Pochwała soboty

Wszyscy zachwycają się piątkiem, nazywają go zdrobniale, czule (nawet anglojęzyczni native speakerzy z mojej pracy używają hasła „piątek, piąteczek, piątunio”). Wszyscy czekają na piątkowy wieczór. A ja najbardziej lubię soboty.

Soboty są trochę pracujące, trochę leniwe. Po całym tygodniu bardzo wytężonej pracy cały dzień lenistwa mógłby być szokiem dla organizmu, więc trochę pracuję i jest mi z tym świetnie, zwłaszcza, że jest to zupełnie inna praca. Trochę prania, sprzątania (ale bez przesady, w końcu nie jesteśmy w latach 90.), trochę gotowania, ale to akurat przyjemne i jakże efektowne. Trochę pisania i oglądania. Czasem korekta lub recenzja, czasem składanie e-booka.

Niedziela jest za bardzo odświętna (często na siłę), a niedzielne popołudnie to już myślenie o poniedziałku. W niedzielę po południu moje myśli są w pracy, przygotowuję materiały, sprawdzam prace, przeglądam lektury, notuję, zapisuję, odpowiadam na wiadomości, przygotowuję dokumentację.

Ja nie celebruję piątkowego wieczoru. Nie mam już energii, w głowie krążą reminiscencje z całego tygodnia. Wszystko ze mnie schodzi, mieli i kotłuje w głowie, przypominają się jakieś słowa, rozmowy, emocje, sytuacje. W piątkowy wieczór jestem małym wrakiem człowieka, ledwo ruszającymi się zwłokami i intelektualnym dnem. Słowa są nieskładne, a cierpliwość zbliża się do ostatecznych granic. Wyczerpana bateria alarmuje. Jedyne, czego chcę, to sen bez budzika. I sobota, odradzanie się prawie jak feniks z popiołów. Doładowanie baterii przez noc.

Sobota jest wolna od trosk, a pełna przyjemności. Jest jak dziecko. W sobotę można sobie zamówić pizzę i zjeść ją bez pośpiechu, kupić wino na wieczór, porobić głupie zdjęcia, obejrzeć głupi film czy cały sezon serialu, chodzić w dresie. Obejrzeć coś i nie myśleć, co muszę jeszcze zrobić. Nic nie muszę. Sobota jest wyrwana z tego rytmu. Jest oddechem. Jest rozprężeniem ramion i żołądka, w których to częściach najbardziej odczuwam stres, pośpiech i opłakane skutki pracoholizmu.

Sobota jest powolna i swobodna. Wstawanie bez budzika, śniadanie, które może się dłużyć.
Na to czekam i to celebruję. Sobota jest moim ratunkiem, moją apteczką i oazą.
Myślałam o tym tekście przez dwie leniwe soboty i oto jest. A teraz idę celebrować dalej. Czego i Wam życzę.

Joanna Skrzypiec czyta fragment „Bielskich profesji”

Joanna Skrzypiec, dziennikarka radiowa o cudownym głowie, czyta fragment „Bielskich profesji”. Który wybrała? Jak go zinterpretowała?

Zapraszam do kliknięcia i odsłuchania:

(Przyznam, że nawet ja, znając niemalże ten tekst na pamięć, wzruszyłam się podczas słuchania).

Serialowe kobiety, które podziwiam

Ostatnio zdałam sobie sprawę, że w serialach bardzo zwracam uwagę na dobrze napisane postacie kobiece. Bohaterki, które są „jakieś”. Póki co mam swoje trzy ulubione kobiety z seriali:

Brienne z „Grace i Frankie”. Często zastanawiałam się, czy jestem bardziej jak Grace, czy Frankie i która w danym momencie mnie bardziej irytuje. Natomiast Brienne jest jedyna i niepowtarzalna. To postać doskonale napisaną. Ironiczna, inteligentna, pewna siebie, wredna, zadziorna.

Lagertha z „Wikingów”. Powiem tylko jedno: zdrada Lagerthy jest niewybaczalna, Ragnarze. Lagertha jest waleczna, silna i zwykle ma ładną fryzurę.

