Paulina Nawrocka czyta fragment „Bielskich profesji”!

Paulina Nawrocka to dziennikarka, która tworzy bardzo ciekawy podcast Zabawy jedzeniem oraz blog o tej samej nazwie. Czy domyślacie się już, jaką profesję wybrała do przeczytania?

Posłuchajcie, jak to świetnie brzmi!

Ciary

Najpierw włosy stają dęba.
Właściwie to za dużo napisane. Ot, włoski. Małe i zwykle niewidoczne. Zwykle leżą sobie grzecznie na przedramieniu.
Ale czasem wydarzy się coś takiego… coś takiego… Wtedy wszystkie podnoszą się jak jeden mąż i to ich zamaszyste i równe „Baczność!” – to jest pierwszy etap.

Drugi to szklistość oczu. Czasem rozbudowany o kapnięcie łezki z prawego oka (to wersja rozszerzona, do której jednak zwykle nie dopuszczam).

Trzeci etap to przyduszenie w klatce piersiowej. Płytki, urwany oddech.

O czym mowa?
Oczywiście o wzruszeniu.

***

Chciałbym opisać najprostsze wzruszenie, mówiliśmy kiedyś podczas amatorskiego spektaklu teatralnego.
Proste wzruszenia to coś, co ukazuje naszą wrażliwość. A wrażliwość czyni nas ludźmi. Wrażliwość czyni sztukę potrzebną. Ale nie tylko sztuka wzrusza.

W ciągu ostatniego tygodnia wzruszyłam się jakieś osiem razy. Osiem płytkich oddechów, osiem komend „Baczność!” skierowanych przez mózg do armii włosków na przedramieniu.

Na festiwalu fotografii widziałam zdjęcia, które oglądałam ze łzami w oczach. Były przepiękne.
Na festiwalu restauracji jadłam takie potrawy, które chciałam jak najdłużej mieć na talerzu, by się nimi nacieszyć.
Słuchając trudnych i świetnie zaśpiewanych partii chóru, miałam ciary.
Gdy oglądałam na żywo obrazy Vermeera, zapierało mi dech w piersiach i pamiętam to do dziś.
Wypożyczyłam książkę, która zachęcała mnie słowami: „To najpiękniejsza książka, aką przeczytasz w tym roku”. I owszem, była piękna. Łaknę piękna w sztuce, ale nie piękna, za którym nic się nie kryje. Wzruszenie nie łączy się tylko ze sztuką i kunsztem.

Czasami wzruszam się, kiedy rozmawiam z dziesięciolatkami o poezji i kiedy ich świetne, mądre, dojrzałe skojarzenia i refleksje wyważają bramy mojego utartego myślenia, że „tutaj to o to chodzi”. Czasem ktoś powie coś, co mnie kompletnie zaskakuje.
Wtedy pokazuję im moje przedramię, te podniesione włoski, te ciary. Nie jest łatwo to wywołać, ale jeśli ktoś to potrafi, to niech o tym wie.

Odsłonięcie się z tym, że właśnie jestem wzruszona, jest bardzo ludzkie i tego nie chcę ukrywać.
Takie wzruszenie to jest niemalże święty moment.

Postulaty dla dobrostanu

Wyszłam dzisiaj z domu i nic nie zobaczyłam. Wszystko było zasłonięte miłościwą mgłą. Tak, tak, pojawiły się jesienne mgły, Włoczykij odszedł z Doliny Muminków, a przyszła jesień, która nastraja specyficznie. Nastraja tak, że chętnie napisałabym o jesieni te wszystkie wpisy, gdyby nie to, że już je napisałam.
Ale mam pewne postulaty, jak to zrobić, by się jesienią dobrze czuć.

1. Zalegalizować mgłę. Człowiek pod wpływem mgły może nie wie, co się dzieje, może jest nieco otumaniony i zbytnio melancholijny, ale nie jest agresywny. A to już dużo.

2. Wypisywać na receptę dodatkowe dawki snu. Najlepiej dwie godziny więcej niż letnią porą. To naprawdę pomaga przetrwać. A docenia się sen dopiero wtedy, gdy się go straci.

