Zimowe dobodźcowanie

Mój intelekt zapadł w zimowy sen.

Stanowczo zbyt wiele wysiłku wymaga ode mnie wstanie z łóżka rano i wykonywanie mojej pracy na poziomie co najmniej przyzwoitym, a dla twórczości nie wystarcza już siły, energii i pomysłów. Więc próbuję się dobodźcować, wystawiać się na jakieś impulsy, uwrażliwić się. Trochę dlatego, żeby pozbierać pomysły i refleksje na lepszy czas, a trochę zgodnie z zasadą, że tylko sztuka może nas uratować.

Byłam w kinie na dwóch filmach: „Narodziny gwiazdy” oraz „Zabawa, zabawa”. Oba wywarły na mnie spore wrażenie i pozostawiły mnie z przemyśleniami. Byłam w teatrze na śmiesznym monodramie. Odwiedziłam wystawę sztuki, która okazała się zbyt frywolna jak na moje staroświeckie standardy… Byłam w palarni kawy i restauracji, mogłam odkrywać nowe smaki i miejsca w moim mieście.

Z seriali najbardziej i z głębi serca mogę polecić „Broadchurch”. Piękne zdjęcia i muzyka oraz szkocki akcent to trzy zalety tego serialu, które od razu przychodzą mi do głowy. Do tego świetnie napisane dialogi i ta kolorystyka… Fenomenem jest też to, że nie tylko trzy sezony trzymają wysoki poziom, ale wręcz ostatni, trzeci dotyczy tak ważnych treści i jest tak mądry, że śmiało mogę stwierdzić: ostatni sezon jest najlepszy. O dziwo.

Przyznam, że opierałam się długo. Najpierw nie chciałam, bo znowu serial kryminalny, ileż można oglądać o zaginięciach czy morderstwach. W końcu dałam się przekonać i to była bardzo dobra decyzja. Skończyło się tym, że po obejrzeniu długo snułam się po domu, nie wiedząc, co mam ze sobą zrobić. Niedosyt, myślenie o bohaterach, oglądanie w internecie wywiadów z twórcami. Ten brak po obejrzeniu dobrego serialu jest dojmujący…

Zimą planuję jeszcze iść do teatru lalek i pojechać na koncert. I oby do wiosny!

Czytelnicze podsumowanie 2018 roku

Zacznę od tego, jak bardzo frustruje mnie, kiedy ludzie piszą, że czytają po sto i sto dwadzieścia książek rocznie. Gdzieś są tacy. Ale cóż, trzeba sobie stawiać cele na miarę swoich możliwości, chciałam się postarać czytać więcej niż rok i dwa lata temu. Czy się udało?

***

Żeby dużo czytać, trzeba się postarać, usłyszałam kiedyś. I tak, coś w tym jest. Należy wykroić na to czas – bo ma nam zależeć – i się nie zniechęcać. Jeśli czytam coś, co mi się nie podoba, to nie ma sensu się męczyć, sięgam po coś innego. Jeśli skończę coś, co mi się podobało, od razu sięgam po następną książkę. Najlepiej jeszcze tego samego dnia.

Czytanie ma mnie otwierać i zmieniać. Ma stać się nawykiem. Dla mnie jest też sprytnym sposobem na czekanie – na przystanku, w przychodni, na poczcie. Kiedy autobus stoi w korku, ja się kompletnie nie przejmuję, bo czytam. Nie uważam, że jest to snobizm. Wręcz czuję, że powinnam pokazać opcję – nie musimy cały czas patrzeć w telefon. Ja też patrzę w telefon zbyt często, przyznaję. Ale w tym roku bardzo zależało mi na tym, by go odkładać do plecaka i wyjąć książkę.

Co czytałam w tym roku?

Półka ze Skandynawią

Zgodnie z komiksem o psie i rozmowach o literaturze skandynawskiej postanowiłam w tym roku być przygotowana na ewentualność i przeczytałam sporo skandynawskich autorów i autorek. Szwedzkie i norweskie lekkie powieści, które niekoniecznie polecam i o których niekoniecznie chcę wspominać, kilka książek, które zapadły w pamięć i wywołały jakieś emocje („Zanim zaśniesz” Linn Ullmann, „Poleciały w kosmos” Ida Linde, „Błękit” Maja Lunde), jedną opowieść o fryzjerce, którą od początku do końca czytało się szalenie miło (Anna Jansson, „Salon D'Amour”), kilka rozczarowań („Uczciwa oszustka” Tove Jansson, „Hohaj” Elisabeth Rynell), nawet jeden kryminał („Czarownica” Camila Lackberg). Czytałam też o Norwegii („Hen” Ilona Wiśniewska) i Finlandii („Fińskie dzieci uczą się najlepiej”).