Rita – duńska nauczycielka z serialu o tym samym tytule. Bardzo bezpośrednia, pyskata i pewna siebie. Lubi swoją pracę i lubi dzieciaki. Pomaga wszystkim tym, które tego potrzebują, a uciera nosa zarozumiałym i rozpieszczonym. Załatwia sprawy niemożliwe, trudne przypadki to dla niej zadanie i nie spocznie, dopóki czegoś nie wymyśli. Nie rozkłada rąk. Nie załamuje. Nie wzdycha. Działa – i to jest w niej świetne; ale jest tam też Hjørdis, która z sezonu na sezon staje się coraz lepszą nauczycielką, asertywną i odważną i towarzyszenie jej w tej nauce jest wielką przyjemnością.

RitaJak widać, podziwiam kobiety o cechach, jakie sama chciałabym mieć. Imponują mi kobiety, którymi nie jestem albo nie widzę się taką.

Którą kobietę z serialu dopisalibyście do listy? Dlaczego?

 

Zgubiony i odnaleziony sens, czyli podsumowanie 2019 roku

Miałam nazwać ten wpis: czego mnie nauczył 2019 rok? Ale okazało się, że nauczył mnie aż dwóch rzeczy. Po pierwsze, żeby nie przeginać, bo to się źle skończy, po drugie, że świat to jedno wielkie rozczarowanie, a ludziom się często nie chce, więc w sumie żadna to nauka.

Potem miałam napisać o rzeczach, które zrobiłam pierwszy raz, ale uznałam, że tytuł byłby nieprzyjemnie dwuznaczny, a poza tym ten rok to nie były tylko debiuty.
Jednakże (z trzeciej strony) warto wspomnieć o tym, jak spełniłam swoje marzenie z samego szczytu listy marzeń i rzeczy do zrobienia.
Więc niech już będzie. W 2019 roku po raz pierwszy:

  • wydałam książkę i zrobiłam to po swojemu, mimo „to się nie sprzeda”, „dla kogo to w ogóle jest?”, „łeee, czarno-biała okładka?”, „język za trudny”, „ale o co w tym chodzi?”,
  • wobec powyższego straciłam chwilowo cel, do którego mogłabym dążyć, i musiałam sobie znaleźć następny, o czym będzie poniżej,
  • zostałam bez dziadka, a tym samym moja rodzina straciła najstarsze pokolenie,
  • po raz pierwszy poczułam się starym, zgorzkniałym człowiekiem (potem mi trochę przeszło),
  • wycięłam sobie kawałeczek ciała i potem miałam szwy wyglądające jak robaczek,
  • zostałam nauczycielem mianowanym,
  • miałam swoje pierwsze (i do tej pory jedyne) spotkanie autorskie, na którym mogłam szczerze porozmawiać o literaturze, nie upraszczając języka (bo to nie była lekcja literatury w szkole podstawowej, tylko rozmowa z literaturoznawczynią z tytułem doktora),
  • uczyłam się trudnej sztuki negocjacji i tupania nóżką,
  • mówiłam i pisałam otwarcie o mojej książce (mimo obaw i zakłopotania, żeby się przypadkiem nie narzucać i zbyt agresywnie nie promować; w końcu żadna ze mnie specjalistka od reklamy),
  • czytałam pozytywne recenzje o swojej książce (linki zebrałam na tym profilu, gdybyście byli ciekawi),
  • z wielką radością odwiedziłam kraje bałtyckie: Litwę, Łotwę i Estonię, ze szczególnym uwzględnieniem ciepłych uczuć dla Tallina,
  • podczas koncertu zwróciłam uwagę osobie, która nagrywała co drugą piosenkę i świeciła sąsiadom w oczy, psując nastrój,
  • byłam na fantastycznych warsztatach z nieoczywistych form literackich, pisałam limeryki, lepieje, epitafia i ideanonse, spotkałam ludzi, którzy również lubią pisać, co jest zawsze bardzo miłe,
  • byłam na spotkaniu z bielskimi pisarkami,
  • na pokazie mody,
  • i na trampolinach,
  • złożyłam pierwszy e-book w Canvie,
  • zrobiłam nalewkę z aronii, czeremchy i jeżyn,
  • zjadłam ramen (ze smakiem!),
  • obejrzałam sporo dobrych seriali, fimów i kilka spektakli, przeczytałam spory zestaw książek dobrych i takich sobie. O książkach będzie osobny wpis.

