Próby czerpania radości z zobaczenia kota lub łasicy

Są dni, kiedy radość jest chwilowa, a smutek jest długotrwały. Dni mijają mniej lub bardziej jałowo, a znużenie pustką internetu sięga zenitu. Mogłabym sporządzić listę rzeczy, które wtedy nie pomagają i nie przynoszą radości (na przykład jedzenie lodów, co oznacza, że popularne amerykańskie seriale kłamią), ale po co?

Mogę też spróbować patrzeć bardziej odkrywczo na świat, inaczej. Jak się patrzy inaczej, to zawsze można coś ciekawego wypatrzeć.
Na przykład kiedy krople wody na umywalce układają się na kształt kota albo łasicy. Serio. Widziałam to.

Albo idąc tym tropem – inne malusieńkie chwilki, maciupkie momenty, drobnostki. Takie jak:

  • pierwszy łyk ciepłej kawy (ostatni, zimny będzie zgoła innym przeżyciem),
  • odkrycie, że marynowana w occie marchewka i cebula już po chwili, po kwadransie, po godzinie, po dobie smakują zupełnie inaczej niż poprzedniego i to jest właśnie mały, kuchenny cud,
  • obracanie ziół w doniczce, które za bardzo kierują się do słońca,
  • spojrzenie psa, który chce być z nami i w jego oczach widać bezbrzeżne zdumienie, dlaczego ma wyjść z pokoju,
  • obserwowanie, jak na przystanku dziewczynka tańczy na deszczu, wystawia język, wyciąga ręce i jest cała radością (dopóki matka jej nie zruga i nie powie, żeby się nie wygłupiała),
  • kłaczek dmuchawca, który niefrasobliwie wleciał przez okno i teraz czuje się nieswojo i nie u siebie, co jest oczywiście w pełni zrozumiałe,
  • używanie smakowitych przysłówków. Nie rozumiem rady Stephena Kinga, który podczas pisania każe omijać wszystkie przysłówki szerokim łukiem. Moim zdaniem to (uwaga, przysłówek!) głupie.

35 punktów na 35 dni zamknięcia

Oto 35 myśli lub faktów, które nie mają absolutnie żadnego znaczenia, ale można je zebrać, napisać i czytać niemalże na wyrywki. Może z czymś się zgodzicie, a może Was chociaż coś rozbawi lub zaciekawi.