Dlaczego Skandynawia? Odpowiada mi tamtejszy chłód i zdrowy rozsądek, mentalność, krajobraz, szeroko pojęta estetyka. Nie lubię gorąca i potu, rozkrzyczanych kultur i chaosu. I mam wrażenie, że to widać w literaturze skandynawskiej (w porównaniu chociażby do latynoamerykańskiej).

Półka polska, która pod koniec przechodzi w półkę z klasyką

Tu przeczytałam dużo dobrego w tym roku. Korespondencję Szymborskiej z Filipowiczem („Najlepiej w życiu ma twój kot”) i Herbertem („Jacyś złośliwi bogowie zakpili z nas okrutnie”). Oj, chętnie bym podjęła korespondencję z taką Szymborską…

Kolejne zacne nazwiska: Wicha, Springer, Dehnel, Twardoch, Małecki, Masłowska, Dziewitt-Meller… Mrożek, „Zielona Gęś” Gałczyńskiego (uwielbiam!) i jego biografia, zapiski Wandy Rutkiewicz, reportaże Springera, Kopińskiej („Polska odwraca oczy”), czy „Mali bogowie. O znieczulicy polskich lekarzy”.

Ciekawym odkryciem była groteska o kuszącym tytule: „Wstrząsająco przystojny mężczyzna” spod pióra polskiego autora Tomasza Wiśniewskiego. Niezwykła lektura.

Stanowczo mogę polecić Piotra Stankiewicza i jego „21 polskich grzechów głównych” oraz Małgorzaty Halber „Najgorszy człowiek na świecie”. Podobała mi się też książka „Chce się żyć” (tak, jest też film o tym tytule i nie jest to zbieg okoliczności).

Udało mi się w końcu przeczytać „Opowieść podręcznej”, ale też przeczytałam w końcu coś Pratchetta i opowiadania Kereta, o których słyszałam, że są dobre i z tą opinią mogę się zgodzić. Zastanawiającą lekturą były eseje „Mężczyźni objaśniają mi świat” Rebeki Solnit.

Za przepiękną książkę i arcydzieło literackie uważam „Lolitę” Nabokova (w tłumaczeniu Michała Kłobukowskiego). W trakcie lektury byłam zachwycona i rozsmakowana. Cudowny styl pisania, snucia opowieści, budowania zdań – czasami wzruszających, czasami groteskowych. Wyważenie, pasja, wszystko było w tej książce tak, jak trzeba. Wszystko. Powiedziałabym, że jest to piękna książka o brzydkich rzeczach. Z wieloma listami klasyków literatury mogłabym się kłócić, ale nie z „Lolitą”.

Półka zawodowa

Jeśli chodzi o książki czytane do pracy, to były to jak zwykle szkolne lektury: w tym roku m.in. „Hobbit” (znowu), „Felix, Net i Nika oraz Gang Niewidzialnych Ludzi”, „Kapelusz za sto tysięcy” czy (o rany…) „Król Maciuś Pierwszy”. Było też kilka książek, których robiłam korektę. Ale też: szalenie inspirujące „Opowieści na dobranoc dla młodych buntowniczek” (polecam obie części) i książka dla dzieci o intrygującym tytule: „Dlaczego sztuka pełna jest golasów?”, a także „Sylaboratorium, czyli leksykon młodego erudyty” – piękna rzecz – wizualnie i treściowo.

Pożyteczna dla osób uczących się będzie z pewnością lektura „Włam się do mózgu”, a dla osób piszących mogę polecić zarówno „Narratologię”, jak i osławione „Jak pisać? Pamiętnik rzemieślnika” Stevena Kinga.