Jeśli chodzi o moje plany, to bardzo bym chciała wydać następną książkę w wydawnictwie, więcej pisać, a także wrócić do warsztatów kreatywnych pt. „Zabawy słowami”, bo to była frajda, a coś czuję, że ludziom jest to potrzebne tak samo jak mnie. No i chciałabym namalować jakiś obraz, bo właściwie dlaczego nie?

Dobrego i twórczego roku!

Paulina Nawrocka czyta fragment „Bielskich profesji”!

Paulina Nawrocka to dziennikarka, która tworzy bardzo ciekawy podcast Zabawy jedzeniem oraz blog o tej samej nazwie. Czy domyślacie się już, jaką profesję wybrała do przeczytania?

Posłuchajcie, jak to świetnie brzmi!

Ciary

Najpierw włosy stają dęba.
Właściwie to za dużo napisane. Ot, włoski. Małe i zwykle niewidoczne. Zwykle leżą sobie grzecznie na przedramieniu.
Ale czasem wydarzy się coś takiego… coś takiego… Wtedy wszystkie podnoszą się jak jeden mąż i to ich zamaszyste i równe „Baczność!” – to jest pierwszy etap.

Drugi to szklistość oczu. Czasem rozbudowany o kapnięcie łezki z prawego oka (to wersja rozszerzona, do której jednak zwykle nie dopuszczam).

Trzeci etap to przyduszenie w klatce piersiowej. Płytki, urwany oddech.

O czym mowa?
Oczywiście o wzruszeniu.

***

Chciałbym opisać najprostsze wzruszenie, mówiliśmy kiedyś podczas amatorskiego spektaklu teatralnego.
Proste wzruszenia to coś, co ukazuje naszą wrażliwość. A wrażliwość czyni nas ludźmi. Wrażliwość czyni sztukę potrzebną. Ale nie tylko sztuka wzrusza.

W ciągu ostatniego tygodnia wzruszyłam się jakieś osiem razy. Osiem płytkich oddechów, osiem komend „Baczność!” skierowanych przez mózg do armii włosków na przedramieniu.

Na festiwalu fotografii widziałam zdjęcia, które oglądałam ze łzami w oczach. Były przepiękne.
Na festiwalu restauracji jadłam takie potrawy, które chciałam jak najdłużej mieć na talerzu, by się nimi nacieszyć.
Słuchając trudnych i świetnie zaśpiewanych partii chóru, miałam ciary.
Gdy oglądałam na żywo obrazy Vermeera, zapierało mi dech w piersiach i pamiętam to do dziś.
Wypożyczyłam książkę, która zachęcała mnie słowami: „To najpiękniejsza książka, aką przeczytasz w tym roku”. I owszem, była piękna. Łaknę piękna w sztuce, ale nie piękna, za którym nic się nie kryje. Wzruszenie nie łączy się tylko ze sztuką i kunsztem.

Czasami wzruszam się, kiedy rozmawiam z dziesięciolatkami o poezji i kiedy ich świetne, mądre, dojrzałe skojarzenia i refleksje wyważają bramy mojego utartego myślenia, że „tutaj to o to chodzi”. Czasem ktoś powie coś, co mnie kompletnie zaskakuje.
Wtedy pokazuję im moje przedramię, te podniesione włoski, te ciary. Nie jest łatwo to wywołać, ale jeśli ktoś to potrafi, to niech o tym wie.

Odsłonięcie się z tym, że właśnie jestem wzruszona, jest bardzo ludzkie i tego nie chcę ukrywać.
Takie wzruszenie to jest niemalże święty moment.