3. Wyłączyć budziki. Naturalny rytm budzi człowieka dużo później niż budziki, niż konieczność stawienia się rano w pracy. Sami pewnie dostrzegacie, pierwsze godziny w pracy są mentalnym budzeniem się ze snu, półlunatycznym, spowolnionym. Dajmy sobie czas. Przyroda sobie daje, spowalnia, zawsze to powtarzam.

4. Zapewnić kakao w każdej kawiarni. To skandal, że capuccino jest, czekolada z torebki jest, a kakao nie ma. Żądam wolnego dostępu do kakao!

5. Iść na spacer, na grzyby, poczuć jesień nosem. Nieustannie pachnie mi wędzoną papryką, choć może to po prostu wieczorne palenie w piecach.

Dobrej jesieni, proszę Państwa!

Niedzielne skrawki

Zebrałam krótkie treści z fanpage'a. Łapcie na dobrą niedzielę!

***

Czy to całe narodowe czytanie nie mogłoby polegać na tym, że siadamy wszyscy na leżakach i każdy czyta cicho swoją książkę?
Czy naprawdę do książki trzeba się stroić, siadać w godnej pozie, robić dostojne miny, wybierać książki WARTE czytania?
Otóż moim zdaniem książki są GENERALNIE warte czytania.

***

Czasem rozmawiam z moją mamą na temat pracy. Ona mówi, że ma jakieś dodatkowe prace, chodzi jak w kołowrotku i jest zmęczona, ja mówię, że wracam późno i siadam do pracy, i że nie mam za bardzo czasu. I wtedy pada fundamentalne pytanie, najważniejsze, dotyczące istoty życia i istnienia.
TO KIEDY TY ROBISZ OBIAD?

***

Jadę pociągiem. Za oknem jezioro. Jakieś dziecko krzyczy z zachwytem:
– Patrz! Ocean!
Podoba mi się ten rozmach myślenia.

***

– Siemaneczko, tymczasik – zakończył rozmowę telefoniczną młodzieniec w autobusie.

***

Czasy się zmieniają.
Znajoma siedmiolatka zakrzyknęła ostatnio:
– Ale Pani ma farta, że Pani ma jabłko, a ja muszę zjeść tego lizaka!
Faktycznie, fart.

***

Wpadł mi do głowy tytuł nowej książki. „Nieudacznicy”.
Materiałów dostarczam sobie sama. Ot, przykład pierwszy z brzegu. Spędziłam weekend u rodziny, pakuję się, na biurku leży ładowarka. Pytam męża kilkukrotnie, czy to na pewno nie jego, żeby nie zapomniał zabrać. On zaprzecza. Stwierdzam, że pewnie jest to sprzęt mojego brata, zostawiam, odjeżdżam.
Po przejechaniu 200 km okazuje się, że pozostawiona ładowarka jest moja. Nie poznałam jej.
Brawo.

***

Mój slownik w telefonie jest grzeczniejszy niż ja. Kiedy chcę napisać, że ktoś jest chamem, telefon sam z siebie zamienia na Chanel.

***

Jak człowiek ma fatalną pamięć, to wszystko może go pozytywnie zaskoczyć.
W internetowej konwersacji z kuzynką znalazłam fotkę z uczniowskiego zeszytu. Bardzo ciekawa notatka z języka polskiego.
Myślę sobie: Wow, ale kreatywna polonistka! Świetny pomysł!
A potem uzmysławiam sobie, że to zeszyt mojego ucznia.

***

Skrawki rodzinne znajdziecie tutaj, a pierwsze skrawki tutaj.

Masz zadanie: napisz do kogoś list

Niedawno czytałam listy Mrożka. Podziwiam, że mimo swojej zajętości miał czas na pisanie listów do swoich przyjaciół. Musiał to robić – w tamtych czasach nie mógł ot tak, zadzwonić albo wysłać maila z wynurzeniami i szczegółowymi instrukcjami.

Zatęskniłam za tamtymi czasami. Teraz jest szybciej i wygodniej, ale czy dzięki temu piszemy do siebie więcej? Nie wydaje mi się.