***

W 2018 roku przeczytałam równo siedemdziesiąt książek. Udało mi się i jestem z siebie zadowolona, uważam to wręcz za swój mały sukces, bo wiem, że to mój trud i staranie: starałam się czytać dużo, starałam się bardziej niż kiedykolwiek.

Wybieram sobie książki, na które czuję się w danym momencie gotowa i które mają mnie w jakiś sposób rozwijać. Nawet jeśli jest to tylko rozwijanie umiejętności sprawnego opowiedzenia historii. Na ten rok mam już listę książek, które chcę przeczytać i na które czuję się gotowa, a przynajmniej chcę się z nimi zmierzyć.

A Wy? Co ciekawego czytaliście? (uwielbiam zadawać to pytanie!)

O, to już koniec roku!

Po czym poznać, że zbliża się koniec roku? Po podsumowaniach w internecie.

A, przepraszam, najpierw było zlecenie na szybko, bo „musimy rozliczyć tegoroczny budżet”. Potem dopiero podsumowania: głosowanie w Ubieraj się klasycznie („Jak to, już???”), nowo wybrane młodzieżowe słowo roku (nieszczęsne iksde jest w naszej świadomości już od roku, niechże zostanie zapomniane i przykryte… chociażby prestiżowym dzbanem), przymierzanie się do Paździerzy Roku u Sfilmowanych.

No i przyszły kartki świąteczne.

Nie wiem, na czym polega fenomen grudniowych podsumowań (dla mnie to trochę sztuczny podział) – być może chodzi o to, byśmy się zatrzymali i pozwolili sobie na chwilę refleksji. Byśmy żyli bardziej świadomie, przypatrzyli się swoim decyzjom i ich skutkom. Docenili, ile mamy. Ludzi, którzy są blisko i na których możemy liczyć. Zdrowie. Pasje. Wymarzony dom.

Przyznam, że nie mam dalekosiężnych i spektakularnych planów i każdy rok wydaje się ostatni, ale chyba pierwszy raz w życiu przywitam z radością to, co wraz z nim przyjdzie.

Z romantyczności można się wyleczyć

Z romantyczności się wyrasta. Jeśli ktoś ma romantyczne podejście, to może się nielicho rozczarować, bo życie nie składa się tylko z westchnień, przytulania i patrzenia sobie w oczy.

O moim niegdysiejszym romantycznym podejściu do rzeczywistości przypomniałam sobie, gdy rozmawiałam z koleżanką na temat otrzymywania niespodziankowych prezentów.

Romantyzm prezentu-niespodzianki

Ktoś mnie zapytał wprost, co chcę dostać, a ja się przecież ucieszę z każdego upominku – powiedziała koleżanka – bo cieszy mnie samo to, że ten ktoś myślał nad tym, co mi kupić, szukał i myślał o mnie. Wolę niespodzianki.
Ja pomyślałam (i powiedziałam), że jeśli mam ograniczoną przestrzeń, to nie ucieszy mnie kolejny zestaw filiżanek. Owszem, ktoś może się jakikolwiek sposób dowiedzieć, co lubię i czego potrzebuję. Może mi nawet kupić skarpety (lubię skarpety, potrzebuję skarpet). Ok, lubię też kubki, ale nie potrzebuję kolejnego i nie mam na niego miejsca. Kupowanie sobie prezentu wymaga wrażliwości na potrzeby drugiej osoby, otwarcia się na nią. Może się okazać, że tak naprawdę się nie znamy. I trudno, zawsze można się poznać.

Cóż, wychodzi na to, że w moim przypadku radość z otrzymywania niespodzianek kończy się wtedy, gdy kończy się na nie miejsce na półce w pokoju na poddaszu. Albo kiedy prezent jest totalnie nietrafiony i po prostu się nie podoba. Wiem, wiem, mam udawać, że się cieszę, żeby darczyńcy nie było przykro. Mam przybrać fałszywą minę i ukryć moją prawdziwą reakcję w imię zachowania poprawnych relacji.

Romantyczne podejście do prezentów przegrywa z pragmatycznością. Konkretnie sprecyzowane potrzeby i mówienie o nich to przecież nic złego.

