mam przecież wolną sobotę). Obejrzeć film. Pouczyć się języka obcego. Odkurzyć. Upiec ciasto. Ugotować obiad kilkudaniowy.
Plan że hoho! aż się na kartce nie mieści (ludzie sukcesu zawsze mają plan, mówią ludzie skucesu z internetów), kartka się kończy, a pomysły i smiałe plany dalej przychodzą do głowy.
A potem jest jak zwykle. Połowa niezrealizowana, a to, co faktycznie zrobiłam, zostało podyktowane bardziej intuicją i ochotą niż planem na kartce.

***

foter-com-notatnik(Sobotnie plany na bogato; źródło)

***

Sobota to dzień wyjęty z normalnego tygodnia. Postanawiam, że dziś nie pracuję i głowa ma odpocząć. Jeden dzień, kiedy nie muszę myśleć o swojej pracy. Przymusowy areszt domowy dla swojej głowy.

***

To jest nieco smutne, że normalny, przeciętny tydzień to ten wypełniony pracą, a na tzw. zwykłe, pozostałe życie muszę sobie wydzielić jakiś czas, oczywiście odpowiednio mniejszy. Zupełnie jakby w życiu chodziło tylko o pracę.

***

Teść od kilku lat w niemal każdy sobotni poranek wałkuje jedyną płytę Bryana na przemian z jedyną płytą Vangelisem i Boney M (nawet jeśli ktoś z Was lubi któregoś z tych wykonawców, po kilku latach takiej końskiej dawki przestalibyście, zapewniam Was). Jedynym ratunkiem jest szczelne zamknięcie drzwi, włączenie konkurencyjnej muzyki i niewychylanie nosa… i ucha z pokoju, dopóki nie minie ten nachalny muzyczny kataklizm.

***

Póki co w moim życiu pisarstwo i blogowanie jest ze szczętem porzucone, a tymczasem z zaskoczeniem odkrywam, że najbardziej pogania mnie Facebook. Oj, oj, jaki on dbały o SEO, o kontakt z Czytelnikami, jaki zatroskany… Ja tu ważę słowa, przemyśliwuję, zastanawiam się, ale Facebook nakazuje wyraźnie i bezlitośnie: pisać częściej.

***

Weekendowa zarwana nocka smakuje jak dawniej, jak zarwana nocka w klasie maturalnej czy na studiach, w akademiku, przegadana, spędzona na pisaniu, czytaniu czy oglądaniu filmu. Za to poranek rozpoczęty grubo po budziku zawsze smakuje trochę gorzko.

***

Na koniec truizm, ale na czasie. Jesienny deszcz mi zupełnie nie przeszkadza, dopóki nie muszę wychodzić z domu.

Tako rzeką internetowi mistrzowie

Korzystam z internetu codziennie. Czytam blogi, porady, śledzę na Facebooku, odbieram newslettery. Jestem na bieżąco – zwykle znam ludzi, którzy są znani w internecie, znam blogi z rankingów popularności. Czytam o minimalizmie, świadomym życiu, byciu w zgodzie ze sobą i spełnianiu marzeń.
Co radzą mi internetowi mistrzowie?

Piszą, by się nie spieszyć, by praktykować uważność i bycie tu i teraz. Czasem w autobusie bezmyślnie gapię się w okno. Podobno nie jest to złe. Jednakże trzeba przyznać, że chodzę szybko i każdy spacerowicz na mej drodze jest raczej powodem irytacji niż admiracji.

Piszą, by uczyć się mimochodem, w międzyczasie. Przy okazji gotowania czy zmywania naczyń słucham angielskich TED-exów, vlogów, podcastów. Podczas mycia zębów oglądam edukacyjne filmiki z napisami. Multitasking daje radę. Zawsze to coś.

Kobiety piszą, żeby rozsądnie kupować ubrania, czyli na przykład zastanowić się, czy dany zakup będzie pasował do co najmniej trzech innych ubrań. Cóż, robię to od dawna, a zasady tzw. capsule wardrobe znam od podstawówki, kiedy to rozrysowywałam sobie zestawy do noszenia.