  1. Policzyłam. Siedzę w domu 35 dni. Co prawda raz wyszłam do sklepu i raz do pracy, ale poza tym żyję jak jaskiniowiec.
  2. Chodzę cały czas boso. Powoli zapominam, jakie mam buty…
  3. Aaa, moje trampki zostały w szkole! Zaraz, jakie one miały kolor? Serio, nie pamiętam. Jak tam pojadę, to ciekawe, czy je w ogóle rozpoznam. Może po zapachu.
  4. Na górze koszula, na dole dres – taka była moja zasada podczas zdalnych lekcji. Potem nastąpił przełom. Nie chciałam już być dresem. Pewnego dnia zrobiłam nawet makijaż.
  5. Wyciągnęłam tak zwane letnie ubrania. O niektórych zupełnie zapomniałam. Jak to miło, że człowiek cieszy się z rzeczy, które ma, tylko o nich chwilowo zapomniał. To taka nieustająca radość ciągle z tego samego. Oto plus słabej pamięci!
  6. Moje włosy już bardzo tęsknią za Panią Fryzjerką. Powoli odsłania się moje siwe oblicze starego człowieka.
  7. Tęsknię za włóczeniem się po mieście. Bez celu i bez sensu. Ale jakie to było przyjemne, takie włóczenie bez sensu!
  8. Spędzam dni przy biurku, wpatrując się w trzy ekrany: służbowy tablet, laptop i telefon. To nie jest normalne, nie jest też zdrowe. Ale co zrobić, takie czasy. Co za ironia: humanistka w niewoli cyfrowej.
  9. Moi uczniowie sami są zaskoczeni, jak bardzo niektórym brakuje szkoły – możliwości wyjścia z domu, odcięcia się od domowych spraw, kontaktu z rówieśnikami, porobienia czegokolwiek. Coś by się działo.
  10. Miałam problem z projektem plastycznym. Nie wiem, czy uczniowie mają w domu farby, blok, kredki, więc musiałam wymyślić projekt, który każdy jest w stanie zrealizować w domu. Dlatego do wyboru jest sześć z czterdziestu zadań, wśród których jest na przykład zrobienie artystycznej kanapki, rzeźby z folii aluminiowej albo pracy z kartonu po pizzy.
  11. Albo widok z okna. Ten temat też jest bardzo na czasie.
  12. Omawiamy ostatnio wiersze o przyrodzie, jakiś Miłosz, Mickiewicz, majestatyczne lasy, koncerty wieczorne ptaków i żab, te sprawy. Uczniowie patrzą na te teksty przez pryzmat tęsknoty. Doceniają naturę, bo są od niej oddzieleni. Mówią, że tęsknią.
  13. Jak wyjdziemy, to rzucimy się na siebie jak dzicy. O ile oczywiście będzie można.
  14. Na pewno rzucimy się na lasy, parki, kawiarnie, miejsca publiczne. Oby nasze ulubione kawiarnie dalej prosperowały!
  15. Mam na półce dwie książki, z którymi się utożsamiam. Obrazują moje wady. Pierwsza to „Łakomstwo. Historia grzechu głównego”, a druga to „O głupocie”.
  16. Obejrzałam serial o dziewczynie z ortodoksyjnej gminy żydowskiej (część dialogów jest w jidysz) oraz romantyczny serial francuski. Umiem już przeklinać po francusku i wiem, co to jest sztrajmł.
  17. Nadrabiam zaległości. Kupiłam i przeczytałam Ciarkowską, Springera, korespondencję Szymborskiej i Kulmowej. Połknęłam te książki, spragniona dobrze napisanego słowa.
  18. Nawet Kulmowa wysyłała prace na konkursy, których nie wygrywała. To mnie pociesza.
  19. Książka, która mną wstrząsnęła, przepięknie napisana, dotykająca mocno (ze względów etycznych oraz etnicznych) – „27 śmierci Toby’ego Obeda”. Brak mi słów, jaka to była dobra lektura!
  20. Ponieważ jest tam opisane przemocowe obcinanie warkoczy inuickim dzieciom, tego dnia zaplotłam sobie warkocze i spięłam je razem z tyłu głowy (taka babcina fryzura) na znak solidarności i protestu. Moje warkocze dla Was, jako hołd dla Waszej straty. Wiem, że to nic nie znaczy. Wiem, że nikt tego nie widział. Nieważne.
  21. Miałam tydzień z ludami północy. Najpierw była książka o dziewczynce z Grenlandii, a potem dzieci z Pierwszych Narodów (potocznie, ale i obraźliwie zwani Eskimosami). Szalenie podoba mi się to określenie. Oni byli tam pierwsi.
  22. Mam taką książkę, w której jest wyjaśnione, jak się pisze scenariusze filmowe. Ostatnio oglądałam jakiś film sensacyjny i widziałam, że ktoś tu pisał według schematu. Nawet byłam w stanie rozpoznać przejście między pierwszym a drugim aktem. Dziękuję, Lew (Lwie?) Hunterze.
  23. Dowiedziałam się ostatnio, że nos rośnie całe życie. Obawiam się, że na starość zamienię się w żeńską wersję Pinokia.
  24. Mam świeczkę, która pachnie jak facet. To, że świeczka pachnie jak Boże Narodzenie albo cytrusy, to rozumiem. Ale jak zrobić świeczkę pachnącą jak facet?
  25. Uczę się odpuszczać. Moje życie obrane z dodatkowych aktywności i wielu „zajętości” jest całkiem spoko.
  26. Czasem jednak głowa nie chce odpuścić. Była taka sytuacja. Najpierw spotkała mnie przykra rzecz. Przykrostka. Siedziała mi w głowie, smuciła i stresowała. Pomyślałam: „Pójdę wcześniej spać, prześpię problem”. Efekt? Nie mogłam zasnąć. Następnego dnia nadal siedziała mi w głowie, więc pomyślałam: „Pójdę spać później, zmęczę się, padnę i zasnę od razu”. Efekt? Nie mogłam zasnąć.
  27. Mam pisarskie prace domowe. Najlepsze prace wychodzą, kiedy się za długo nie zastanawiam.
  28. Owszem, siedzimy w domu, ale skąd znaleźć czas, żeby obejrzeć te WSZYSTKIE live’y, które wrzucają obserwowani przeze mnie ludzie? Te wszystkie ciekawe rozmowy, spotkania autorskie,  wywiady. Nie jestem w stanie tego przekonsumować.
  29. Ale za to wybieram sobie ciekawe podcasty do słuchania podczas gotowania: Zabawy jedzeniem, Herstorie, Sztuka gadania.
  30. Z serialu (programu?) pt. „Cztery składniki” zapamiętałam trzy rzeczy. Sól to dobro. Kwaśny smak to dobro. Białą fasolę ugotować z oliwą i liściem laurowym, wymieszać z prostym winegretem (cebula, czerwony ocet winny, oliwa) – będzie pysznie.
  31. Ta biała fasola chodziła za mną chyba od miesiąca. Ta fasola jest objawieniem smaku. Teraz już się z białą fasolą lubimy.
  32. Poza odcinkiem z fasolą (ostatni, „Temperatura”) polecam cały program (serial?). Odcinek o kwaśnym smaku oglądałam ze ślinotokiem. Ta Pavlova z plastrami pomarańczy… o, nie, znowu się zaczyna!!!
  33. Najlepiej się za dużo nie zastanawiać, tylko pisać. I robić. Szczerze mówiąc, nie sądziłam, że wymyślę te 35 faktów, ale jakoś leci. Udaję więc, że nad tym panuję. Na razie klawiatura mi wierzy.
  34. Mózg też chyba się oszukał (aż chciałoby się napisać: „Nie mam pojęcia, co ja piszę!”) . O, proszę, już trzydzieści cztery.
  35. Nie mam dalekosiężnych i ambitnych planów na kwarantannę. Nie będę uczyła się nowych języków ani uczestniczyła w kursach (patrz: punkt 25). Dzięki uprzejmości koleżanki z pracy nauczyłam się montować filmiki na iMovie. To chyba wystarczy, nie?

