Raport z połowy lipca

Otóż, moi Drodzy, mogłabym napisać, że nuda i nic się nie dzieje. W głowie pustka, pomysły na wpisy i kolejne książki przychodzą i odchodzą, skrytykowane przez wściekłego krytyka w mojej własnej głowie.

Dwa lata temu miałam chyba najbardziej inspirujące wakacje w życiu, ale – muszę przyznać – w tym też się dzieje.
No bo popatrzcie sami:

  • Pracuję – opiekuję się cudzymi tekstami i cudzymi dziećmi (w tym: jeżdżę na wycieczki, łażę po kopalniach, bibliotekach, pałacykach, muzeach).
  • Codziennie rysuję jeden rysunek.
  • Odkrywam miasto na nowo. Oprowadzam po nim i jestem oprowadzana. Mogę się zachwycić, spojrzeć oczami przybysza i dowiedzieć się więcej.
  • Spotykam inspirujących ludzi, wolnych wewnętrznie i otwartych na nowe wyzwania. Spotykam też zamkniętych w swoich poglądach, ale liczę na to, że się kiedyś otworzą. Albo że przynajmniej nie będę musiała z nimi często rozmawiać.
  • Czytam zachłannie. Książka o lektorze z metra, ratującym skrawki książek przed recyklingiem; książka o Cukinii – chłopcu z przytułka, który chciał zastrzelić niebo, ale zastrzelił mamę; książka o węgierskim Żydzie, który przyjechał do pracy, a trafił do Auschwitz. Jedna po drugiej, póki mam czas, póki nic innego nie zabiera myśli.
  • Oglądam seriale. Stranger things 3 jest jak spotkanie ze starymi znajomymi, którzy trochę urośli i przechodzą właśnie mutację. The act jest jak najlepszy thriller, bo z życia wzięty. Good place jest jak odskocznia od myślenia (też potrzebna).
  • Przechodzę przyspieszony kurs promocji książki. O, na przykład założyłam jej profil.

Na razie tyle. To dopiero jedna czwarta wakacji, zaledwie połowa lipca. Z chęcią dopiszę do tej listy punkt pod tytułem: podróżuję.

Wpis na cześć minionej dekady

Godziny wspólnie obejrzanych seriali, kilometry przejechanych dróg, przechodzonych ścieżek, tysiące wysłuchanych taktów. Czytane sobie cytaty.
Ej, zobacz, to ciekawe. Przeczytaj. Obejrzyj. Obejrzymy razem?

Jesteśmy entuzjastycznymi świadkami i towarzyszami wzajemnego dojrzewania, zmian, rozwoju, odważnych decyzji. Ręka w rękę. Ja zmieniam pracę, Ty zmieniasz. Ja się uczę czegoś nowego, Ty stwierdzasz, że to nie to i szukasz innej drogi. Szukamy więc, otwieramy się na nowe możliwości i odkrywamy w sobie oceany pasji, zaangażowania, chęci nauczenia się czegoś nowego.

Bo i on uczy się przez całe życie, a im więcej wiedzy posiadł, tym więcej rzeczy go ciekawi.

***

Zastygnięte pozy, bo robimy zdjęcie. Wstawanie o czwartej rano, bo poranne mgły. Czekanie na słońce. Czekanie na odprawę. Czekanie na koncert zespołu.

Dziesięć lat temu oboje byliśmy inni, ale na tyle podobni, że wzajemnie zwróciliśmy na siebie uwagę. Mieliśmy wspólne zainteresowania: podobały mi się jego fotografie, podróżowanie, muzyka, wrażliwość i twarde stąpanie po ziemi.

***

Bywamy niepoważni, bywamy patologiczni, śmieszni jak drugoplanowi bohaterowie z filmów Curtisa (kojarzycie tych nieudaczników? To my własnie). Nie należy brać nas serio.

Gniewamy się i godzimy. Obrażamy i obnażamy. Jesteśmy najbardziej prawdziwi przy sobie, najgorsi i najlepsi. Najbardziej odsłonięci.
Patrzymy z błyskiem. Wyznajemy miłość staropolszczyzną. Uczymy się szczerości do głębi i totalnego zaufania. Najgłębszej przyjaźni.

***

Dziesięć lat temu poznałam człowieka, który siedem lat temu został moim mężem.
Niczego nie żałuję.

O czym są „Bielskie profesje”?

„Bielskie profesje” to zbiór fikcyjnych zawodów, które mogłyby istnieć w przestrzeni miasta, by dyskretnie polepszyć życie jego mieszkańców. Zbiór zawiera czterdzieści trzy profesje, a wśród nich jest na przykład człowiek, który rozplątuje wierzbowe gałązki, Rozdeptywacz Suchych Liści, Trener Gołębi czy Psycholog Bankomatów.
Albo taki Klatkowy Latarnik.

latarnik1

Tu jeszcze z poprawkami. Zamysł już widać. Po jednej stronie tekst, po drugiej ilustracja Basi Kędzierskiej.

***

Muszę przyznać, że to miasto od samego początku było dla mnie mocno inspirujące. Malownicze trasy, miłe zakątki, charakterystyczne miejsca, przepiękne kamienice i dworki, okalające góry, rzeka, która dzieli, ale też łączy. Można chodzić i się rozglądać, zachwycać albo zamyślać.

