Jestem niepoważna i piszę głupoty

Wymyśliłam kiedyś, że w przestrzeni miejskiej powinny być place zabaw dla dorosłych. Taki zestresowany czy zmęczony dorosły człowiek by się pohuśtał na huśtawce czy zjechał na zjeżdżalni. Od razu by mu się lepiej zrobiło. Pośmiałby się szczerze, od serca. Zapomniałby na chwilę o troskach.

Owszem, może to zrobić teraz. Ale dorosła osoba korzystająca z dziecięcej huśtawki jest narażona na ostracyzm i krytyczne spojrzenia przechodzących ludzi (ja tam uważam, ż też by chcieli się tak pobawić, tylko się krępują). Skąd to wiem? Bo zawsze pierwsza się pcham na huśtawkę.

***

Sławomir Mrożek i jego pomysły, Gałczyński, który potrafił napisać wiersze o wróbelkach i ogórkach, które nie śpiewają, ale przede wszystkim wymyślił cudowną Zieloną Gęś! Stanisław Jerzy Lec i jego aforyzmy. Roland Topor, który jest genialnie absurdalny, Brueghel i jego poczucie humoru, którego nie da się ukryć (zresztą po co?). To wszystko jest przemyślane i tylko pozornie głupie. Absurd i groteska często zawierają głębokie przemyślenia o życiu i ludziach. Czasem gorzkie – pod warstwą śmiesznostek. Ktoś zatrzyma się na powierzchni, ale niektórzy zejdą głębiej.

***

Głęboko wierzę, że pod głupotami, ironią, kpiną może kryć się głęboka mądrość. Absurd, wyolbrzymienie, satyra, goteska – pokazują prawdę o rzeczywistości tak samo jak realizm.

Dlatego moja pierwsza książka jest teoretycznie zbiorem śmiesznych powiastek. Tak naprawdę jest książką o tym, jacy jesteśmy jako ludzie. Czego nam brak i za czym tęsknimy. Jest książką o uważności i jej też trochę uczy. Przynajmniej tak mi mówili pierwsi czytelnicy.

***

Po trzydziestce zostałam błaznem. Jak niedawno usłyszałam w rozmowie, błazen to gorzka rola. Błaznem może być tylko dorosły, który wyszedł już z okresu idealizmu. Widzi prawdziwie – i dlatego wybrał kpinę i śmiech. Jeszcze nie wiem, czy się do końca zgadzam z tą opinią. Bycie błaznem nie kłóci mi się z byciem nie całkiem dorosłą.

***

Lubię ludzi autoironicznych. Nie lubię tych, którzy traktują siebie zbyt poważnie i nadymają się aż do przesady. W końcu ten napompowany balonik pęknie i co wtedy? Pozostanie tylko wybuchnąć śmiechem. Kto tego nie potrafi, będzie skompromitowany. Błazen po prostu otrzepie kolana i wstanie po tak spektakularnym upadku. Parsknie śmiechem, bo taka jego rola.

Błogosławieni, którzy potrafią śmiać się z siebie, albowiem oni będą mieli ubaw przez całe życie – słyszałam to dawno temu i przyklaskuję.
Błogosławieni, którzy znajdują powody do śmiechu. Codziennie.
I dlatego pisanie głupot czasem staje się misją.
Tak więc piszę głupoty i dobrze mi z tym.

Niedzielne skrawki

Zebrałam krótkie treści z fanpage'a. Łapcie na dobrą niedzielę!

***

Czy to całe narodowe czytanie nie mogłoby polegać na tym, że siadamy wszyscy na leżakach i każdy czyta cicho swoją książkę?
Czy naprawdę do książki trzeba się stroić, siadać w godnej pozie, robić dostojne miny, wybierać książki WARTE czytania?
Otóż moim zdaniem książki są GENERALNIE warte czytania.

***

Czasem rozmawiam z moją mamą na temat pracy. Ona mówi, że ma jakieś dodatkowe prace, chodzi jak w kołowrotku i jest zmęczona, ja mówię, że wracam późno i siadam do pracy, i że nie mam za bardzo czasu. I wtedy pada fundamentalne pytanie, najważniejsze, dotyczące istoty życia i istnienia.
TO KIEDY TY ROBISZ OBIAD?

***

Jadę pociągiem. Za oknem jezioro. Jakieś dziecko krzyczy z zachwytem:
– Patrz! Ocean!
Podoba mi się ten rozmach myślenia.

