30 dobrych rzeczy

Mam zasadę, zgodnie z którą próbuję postępować: wybieram to, co dobre i tym staram się ucieszyć. Internet jest pełen małych rzeczy, które są warte uwagi i godne radości. Zamiast marzenia o tym, że kiedyś będę szczęśliwa – doceniam każdy dzień. Przypatruję mu się z życzliwą uwagą.

Zatem zaczynam wyliczankę. Jeśli zdołam uzbierać 30 rzeczy, to znaczy, że jestem wybitną optymistką. Zobaczymy. Oto subiektywna lista rzeczy, które mnie cieszą.

  1. Codzienny bosonogi spacer po mokrej porannej trawie.
  2. Piknik.
  3. Spacer po górach.
  4. Odwiedzanie kawiarni po południu i lodziarni przed południem.
  5. Spotykanie się z ludźmi, których lubię.
  6. Smak sezonowych owoców.
  7. Smak bobu, cukinii za złotówkę, fioletowo-zielonego chłodnika.
  8. Zapach lubczyku z donicy przed domem.
  9. Fascynujące dźwięki kawiarki, która ciurka apetycznie, radośnie skrzypi i ekstatycznie bulgocze (wybaczcie, czytam teraz Nabokova, od którego udziela mi się kwiecisty styl i niebywałe wręcz skupienie na szczególe).
  10. Jako się rzekło – Nabokov, który pisze bardzo pięknie o bardzo brzydkich rzeczach.
  11. Przeczytałam w tym roku sporo ciekawych książek, które mnie dużo nauczyły, zachwyciły albo chociaż zaciekawiły.
  12. Dałam sobie czas tylko na czytanie (wbrew wewnątrznym oskarżeniom: „Jak to, nic nie robisz?” – „Czytanie traktuję jako pracę intelektualną”, odpowiadam samej sobie).
  13. Polubiłam się z bawarką.
  14. Moja grzywka urosła już na tyle, że mogę ją założyć za ucho – wreszcie nie drażni uporczywym dźganiem w prawe oko.
  15. Krzak czeremchy w ogrodzie urósł tak, że przewyższa moją głowę. A ja wcale nie jestem taka niska.
  16. Mój mąż na freelansie poznał wiele dobrej muzyki i podzielił się ze mną.
  17. Pływanie kraulem przestało przypominać walkę na śmierć i życie.
  18. Czytam książkę z francuskimi wtrętami i większość z nich rozumiem.
  19. Odpoczywam od bycia ustawicznie online, ciągle z laptopem na kolanach.
  20. To, że nie muszę się spieszyć, a mój czas zależy ode mnie.
  21. Letni chłodek, który umożliwia oddychanie – w przeciwieństwie do upałów, które są wybitnie niesprzyjające respiracji.
  22. Deszcz po upałach też jest ok (zauważyłam, że jak nienawidzę rozmawiać o pogodzie, tak wyjątkowo lubię o niej pisać).
  23. Tak mocny sen, że rano się budzę z odgniecionym uchem, śladem po intensywnym uścisku tegoż ucha z poduszką.
  24. To, że można snuć plany – podróży, koncertu, meblowania pokoju, przyszłej pracy. Że zawsze coś jest przed nami.
  25. Kasia Tusk na swoim blogu pochwaliła okładkę, którą zaprojektował mój mąż.
  26. Granie w Tetris – to niemalże powrót do mitycznych czasów młodości, kiedy dzieliłam z braćmi gameboya.
  27. Porządki. Wyrzucanie kilogramów przeszłości, zaszłości, zdezaktualizowanych zapisków, uwag, informacji – do kosza. Tam ich miejsce. Półki lżejsze, ja lżejsza, pracownicy sortowni śmieci zachwyceni. Wszyscy zyskują.
  28. Udało mi się pójść na zakupy, które nie były dla mnie strapieniem, a nawet zakończyły się umiarkowanym sukcesem.
  29. Pozwalam sobie, by teksty we mnie dojrzewały. Nic na siłę. Są pisarze, którzy za pisanie zabrali się poźno, piszą długo i mało, ale mimo wszystko ich książki są piękne i ważne. Jestem raczej na ścieżce wydeptanej przez Jose Saramago, Harper Lee, Trumana Capote i Brunona Schulza (oby!) niż Kraszewskiego, Sienkiewicza, Asimova i Mroza.
  30. Znalazłam wystarczająco wiele powodów do napisania tej listy!