Na stronach o zdrowiu czytam, że powinnam mieć swoją codzienną dawkę ruchu – a więc dużo chodzę, nie jeżdżę schodami ruchomymi, a windę rozważam dopiero od szóstego piętra wzwyż. Czytam o dbaniu o siebie, o body positive. Lubię siebie, dbam o swoje ciało, głównie dlatego, że jest moje. I to też zrozumiałam po internetowych poradach.

_DSC9299_DxO

(Zdjęcie zrobiła Zosia LS w ramach projektu kochaj.się, o którym dowiedziałam się z internetu)

Przed snem i po przebudzeniu się staram się myśleć o przyjemnych rzeczach. Stawiam sobie wyzwania, doceniam drobne sukcesy, otrzepuję kolana z porażek i idę dalej. Staram się rozwijać, pokonywać lęki, walczyć ze słabościami, wyznaczać sobie cele, dążyć do spełnienia marzeń.

To wszystko powiedzieli mi obcy ludzie z internetu, specjaliści do spraw szczęścia. Pewnie mają rację w wielu aspektach, ale nie o to mi chodzi. Otóż z pewnym wstydem uzmysłowiłam sobie, że jestem ich oddaną i pojętną uczennicą. Nawet nie wiem, czy ci mistrzowie sami żyją według swoich wskazówek i czy są z tym szczęśliwi. Czy współcześni apostołowie udanego życia są pewni tego, co głoszą, czy po prostu chcą zarobić, budować markę, coś zyskać, coś sprzedać? Autorzy treści o tym, jak poprawić, rozwinąć, jak pobudzić twórczość, jak żyć – wydają się być misjonarzami zmiany życia innych. Skąd mogę wiedzieć, czy oni sami umieją żyć?

Kiedyś uczeń widział mistrza, spędzał się z nim czas, obserwował. Dzisiaj jest po drugiej stronie ekranu, niby dostępny, a jednak obcy. Co on właściwie zrobił, by stać się moim mistrzem?

 

Podsumowanie wakacji

Zwykle planuję sobie mnóstwo rzeczy albo odpuszczam i wakacje przelatują przez palce. Tym razem wybrałam opcję nr 1, miałam rozbuchane, szalone i dalekosiężne plany. Co to ja miałam zrobić! Przerobić całą książkę do francuskiego włącznie ze wszystkimi nagraniami (prawie 90 20-minutowych nagrań, więc to byłoby wyzwanie!). Napisać powieść. Dobra, przyznaję, nie udało się zrobić wszystkiego, ale udało mi się zrobić bardzo dużo i było tak intensywnie, że pod koniec należał się odpoczynek (czyli w praktyce – oglądanie ciurkiem seriali i zwalnianie tempa). Szkoda byłoby o tym zapomnieć, stąd pomysł na podsumowanie. Ale po kolei.

Rozwój

Pojechałam na warsztaty introligatorskie, gdzie uszyłam, wykleiłam i oprawiłam własny notes, a do niego jeszcze dorobiłam etui. Teraz już wiem, jak się szyje i oprawia książki, wiem nawet, jak się robi złote zdobienia i co to jest szywnica. Tak że weekend był pełen wiedzy i nabywania umiejętności, jak to się mówi w żargonie nauczycielskim. Ale mam problem – robiłam notes dwa dni, teraz szkoda mi w nim pisać byle co.

Wzięłam udział w jednym mastermindzie i trzech wyzwaniach dla pisarzy, z których na swój użytek wyniosłam naukę, że jeśli mam pisać według zasad, to nie napiszę więcej ani zdania, więc muszę pisać kompletnie po swojemu i teraz próbuję dociec, jak to jest to „po swojemu”. Zadano mi parę trudnych pytań i jeszcze trudniejszych ćwiczeń, wytrącono z ogólnego dobrostanu. Poznałam metody, schematy, zasady zaintrygowania czytelnika, reguły, metody, i po tym wszystkim – póki co – utknęłam. Nie mówię, że jest to wina moich mentorów. Widocznie muszę sobie jeszcze głęboko przemyśleć, co i jak chcę napisać.