***

– Siemaneczko, tymczasik – zakończył rozmowę telefoniczną młodzieniec w autobusie.

***

Czasy się zmieniają.
Znajoma siedmiolatka zakrzyknęła ostatnio:
– Ale Pani ma farta, że Pani ma jabłko, a ja muszę zjeść tego lizaka!
Faktycznie, fart.

***

Wpadł mi do głowy tytuł nowej książki. „Nieudacznicy”.
Materiałów dostarczam sobie sama. Ot, przykład pierwszy z brzegu. Spędziłam weekend u rodziny, pakuję się, na biurku leży ładowarka. Pytam męża kilkukrotnie, czy to na pewno nie jego, żeby nie zapomniał zabrać. On zaprzecza. Stwierdzam, że pewnie jest to sprzęt mojego brata, zostawiam, odjeżdżam.
Po przejechaniu 200 km okazuje się, że pozostawiona ładowarka jest moja. Nie poznałam jej.
Brawo.

***

Mój slownik w telefonie jest grzeczniejszy niż ja. Kiedy chcę napisać, że ktoś jest chamem, telefon sam z siebie zamienia na Chanel.

***

Jak człowiek ma fatalną pamięć, to wszystko może go pozytywnie zaskoczyć.
W internetowej konwersacji z kuzynką znalazłam fotkę z uczniowskiego zeszytu. Bardzo ciekawa notatka z języka polskiego.
Myślę sobie: Wow, ale kreatywna polonistka! Świetny pomysł!
A potem uzmysławiam sobie, że to zeszyt mojego ucznia.

***

Skrawki rodzinne znajdziecie tutaj, a pierwsze skrawki tutaj.

Jak ukryć ciało?

Tytuł brzmi jak z kryminału?
I bardzo dobrze.

***

Kiedy przeglądam gazety dla kobiet, najbardziej interesuje mnie moda. Czytam różne porady i czego się dowiaduję? Na przykład, jak ukryć wystający brzuch. Jak ukryć fałdki. Jak ukryć szerokie ramiona. Jak ukryć obfity biust. Albo za mały. Jak ukryć szerokie biodra. Albo brak talii.
Dostrzegasz pewną prawidłowość?

Jak ukryć swoje ciało.
Bo masz go za dużo, mówi Ci gazeta. Mówią Ci wszystkie gazety.
Jest Cię za dużo. Ukryj się.
Nie chodź w tej spódnicy, bo wydajesz się duża. Tak jakby rolą kobiety było bycie małą, filigranową.

Przykro mi za te wszystkie kobiety, które są po prostu duże. Wysokie. Szerokie. Chwilowo tu nie pasują. Może niech się zgarbią, zakryją szerszymi ubraniami, niech coś ze sobą zrobią. Bo samym swoim widokiem niepokoją, zniesmaczają innych.

***

„Zbyt często nadaje się wymiar moralny wyglądowi zewnętrznemu, przypisując kobiecie dobro lub zło zależnie od tego, czy jej wymiary, wzrost, sylwetka czy sposób poruszania są zgodne z jednym obowiązującym ideałem” – pisze Clarissa Pinkola Estes. Ta Meksykanka o bujnych kształtach opisuje, jak pewnego razu pojechała na Przesmyk Tehuantepec odnaleźć swoich przodków, którzy „w swoim plemieniu mieli same tęgie, silne, zalotne kobiety potężnych rozmiarów. Poklepywały mnie i poszczypywały, zauważając, że jestem za chuda. Może za mało jem? Może jestem chora? Muszę się lepiej starać, bo kobieta to przecież La Tierra, ma być okrągła jak ziemia, bo ziemia tak wiele musi unieść”.

Zupełnie inne spojrzenie, prawda? Ciało, które jest akceptowane, które ma wiele do zrobienia. Ciało, które wiele wycierpiało, które się starzeje, które dźwigało dzieci, chorowało – zmienia się, wygląda inaczej, ale nadal jest warte kochania i opieki.

***

Ostatnio usłyszałam, jak pewna kobieta żartowała ze swojego ciała, mówiąc, że wygląda jak maszkaron. Taki żart, że niby ma dystans do siebie i do starzenia się.
Zawsze sobie wtedy myślę: czy nazwałabyś tak swoją przyjaciółkę? Dlaczego traktujesz siebie najgorzej?
Szanuj osobę, którą jesteś. Każdy jest wartościowy. Różnorodność nie jest wadą.