bosonoga

(Bosonogi spacer każdego ranka)

Nie ma się czego bać

Wyobraź sobie, że wchodzisz na wielką górę i cel jest nieosiągalny. Niedostępny. Myślisz tylko o nim. Robisz wszystko, co jest w Twojej mocy. Przeżywasz.
W pewnym momencie trzeba odpuścić i powiedzieć sobie: „Zrobiłam wszystko. Zrobiłam najlepiej jak umiałam. Reszta nie zależy ode mnie”.
A potem, kiedy już jesteś na szczycie, ta góra wydaje się banalna i już nawet się o niej nie myśli.

***

Był luty 2007 roku, a ja pisałam pracę magisterską. Po bolesnych perypetiach miałam nowe współlokatorki i chłopaka z dalekiego miasta, z którym mi trudno było się porozumieć. To wszystko mnie martwiło i przestraszało. Niepotrzebnie.

Nowe lokatorki okazały się lepsze niż mogłam sobie wyobrazić, a chłopak już dawno jest tylko mglistym wspomnieniem. Obrony pracy magisterskiej też prawie w ogóle nie pamiętam. Zacierają się w pamięci również wszystkie egzaminy, które powodowały stres, głupawkę i ból brzucha, poprawki, konflikty, przeprowadzki, niedogadania, nawet kontakt z pewnym przestępcą, ciąganie po komisariatach i sądach uczelnianych. To też się zapomina. Kto pamięta stres przed maturą? Z perspektywy czasu matura wydaje się czymś banalnym. Wtedy była górą nie do zdobycia.

***

Kiedyś było dla mnie wyzwaniem – pojechać do obcego miasta i zapytać kogoś o drogę. Kiedyś było wyzwaniem – wystąpić publicznie, skupić czyjąś uwagę (o, nie, oni na mnie patrzą!). Kiedyś było wyzwaniem pójść do banku czy urzędu i uzyskać to, po co przyszłam. Kiedyś było wyzwaniem zadzwonić (nadal tego nie lubię) i załatwić jakąś sprawę.

To, co będzie i to, co było – wyolbrzymiamy to pierwsze, nie doceniamy tego drugiego.
Może to kwestia mojej słabej pamięci, a może to po prostu życie. Przeżywasz coś, a życie toczy się dalej. I Ty razem z nim.

Najpierw się czymś martwisz, a potem o tym zapominasz. Warto o tym pamiętać, kiedy coś wydaje nam się niewyobrażalnie straszne. Tu i teraz może jest straszne, ale za kilka lat będzie tylko jednym z wielu wspomnień.

Oręż w ręku, czyli do czego służą słowa?

Jak ja to powiem?
W jakie słowa ubrać moją decyzję? Jakie zebrać słowa, które najlepiej wyrażą myśli?
Jak to napisać, by przekazać treść najbardziej akuratnie?

***

Od kilku tygodni zbieram słowa jak oręż. Układam je po kolei jak broń, bo muszę się uzbroić. Wiem, że odpowiednio dobrane przydadzą się i nawet wiem, kiedy i gdzie.

Wyrzucam określenia niecelne, nietrafne, a wybieram tylko te najodpowiedniejsze. Które słowo posłuży do obrony – czego użyć w walce na argumenty – które słowa będą stanowiły tarczę, a które dadzą mi moc, siłę i poczucie godności, kiedy będzie mi to potrzebne.