***

Kilkanaście lat temu korespondowałam z moją kuzynką, która przyjeżdżała na wakacje. Zostały mi po niej listy związane gumką czy tasiemką, świadectwo tego, co zajmowało nasze myśli we wczesnej młodości. Nie tykam tego, bo to są po prostu wynurzenia nastolatek, ale świadczyły o pewnej zażyłości, więzi, staraniu.
Ale!
Miałam też listowny związek z pewnym chłopakiem, który mieszkał sto kilometrów dalej. Z bijącym sercem otwierałam kolejne koperty i czytałam jego epistoły. Pamiętam jego pismo do dziś.

***

Pisanie listu wymaga przygotowań i zachodu. Trzeba ładnie pisać (z tym mam zawsze problem!). Trzeba zaopatrzyć się w kartki i kopertę. Trzeba iść na pocztę. Stać w kolejce po znaczek.
A przecież można wysłać e-mail. Można. Ale przyznajcie, to nie jest to samo.
No bo spójrzmy, co tutaj się dzieje:
    • zastanawiamy się nad kartką papieru,
    • przelewamy myśli, a więc musimy je skonstruować,
    • decydujemy, co mamy do powiedzenia i napisania,
    • a w końcu – piszemy ręcznie (która to czynność jest bardzo wyzwalająca, serio).

Nie żebym była jakąś romantyczką, która marzy o otrzymywaniu pachnących kopert zasuszonymi kwiatkami. Bo listy pisane ręcznie kojarzą się chyba przede wszystkim w ten sposób. Niekoniecznie. Chodzi o samo napisanie do kogoś.

Na początku roku szkolnego zwykle piszę do moich uczniów list i proszę o odpowiedź. Owszem, jest to zadanie z języka polskiego, ale oprócz tego to znacznie więcej. Okazja, by się lepiej poznać. Komunikacja jeden na jeden. Tworzenie więzi. Jest to coś osobistego, co daję i dostaję. Jest tajemnica korespondencji. Jest staranie i myślenie o tej drugiej osobie.
W tym roku też to zrobię.

***

Wstydliwie przyznaję, że codziennie zaglądam do skrzynki pocztowej. Codziennie. Dostanie paczuszki, koperty ze znaczkiem kojarzy mi się niezwykle pozytywnie. I bardzo mi tego brakuje.

13 marzeń

Ostatnio w telewizji natknęłam się na kolejnego młodego polskiego artystę, który wyśpiewywał, że marzenia się spełniają, tylko trzeba mocno w nie wierzyć.
Internet na to odpowiada, że marzenia się nie spełniają. Marzenia się spełnia.
Zdrowy rozsądek dodaje, że prócz wiary potrzebne jest jeszcze działanie.

***

Już nawet samo słowo jest wyświechtane. Marzenia. No, jeszcze miłość. Spłycane, wyświechtane pojęcia. Jak nie wiesz, o czym napisać i zaśpiewać, to zawsze możesz o tym, że marzenia się spełniają, tylko trzeba… i tak dalej.
Dobra, to może nie marzenia. Nazwijmy to celami do osiągnięcia. Albo listą rzeczy do zrobienia (przed śmiercią). Wishlist. To-do-list. Before I die.
Moja prywatna lista jest dość długa i nie do końca realna, ale tutaj mogę się podzielić 13 rzeczami, które chciałam albo które bym chciała.

Oto moje 13 marzeń.

1. Wydać książkę.
Zaczynam od tego, bo to było koronne marzenie. Zawsze na pierwszym miejscu. W sumie trwało to kilka lat. Starałam się o to, dopracowywałam tekst, szukałam wydawnictw, konsultowałam się z Ludźmi, Którzy Się Znają, pisałam maile, przypominałam się, wchodziłam na grupy pisarskie, potem współpraca z moim wydawcą również była pełna przygód i wyzwań. No i mam. Wydałam książkę. Myślałam o tym, że po czymś takim to już można umierać, spełnione życie i wszystko, ale teraz przemyślałam sprawę i jednak może jeszcze chwilę pożyję. Jest jeszcze parę rzeczy do napisania.

2. Nauczyć się pływać.
Myślałam sobie, że się nie nauczę, ale dostałam prezent – karnet i lekcje z instruktorem, który był taaak cierpliwy i utalentowany dydaktycznie, że wziął i mnie nauczył. Sama pewnie bym się nie odważyła.