I przestań się ukrywać.

***

Ps. Cytaty pochodzą z książki pt. Biegnąca z wilkami (s. 218 i 221). To taka książka, którą chwali wiele osób, a ja nie mogę przez nią przebrnąć, ale ostatnio przeglądam rozdziały i czasem natrafiam na coś, co bardzo do mnie trafia.

I drugi PS. Polecam też mój nieco starszy wpis o kobiecie przed lustrem.

Krótki wpis o obfitości

„Jeśli coś jest do wszystkiego, to jest do niczego”. Pamiętacie ten tekst babci z reklamy wybielacza? Kiedyś mój młodszy brat użył tego jako świetnej riposty i zamknął usta nauczycielce.

Otóż przywołuję dzisiaj to zmierzchłe stwierdzenie, by z nim popolemizować. Ponieważ się z nim nie zgadzam. Zwłaszcza jeśli mówimy o ludziach, nie o wybielaczach. Na temat wybielaczy nie mam zdania.

Imponuje mi obfitość – zainteresowań, działań, przestrzeni tworzenia. Imponuje mi, jeśli ktoś ma wiele zawodów. Imponuje mi twórca, który zajmuje się wieloma dziedzinami sztuki: Tove Jansson była malarką, pisarką, ilustratorką. Aga Kozak – dziennikarka, mentorka, kulturoznawczyni, terapeutka, amerykanistka… Długo by wymieniać. Zresztą to właśnie Aga Kozak mówi o obfitości. Tutaj. Do tej pory pamiętam panią, która prowadziła warsztaty dla nauczycieli, polonistka, która się przekwalifikowała i teraz zajmuje się głównie teatrem. Albo inny przykład: moja koleżanka, która skończyła malarstwo na ASP, przez długi czas projektowała torebki, a teraz robi świetne fotografie.

Zawsze trochę boję się sytuacji, kiedy to dana osoba robi wiele rzeczy, ale nic nie robi dobrze. Kiedy zajmuje się czymś po łebkach, bo łapała wiele srok za ogon. Czasem i tak bywa.
Ale ta obawa nie przeszkadza mi w podziwianiu tych, dla których jedna dziedzina i jedna etykietka – to za mało.

Albowiem szczęśliwi ci wszechstronnie utalentowani, a co więcej – ci, którzy odważą się mnożyć swoje talenty. Oni zajmują w moim serduszku specjalne miejsce.

Masz zadanie: napisz do kogoś list

Niedawno czytałam listy Mrożka. Podziwiam, że mimo swojej zajętości miał czas na pisanie listów do swoich przyjaciół. Musiał to robić – w tamtych czasach nie mógł ot tak, zadzwonić albo wysłać maila z wynurzeniami i szczegółowymi instrukcjami.

Zatęskniłam za tamtymi czasami. Teraz jest szybciej i wygodniej, ale czy dzięki temu piszemy do siebie więcej? Nie wydaje mi się.

***

Kilkanaście lat temu korespondowałam z moją kuzynką, która przyjeżdżała na wakacje. Zostały mi po niej listy związane gumką czy tasiemką, świadectwo tego, co zajmowało nasze myśli we wczesnej młodości. Nie tykam tego, bo to są po prostu wynurzenia nastolatek, ale świadczyły o pewnej zażyłości, więzi, staraniu.
Ale!
Miałam też listowny związek z pewnym chłopakiem, który mieszkał sto kilometrów dalej. Z bijącym sercem otwierałam kolejne koperty i czytałam jego epistoły. Pamiętam jego pismo do dziś.

***

Pisanie listu wymaga przygotowań i zachodu. Trzeba ładnie pisać (z tym mam zawsze problem!). Trzeba zaopatrzyć się w kartki i kopertę. Trzeba iść na pocztę. Stać w kolejce po znaczek.
A przecież można wysłać e-mail. Można. Ale przyznajcie, to nie jest to samo.
No bo spójrzmy, co tutaj się dzieje:
    • zastanawiamy się nad kartką papieru,
    • przelewamy myśli, a więc musimy je skonstruować,
    • decydujemy, co mamy do powiedzenia i napisania,
    • a w końcu – piszemy ręcznie (która to czynność jest bardzo wyzwalająca, serio).