Zbroję się w zdania. Na każdy potencjalny atak mam swoje (słowami można zostać zaatakowanym od tyłu, a to najbardziej niesprawiedliwy i najgorszy ze wszystkich ataków), na każde pytanie czeka gotowa odpowiedź. Żebym się nie dała zaskoczyć i żebym mogła obronić swoje stanowisko.

Przygotowałam się do ważnej rozmowy, ważnego maila, ważnych decyzji, które trzeba było odpowiednio umotywować, nie mówiąc za dużo, ale mówiąc to, co najważniejsze i w sposób, który sama wybrałam. Przygotowałam strategię. Zapisałam wszystko na kartce.

I niby to takie oczywiste, przecież posługujemy się językiem, tworzymy wypowiedzi, komunikujemy się, czasem dogadujemy, czasem nie. Czasem ktoś kogoś nie zrozumie albo zrozumie opacznie. A jednak zdania, których użyjemy, mają znaczenie. A jednak słowa, które przecież tak hołubię, mogą być mi pomocą.

Tak więc przyznaję, myliłam się. To nie ubranie jest najlepszą zbroją, ale odpowiednio dopasowane słowa.

Zachwyca czy nie zachwyca? (czyli stoik na wycieczce)

Otoczona rzeczami „przepięknymi”, „wspaniałymi”, wśród zachwytów, ochów i achów czuję się wyalienowana. Zachwyt nie rodzi się na życzenie.

***

– Zobacz, jakie to piękne. Jakie to ciekawe. Największe, najładniejsze, wyjątkowe, wybitne.
– Mhm – odpowiadam wymijająco.
– Noo – odpowiadam prawie przekonana (o moim „noo” już kiedyś pisałam).
– Tak, ładne – przyznaję lakonicznie.

Wyrzucam sobie ten chłód, dystans i brak zachwytu, jestem wysoce zaniepokojona nieczułością mego serca. Powściągliwość zwiedzania i odczuwania.

Czuję się wyalienowana, niepasująca. Skoro coś wszystkich zachwyca, to dlaczego mnie nie zachwyca? Jakim cudem coś, co dla kogoś jest „przepiękne” i „wyjątkowe”, dla mnie jest zaledwie „ładne”? Kręcę nosem na architekturę barokową, klasycyzm wydaje mi się bezduszny, odwiedzając królewskie skarbce, psioczę na monarchię i elitaryzm. Ogrody nie powodują wzruszeń i bicia serca. Lasy i przestrzenie pól mnie nie zachwycają, są „ok” i „normalne”. Na rzepak i łany zbóż nie patrzę jak malarz. Raczej jak córka rolnika.

Mało mnie zachwyca, ale pewne rzeczy uznaję za zajmujące.

***

Czasem coś zaskoczy i wryje się w pamięć i emocje. Czasem coś wznieci błysk w oku i wywoła podekscytowanie. Są na wycieczkach widoki, doznania, które pamiętam do dziś. Ale to nie jest tak, że zachwyca zawsze wszystko albo cokolwiek.

***

(Co prawda Vermeer i skandynawskie domki zachwycają zawsze, ale zbyt rzadko je widzę, by wychodzić z nimi poza ten nawias.)

10 myśli o serialach

Kiedy umysł jest zmęczony i udręczony, serial to jedyne wyjście. Wchodzisz w świat bohaterów, wciągasz się, zapominasz.

***

Gorzej, jeśli główny bohater jest idiotą. Wtedy kompletnie nie interesuje Cię, co się z nim stanie. Wcale Ci nie zależy na oglądaniu go, nie kibicujesz mu, jest Ci najzupełniej w świecie obojętny.

***

Na szczęście drugoplanowi potrafią uratować sytuację i zdobyć serce widza.