Romantyzm na szczycie i na dworcu

Po jakimś czasie (po trzydziestce?) wszelkie akcje typu pierwszy taniec, zaręczyny na szczycie, nad morzem czy przy blasku tęczy, zorzy, czegokolwiek – wydają się kiczowate. Tak samo jak wtórne są pomysły w stylu: oświadczyny podczas walentynek, romantycznej kolacji czy w przerwie meczu z relacją na telebimie. Tak jak kiczowate po jakimś czasie stają się na przykład zdjęcia ślubne, niestety. Głównie dlatego, że powielają schematy, które szybko stają się ograne.

Trudno być oryginalnym i nie popaść w śmieszność, bo wszelkie powtarzalne motywy trafiają do szuflady z napisem „Kicz”. Jedynym remedium wydaje się ich twórcze przetworzenie, puszczenie oka albo konsekwentne omijanie pułapek pod znakiem czerwonego serduszka.

Najgorzej jest w przypadku książek.

Książki, w których bohaterowie są zakochani, ale ze sobą nie rozmawiają, więc następuje obowiązkowa scena na dworcu kolejowym (prawda, że autobusowy nie byłby taki romantyczny?) – ukochana odjeżdża, on zostaje – czy będzie gonił pociąg? Czy wskoczy w ostatniej chwili? Szczerze mówiąc, nie obchodzi mnie to i nawet mi ich nie żal, skoro pozwolili swojemu karygodnemu brakowi komunikacji i niedopowiedzeniom zepsuć tę relację. Jeśli to miała być romantyczna scena do wzruszenia, to ja powiem: a idź pan z takim romantyzmem, który zamiast wyciskać łzy z oczu – denerwuje i zniesmacza.

Niedopowiedzenia dają radę w „Dumie i uprzedzeniu”, scena na dworcu – w „Annie Kareninie”. Naprawdę trudno prześcignąć te klasyki. Poza tym – czy nie lepiej otwarcie powiedzieć drugiej osobie, o co mi chodzi i czego oczekuję zamiast oczekiwać, że się domyśli?

Pomijam litościwym milczeniem oczekiwania romantyków, którzy nie żenili się ze swoimi ukochanymi, bo ukochana to jest od wzdychania, pisania wierszy i podziwiania z daleka, a ciąża i rodzenie dzieci, tycie, mdłości i rozstępy, płyny ustrojowe, a także pranie i sprzątanie to już raczej atrybuty i powinności żony (tu to przeczytałam). To przypomina tych wszystkich młodych chłopaków zniesmaczonych, że ich dziewczyna musi iść do toalety.

Kiedyś byłam bardziej romantyczna, teraz jestem praktyczna i mniej oczekująca. Chyba z takim podejściem lepiej mi się żyje.

Mandarynki, czyli przesyt

Wczoraj teść opowiadał mi, jak kupował mandarynki. Miał do wyboru tańsze, droższe i z listkami. Stanął przed decyzją – jedną z wielu tego dnia. Bo przecież udał się do sklepu nie tylko po mandarynki. Każdy zakup – kawa, chleb, masło… pociąga za sobą ogrom mikrodecyzji. Chleb krągły czy podłużny, jasny czy ciemny, z ziarnami, wiejski, z tej piekarni lub tamtej…

Z kupowaniem prezentów jest tak samo. Zabawka dla dziecka – w tym sklepie czy tamtym, a może przez internet, ta firma czy tamta, ta zabawka czy może inna, a może książka?

Im większy wybór, tym trudniej wybrać.

Z okazji weekendu pełnego wyprzedaży odczuwam duży przesyt. Zewsząd atakują mnie treści, oferty, promocje, wyprzedaże. Mogę kupić rzeczy, których nie potrzebuję, albo rzeczy, które może i bym kupiła, ale może nie teraz, a poza tym i tak nie lubię robić zakupów.

A więc detoks. Robię czystki w tym, co chcę do siebie dopuszczać. Za dużo treści, którymi już jestem zmęczona, a które chcę ograniczyć. Robię czystki w telefonie, w aplikacjach, w wyszukiwarce, w głowie.

Za dużo okienek, za dużo obserwowanych stron, za dużo treści, które mnie atakują. Nie chcę tego. Do widzenia.