Nie żebym była jakąś romantyczką, która marzy o otrzymywaniu pachnących kopert zasuszonymi kwiatkami. Bo listy pisane ręcznie kojarzą się chyba przede wszystkim w ten sposób. Niekoniecznie. Chodzi o samo napisanie do kogoś.

Na początku roku szkolnego zwykle piszę do moich uczniów list i proszę o odpowiedź. Owszem, jest to zadanie z języka polskiego, ale oprócz tego to znacznie więcej. Okazja, by się lepiej poznać. Komunikacja jeden na jeden. Tworzenie więzi. Jest to coś osobistego, co daję i dostaję. Jest tajemnica korespondencji. Jest staranie i myślenie o tej drugiej osobie.
W tym roku też to zrobię.

***

Wstydliwie przyznaję, że codziennie zaglądam do skrzynki pocztowej. Codziennie. Dostanie paczuszki, koperty ze znaczkiem kojarzy mi się niezwykle pozytywnie. I bardzo mi tego brakuje.

Prawa i obowiązki bezdzietnej kobiety

Jestem mężatką i nie mam dzieci.

Co czujesz, kiedy to czytasz? Współczujesz mi? Zazdrościsz? Masz do mnie żal? Jest Ci mnie żal?
Czy może masz dla mnie jakieś rady?

***

Nie mam zamiaru omawiać z każdym mojej sytuacji rodzinnej, ale są rzeczy, które mimo wszystko słyszę. I czuję, że powinnam. Coraz bardziej znam swoje prawa i obowiązki.

Oczywiście powinnam mieć dzieci. W końcu po to jestem kobietą, żeby mieć dzieci. Jeśli ich nie mam, to tak, jakbym nie do końca zasługiwała na to miano. Trochę jakbym była kobietą drugiej kategorii. Czasem wręcz czuję, że muszę udowadniać, że hej! ja też robię w życiu coś pożytecznego. Hej, nie jestem pasożytem. Hej, może i ja wam się do czegoś przydam, może zasłużę na „szklankę wody na starość”?

Mam prawo do tego, by nie traktowano mnie poważnie. W końcu jestem jeszcze dzieciakiem, który nic nie wie o życiu. Bo nie mam dzieci. Jestem taką trochę podstarzałą nastolatką. Trochę żałosną.

Nie mam prawa narzekać, że jestem zmęczona. Nigdy nie byłam zmęczona, bo nie wiem, co to są nieprzespane noce z powodu noworodka, dwójki dzieci, trójki… Zmęczenie z jakiegokolwiek innego powodu, zmęczenie psychiczne, zmęczenie po kilkunastu godzinach pracy, zmęczenie z powodu hałasu, wysiłku, stresu, nadmiaru obowiązków – to się nie liczy.

Nie mogę powiedzieć niczego, co jest związane z wychowywaniem, bo przecież się nie znam. Bo „każdemu, kto nie ma dzieci, tak łatwo się mówi”. Rozumiem, że jeśli ktoś rozmawia ze mną na tematy wychowawcze, to moją rolą jest tylko wysłuchać. Nie mogę skomentować, bo przecież ja się nie znam (wierzcie mi, nie jestem osobą, która się wtrąca do wychowania i mówi innym, jak mają żyć i wychowywać swoje dzieci). Mogę tylko pytać. Mogę wysłuchiwać historii. Może niech to będzie dla mnie namiastką – rozmowa o cudzych dzieciach. Dobre i to, prawda?

Mam prawo do ludzkiej oceny. Skoro nie mam dzieci, to mogę przyjąć na siebie ludzką pogardę. Na pewno jestem wygodnicką egoistką, której się nie chciało. Jeśli powód był inny, oni powinni go poznać. I ewentualnie mogą zmienić swoją ocenę. Lub nie. Może powód był niewystarczający. Może niedostatecznie się starałam.

Mam prawo wysłuchać rad na temat in vitro i adopcji. Mam prawo odpowiadać na ich pytania.

Nie, nie mam prawa do intymności. Kobiece ciało jest wartością wspólną, wartością nas wszystkich. Należy do mojego państwa, do mojej religii. Czyż to nie święty Paweł mówi, że kobieta zbawi się przez rodzenie dzieci? A co z resztą? Jak mam się czuć, wychowana według nauki Kościoła, którego chciałam być wierną córką? (Podpowiem: jak odpad, ktoś odsunięty na bok, bo nie spełnił swojej roli. Patrz: punkt pierwszy). Jak mam się czuć, wychowywana w tradycyjnej rodzinie, jeśli nie podtrzymuję tej tradycji? (Podpowiem: jak wyrzutek. Ktoś troszeczkę gorszy i niepełny).