Namalowałam pierwszy w życiu obraz.

Wzięłam udział w lekcjach pływania pod czujnym okiem instruktora. Przepłynęłam sporo basenów, czasem było to szuranie po dnie, a czasem triumfalne wypływanie na powierzchnię. Mój głośny śmiech niósł się echem, gdy poznawałam technikę pływania żabką, śmiałam się również pod wodą, co znowu nie jest aż takie proste. Ale teraz już wiem, że naprawdę można w wodzie czuć się jak ryba.

Próbowałam wrócić do jazdy samochodem. Bilans za kierownicą: cztery godziny i dwa przepocone podkoszulki, milion skrzyżowań i mnóstwo strzałek warunkowych, tysiąc bon-motów mojej pani instruktorki. Pokonałam paraliżujący lęk, ale zostało sporo niepewności.

Przerobiłam co prawda tylko niewielką część podręcznika do francuskiego i może kilkanaście nagrań, ale za to teraz codziennie uczę się przez kwadrans. Podobno to lepsze niż nauka raz na jakiś czas, a potem długo nic.

Obejrzałam kilka dobrych seriali, „Glow” i „Człowiek z wysokiego zamku”, kończę „Opowieść podręcznej”.

Podróże i inne doświadczenia

Byłam na Mazurach nad małym i miłym jeziorkiem Ublik. Zdegustowałam się Mikołajkami, rozczuliłam Praniem, przepłynęłam kajakiem dwa jeziora i jeden tunel, widziałam kormorana, a on widział mnie. Byłam w Kazimierzu Dolnym, piłam wino nad Wisłą, jadłam pyszne lody w Olsztynie i w Warszawie. Opiekowałam się cudzym domem, kotami i kwiatami, spędzałam dni na tarasie.

Wyhodowałam własne pomidory z połówki zimowego bezsmakowego pomidora ze sklepu.

Byłam na maratonie zumby i na ćwiczeniach z ciężarami, robiłam pilates w ogrodzie na kocu.

Eksperymentowałam w kuchni. Zrobiłam suflet, kladdakę, czyli mokre i ciężkie ciasto czekoladowe ze Szwecji, olbrzymią chałkę z hojną ilością kruszonki, bułkę drożdżową w kolorze pomarańczowym, bo z dodatkiem dyni, aksamitny i puszysty (serio!) dżem z jeżyn, zupę cebulową czy krem warzywny ze świeżymi ziołami, ziemniaki z rozmarynem, cukinię z oregano, marchewkę z oliwą i tymiankiem, placki cukiniowe.

Wzięłam udział w sesji zdjęciowej w ramach projektu kochaj.się – świetna idea!

_DSC9209_DxO

(fot. Zosia LS)

Spotykałam się z ludźmi – w cudzych domach, mieszkaniach, w obcych miastach, w sąsiednich namiotach, w kawiarniach i pubach, na ćwiczeniach, spacerach, na ogniskach, grillach, spotykałam się, rozmawiałam, słuchałam. Rozmowy przez telefon, rozmowy na trawie i kocu, rozmowy przy stole. Deszcze przeczekane wspólnie pod namiotem. Lakoniczni okazywali się rozmowni, otwierały się tematy, wzniecały się dyskusje, wrażenia dzieliły się na wiele (osób), żarty były rzucane.

Podsumowanie

Cechy najpiękniejszego urlopu to – móc pół dnia czytać książkę, chodzić boso po trawie, głaskać wdzięcznego psa lub łaskawego kota, robić niespieszne dania i kawę jedną po drugiej, herbatę z miętą, wodę z melisą. Najpiękniejszy urlop, kiedy można jeść, jak się lubi, a nie, jak się musi, jeść z kimś, komu też smakuje i cieszyć się tym jedzeniem. Zanurzanie się po szyję w chłodnej wodzie, gdy upał dookoła.