3. Nauczyć się robić suflet.
Zrobiłam, ale nie mogę powiedzieć, że umiem go robić. Opadł. Opadły i mi ręce. Ale może kiedyś się uda. Widzicie, marzenia do spełnienia to nie tylko wielkie rzeczy typu dostanie Nobla. To też na przykład taki suflecik, który nie opadnie.

4. Jechać do Prania.
Byłam! Teraz zawsze podczas lekcji o poezji Gałczyńskiego wspominam uczniom o tym muzeum i o samej leśniczówce z czerwonej cegły, pokazuję zdjęcia, opowiadam o jeziorze, drzewach, pomniku gęsi i samego poety. Bardzo miłe miejsce. Nic dziwnego, że Gałczyński lubił tam przebywać i że tam pisał jak zawzięty.

5. Ścianka wspinaczkowa.
Marzyłam o tym dobre kilka lat. Okazało się, że to jest (na ten moment) nie dla mnie. Mam lęk wysokości i więcej było z tego stresu niż satysfakcji. Ale spróbowałam.

6. Posadzić drzewo.
Najpierw dostałam drzewko i posadziłam je w ogródku. Potem posadziłam cały las. A rok później jeszcze jeden. Za każdym razem, kiedy słyszę o jakiejś bezsensownej wycince, boli mnie w środku, więc robię coś, by bilans drzew się zgadzał. Zostawię po sobie drzewa i książkę. Mi pasuje.

7. Wykąpać się zimą w morzu. Iść do fińskiej sauny i potem wskoczyć do jeziora.
Pociągają mnie takie ekstremalne przeżycia, chociaż jak mam zmienić strumień wody pod prysznicem z ciepłej na lodowatą, to już nie jestem takim chojrakiem.

8. Nauczyć się rozpalać ognisko.
Dobra, wstydliwe wyznanie. Nie umiem rozpalać ognisk. Uczestniczę w ogniskach co najmniej raz w miesiącu, ale od rozpalania ognia mam w moim domu specjalistę. Kiedyś też się tego nauczę.

9. Przejechać Green Velo (Wschodnim Szlakiem Rowerowym).
Popatrzcie sobie na te szlaki. Jak można nie chcieć tamtędy pojechać???

10. Tydzień na żaglach albo spływ kajakowy.
Jeziora działają na mnie uspokajająco, a kręta rzeka jest zawsze sporym wyzwaniem. Kilkudniowa wyprawa albo spływ to musi być świetna przygoda!

11. Oddać szpik.
Co może być lepszego niż uratowanie komuś życia? Jeśli chcecie dołączyć do bazy dawców szpiku, to tutaj są szczegóły.

12. Wystąpić w radiu.
Owszem, stresowe sytuacje powodują u mnie zapominanie słów, ale chciałabym wejść do studia i zobaczyć, jak się nagrywa program. Porozmawiać przy mikrofonie na jakiś miły temat albo chociaż coś przeczytać. Spróbuję coś w tym kierunku zrobić, może się uda. Chciałabym.

13. Litwa, Łotwa i Estonia.
Jestem tam teraz. Pozdrawiam!

Raport z połowy lipca

Otóż, moi Drodzy, mogłabym napisać, że nuda i nic się nie dzieje. W głowie pustka, pomysły na wpisy i kolejne książki przychodzą i odchodzą, skrytykowane przez wściekłego krytyka w mojej własnej głowie.

Dwa lata temu miałam chyba najbardziej inspirujące wakacje w życiu, ale – muszę przyznać – w tym też się dzieje.
No bo popatrzcie sami:

  • Pracuję – opiekuję się cudzymi tekstami i cudzymi dziećmi (w tym: jeżdżę na wycieczki, łażę po kopalniach, bibliotekach, pałacykach, muzeach).
  • Codziennie rysuję jeden rysunek.
  • Odkrywam miasto na nowo. Oprowadzam po nim i jestem oprowadzana. Mogę się zachwycić, spojrzeć oczami przybysza i dowiedzieć się więcej.
  • Spotykam inspirujących ludzi, wolnych wewnętrznie i otwartych na nowe wyzwania. Spotykam też zamkniętych w swoich poglądach, ale liczę na to, że się kiedyś otworzą. Albo że przynajmniej nie będę musiała z nimi często rozmawiać.
  • Czytam zachłannie. Książka o lektorze z metra, ratującym skrawki książek przed recyklingiem; książka o Cukinii – chłopcu z przytułka, który chciał zastrzelić niebo, ale zastrzelił mamę; książka o węgierskim Żydzie, który przyjechał do pracy, a trafił do Auschwitz. Jedna po drugiej, póki mam czas, póki nic innego nie zabiera myśli.
  • Oglądam seriale. Stranger things 3 jest jak spotkanie ze starymi znajomymi, którzy trochę urośli i przechodzą właśnie mutację. The act jest jak najlepszy thriller, bo z życia wzięty. Good place jest jak odskocznia od myślenia (też potrzebna).
  • Przechodzę przyspieszony kurs promocji książki. O, na przykład założyłam jej profil.