Dzień dobry, marcu!

Wraz z nadejściem marca kończy się luty i to chyba najważniejsze, dlaczego warto w ogóle zacząć oficjalne cieszenie się. Luty był okropny. Nazwa taka ciekawa, a zawartość podła. Szachraj z tego lutego.

Nie to co marzec. Marzec nic nie obiecuje. On po prostu mówi, że będzie zaskakująco (nie będę obrażała inteligencji Czytelnika i przytaczać owo oczywiste przysłowie).

Marzec ma w pakiecie różne przyjemnostki. Oferuje nam Dzień Kobiet, powiewy wiosennego powietrza, dłuższe dni. Mnóstwo fajnych osób ma wtedy urodziny. No i ja.

Mam różne plany na marzec.

  • Obmyślanie spotkań z miłymi ludźmi. Małe radości codzienne. Gotowanie.
  • Pisanie powieści – skrawkami. Jeśli nie umiem inaczej, to niech będzie skrawkami. Ważne, by cieszyło i posuwało się do przodu. Nie chcę marnować kolejnych lat na niepisanie.
  • Wysyłanie gotowej, jeszcze cieplutkiej drugiej książki do wydawnictw.
  • Malowanie akwarelą (Riennahera i Blimsien skutecznie mnie zachęciły dla tworzenia dla przyjemności i relaksu).
  • Oglądanie kolejnego francuskiego serialu.
  • Spacer po parku. Coś się tutaj grubo pozmieniało, bo ja nigdy nie tęskniłam za spacerami po parku. Teraz tęsknię. Zapewne po pięciu minutach mi się znudzi, ale ja wiem, czego szukam. Tego zapachu. Ziemistego, mokrego zapachu marca.

Witaj więc, Miły Panie Marcu, upersonifikowany, kompletnie umowny odcinku czasu.

Pochwała soboty

Wszyscy zachwycają się piątkiem, nazywają go zdrobniale, czule (nawet anglojęzyczni native speakerzy z mojej pracy używają hasła „piątek, piąteczek, piątunio”). Wszyscy czekają na piątkowy wieczór. A ja najbardziej lubię soboty.

Soboty są trochę pracujące, trochę leniwe. Po całym tygodniu bardzo wytężonej pracy cały dzień lenistwa mógłby być szokiem dla organizmu, więc trochę pracuję i jest mi z tym świetnie, zwłaszcza, że jest to zupełnie inna praca. Trochę prania, sprzątania (ale bez przesady, w końcu nie jesteśmy w latach 90.), trochę gotowania, ale to akurat przyjemne i jakże efektowne. Trochę pisania i oglądania. Czasem korekta lub recenzja, czasem składanie e-booka.