Goszczenie ludzi i dawanie im przestrzeni. Omawianie życia, wymyślanie planów B, C i Ć, odważanie się do skoczenia w nieznane, do poznawania nowego. Inspirowanie się innymi, dzielenie się tym, co dla nas ważne i co nas porusza (czasem mi się wydaje, że tylko o tym warto rozmawiać). Wymaganie od siebie, inwestowanie w umiejętności, robienie kroku za krokiem, naprzód. Tam, gdzie jeszcze mnie nie było albo gdzie już dawno chciałam wrócić. Rozprawić się ze strachami i lękami, zrobić miejsce na nowe doświadczenia.

Czerpię i wchodzę w kolejny rok inna, mam wrażenie i mam nadzieję, że choć trochę dzielniejsza i odważniejsza. Przyda mi się.

Powinności polonistki

Przestałam czytać listy książek, które trzeba znać. Jestem polonistką, która nic nie musi.

***

Tak się składa, że jestem absolwentką filologii polskiej i mam wrażenie, że z tego tytułu wiele się ode mnie wymaga (może też być tak, że to ja wymagam sama od siebie, a ciężaru dokłada wieczne poczucie obowiązku. Być może te powinności wymyśliłam sobie sama i teraz to weryfikuję).
Jak to jest – co musi polonistka?

Kanon

Po pierwsze: przeczytać wszystkie arcydzieła literatury polskiej i światowej. To wymaganie jest trudne do spełnienia. Owszem, przeczytałam „Noce i dnie”, „Annę Kareninę”, „Panią Bovary”, „Nędzników”, dużo Prusa i jeszcze więcej Sienkiewicza – no, różne takie sztandarowe cuda. Za młodu, jeszcze przed maturą, przeczytałam większość Ważnych Lektur, ale cieszę się, że niektóre zostawiłam na czas po studiach. Dzięki temu dałam szansę „Chłopom” Reymonta – książce, która w liceum wydawała mi się nieciekawa. A tymczasem czytałam zachwycona. Rozsmakowywałam się słowami jak najlepszym jedzeniem.

szwabacha

Mam swoją prywatną listę. Na niektóre pozycje przychodzi dobra pora. Teraz odkrywam świat „Wojny i pokoju” – z wielką przyjemnością zagłębię się w te opasłe tomiska o pożółkłych stronach, wypożyczane po kolei z miejskiej biblioteki. Kto wie, może przyjdzie czas i na „Ulissesa”? (Choć wątpię.)

Być na bieżąco

Po drugie: przeczytać wszystkie bestsellery. Nie, nie, nie. Nie przeczytałam większości książek, o których się mówi. Najpierw niech opadnie pył i umilkną głosy, potem ewentualnie zdecyduję, czy chcę sięgnąć po coś tylko dlatego, że miało szałową akcję promocyjną albo szumną ekranizację. Nie przebrnęłam przez irytujący początek „Złodziejki książek”, ale za to z wielkim szacunkiem i atencją zmierzyłam się z 700-stronicowym reportażem pt. „Głód”. Czuję, że dobrze wybrałam.

Znać słowniki na pamięć

Po trzecie. Nie robić błędów, nigdy i nigdzie. Znać zasadę pisowni każdego słowa w języku polskim, a przy tym łączliwość, znaczenie, odmianę… Jak ja nie lubię, jak ktoś zaczyna pytanie: „A bo Ty jesteś polonistką… zastanawiałam się niedawno, jak się mówi/ jak się pisze…?”. Niestety nie znam na pamięć słowników, gdyż generalnie mam bardzo słabą pamięć. Nie muszę znać, ale muszę umieć znaleźć – a to różnica. Takie rozróżnienie daje więcej spokoju.