Postulaty dla dobrostanu

Wyszłam dzisiaj z domu i nic nie zobaczyłam. Wszystko było zasłonięte miłościwą mgłą. Tak, tak, pojawiły się jesienne mgły, Włoczykij odszedł z Doliny Muminków, a przyszła jesień, która nastraja specyficznie. Nastraja tak, że chętnie napisałabym o jesieni te wszystkie wpisy, gdyby nie to, że już je napisałam.
Ale mam pewne postulaty, jak to zrobić, by się jesienią dobrze czuć.

1. Zalegalizować mgłę. Człowiek pod wpływem mgły może nie wie, co się dzieje, może jest nieco otumaniony i zbytnio melancholijny, ale nie jest agresywny. A to już dużo.

2. Wypisywać na receptę dodatkowe dawki snu. Najlepiej dwie godziny więcej niż letnią porą. To naprawdę pomaga przetrwać. A docenia się sen dopiero wtedy, gdy się go straci.

3. Wyłączyć budziki. Naturalny rytm budzi człowieka dużo później niż budziki, niż konieczność stawienia się rano w pracy. Sami pewnie dostrzegacie, pierwsze godziny w pracy są mentalnym budzeniem się ze snu, półlunatycznym, spowolnionym. Dajmy sobie czas. Przyroda sobie daje, spowalnia, zawsze to powtarzam.

4. Zapewnić kakao w każdej kawiarni. To skandal, że capuccino jest, czekolada z torebki jest, a kakao nie ma. Żądam wolnego dostępu do kakao!

5. Iść na spacer, na grzyby, poczuć jesień nosem. Nieustannie pachnie mi wędzoną papryką, choć może to po prostu wieczorne palenie w piecach.

Dobrej jesieni, proszę Państwa!

Niedzielne skrawki

Zebrałam krótkie treści z fanpage'a. Łapcie na dobrą niedzielę!

***

Czy to całe narodowe czytanie nie mogłoby polegać na tym, że siadamy wszyscy na leżakach i każdy czyta cicho swoją książkę?
Czy naprawdę do książki trzeba się stroić, siadać w godnej pozie, robić dostojne miny, wybierać książki WARTE czytania?
Otóż moim zdaniem książki są GENERALNIE warte czytania.

***

Czasem rozmawiam z moją mamą na temat pracy. Ona mówi, że ma jakieś dodatkowe prace, chodzi jak w kołowrotku i jest zmęczona, ja mówię, że wracam późno i siadam do pracy, i że nie mam za bardzo czasu. I wtedy pada fundamentalne pytanie, najważniejsze, dotyczące istoty życia i istnienia.
TO KIEDY TY ROBISZ OBIAD?

***

Jadę pociągiem. Za oknem jezioro. Jakieś dziecko krzyczy z zachwytem:
– Patrz! Ocean!
Podoba mi się ten rozmach myślenia.

***

– Siemaneczko, tymczasik – zakończył rozmowę telefoniczną młodzieniec w autobusie.

***

Czasy się zmieniają.
Znajoma siedmiolatka zakrzyknęła ostatnio:
– Ale Pani ma farta, że Pani ma jabłko, a ja muszę zjeść tego lizaka!
Faktycznie, fart.

***

Wpadł mi do głowy tytuł nowej książki. „Nieudacznicy”.
Materiałów dostarczam sobie sama. Ot, przykład pierwszy z brzegu. Spędziłam weekend u rodziny, pakuję się, na biurku leży ładowarka. Pytam męża kilkukrotnie, czy to na pewno nie jego, żeby nie zapomniał zabrać. On zaprzecza. Stwierdzam, że pewnie jest to sprzęt mojego brata, zostawiam, odjeżdżam.
Po przejechaniu 200 km okazuje się, że pozostawiona ładowarka jest moja. Nie poznałam jej.
Brawo.

***

Mój slownik w telefonie jest grzeczniejszy niż ja. Kiedy chcę napisać, że ktoś jest chamem, telefon sam z siebie zamienia na Chanel.

***

Jak człowiek ma fatalną pamięć, to wszystko może go pozytywnie zaskoczyć.
W internetowej konwersacji z kuzynką znalazłam fotkę z uczniowskiego zeszytu. Bardzo ciekawa notatka z języka polskiego.
Myślę sobie: Wow, ale kreatywna polonistka! Świetny pomysł!
A potem uzmysławiam sobie, że to zeszyt mojego ucznia.