***

Zawsze mnie dziwi sytuacja, w której bohaterowie serialu wstają rano i leżą leniwie w łóżku, bo nie muszą iść do pracy. Mają czas i pieniądze na imprezy, podróże, randki i wynajem mieszkania, a nie muszą iść do pracy. Myśliwski kiedyś powiedział, że jak czyta książkę i z treści nie wynika, z czego utrzymuje się główny bohater, to on nie czyta dalej, bo to nierealne.

***

Albo dziwi mnie jeszcze, jak bohaterowie przed pracą przegadują problemy z domownikami, jedzą niespiesznie śniadanie. Ale może tylko ja się tak spieszę i mam spaczony obraz poranków.

***

Są seriale, które najlepiej oglądać razem, a są i takie, które ma się tylko dla siebie. Z różnych względów. Black mirror, Opowieść podręcznej, OA, Odpowiednik, Dark, Stranger things, Terror oglądamy razem. Ogarniamy skomplikowane światy przedstawione, zgadujemy, co będzie dalej. Moje są na przykład This is us/Tacy jesteśmy, Grace i Frankie, Lovesick, Friends. Widać klucz: to raczej ciepłe seriale o relacjach, przyjaźni, rodzinie. Sięgam w chwilach depresyjnych jak po ciastko. Serial ma być pociechą, że ludzie generalnie są dobrzy.

***

Są więc seriale na odmóżdżenie, seriale na zadumanie, seriale na roześmianie albo na strach. Na poczucie więzi – zawsze można potem porozmawiać o danej scenie, sytuacji czy odcinku. Nawet jak już nie ma o czym, to trafi się skomplikowana albo zabawna sytuacja, którą można powspominać. Rzucić rozpoznawalnym cytatem. Jeszcze raz się roześmiać, nawiązać. To tworzy więź, której nie masz z nikim innym (no, chyba że ktoś inny też oglądał ten serial i akurat zrozumie aluzję).

***

Kiedy oglądam naprawdę dobry serial, to myślę: niech nie będzie kolejnego sezonu, niech będzie jak najkrócej. Boję się, że każdy kolejny będzie słabszy. Telepatycznie przesyłam więc prośbę do realizatorów, niech tylko nie przesadzą z ilością sezonów. Niech nie przeszarżują, niech nie doprowadzą do sytuacji, kiedy będą zmuszeni zjeść własny ogon, niech nie idą na łatwiznę, nie przesadzą, nie obniżą poprzeczki. Aż się boję oglądać dalej. Taki paradoks dobrych seriali.

***

Wśród seriali na odmóżdżenie i dla relaksu jest osobna podkategoria: to takie, które oglądam bez napisów. Bo przecież ja nie oglądam z sympatii. Ja oglądam dla nauki. Słucham akcentów i poznaję nowe słownictwo. Czasem są to słowa niespotykane na co dzień (chlamydia), no ale dla szerszego obrazu świata przecież warto znać. No nie?

***

Czasem obrażam się na świat i oglądam wszystkie odcinki jeden po drugim. Aż do wyczerpania sezonu, aż do skończenia serialu. Satysfakcja porównywalna z tym uczuciem, kiedy zamykam ostatnią stronę grubej książki. A potem czym prędzej rozglądam się za czymś następnym.

Zakupowy wpis

Kobieto! To dla Ciebie gazetki, dla Ciebie promocje, dla Ciebie zakupoholizm. Nie wiedziałaś? Jesteś smutna – idź na zakupy. Kup sobie nowe buty, kup sobie torebkę. Przecież to lubisz.

***

W świadomości społecznej oraz kulturze popularnej kobiety to zakupoholiczki. Kto zrobi, ogarnie zakupy, jak nie kobieta. Ciuchy kupuje raz w miesiącu, przecież to łatwizna, bo lubi chodzić po sklepach i tracić czas, a także pieniądze. Ciężko zarobione, zawsze warto dodać. Gdy tymczasem prawda nie zawsze jest tak oczywista.