Co prawda boli mnie, jak ktoś po polonistyce nie rozróżnia „dziękuje” od „dziękuję”, ale cóż, ja nie rozróżniam „zaświecenia światła” od „włączenia światła” i po dziś dzień nie wiem, co jest poprawne. Ale może mnie ktoś oświecić.

(fot. Mariusz Bieniek)

Trzy myśli o kobiecości

Kiedy idę do fryzjera lub kosmetyczki, muszę im się pokazać od najgorszej strony, czyli do jakiego stanu się dopuściłam, jak bardzo się zaniedbałam. Kosmetyczka włącza świdrujące lampy i przygląda się, a jej oku nic nie umknie. Fryzjerka rozczesuje włosy i obie widzimy ten obraz nędzy, rozdwojonych końcówek i odrostów.
Cokolwiek by nie zrobiły – i tak będzie lepiej. Wyjdę z odzyskanym poczuciem godności i atrakcyjności.
Starczy na jakiś czas.

***

Lubię czytać napisy na koszulkach, w szkole, na ulicy. Ze względów osobistych zdarza mi się oglądać w sklepach bluzki dla małych dziewczynek i oto mym zdumionym oczom ukazuje się na ten przykład głęboki napis „Yay!”. Dziewczynki mają być małymi błyszczącymi gwiazdkami, cieszyć oko, mają być słodkie i urocze jak króliczki. Chłopięce koszulki są na przykład z dinozaurami, które robią „rah rah”. Chłopcy nie muszą być małą ozdóbką domu. A nawet mogą być czasem troszeczkę groźni.

***

Kiedy się tak zastanawiam nad tym, które cechy są uznawane za męskie, a które kobiece, to wychodzi mi, że jak jestem uczuciowa, wrażliwa, płaczliwa, niezdecydowana, zależna, to jestem kobietą. A jak jestem silna fizycznie, zdecydowana, odważna, praktyczna, konkretna, to jestem jednak mężczyzną.

anathemicznie2

(No i teraz to już nie wiadomo. Fot. M. Bieniek)

Esencja

Gdy byłam mała, zaparzaliśmy w czajniczku granulowaną herbatę. Może i inni mówiliby na to imbryk, na przykład taki Andersen i jego tłumacze. W moim domu mówiliśmy: czajniczek. Czasem jeszcze widzę na półkach w sklepie herbatę granulowaną i myślę sobie o czajniczku z esencją na starym piecu w kuchni mojego dzieciństwa.
Granulki zalewało się gorącą wodą, prawie wrzątkiem, a na to kładło się małą pokrywkę. Potem można było wlewać go na dno szklanek i uzupełniać gorącą wodą.
Po dłuższym czasie na powierzchni tworzył się kożuszek o wielobarwnym połysku, który byłby może fascynujący, gdyby nie niepokojące podobieństwo do plam benzyny na drodze czy wodzie.
Do dzisiaj lubię rytuały związane z zaparzaniem herbaty czy kawy. Lubię czekać na wrzątek, na zaparzenie, lubię wypełniać kuchnię zapachami.
Słowo „esencja” oznacza nie tylko mocny wywar. To także najistotniejsza część, najważniejszy składnik, samo sedno. To, co jedynie prawdziwe i jedynie ważne.
Esencją naszych rozmów powinno być życie.

brew-pot-ceramics-foter

(Czajniczek z Fotera)

Opinie bliskich się nie liczą

Sytuacja pierwsza.
Daję do przeczytania mężowi tekst przed wysłaniem na konkurs, bo jego opinia jest dla mnie ważna, a potem mówię komuś, że pochwalił pomysł i dał zielone światło do wysłania. Ktoś na to odpowiada: może po prostu nie chciał ci sprawić przykrości?
Nie, tak to u nas nie działa. Jeśli ktoś tak myśli, to nie zna mojego męża. Ja znam i wiem, że mogę liczyć na szczerą opinię – jeśli go pytam, to muszę być gotowa na odpowiedź, która mi się nie spodoba. Z drugiej strony on pokazuje mi swoje projekty i czeka na to, że otwarcie mu powiem, czy jest dobry albo co wygląda źle i dlaczego. Po to pytamy. Nie chcemy głaskania się po głowie i fałszywych grzecznościowych pochwał.