***

Szukam artystek, pisarek, malarek, odkrywczyń, badaczek i kobiet zajmujących się nauką, które nie miały dzieci. Bo są takie, które nie miały. Szukam ich, bo muszę jakoś zasłużyć na swoje bycie na tym świecie. Gdybym miała dzieci, to byłabym usprawiedliwiona. Wszystko byłoby ok. Czyż nie?
Artyści, pisarze, malarze, odkrywcy, badacze, naukowcy, którzy nie mieli dzieci, jakoś nie musieli się przed nikim tłumaczyć.

Dlatego tak zachłannie czytam „Opowieści na dobranoc dla młodych buntowniczek”. Żeby ktoś mi powiedział: możesz być, kim chcesz. Nawet jeśli nie jesteś matką. Albo mimo to.
Bez tłumaczenia się.

13 marzeń

Ostatnio w telewizji natknęłam się na kolejnego młodego polskiego artystę, który wyśpiewywał, że marzenia się spełniają, tylko trzeba mocno w nie wierzyć.
Internet na to odpowiada, że marzenia się nie spełniają. Marzenia się spełnia.
Zdrowy rozsądek dodaje, że prócz wiary potrzebne jest jeszcze działanie.

***

Już nawet samo słowo jest wyświechtane. Marzenia. No, jeszcze miłość. Spłycane, wyświechtane pojęcia. Jak nie wiesz, o czym napisać i zaśpiewać, to zawsze możesz o tym, że marzenia się spełniają, tylko trzeba… i tak dalej.
Dobra, to może nie marzenia. Nazwijmy to celami do osiągnięcia. Albo listą rzeczy do zrobienia (przed śmiercią). Wishlist. To-do-list. Before I die.
Moja prywatna lista jest dość długa i nie do końca realna, ale tutaj mogę się podzielić 13 rzeczami, które chciałam albo które bym chciała.

Oto moje 13 marzeń.

1. Wydać książkę.
Zaczynam od tego, bo to było koronne marzenie. Zawsze na pierwszym miejscu. W sumie trwało to kilka lat. Starałam się o to, dopracowywałam tekst, szukałam wydawnictw, konsultowałam się z Ludźmi, Którzy Się Znają, pisałam maile, przypominałam się, wchodziłam na grupy pisarskie, potem współpraca z moim wydawcą również była pełna przygód i wyzwań. No i mam. Wydałam książkę. Myślałam o tym, że po czymś takim to już można umierać, spełnione życie i wszystko, ale teraz przemyślałam sprawę i jednak może jeszcze chwilę pożyję. Jest jeszcze parę rzeczy do napisania.

2. Nauczyć się pływać.
Myślałam sobie, że się nie nauczę, ale dostałam prezent – karnet i lekcje z instruktorem, który był taaak cierpliwy i utalentowany dydaktycznie, że wziął i mnie nauczył. Sama pewnie bym się nie odważyła.

3. Nauczyć się robić suflet.
Zrobiłam, ale nie mogę powiedzieć, że umiem go robić. Opadł. Opadły i mi ręce. Ale może kiedyś się uda. Widzicie, marzenia do spełnienia to nie tylko wielkie rzeczy typu dostanie Nobla. To też na przykład taki suflecik, który nie opadnie.

4. Jechać do Prania.
Byłam! Teraz zawsze podczas lekcji o poezji Gałczyńskiego wspominam uczniom o tym muzeum i o samej leśniczówce z czerwonej cegły, pokazuję zdjęcia, opowiadam o jeziorze, drzewach, pomniku gęsi i samego poety. Bardzo miłe miejsce. Nic dziwnego, że Gałczyński lubił tam przebywać i że tam pisał jak zawzięty.

5. Ścianka wspinaczkowa.
Marzyłam o tym dobre kilka lat. Okazało się, że to jest (na ten moment) nie dla mnie. Mam lęk wysokości i więcej było z tego stresu niż satysfakcji. Ale spróbowałam.

6. Posadzić drzewo.
Najpierw dostałam drzewko i posadziłam je w ogródku. Potem posadziłam cały las. A rok później jeszcze jeden. Za każdym razem, kiedy słyszę o jakiejś bezsensownej wycince, boli mnie w środku, więc robię coś, by bilans drzew się zgadzał. Zostawię po sobie drzewa i książkę. Mi pasuje.