***

Znam kobiety, dla których zakupy są niczym spacery relaksacyjne po uzdrowiskowych alejkach. Czerpanie garściami z okoliczności przyrody. Wybieranie najdojrzalszych owoców, najbardziej miękkich awokado. Najładniejszych modeli sukienek. Idą, zwiedzają, nonszalancko pewne, że znajdzie się dla nich ten Jeden Właściwy. Towar.

Są kobiety, które robią zakupy metodycznie. Idą jak na polowanie. Wiedzą, w którym zakamarku znajdą dorodny towar. W tym sklepie taka cena, w tamtym niższa, ale inne szczegóły. Asortyment w pełni opanowany, zmiany sezonowe i zmiany wystawy, przeceny, obniżki, bajery. W to im graj.

Są też takie, które – by zminimalizować czas polowania – idą z listą. Szukają konkretu. Wchodzą na szybką rundę, rozglądają się i jeszcze szybciej wychodzą. Nie grzebią w wieszakach. Nie oglądają z pietyzmem. Nie szukają zabłąkanych sztuk. Nie ma – to nie ma. Spodziewają się kilku podejść do sprawy i są na to przygotowane. Rozkładają siły na kilka wejść. Wolą krótkie i w miarę bezbolesne sprinty niż maratony.

Są wreszcie takie, dla których pójście na zakupy odzieżowe to droga na stracenie. Zacukane brakiem wyboru, umęczone postmodernistyczną powtarzalnością fasonów. Kolejny sklep to kolejna stacja krzyżowej drogi. Całość nierzadko kończy się pustym koszykiem, umęczonymi oczami (bo rażące światło), uszami (ścieżka dźwiękowa do filmu pt. „Zakupy” to ból dla duszy), podniesionym poziomem agresji (bo muzyka sprawia, że chcesz kogoś uderzyć), z obniżonym poczuciem własnej atrakcyjności (bo lustra w przymierzalni prześmiewczo Cię pogrubiły, a w sklepie powiedzieli, że nie mają takich dużych rozmiarów, bo więcej niż 36 to już jakby było Cię trochę za dużo).

Zakupy to dla nich udręka i przedmiot nieustannej prokrastynacji – aż do przetarcia butów. Aż do prześwitów, prucia, pojawienia się pierwszych dziur.

***

Właściwie to rzecz nie dotyczy tylko kobiet, bo znam mężczyzn podchodzących do sprawy rzeczowo i konkretnie (przyszedłem po czarne sztruksy i z nimi wychodzę), ale też takich, którzy lubują się w oglądaniu, wybieraniu i przymierzaniu.

Uwiera mnie tylko, jak próbuje się wmówić, że wszyscy powinni lubić zakupy, bo przecież jedyne, czego potrzebujesz, to nowe ubrania. Przecież wiadomo, że wtedy wszystko się zmieni i wszystko ułoży. Nawet ten nieszczęsny ciuch na Twojej sylwetce.

Lek na lęk

Kilkanaście lat temu (!) stałam na metaforycznym progu tak zwanej dorosłości i pamiętam, że czułam się tak, jakbym stała w progu pokoju pełnego różnych ciekawych rzeczy i bała się wejść. Przez lata słyszałam głównie komunikaty: „Nie rób, nie ryzykuj, nie zmieniaj, bo popsujesz. Dobrze jest tak, jak jest. Zawsze może być gorzej”. Pewnie dlatego zakodowałam sobie tę (zbyt) daleko idącą ostrożność.

***

Moje ciało przygotowało dla mnie cały wachlarz reakcji na strach i lęk.
Jakie to reakcje? Ooo, całkiem różne.
Najbardziej wstydliwą reakcją jest śmiech, kiedy wszystkim dookoła nie jest do śmiechu.
Bo ból brzucha, trzęsące ręce, łamanie się głosu – te objawy znamy chyba wszyscy.
Albo bezsenność, a potem niepokojące sny.
Brak apetytu.
Zapominanie, że trzeba oddychać – taki płytki oddech, taki ledwo, ledwo. Minimalistyczna respiracja.
Drganie jednej powieki. Czasem była to – co ciekawe – powieka dolna.