Sytuacja druga.
Idę obejrzeć spektakl autorstwa córki mojej koleżanki. Znam się na dykcji, umiem rozpoznać dobre aktorstwo, doceniam dobrze napisany scenariusz i profesjonalizm. Potrafię też rozpoznać słabiznę.
Szczęśliwie okazało się, że spektakl miał wiele zalet i nie omieszkałam o tym powiedzieć jego twórcom. I owszem, wszyscy cieszyli się z opinii osoby postronnej, ale tylko do momentu, w którym dowiedzieli się, że jestem koleżanką mamy.
No, skoro to koleżanka mamy, to jej opinia się nie liczy, bo na pewno pochwaliła z grzeczności.
Czyli rozumiem, że grzeczność jest pojmowana jako zakamuflowana nieszczerość. Opinie grzecznościowe mogę więc od razu wyrzucić do kosza – jeśli są nieszczere, to dla mnie są bezwartościowe.

Opinie bliskich się nie liczą, bo to bliscy i muszą tak mówić… W jakim świecie żyją ci, którzy w to wierzą? W lukrowany świat, w którym słyszy się tylko pochwały, a każda krytyka to oznaka chamstwa i hejtu? Osobiście chciałabym wiedzieć, co w mojej pracy można poprawić, co jest słabe, a co niezrozumiałe. Jeśli nie powie mi tego bliska osoba, to usłyszę to od obcej. A wolę od bliskiej.

Z drugiej strony szczera pochwała z ust osoby wymagającej naprawdę znaczy o wiele więcej niż opinia kogoś, kto i tak zawsze chwali, bo tak wypada.

Po pierwsze: nie wstydź się

To jest beznadziejne. Bez sensu. Ale kicz. Nikogo to nie interesuje.
Nie uda się. Po co to piszesz? Po co to robisz?
Jesteś żałosna. Daj sobie spokój.

***

Znasz to? Czy tylko ja tak mam? Z tego, co czytam i się orientuję, to nie tylko ja. W książkach o twórczości nazywają to Wewnętrznym Krytykiem. Siedzi nam w głowie i knuje, psuje i zniechęca. Uzewnętrznia nasze obawy przed odrzuceniem, niezrozumieniem, przed słuszną krytyką.
Tymczasem może warto z nim powalczyć. Albo przynajmniej go zignorować i robić swoje, mimo wstydu i lęku.
Miałam ostatnio okazję wygłosić publicznie mowę. Dziesięć minut na wybrany temat, bez kartki, czyli z głowy. Oczywiście przygotowywałam się wcześniej, ale co innego mówić do wycieranych naczyń, a co innego do odbiorców z krwi i kości. Ludzi, którzy patrzą i słuchają. Mam dziesięć minut ich uwagi i autentycznego zainteresowania. Postrzegam to jako luksus i jako zobowiązanie.
Doskonale wiem, jak słabym jestem mówcą. Nie czuję się dobrze, mówiąc. Brakuje mi potrzebnych słów, urwane ciągi myśli nagminnie łatam wyrafinowaą wstawką „yyy”, nie patrzę na publikę, tylko w sufit, a prócz tego cały czas walczę z pokusą schowania rąk w kieszeniach.
A mimo to doświadczam ogromnej otwartości i życzliwości. Jestem w stanie podać o wiele więcej moich wad niż te, które wyszły w trakcie omawiania wystąpienia. Okazuje się, że zalety mowy przysłoniły większość wad. Nie wszystkie. Większość.
Okazuje się, że ktoś widzi w moim działaniu więcej dobrego i nie skupia się na punktowaniu niedociągnięć. To ja widzę przede wszystkim niedociągnięcia. Inni widzą ciekawą historię albo zabawną puentę i to im zostaje w głowie. Nie moje ręce walczące o dostęp do kieszeni i nie moje „yyy”.
Okazuje się, że samo podjęcie się trudnego zadania uskrzydla. Powiedzenie o swoich pomysłach, pokazanie projektów, wysłanie tekstu, podzielenie się linkiem swojego bloga – przynosi dobre skutki i zamiast skopania krytyką, dostaję wiele życzliwości i słów zachęty.
Bronię się przed powiedzeniem: „Ja bym tak nie mogła. Ja bym się wstydziła to zrobić. Ja bym się bała”. A co, jeśli sama sobie nie postawię takiej granicy w mojej głowie? A co, jeśli jestem już inna niż te moje wyobrażenia? A co, jeśli moje wyobrażenia o swoich ograniczeniach są już przestarzałe i pokryte szadzią niczym przeterminowane czekoladki z bombonierki?