7. Wykąpać się zimą w morzu. Iść do fińskiej sauny i potem wskoczyć do jeziora.
Pociągają mnie takie ekstremalne przeżycia, chociaż jak mam zmienić strumień wody pod prysznicem z ciepłej na lodowatą, to już nie jestem takim chojrakiem.

8. Nauczyć się rozpalać ognisko.
Dobra, wstydliwe wyznanie. Nie umiem rozpalać ognisk. Uczestniczę w ogniskach co najmniej raz w miesiącu, ale od rozpalania ognia mam w moim domu specjalistę. Kiedyś też się tego nauczę.

9. Przejechać Green Velo (Wschodnim Szlakiem Rowerowym).
Popatrzcie sobie na te szlaki. Jak można nie chcieć tamtędy pojechać???

10. Tydzień na żaglach albo spływ kajakowy.
Jeziora działają na mnie uspokajająco, a kręta rzeka jest zawsze sporym wyzwaniem. Kilkudniowa wyprawa albo spływ to musi być świetna przygoda!

11. Oddać szpik.
Co może być lepszego niż uratowanie komuś życia? Jeśli chcecie dołączyć do bazy dawców szpiku, to tutaj są szczegóły.

12. Wystąpić w radiu.
Owszem, stresowe sytuacje powodują u mnie zapominanie słów, ale chciałabym wejść do studia i zobaczyć, jak się nagrywa program. Porozmawiać przy mikrofonie na jakiś miły temat albo chociaż coś przeczytać. Spróbuję coś w tym kierunku zrobić, może się uda. Chciałabym.

13. Litwa, Łotwa i Estonia.
Jestem tam teraz. Pozdrawiam!

Raport z połowy lipca

Otóż, moi Drodzy, mogłabym napisać, że nuda i nic się nie dzieje. W głowie pustka, pomysły na wpisy i kolejne książki przychodzą i odchodzą, skrytykowane przez wściekłego krytyka w mojej własnej głowie.

Dwa lata temu miałam chyba najbardziej inspirujące wakacje w życiu, ale – muszę przyznać – w tym też się dzieje.
No bo popatrzcie sami:

  • Pracuję – opiekuję się cudzymi tekstami i cudzymi dziećmi (w tym: jeżdżę na wycieczki, łażę po kopalniach, bibliotekach, pałacykach, muzeach).
  • Codziennie rysuję jeden rysunek.
  • Odkrywam miasto na nowo. Oprowadzam po nim i jestem oprowadzana. Mogę się zachwycić, spojrzeć oczami przybysza i dowiedzieć się więcej.
  • Spotykam inspirujących ludzi, wolnych wewnętrznie i otwartych na nowe wyzwania. Spotykam też zamkniętych w swoich poglądach, ale liczę na to, że się kiedyś otworzą. Albo że przynajmniej nie będę musiała z nimi często rozmawiać.
  • Czytam zachłannie. Książka o lektorze z metra, ratującym skrawki książek przed recyklingiem; książka o Cukinii – chłopcu z przytułka, który chciał zastrzelić niebo, ale zastrzelił mamę; książka o węgierskim Żydzie, który przyjechał do pracy, a trafił do Auschwitz. Jedna po drugiej, póki mam czas, póki nic innego nie zabiera myśli.
  • Oglądam seriale. Stranger things 3 jest jak spotkanie ze starymi znajomymi, którzy trochę urośli i przechodzą właśnie mutację. The act jest jak najlepszy thriller, bo z życia wzięty. Good place jest jak odskocznia od myślenia (też potrzebna).
  • Przechodzę przyspieszony kurs promocji książki. O, na przykład założyłam jej profil.

Na razie tyle. To dopiero jedna czwarta wakacji, zaledwie połowa lipca. Z chęcią dopiszę do tej listy punkt pod tytułem: podróżuję.

Nie każ mi tańczyć

Spójrzmy prawdzie w oczy, taniec jest nudny.
Zwykle jest tak, że mniej więcej po pierwszym refrenie zaczynam się nudzić i marzę o zejściu z parkietu. Bo ileż można się gibać?