***

Ale jak wiadomo, życie składa się w wielu wyzwań, łatwiejszych i trudniejszych, a każde wyzwanie nas czegoś uczy i oswaja z nieznanym. Potem to oswojone nieznane jest już zupełnie niestraszne i nie powoduje żadnego bólu ani żadnych nerwów. Więc warto się z tym zmierzyć i uczyć swoje ciało: „Widzisz, wcale nie było tak źle”.
Zgodnie z hasłem „Bój się i rób” oswajam te lęki.
Bałam się, wisząc na ściance w połowie drogi na szczyt, więc oddychałam głęboko parę razy i szłam dalej. Niby ten oddech to taki banał, ale naprawdę pomaga.
Bałam się też pływania, ale to już za mną i teraz ledwo pamiętam ten strach.
Podczas publicznego śpiewania – boję się tylko do pierwszego potknięcia. Potem odpuszczam i jakoś leci. Czekam na pierwsze załamanie głosu czy fałsz. Potem już jest dobrze.

***

Najbardziej jestem zdziwiona, kiedy jakaś silna i odważna osoba mówi mi, czego się boi i co ją paraliżuje. Wszyscy mamy jakieś strachy, blokady i paraliże. Czasem tylko trzeba znaleźć swój lek na lęk.

O niezapowiadaniu wizyt

Zaczęło się od tego, że mieliśmy po południu odwiedzić moją teściową, bo akurat dzisiaj ma urodziny. Czasem zdarza się, że wpadamy z niezapowiedzianą wizytą, a teściowa krząta się, miota i kłopocze: „Ja taka nieprzygotowana”, „Bo co tak siedzimy o pustym stole”, „A może chociaż herbata?”. Bo gospodyni zawsze musi czymś poczęstować. Bo zła to gospodyni, od której goście wychodzą głodni. Znam to dobrze.

(Mam wrażenie, że niektóre matki nigdy nie wychodzą z roli matek karmiących.)

(Ba, sama na wieść o wizycie najpierw obmyślam jadłospis).

Niby dlaczego trzeba się zapowiadać, gdy chce się odwiedzić własną matkę? Nie wiem, być może to zbędna kurtuazja i niezłe mecyje, ale z drugiej strony rozumiem, że ludziom jest głupio i nie powinno się ich stawiać w niekomfortowej sytuacji. Trzeba im na pewne rzeczy pozwolić – na przykład na komfort bycia skrzętnie przygotowaną gospodynią. Na komfort podania ciastek czy mandarynek. Nie dlatego, że ja przyjadę tam się najeść, ale dlatego, że jej będzie milej i będzie się lepiej czuła, jak coś poda.

Rozmawiałam dzisiaj z pewnym jegomościem, który wspominał: „A przecież kiedyś nie było telefonów i ludzie często wpadali z niezapowiedzianą wizytą”. Nic wielkiego się nie stało, ludzie odwiedzali się wzajemnie i te wizyty były niezobowiązujące, spontaniczne. Przecież nie mogli napisać SMS-a.

Ludziom jest głupio, kiedy nie mają co dać.

Kiedy chciałam pozbyć się kilku książek, do których nie będę już wracać, słyszałam kilka propozycji, co mogę dostać w zamian. Sęk w tym, że nie chciałam nic w zamian – próbowałam zyskać nieco miejsca na półce.

Ludziom jest głupio brać coś za darmo, więc muszą znaleźć sposób na odwdzięczenie się, bo dar będzie ich męczył jak zaciągnięty dług. Będzie męczył i parzył, doskwierał i kłopotał. Jak ten pusty stół, przy którym siedzą goście, choć przecież nie powinni.

 

Czy masz swoją grupę wsparcia?