***

Skrawki rodzinne znajdziecie tutaj, a pierwsze skrawki tutaj.

Masz zadanie: napisz do kogoś list

Niedawno czytałam listy Mrożka. Podziwiam, że mimo swojej zajętości miał czas na pisanie listów do swoich przyjaciół. Musiał to robić – w tamtych czasach nie mógł ot tak, zadzwonić albo wysłać maila z wynurzeniami i szczegółowymi instrukcjami.

Zatęskniłam za tamtymi czasami. Teraz jest szybciej i wygodniej, ale czy dzięki temu piszemy do siebie więcej? Nie wydaje mi się.

***

Kilkanaście lat temu korespondowałam z moją kuzynką, która przyjeżdżała na wakacje. Zostały mi po niej listy związane gumką czy tasiemką, świadectwo tego, co zajmowało nasze myśli we wczesnej młodości. Nie tykam tego, bo to są po prostu wynurzenia nastolatek, ale świadczyły o pewnej zażyłości, więzi, staraniu.
Ale!
Miałam też listowny związek z pewnym chłopakiem, który mieszkał sto kilometrów dalej. Z bijącym sercem otwierałam kolejne koperty i czytałam jego epistoły. Pamiętam jego pismo do dziś.

***

Pisanie listu wymaga przygotowań i zachodu. Trzeba ładnie pisać (z tym mam zawsze problem!). Trzeba zaopatrzyć się w kartki i kopertę. Trzeba iść na pocztę. Stać w kolejce po znaczek.
A przecież można wysłać e-mail. Można. Ale przyznajcie, to nie jest to samo.
No bo spójrzmy, co tutaj się dzieje:
    • zastanawiamy się nad kartką papieru,
    • przelewamy myśli, a więc musimy je skonstruować,
    • decydujemy, co mamy do powiedzenia i napisania,
    • a w końcu – piszemy ręcznie (która to czynność jest bardzo wyzwalająca, serio).

Nie żebym była jakąś romantyczką, która marzy o otrzymywaniu pachnących kopert zasuszonymi kwiatkami. Bo listy pisane ręcznie kojarzą się chyba przede wszystkim w ten sposób. Niekoniecznie. Chodzi o samo napisanie do kogoś.

Na początku roku szkolnego zwykle piszę do moich uczniów list i proszę o odpowiedź. Owszem, jest to zadanie z języka polskiego, ale oprócz tego to znacznie więcej. Okazja, by się lepiej poznać. Komunikacja jeden na jeden. Tworzenie więzi. Jest to coś osobistego, co daję i dostaję. Jest tajemnica korespondencji. Jest staranie i myślenie o tej drugiej osobie.
W tym roku też to zrobię.

***

Wstydliwie przyznaję, że codziennie zaglądam do skrzynki pocztowej. Codziennie. Dostanie paczuszki, koperty ze znaczkiem kojarzy mi się niezwykle pozytywnie. I bardzo mi tego brakuje.

13 marzeń

Ostatnio w telewizji natknęłam się na kolejnego młodego polskiego artystę, który wyśpiewywał, że marzenia się spełniają, tylko trzeba mocno w nie wierzyć.
Internet na to odpowiada, że marzenia się nie spełniają. Marzenia się spełnia.
Zdrowy rozsądek dodaje, że prócz wiary potrzebne jest jeszcze działanie.

***

Już nawet samo słowo jest wyświechtane. Marzenia. No, jeszcze miłość. Spłycane, wyświechtane pojęcia. Jak nie wiesz, o czym napisać i zaśpiewać, to zawsze możesz o tym, że marzenia się spełniają, tylko trzeba… i tak dalej.
Dobra, to może nie marzenia. Nazwijmy to celami do osiągnięcia. Albo listą rzeczy do zrobienia (przed śmiercią). Wishlist. To-do-list. Before I die.
Moja prywatna lista jest dość długa i nie do końca realna, ale tutaj mogę się podzielić 13 rzeczami, które chciałam albo które bym chciała.

Oto moje 13 marzeń.