Na razie tyle. To dopiero jedna czwarta wakacji, zaledwie połowa lipca. Z chęcią dopiszę do tej listy punkt pod tytułem: podróżuję.

Wpis na cześć minionej dekady

Godziny wspólnie obejrzanych seriali, kilometry przejechanych dróg, przechodzonych ścieżek, tysiące wysłuchanych taktów. Czytane sobie cytaty.
Ej, zobacz, to ciekawe. Przeczytaj. Obejrzyj. Obejrzymy razem?

Jesteśmy entuzjastycznymi świadkami i towarzyszami wzajemnego dojrzewania, zmian, rozwoju, odważnych decyzji. Ręka w rękę. Ja zmieniam pracę, Ty zmieniasz. Ja się uczę czegoś nowego, Ty stwierdzasz, że to nie to i szukasz innej drogi. Szukamy więc, otwieramy się na nowe możliwości i odkrywamy w sobie oceany pasji, zaangażowania, chęci nauczenia się czegoś nowego.

Bo i on uczy się przez całe życie, a im więcej wiedzy posiadł, tym więcej rzeczy go ciekawi.

***

Zastygnięte pozy, bo robimy zdjęcie. Wstawanie o czwartej rano, bo poranne mgły. Czekanie na słońce. Czekanie na odprawę. Czekanie na koncert zespołu.

Dziesięć lat temu oboje byliśmy inni, ale na tyle podobni, że wzajemnie zwróciliśmy na siebie uwagę. Mieliśmy wspólne zainteresowania: podobały mi się jego fotografie, podróżowanie, muzyka, wrażliwość i twarde stąpanie po ziemi.

***

Bywamy niepoważni, bywamy patologiczni, śmieszni jak drugoplanowi bohaterowie z filmów Curtisa (kojarzycie tych nieudaczników? To my własnie). Nie należy brać nas serio.

Gniewamy się i godzimy. Obrażamy i obnażamy. Jesteśmy najbardziej prawdziwi przy sobie, najgorsi i najlepsi. Najbardziej odsłonięci.
Patrzymy z błyskiem. Wyznajemy miłość staropolszczyzną. Uczymy się szczerości do głębi i totalnego zaufania. Najgłębszej przyjaźni.

***

Dziesięć lat temu poznałam człowieka, który siedem lat temu został moim mężem.
Niczego nie żałuję.

O czym są „Bielskie profesje”?

„Bielskie profesje” to zbiór fikcyjnych zawodów, które mogłyby istnieć w przestrzeni miasta, by dyskretnie polepszyć życie jego mieszkańców. Zbiór zawiera czterdzieści trzy profesje, a wśród nich jest na przykład człowiek, który rozplątuje wierzbowe gałązki, Rozdeptywacz Suchych Liści, Trener Gołębi czy Psycholog Bankomatów.
Albo taki Klatkowy Latarnik.

latarnik1

Tu jeszcze z poprawkami. Zamysł już widać. Po jednej stronie tekst, po drugiej ilustracja Basi Kędzierskiej.

***

Muszę przyznać, że to miasto od samego początku było dla mnie mocno inspirujące. Malownicze trasy, miłe zakątki, charakterystyczne miejsca, przepiękne kamienice i dworki, okalające góry, rzeka, która dzieli, ale też łączy. Można chodzić i się rozglądać, zachwycać albo zamyślać.