Niedziela jest za bardzo odświętna (często na siłę), a niedzielne popołudnie to już myślenie o poniedziałku. W niedzielę po południu moje myśli są w pracy, przygotowuję materiały, sprawdzam prace, przeglądam lektury, notuję, zapisuję, odpowiadam na wiadomości, przygotowuję dokumentację.

Ja nie celebruję piątkowego wieczoru. Nie mam już energii, w głowie krążą reminiscencje z całego tygodnia. Wszystko ze mnie schodzi, mieli i kotłuje w głowie, przypominają się jakieś słowa, rozmowy, emocje, sytuacje. W piątkowy wieczór jestem małym wrakiem człowieka, ledwo ruszającymi się zwłokami i intelektualnym dnem. Słowa są nieskładne, a cierpliwość zbliża się do ostatecznych granic. Wyczerpana bateria alarmuje. Jedyne, czego chcę, to sen bez budzika. I sobota, odradzanie się prawie jak feniks z popiołów. Doładowanie baterii przez noc.

Sobota jest wolna od trosk, a pełna przyjemności. Jest jak dziecko. W sobotę można sobie zamówić pizzę i zjeść ją bez pośpiechu, kupić wino na wieczór, porobić głupie zdjęcia, obejrzeć głupi film czy cały sezon serialu, chodzić w dresie. Obejrzeć coś i nie myśleć, co muszę jeszcze zrobić. Nic nie muszę. Sobota jest wyrwana z tego rytmu. Jest oddechem. Jest rozprężeniem ramion i żołądka, w których to częściach najbardziej odczuwam stres, pośpiech i opłakane skutki pracoholizmu.

Sobota jest powolna i swobodna. Wstawanie bez budzika, śniadanie, które może się dłużyć.
Na to czekam i to celebruję. Sobota jest moim ratunkiem, moją apteczką i oazą.
Myślałam o tym tekście przez dwie leniwe soboty i oto jest. A teraz idę celebrować dalej. Czego i Wam życzę.

Joanna Skrzypiec czyta fragment „Bielskich profesji”

Joanna Skrzypiec, dziennikarka radiowa o cudownym głowie, czyta fragment „Bielskich profesji”. Który wybrała? Jak go zinterpretowała?

Zapraszam do kliknięcia i odsłuchania:

(Przyznam, że nawet ja, znając niemalże ten tekst na pamięć, wzruszyłam się podczas słuchania).

Serialowe kobiety, które podziwiam

Ostatnio zdałam sobie sprawę, że w serialach bardzo zwracam uwagę na dobrze napisane postacie kobiece. Bohaterki, które są „jakieś”. Póki co mam swoje trzy ulubione kobiety z seriali:

Brienne z „Grace i Frankie”. Często zastanawiałam się, czy jestem bardziej jak Grace, czy Frankie i która w danym momencie mnie bardziej irytuje. Natomiast Brienne jest jedyna i niepowtarzalna. To postać doskonale napisaną. Ironiczna, inteligentna, pewna siebie, wredna, zadziorna.

Lagertha z „Wikingów”. Powiem tylko jedno: zdrada Lagerthy jest niewybaczalna, Ragnarze. Lagertha jest waleczna, silna i zwykle ma ładną fryzurę.

Rita – duńska nauczycielka z serialu o tym samym tytule. Bardzo bezpośrednia, pyskata i pewna siebie. Lubi swoją pracę i lubi dzieciaki. Pomaga wszystkim tym, które tego potrzebują, a uciera nosa zarozumiałym i rozpieszczonym. Załatwia sprawy niemożliwe, trudne przypadki to dla niej zadanie i nie spocznie, dopóki czegoś nie wymyśli. Nie rozkłada rąk. Nie załamuje. Nie wzdycha. Działa – i to jest w niej świetne; ale jest tam też Hjørdis, która z sezonu na sezon staje się coraz lepszą nauczycielką, asertywną i odważną i towarzyszenie jej w tej nauce jest wielką przyjemnością.

RitaJak widać, podziwiam kobiety o cechach, jakie sama chciałabym mieć. Imponują mi kobiety, którymi nie jestem albo nie widzę się taką.

Którą kobietę z serialu dopisalibyście do listy? Dlaczego?