Mam wrażenie, że pogoda sprzyja takiemu ograniczaniu, bo i sama się ogranicza. Listopad daje jakąś ulgę w tym przesycie. Jest skromny i prosty w formie – przed obfitym, rozpasanym, błyszczącym i efekciarskim grudniem. Oferuje tylko puste drzewa, chłód, gasnące kolory, mgły i dymy, ale jest to oferta wyjątkowo dyskretna i trwa trochę dłużej niż jeden weekend.

Po co czytać czytadła?

Owszem, wolę klasykę literatury od romansideł, kryminałów i horrorów. Ale czytadła też czasem czytam.

Po pierwsze dla odpoczynku. Nie da się cały czas żyć tylko kulturą wysoką, nie da się cały czas stymulować intelektualnie. Niedawno słuchałam o tym, że przeintelektualizowanie jest przereklamowane i zastanawiałam się, czy to prawda. Przecież na Boga można na przykład obejrzeć jakiś średni serial albo Sablewską i się tego nie wstydzić.

No więc przyznaję, czasem czytam powieści o kobietach, dla kobiet, opowiadające tkliwe historie o miłości. Powieści o kelnerkach, fryzjerkach, właścicielkach księgarni i aktorkach, którym się nic nie udaje. O Rosjankach, Finkach i Szwedkach. Powieści o siostrach, o przyjaźni, o zaczynaniu od początku. Takie tam życiowe sprawy, niby bagatelizowane, ale czyż tego nie znamy i nie doświadczamy? Nie musi to być kompletnie zła literatura. Może być średnia.

Po drugie – jak coś jest dobrze napisane, to też rozrywkę zapewni, i sprawi, że przerywając lekturę, będziemy myśleć o bohaterach i przebierać nóżkami z niecierpliwości, kiedy znów będziemy mogli wrócić do czytania.

Po trzecie – nawet w takim czytadle można znaleźć cytat, z którym się utożsamimy.
Na przykład taki:

cytat

Po czwarte – bo właściwie dlaczego nie?

Kobieta ma być ładna

Ostatnio na lekcji omawialiśmy tekst o Marii Skłodowskiej-Curie i jej pracy, a przy okazji mówiliśmy o innych kobietach, których odkrycia naukowe i wynalazki były ważne dla ludzkości. Każdy uczeń i każda uczennica wylosowali nazwisko danej kobiety i mieli krótko przedstawić jej sylwetkę. Dostali zdjęcie z książki „Opowieści na dobranoc dla młodych buntowniczek” – portret i krótką opowieść, którą każde z nich miało przekazać reszcie klasy. Były więc pracownice NASA, laureatki nagrody Nobla, chemiczki, neuropsycholożki, matematyczki, badaczki… Kobiety, które zrobiły dużo, a jednak są mniej znane niż nasza noblistka. Warto mieć tego świadomość, pomyślałam.

Pewien chłopiec przedstawił swoją bohaterkę, a prezentację zakończył słowami: „I była brzydka”.

Spytałam go, jakie to ma znaczenie.

Ciekawe, że nikt nie sprawdza, czy Ignacy Łukasiewicz albo Alexander Graham Bell byli przystojni. Nikt ich nie deprecjonuje za ich wygląd. Kobieta może mieć Nobla i wpłynąć na stan medycyny na świecie, ale i tak można ją podsumować tym, że nie była ładna, więc nie jest do końca wartościowa i szkoda w ogóle o niej wspominać.

Tak jakby jej rola polegała tylko na podobaniu się innym. Tak jakby była tylko ozdobą. Wątpliwa to rola jak na XXI wiek. Przedmiot, który można oceniać, czy się podoba, czy nie, a jeśli nie, to jest bezużyteczny.

Zawsze bronię Adele, mówiąc, że wokalistka ma śpiewać i nie musi wyglądać. Argument, że to jednak show-biznes, nie do końca mnie przekonuje.

Czytam teraz książkę pt. „Obsesja piękna”. W książce pada zdanie, że nazwanie kobiety brzydką i grubą boli bardziej niż wiele innych epitetów. Marzy mi się świat, w którym kobiety na takie zdanie prychają tylko z politowaniem i mówią:
    a) To nieprawda.
    b) Może i tak, i co z tego?
    c) Nie masz innych argumentów?