1. Wydać książkę.
Zaczynam od tego, bo to było koronne marzenie. Zawsze na pierwszym miejscu. W sumie trwało to kilka lat. Starałam się o to, dopracowywałam tekst, szukałam wydawnictw, konsultowałam się z Ludźmi, Którzy Się Znają, pisałam maile, przypominałam się, wchodziłam na grupy pisarskie, potem współpraca z moim wydawcą również była pełna przygód i wyzwań. No i mam. Wydałam książkę. Myślałam o tym, że po czymś takim to już można umierać, spełnione życie i wszystko, ale teraz przemyślałam sprawę i jednak może jeszcze chwilę pożyję. Jest jeszcze parę rzeczy do napisania.

2. Nauczyć się pływać.
Myślałam sobie, że się nie nauczę, ale dostałam prezent – karnet i lekcje z instruktorem, który był taaak cierpliwy i utalentowany dydaktycznie, że wziął i mnie nauczył. Sama pewnie bym się nie odważyła.

3. Nauczyć się robić suflet.
Zrobiłam, ale nie mogę powiedzieć, że umiem go robić. Opadł. Opadły i mi ręce. Ale może kiedyś się uda. Widzicie, marzenia do spełnienia to nie tylko wielkie rzeczy typu dostanie Nobla. To też na przykład taki suflecik, który nie opadnie.

4. Jechać do Prania.
Byłam! Teraz zawsze podczas lekcji o poezji Gałczyńskiego wspominam uczniom o tym muzeum i o samej leśniczówce z czerwonej cegły, pokazuję zdjęcia, opowiadam o jeziorze, drzewach, pomniku gęsi i samego poety. Bardzo miłe miejsce. Nic dziwnego, że Gałczyński lubił tam przebywać i że tam pisał jak zawzięty.

5. Ścianka wspinaczkowa.
Marzyłam o tym dobre kilka lat. Okazało się, że to jest (na ten moment) nie dla mnie. Mam lęk wysokości i więcej było z tego stresu niż satysfakcji. Ale spróbowałam.

6. Posadzić drzewo.
Najpierw dostałam drzewko i posadziłam je w ogródku. Potem posadziłam cały las. A rok później jeszcze jeden. Za każdym razem, kiedy słyszę o jakiejś bezsensownej wycince, boli mnie w środku, więc robię coś, by bilans drzew się zgadzał. Zostawię po sobie drzewa i książkę. Mi pasuje.

7. Wykąpać się zimą w morzu. Iść do fińskiej sauny i potem wskoczyć do jeziora.
Pociągają mnie takie ekstremalne przeżycia, chociaż jak mam zmienić strumień wody pod prysznicem z ciepłej na lodowatą, to już nie jestem takim chojrakiem.

8. Nauczyć się rozpalać ognisko.
Dobra, wstydliwe wyznanie. Nie umiem rozpalać ognisk. Uczestniczę w ogniskach co najmniej raz w miesiącu, ale od rozpalania ognia mam w moim domu specjalistę. Kiedyś też się tego nauczę.

9. Przejechać Green Velo (Wschodnim Szlakiem Rowerowym).
Popatrzcie sobie na te szlaki. Jak można nie chcieć tamtędy pojechać???

10. Tydzień na żaglach albo spływ kajakowy.
Jeziora działają na mnie uspokajająco, a kręta rzeka jest zawsze sporym wyzwaniem. Kilkudniowa wyprawa albo spływ to musi być świetna przygoda!

11. Oddać szpik.
Co może być lepszego niż uratowanie komuś życia? Jeśli chcecie dołączyć do bazy dawców szpiku, to tutaj są szczegóły.

12. Wystąpić w radiu.
Owszem, stresowe sytuacje powodują u mnie zapominanie słów, ale chciałabym wejść do studia i zobaczyć, jak się nagrywa program. Porozmawiać przy mikrofonie na jakiś miły temat albo chociaż coś przeczytać. Spróbuję coś w tym kierunku zrobić, może się uda. Chciałabym.

13. Litwa, Łotwa i Estonia.
Jestem tam teraz. Pozdrawiam!

1 2 3 6