 

Zgubiony i odnaleziony sens, czyli podsumowanie 2019 roku

Miałam nazwać ten wpis: czego mnie nauczył 2019 rok? Ale okazało się, że nauczył mnie aż dwóch rzeczy. Po pierwsze, żeby nie przeginać, bo to się źle skończy, po drugie, że świat to jedno wielkie rozczarowanie, a ludziom się często nie chce, więc w sumie żadna to nauka.

Potem miałam napisać o rzeczach, które zrobiłam pierwszy raz, ale uznałam, że tytuł byłby nieprzyjemnie dwuznaczny, a poza tym ten rok to nie były tylko debiuty.
Jednakże (z trzeciej strony) warto wspomnieć o tym, jak spełniłam swoje marzenie z samego szczytu listy marzeń i rzeczy do zrobienia.
Więc niech już będzie. W 2019 roku po raz pierwszy:

  • wydałam książkę i zrobiłam to po swojemu, mimo „to się nie sprzeda”, „dla kogo to w ogóle jest?”, „łeee, czarno-biała okładka?”, „język za trudny”, „ale o co w tym chodzi?”,
  • wobec powyższego straciłam chwilowo cel, do którego mogłabym dążyć, i musiałam sobie znaleźć następny, o czym będzie poniżej,
  • zostałam bez dziadka, a tym samym moja rodzina straciła najstarsze pokolenie,
  • po raz pierwszy poczułam się starym, zgorzkniałym człowiekiem (potem mi trochę przeszło),
  • wycięłam sobie kawałeczek ciała i potem miałam szwy wyglądające jak robaczek,
  • zostałam nauczycielem mianowanym,
  • miałam swoje pierwsze (i do tej pory jedyne) spotkanie autorskie, na którym mogłam szczerze porozmawiać o literaturze, nie upraszczając języka (bo to nie była lekcja literatury w szkole podstawowej, tylko rozmowa z literaturoznawczynią z tytułem doktora),
  • uczyłam się trudnej sztuki negocjacji i tupania nóżką,
  • mówiłam i pisałam otwarcie o mojej książce (mimo obaw i zakłopotania, żeby się przypadkiem nie narzucać i zbyt agresywnie nie promować; w końcu żadna ze mnie specjalistka od reklamy),
  • czytałam pozytywne recenzje o swojej książce (linki zebrałam na tym profilu, gdybyście byli ciekawi),
  • z wielką radością odwiedziłam kraje bałtyckie: Litwę, Łotwę i Estonię, ze szczególnym uwzględnieniem ciepłych uczuć dla Tallina,
  • podczas koncertu zwróciłam uwagę osobie, która nagrywała co drugą piosenkę i świeciła sąsiadom w oczy, psując nastrój,
  • byłam na fantastycznych warsztatach z nieoczywistych form literackich, pisałam limeryki, lepieje, epitafia i ideanonse, spotkałam ludzi, którzy również lubią pisać, co jest zawsze bardzo miłe,
  • byłam na spotkaniu z bielskimi pisarkami,
  • na pokazie mody,
  • i na trampolinach,
  • złożyłam pierwszy e-book w Canvie,
  • zrobiłam nalewkę z aronii, czeremchy i jeżyn,
  • zjadłam ramen (ze smakiem!),
  • obejrzałam sporo dobrych seriali, fimów i kilka spektakli, przeczytałam spory zestaw książek dobrych i takich sobie. O książkach będzie osobny wpis.

Jeśli chodzi o moje plany, to bardzo bym chciała wydać następną książkę w wydawnictwie, więcej pisać, a także wrócić do warsztatów kreatywnych pt. „Zabawy słowami”, bo to była frajda, a coś czuję, że ludziom jest to potrzebne tak samo jak mnie. No i chciałabym namalować jakiś obraz, bo właściwie dlaczego nie?

Dobrego i twórczego roku!

Paulina Nawrocka czyta fragment „Bielskich profesji”!

Paulina Nawrocka to dziennikarka, która tworzy bardzo ciekawy podcast Zabawy jedzeniem oraz blog o tej samej nazwie. Czy domyślacie się już, jaką profesję wybrała do przeczytania?

Posłuchajcie, jak to świetnie brzmi!

Ciary

Najpierw włosy stają dęba.
Właściwie to za dużo napisane. Ot, włoski. Małe i zwykle niewidoczne. Zwykle leżą sobie grzecznie na przedramieniu.
Ale czasem wydarzy się coś takiego… coś takiego… Wtedy wszystkie podnoszą się jak jeden mąż i to ich zamaszyste i równe „Baczność!” – to jest pierwszy etap.