Meldunek z zaginionego tygodnia

„Kolejny zagoniony tydzień” – miałam napisać, a tymczasem słownik w telefonie zamienił mi na: „Kolejny zaginiony tydzień”.
Pomyślałam, że w tej pomyłce jest jakiś sens. Tydzień, który zaginął, bo tyle było spraw, że ani się człowiek obejrzał, a tu już sobota, a tu już październik.

Tygodnie mijają szaleńczo, a moje myśli zamiast obracać się wokół obserwowania zmienności przyrody (o, już zimno, o, już mgły jesienne, o, już czerwone liście, o, już gołe gałęzie, o, już śnieg…!) są raczej skupione na: o, jeszcze sto stron, o, jeszcze trzy rozdziały, o, jeszcze wprowadzenie, o, jeszcze bibliografia do sprawdzenia, o, przyszły poprawki, o, przyszedł deadline. Albo: o, już ta lektura, o, kolejny sprawdzian do opracowania i poprawienia, o, stos zeszytów, o, wiadomość od rodzica, korepetycje, o, kolejny konkurs plastyczny (na kiedy?), o, apel 11 Listopada.

Tak mi to właśnie upływa. I takie to właśnie jest to życie… (że pozwolę sobie użyć tego obiadowego westchnienia serwowanego gdzieś około deseru i opowieści o ludzkich niedolach).

***

Mama: „Nie miałam czasu nawet podlać kwiatów przez cały tydzień”. Nieraz wymieniamy się wiadomościami o tym, jak to każda z nas ma dużo na głowie. Jakie jesteśmy zmęczone i przepracowane (jakby to nie był nasz wybór, ilu rzeczy nie chcemy odpuścić).

Żeby nie było, że ja niby taka pracowita, a w domu niepozamiatane i rzeczy w pudłach po remoncie – ja jestem nadaktywna jedynie na polu zawodowym, a moja mama zajmuje się wszystkim i ogarnia wszystko. Wszystko co się da.

Pracoholizm wyniesiony z domu – jeśli pracujesz, jesteś człowiekiem wartościowym, tak mnie wychowano. Dobrze wypełniać swoje obowiązki. Dużo i dobrze pracować. To nasze zadanie na tym łez padole.

***

„Jeszcze dzisiaj nie usiadłam” – to powiedzenie jest mi dobrze znane. Godziny spędzone na nogach, krzątanie się, dreptanie, wykonywanie roboty, której nie widać. Ale widać, kiedy jest niewykonana. „Jeszcze dzisiaj nie usiadłam” – czytam książkę o takim tytule. Jakie to znaczące. Jestem przepracowana i się tym chwalę. To mój wkład w funkcjonowanie tego świata. Uprawiam swój ogródek. Robię swoje. Im więcej robię, tym więcej jestem warta.

Moja mama często kończy rozmowę telefoniczną zdaniem rzucanym ot, tak: „No to krzątaj się tam”. No to się krzątam, mamo.

Wy też się tam krzątajcie, ale pamiętajcie – jest weekend, może też warto trochę odpocząć?

Co pamiętasz z podstawówki? (i moja filozofia pracy w szkole)

Ze szkoły podstawowej pamiętam dumę z szóstki z polskiego. Przygotowaliśmy inscenizację „Przyjaciół” Krasickiego, miałam przyklejoną do brody watę, udającą kozią bródkę. Publiczność płakała ze śmiechu z powodu naszego komediowego wykonania, a potem przybiłam piątkę z chłopakiem, który był moją podstawówkową miłością.

Pamiętam, jak bardzo zachwycałam się fragmentami „Balladyny” i czytałam sobie na głos podręcznik w domu, a na lekcji nie zostałam wybrana, by przeczytać jedną z kwestii. Było to jakieś 22 lata temu.

Z lekcji geografii pamiętam podział na ery i okresy, wielkość każdego kontynentu oraz oceanu. Pamiętam też, że nauczycielka robiła nam bardzo trudne sprawdziany i że kiedyś zbeształa nas za to, że zamiast przepisać notatkę, poszliśmy ją skserować.

Pamiętam, jak inna nauczycielka strofowała koleżankę za to, że podpiera sobie głowę podczas śpiewu, a tę koleżankę bolał wtedy ząb. Z historii nie pamiętam prawie nic. Z biologii pamiętam, że nauczycielka się na mnie obraziła. Chemiczka wyśmiewała kolegę przy tablicy.