Kiedy zirytuje mnie praca i mam wszystkiego dość. Kiedy odważam się i robię jakąś szaloną i przełomową rzecz. Pierwszy raz. Kiedy dostaję długo wyczekiwany mail, pozytywną odpowiedź, propozycję współpracy. Kiedy dostaję długo wyczekiwany mail z informacją, że współpracy jednak nie będzie. Kiedy jestem rozczarowana aż do łez. Kiedy entuzjazm i ekscytacja rozsadzają mnie od środka.

Nie jestem z tym sama.

Mam kogoś, komu o tym opowiem, napiszę, zadzwonię. Kto się ze mną ucieszy i ze mną posmuci, a potem doda otuchy. Kto zobaczy jakieś wyjście. Kto napisze, że jest ze mnie dumny.

Mam moją grupę wsparcia.

Najpierw myślałam sobie, że nie będę się z nikim dzielić swoimi planami i zamierzeniami, bo jak coś nie wyjdzie, to będę musiała się tłumaczyć i patrzeć na reakcje – w oczach słabo skrywane rozczarowanie, na ustach żal, współczucie i słowa pocieszania. Myślałam sobie, że po co mi to. I tak będę rozczarowana sobą. Nie chcę rozczarować wszystkich dookoła swoją porażką (bo na porażkę zawsze trzeba być przygotowanym).

Potem przekonałam się, że skoro można podzielić się radością i sukcesem, to można też porażką i że to tak bardzo nie boli. Można wspólnie pokonywać kolejne przeszkody i mieć niezły doping (to słowo nie zawsze ma negatywne konotacje).

To ciekawe. Niby czuję się samotnikiem, a niemal nigdy nie czuję się samotna.

O czym myślisz przed snem?

Idziemy spać. Łatwo powiedzieć.

Kładziesz się do łóżka, gasisz światło, próbujesz spać. Morfeusz zasnął prędzej niż Ty. Senne owce przeskakujące przez nieistniejący płot potykają się o wyimaginowane sztachetki.

Czymś trzeba zająć myśli. Niektórzy pozwalają myślom płynąć. Strumień świadomości zamienia się w rzekę nieświadomości, niosącą ze sobą urwane zdania, usłyszane fragmenty, pojedyncze słowa i w końcu już tylko skrawki.

Inni uprawiają masochizm, myśląc o pracy. Zresztą – to, co mam do zrobienia jutro albo co się wydarzyło dzisiaj, czasem przychodzi samo i nie chce odejść. Pracowe zmory chcą zmęczyć i popsuć jeszcze te ostatnie chwile dnia.

Są też ludzie, którzy próbują omijać ten krępujący moment. Boją się spojrzeć swoim myślom w twarz. Tak więc leżąc w łóżku, jeszcze coś oglądają, czytają, przeglądają do ostatniej chwili, aż do opuszczenia powiek, gaszą światło już w stanie półsnu – żeby tylko nie zostać z myślami sam na sam.

Ja myślę o ubraniach.

Tak, zgadzam się ze wszystkimi zarzutami. Próżność kobieca, marność, głupoty w głowie, myśli nieadekwatne do wieku – co by nie mówić – balzakowskiego. Nie rozwiązuję wielkich zagadek ludzkości ani nie rozważam natury świata, nie ćwiczę słówek obcych, nie uprawiam filozoficznych dywagacji. Nie i już. Nie przed snem.

Ale właściwie czego tu się wstydzić? Są całe gazety o ubraniach. Są książki o organizacji szafy i szukaniu stylu, są blogi ze zdjęciami, na których można obejrzeć, jak ktoś się ubrał dziś, a jak ubierze się jutro. Trzy czwarte Pinteresta to ciuchy, stylizacje i outfity.

To i ja, dla przyjemności, mogę sobie pomyśleć przed snem o ubraniach.

Kiedy wymyślę zestaw na następny dzień, przychodzi spokój i zadowolenie. Znalazłam. Ostatni problem tego dnia został rozwiązany. Ostatni element układanki wskoczył na miejsce. Można zasypiać.

1 2 3 14