Drugi to szklistość oczu. Czasem rozbudowany o kapnięcie łezki z prawego oka (to wersja rozszerzona, do której jednak zwykle nie dopuszczam).

Trzeci etap to przyduszenie w klatce piersiowej. Płytki, urwany oddech.

O czym mowa?
Oczywiście o wzruszeniu.

***

Chciałbym opisać najprostsze wzruszenie, mówiliśmy kiedyś podczas amatorskiego spektaklu teatralnego.
Proste wzruszenia to coś, co ukazuje naszą wrażliwość. A wrażliwość czyni nas ludźmi. Wrażliwość czyni sztukę potrzebną. Ale nie tylko sztuka wzrusza.

W ciągu ostatniego tygodnia wzruszyłam się jakieś osiem razy. Osiem płytkich oddechów, osiem komend „Baczność!” skierowanych przez mózg do armii włosków na przedramieniu.

Na festiwalu fotografii widziałam zdjęcia, które oglądałam ze łzami w oczach. Były przepiękne.
Na festiwalu restauracji jadłam takie potrawy, które chciałam jak najdłużej mieć na talerzu, by się nimi nacieszyć.
Słuchając trudnych i świetnie zaśpiewanych partii chóru, miałam ciary.
Gdy oglądałam na żywo obrazy Vermeera, zapierało mi dech w piersiach i pamiętam to do dziś.
Wypożyczyłam książkę, która zachęcała mnie słowami: „To najpiękniejsza książka, aką przeczytasz w tym roku”. I owszem, była piękna. Łaknę piękna w sztuce, ale nie piękna, za którym nic się nie kryje. Wzruszenie nie łączy się tylko ze sztuką i kunsztem.

Czasami wzruszam się, kiedy rozmawiam z dziesięciolatkami o poezji i kiedy ich świetne, mądre, dojrzałe skojarzenia i refleksje wyważają bramy mojego utartego myślenia, że „tutaj to o to chodzi”. Czasem ktoś powie coś, co mnie kompletnie zaskakuje.
Wtedy pokazuję im moje przedramię, te podniesione włoski, te ciary. Nie jest łatwo to wywołać, ale jeśli ktoś to potrafi, to niech o tym wie.

Odsłonięcie się z tym, że właśnie jestem wzruszona, jest bardzo ludzkie i tego nie chcę ukrywać.
Takie wzruszenie to jest niemalże święty moment.

Postulaty dla dobrostanu

Wyszłam dzisiaj z domu i nic nie zobaczyłam. Wszystko było zasłonięte miłościwą mgłą. Tak, tak, pojawiły się jesienne mgły, Włoczykij odszedł z Doliny Muminków, a przyszła jesień, która nastraja specyficznie. Nastraja tak, że chętnie napisałabym o jesieni te wszystkie wpisy, gdyby nie to, że już je napisałam.
Ale mam pewne postulaty, jak to zrobić, by się jesienią dobrze czuć.

1. Zalegalizować mgłę. Człowiek pod wpływem mgły może nie wie, co się dzieje, może jest nieco otumaniony i zbytnio melancholijny, ale nie jest agresywny. A to już dużo.

2. Wypisywać na receptę dodatkowe dawki snu. Najlepiej dwie godziny więcej niż letnią porą. To naprawdę pomaga przetrwać. A docenia się sen dopiero wtedy, gdy się go straci.

3. Wyłączyć budziki. Naturalny rytm budzi człowieka dużo później niż budziki, niż konieczność stawienia się rano w pracy. Sami pewnie dostrzegacie, pierwsze godziny w pracy są mentalnym budzeniem się ze snu, półlunatycznym, spowolnionym. Dajmy sobie czas. Przyroda sobie daje, spowalnia, zawsze to powtarzam.

4. Zapewnić kakao w każdej kawiarni. To skandal, że capuccino jest, czekolada z torebki jest, a kakao nie ma. Żądam wolnego dostępu do kakao!

5. Iść na spacer, na grzyby, poczuć jesień nosem. Nieustannie pachnie mi wędzoną papryką, choć może to po prostu wieczorne palenie w piecach.

Dobrej jesieni, proszę Państwa!

1 2 3 7