Ze szkoły pamiętam poczucie dumy, radość, satysfakcję, poczucie wstydu, zażenowanie, smutek i żal.

***

Bazowanie na emocjach. To wydaje mi się niezmiernie ważne w pracy w szkole, ważniejsze niż wielostronicowe notatki, których zawartość ktoś zaraz po sprawdzianie zapomni. Pasja, ciekawość, wychodzenie poza ramy, budzenie zainteresowania: „Co dzisiaj będziemy robili?”, radość, zaskoczenie, wymyślanie dziwnych zdań, humor, przełamywanie schematów, zadziwienie. To chcę wprowadzać na moje lekcje. Nie zawsze się to udaje. Nieraz po prostu trzeba ćwiczyć gramatykę, przygotować się do dyktanda albo nauczyć się pisać odtwórcze teksty. Są lekcje, kiedy nie mamy siły, nastroju, humoru, kiedy musimy po prostu zrobić swoje i wyjść na przerwę.

Bazowanie na przeżyciach. Dla wzrokowców rysuję i gestykuluję, dla kinestetyków jest losowanie, pokazywanie, dla słychowców intonuję, moduluję głos, ściszam, podkreślam tonem. Próbuję rozśmieszać, robię miny, pokazuję brwiami niezadowolenie (ćwiczenia z języka niewerbalnego). Umieszczam w przestrzeni klasy przedmioty. Kiedy miałam składaną tablicę, po drugiej stronie rysowałam lub pisałam, w kulminacyjnym momencie lekcji odwracałam tablicę i… masz! Czasem udaje się włączyć ruch, na przykład podczas czytania tekstów. Można się wczuć, pokazać emocje opisane w tekście, zrobić scenkę z lektury czy nawet wejść do szafy (a nuż przeniesiemy się do Narnii?).

Uważam, że jeśli ktoś kojarzy szkołę z czymś pozytywnym, to będzie bardziej otwarty na to, co się tam dzieje, to więcej się nauczy i zapamięta już podczas lekcji. Przynamniej taką mam nadzieję. Poza tym nie darowałabym sobie, gdybym się sama nudziła na swoich lekcjach…

IMG_20160603_073950

Zwykłe życie jest wtedy…

Zwykłe życie jest wtedy, kiedy wracasz do domu, niosąc na plecach i barkach swoje zmęczenie. Jesz obiad i siadasz do pracy, prac domowych albo co tam masz robić. Nie zachowujesz się jak w reklamach. Niekoniecznie tryskasz dobrym humorem i przytulasz domowników. W zwykłym życiu masz gamę różnych emocji i wszystkie one są ludzkie.

W zwykłym życiu częściej omawiasz z mężem listę zakupów i sprawunków niż go obejmujesz, patrząc z dumą na grzecznie bawiące się dzieci. W zwykłym życiu poczucie dumy, bezbrzeżnej radości bez powodu – przychodzą rzadko. Są, ale nie pojawiają się codziennie. Nawet na kochaną osobę nie patrzy się codziennie z uwielbieniem, miłością i rozczuleniem. Czasem patrzy się na nią ze złością, czasem z żalem, czasem się w ogóle nie patrzy.

Zwykłe życie nie jest złożone z ekscytujących odcinków serialu, w którym cały czas coś się dzieje i trzeba stopniować napięcie. Nie wszystko jest podkręcone filtrami, podkolorowane, wydobyte, podkreślone. Nieraz życie jest jak nieostra fotografia i to jest jest normalne, dobre i do zaakceptowania.

Widziałam kiedyś w sklepie piwo, które nazywało się „Zwykłe sprawy” czy jakoś tak. Na pewno miało w nazwie ten przymiotnik i właśnie ta nazwa mnie ujęła. W świecie, w którym trzeba być „jakimś”, „wyjątkowym”, wyróżniać się, mieć talent, charyzmę, robić show, przyciągnąć uwagę, zaciekawiać, podtrzymywać zainteresowanie – czasem warto dać sobie spokój i przyznać, że bycie zwykłym to jest komfort. Życie zwykłym życiem. Od razu jakoś tak spokojniej się żyje bez tych wszystkich wymagań, zadęcia i spinania się.

 

1 2 3 16