***

Podziwiam ludzi, którzy pokazują innym swoje dzieło, swoją pracę. Mają pomysły i tak po prostu je realizują, a potem – no właśnie – nie chowają do szuflady, tylko wysyłają w świat. Chwalą się tym, pokazują, mówią o tym.
Co się może stać? Ktoś skrytykuje, ktoś zignoruje, ale na pewno komuś się spodoba, kogoś poruszy, komuś zmieni sposób widzenia albo zmusi do refleksji. I choćby dla tych paru osób warto to zrobić. No i oczywiście dla siebie – szkoda czasu na strach i wstydzenie się.
Tak więc pokaż innym, co robisz, czym się zajmujesz, co jest Twoją pasją. Może się boisz krytyki, ale podejrzewam, że nikt nie potraktuje Cię gorzej niż Twój Wewnętrzny Krytyk.
Więc może po prostu nie wstydź się o tym komuś powiedzieć.

Magazyn spóźnionych ripost

Nie będę oryginalna. Nie tylko ja mam z tym problem. Riposty wymyślone po czasie, bo najpierw mnie zatkało i nie wiedziałam, co powiedzieć.

Sporo wpisów powstało po rozmowie, po usłyszeniu czyjegoś zdania, po kilkudniowym przemyśleniu sprawy. Na przykład ten o dbaniu o siebie, o tym, że każdego można kupić czy że mam nudne życie.

Ostatnio na przykład rozmawiałam z kimś o tym, że dużo chodzę pieszo. Mam swoje powody – jest ekologicznie (dlaczego nikt mi nie wierzy, że stan środowiska jest dla mnie naprawdę ważny?), chcę mieć codzienną dawkę ruchu i dbać o kondycję, nie mam zamiaru szukać miejsc parkingowych czy stać w korkach. A moja rozmówczyni na to: „Teraz tak mówisz, ale zobaczysz za kilka lat. Przestanie Ci się chcieć. Zobaczysz, zobaczysz…”

Jak ja nie lubię tego proroczego „Zobaczysz, zobaczysz…”. Orędownicy prawd, że jak się ma 30 lat, to się chce, a jak się ma 40, to już nie.

Ale ja sobie przyznałam prawo, żeby nie słuchać cudzych rad i nie próbować żyć według nich. Mam prawo uczyć się na swoich błędach, podejmować swoje decyzje i patrzeć, co się stanie. Mam wreszcie prawo zmieniać zdanie, kiedy ja o tym zdecyduję. Dochodzić do wniosków w swoim czasie. Dojrzewać do zmian. To mają być zmiany w moim życiu i przede wszystkim mnie dotyczą. Nie muszę nikogo zadowalać. Nie muszę żyć pod czyjeś dyktando.

To dla mnie wielka ulga – przyznać sobie prawo do błędów i porażek, a przede wszystkim dać sobie czas.

A to, że nie jestem tak prędka w ripostach, ma swoje dobre strony. Na przykład jest pretekstem do kolejnego wpisu.

time to grow

(Grafika z tej strony dzięki uprzejmości Julity Michalskiej)

1 2 3 11