Kiedy w 2011 roku zamieszkałam w Bielsku-Białej, przeszłam to miasto wzdłuż i wszerz. Pieszo. Najpierw z mapą i cv, a potem do pracy.  Chodziłam, a profesje wpadały mi do głowy, a potem jedna po drugiej skapywały do notatnika, kap, kap, kap. Bez cenzury, bez poważnych planów, co z tym zrobię. Wewnętrzny cenzor zajął się innymi tekstami, a więc profesje chyłkiem przychodziły mi do głowy, zadomowiły się w notatkach i w pliku tekstowym, aż w końcu ułożyły się w zgrabny zbiorek.

W czerwcu druk. Już nie mogę się doczekać!

Odczarowanie artysty

Byłam na koncercie. Multiinstrumentalista, założyciel kilku zespołów, grający pod własnym nazwiskiem, producent, wokalista… Żartował, że nagrał kilkaset albumów i jest z czego wybierać do słuchania i grania.

Bardzo podziwiam osoby twórcze i tak bardzo płodne artystycznie. Tak twócze, że ich kreatywność przyprawia mnie o zawrót głowy. Muzycy, którzy prócz zespołu mają też projekty solowe i poboczne, a w międzyczasie robią jeszcze coś innego.
Długo czułam się brzydkim kaczątkiem środowiska artystycznego.
Tak bardzo chciałam więcej pisać.
A tymczasem nie zawsze chodzi o to, by pisać dużo.

To chcę dać światu (jeśli w ogóle mogę tutaj uderzać w tak wysoki ton) – kawałek wzruszenia i zastanowienia. Jeśli już mogę dać światu cokolwiek – to właśnie to. Kilka zgrabnie złożonych zdań, nad którymi ktoś się zatrzyma.

***

Określenie „artysta” poznałam, kiedy byłam mała. Słowo wymawiane przez moich rodziców z lekceważeniem, drwiną, śmiechem. Wiecie, kim jest artysta? To wykolejeniec, dziwak, alkoholik. Znam takiego jednego artystę – śpiewak operowy, który przepił wszystko i teraz śpi z psami. Tacy właśnie są artyści, nieobliczalni.
Ja sama artystką byłam nazywana, kiedy coś udziwniłam lub zrobiłam inaczej, na przykład zawiązałam sobie kokardkę na głowie i wszyscy się śmiali. Ot, artystka, wariatka, dziwaczka.

***

A po czymś takim trudno się było przyznać, że się jednak ma artystyczne ciągoty. Że jedyna etykietka, która mnie nie parzy w skórę i nie drażni, to ta właśnie. Pani od słów, artystka.
I kilkanaście lat później muszę tego przeklętego artystę odczarować w głowie.

***

Artystyczne podejście ma ten, kto tak patrzy na świat. Komu miła jest estetyka. Kto zwraca uwagę na niuanse, kolory, brzmienie słów, kadry. Kto nie chce robić byle czego. Kto ceni niebylejakość.

Przeczytałam dwie biblie dla ludzi tworzących. Kreatywność i sztuka to żaden wstyd. Często to naturalna potrzeba człowieka, nie tylko tego, który zarabi, tworząc, ale też tego, który lubi mieć ładnie w domu, który lubi po pracy zrobić coś małego i miłego. Posłuchać dobrej muzyki, pośpiewać, pooglądać zdjęcia czy albumy z malarstwem. Kto zatrzyma się przed ładnym muralem. Zrobi coś na drutach, ułoży ładnie magnesy na lodówce.

***

Szczerze nie cierpię sentymentalizmu, pretensjonalności i egzaltowania. Nie chcę być nazywana piękną istotą piszącą czy utożsamiana z uduchowioną dziwaczką. Po prostu piszę. Nie jest to żadne boskie natchnienie. Mam pomysły, zapisuję albo zapominam. Czasem pisze się lepiej, czasem gorzej. Czasem wewnętrzna cenzura nie przepuszcza, czasem rozpaczliwie szukam tematów i pomysłów, burcząc w głowie, że nie mam kompletnie nic do powiedzenia.

Najważniejsze jest jednak to, że to pragnienie siedzi w człowieku i pewne rzeczy chcą być napisane, opowiedziane, pokazane komuś, by się przekonać, czy ktoś inny myśli tak, samo czy to samo zauważa, co o tym sądzi i czy ma podobną wrażliwość.

Żaden to wstyd – być artystą.

1 2 3 6