***

Nie byłam nastolatką, która oczekuje dyskotek szkolnych. Raczej wiedziałam, że nie będę się tam dobrze bawić. Szłam z obawą. Jak na ścięcie. Tak samo czułam się przed studniówką.
Największa ironia losu: gdy idę na wesele albo urodziny z tańcami, a ktoś mi mówi na odchodnym: „Baw się dobrze” albo jeszcze lepiej: „Wybaw się tam”.
Dlatego też sama nie miałam wesela. Jeszcze tego brakowało, żebym chciała wyjść z własnej imprezy.

***

Przekonywanie innych, że nie, dziękuję, nie mam ochoty, nie tańczę, nie lubię tańczyć… powoduje zwykle zdziwienie i niedowierzanie. Najczęściej rozmówca myśli, że powinien mnie przekonać.
I to jest pierwszy punkt zapalny.

Mam wrażenie, że jak kobieta powie „nie”, to pierwszego razu nikt nie słyszy. Albo nie traktuje poważnie. Albo sądzi, że to kokieteria. Co jest w ogóle niepokojące, bo jeśli w takiej głupiej kwestii jak taniec, ktoś ignoruje słowo „nie”, to co dopiero w sytuacjach bardziej intymnych? Aż boję się myśleć, co sobie myśli taki nachalny typek. Do czego daje sobie prawo?

No i to opresyjne ciągnięcie za rękę. Rady, bym się wyluzowała (dzięki, jestem wyluzowana na siedząco). Brak uszanowania tego, że nie, nie lubię, nie chcę, dziękuję. Wolę posiedzieć. Mam prawo. Nie chcę być zmuszana. W imię czego? Uszczęśliwiania na siłę? Uszczęśliwiania innych?
Ileż razy można mówić nie?

***

Drugi punkt zapalny: pokutuje myślenie, że jak chłopak nie tańczy, to znaczy, że nie chce, a jak dziewczyna nie tańczy, to znaczy, że nikt nie chciał z nią tańczyć. Nikt jej nie poprosił. Jest żałosna jak sucha panna w lany poniedziałek. Jak dziewczynka bez walentynki w skrzynce pocztowej. Jak brzydka siostra Kopciuszka na balu.
Jakoś nie zakłada się, że dziewczyna też może nie chcieć.

***

Żeby być uczciwą, dodam: są wyjątki. Imprezy, na których tańczę, bo mam akurat taki nastrój i ochotę. Jest odpowiednie towarzystwo, ulubione piosenki, dobry humor. Nie zdarza się to często, ale się zdarza.
Tańczę, kiedy chcę. Kiedy to ja czuję się swobodnie. Ja decyduję.

Ekologia jest ważna

Był grudzień, kiedy czytałam „Błękit” Mai Lunde. Historię o tym, jak za kilkadziesiąt lat będziemy szukali wody, usychając ze spiekoty i pragnienia. Bohater jest spocony, klejący i cały czas chce mu się pić. Wtedy ten obraz wydawał mi się daleki. W ostatnim czasie staje się niepokojąco bliski.

Woda może się skończyć. Śmieci mogą nas zasypać i zatruć wszystko. Gatunki zwierząt mogą wyginąć, a wtedy spotkają nas srogie konsekwencje.

Przeraża mnie nonszalancja ludzi, którzy nie dbają o środowisko. Osoby pozostawiające w lesie telewizory i fotele, wypluwające gumę do żucia w krzaki, wieszające na krzakach siatki ze śmieciami – gratuluję wam głupoty. Za tę głupotę zapłacę ja, ale zapłacicie również i wy. I to zapewne już niedługo.

***

Co mogę zrobić? Niewiele, ale zawsze coś.

Do pracy jeżdżę autobusami, a jednym z powodów jest to, by nie stać w korkach i nie powodować większego zanieczyszczenia powietrza. Jeden samochód mniej. Zawsze to coś.

W sklepie patrzę na towary i zastanawiam się, który jest bardziej opakowany, a który wygeneruje mniej śmieci. Mogę wybrać twaróg w jednej folii albo w folii i w papierku. Mogę wybrać pomidory w plastikowym pudełku i folii albo zapakować je w torebkę jednorazową. Marzę o powrocie papierowych toreb, jak w sklepie z mojego dzieciństwa.

Noszę ze sobą torbę z tkaniny albo zakupy pakuję w plecak i to jest jedna z kilku rzeczy, które mogę zrobić. Być może nie ma to żadnego znaczenia. Ja jednak mam nadzieję, że nawet taka mała rzecz się liczy, a gdyby każdy zrobił coś, to by mogło coś zmienić. Cokolwiek.

1 2 3 18