Kiedy w 2011 roku zamieszkałam w Bielsku-Białej, przeszłam to miasto wzdłuż i wszerz. Pieszo. Najpierw z mapą i cv, a potem do pracy.  Chodziłam, a profesje wpadały mi do głowy, a potem jedna po drugiej skapywały do notatnika, kap, kap, kap. Bez cenzury, bez poważnych planów, co z tym zrobię. Wewnętrzny cenzor zajął się innymi tekstami, a więc profesje chyłkiem przychodziły mi do głowy, zadomowiły się w notatkach i w pliku tekstowym, aż w końcu ułożyły się w zgrabny zbiorek.

W czerwcu druk. Już nie mogę się doczekać!

Odczarowanie artysty

Byłam na koncercie. Multiinstrumentalista, założyciel kilku zespołów, grający pod własnym nazwiskiem, producent, wokalista… Żartował, że nagrał kilkaset albumów i jest z czego wybierać do słuchania i grania.

Bardzo podziwiam osoby twórcze i tak bardzo płodne artystycznie. Tak twócze, że ich kreatywność przyprawia mnie o zawrót głowy. Muzycy, którzy prócz zespołu mają też projekty solowe i poboczne, a w międzyczasie robią jeszcze coś innego.
Długo czułam się brzydkim kaczątkiem środowiska artystycznego.
Tak bardzo chciałam więcej pisać.
A tymczasem nie zawsze chodzi o to, by pisać dużo.

To chcę dać światu (jeśli w ogóle mogę tutaj uderzać w tak wysoki ton) – kawałek wzruszenia i zastanowienia. Jeśli już mogę dać światu cokolwiek – to właśnie to. Kilka zgrabnie złożonych zdań, nad którymi ktoś się zatrzyma.

***

Określenie „artysta” poznałam, kiedy byłam mała. Słowo wymawiane przez moich rodziców z lekceważeniem, drwiną, śmiechem. Wiecie, kim jest artysta? To wykolejeniec, dziwak, alkoholik. Znam takiego jednego artystę – śpiewak operowy, który przepił wszystko i teraz śpi z psami. Tacy właśnie są artyści, nieobliczalni.
Ja sama artystką byłam nazywana, kiedy coś udziwniłam lub zrobiłam inaczej, na przykład zawiązałam sobie kokardkę na głowie i wszyscy się śmiali. Ot, artystka, wariatka, dziwaczka.

***

A po czymś takim trudno się było przyznać, że się jednak ma artystyczne ciągoty. Że jedyna etykietka, która mnie nie parzy w skórę i nie drażni, to ta właśnie. Pani od słów, artystka.
I kilkanaście lat później muszę tego przeklętego artystę odczarować w głowie.

***

Artystyczne podejście ma ten, kto tak patrzy na świat. Komu miła jest estetyka. Kto zwraca uwagę na niuanse, kolory, brzmienie słów, kadry. Kto nie chce robić byle czego. Kto ceni niebylejakość.

Przeczytałam dwie biblie dla ludzi tworzących. Kreatywność i sztuka to żaden wstyd. Często to naturalna potrzeba człowieka, nie tylko tego, który zarabi, tworząc, ale też tego, który lubi mieć ładnie w domu, który lubi po pracy zrobić coś małego i miłego. Posłuchać dobrej muzyki, pośpiewać, pooglądać zdjęcia czy albumy z malarstwem. Kto zatrzyma się przed ładnym muralem. Zrobi coś na drutach, ułoży ładnie magnesy na lodówce.

***

Szczerze nie cierpię sentymentalizmu, pretensjonalności i egzaltowania. Nie chcę być nazywana piękną istotą piszącą czy utożsamiana z uduchowioną dziwaczką. Po prostu piszę. Nie jest to żadne boskie natchnienie. Mam pomysły, zapisuję albo zapominam. Czasem pisze się lepiej, czasem gorzej. Czasem wewnętrzna cenzura nie przepuszcza, czasem rozpaczliwie szukam tematów i pomysłów, burcząc w głowie, że nie mam kompletnie nic do powiedzenia.

Najważniejsze jest jednak to, że to pragnienie siedzi w człowieku i pewne rzeczy chcą być napisane, opowiedziane, pokazane komuś, by się przekonać, czy ktoś inny myśli tak, samo czy to samo zauważa, co o tym sądzi i czy ma podobną wrażliwość.

Żaden to wstyd – być artystą.

35 myśli na 35-lecie

Mam dzisiaj urodziny. Wymyśliłam więc 35 myśli na 35-lecie, trochę podsumowanie, trochę spis luźnych refleksji. Pomysł nie jest oryginalny, ale to trochę jak z opowieściami. Każdy ma swoją opowieść i swój sposób jej przedstawienia, nawet jeśli jest to kolejna historia o miłości, śmierci i szukaniu siebie.
U mnie będzie po prostu o byciu trzydziestopięciolatką.

  1. 35 lat to już jakby połowa życia. Albo nawet po połowie. Nie spodziewam się długiego żywota. Mogę umrzeć koło sześćdziesiątki jak moja babcia, mogę żyć do setki jak mój dziadek. Zdarzają się też wypadki i choroby, więc nie należy się na nic nastawiać.
  2. Tym bardziej nie należy odkładać życia „na emeryturę”. Chodzi o podejście, że na emeryturze przeczytam te wszystkie książki i obejrzę filmy, spełnię marzenia i tak dalej. Cóż, do emerytury ta kupka książek do przeczytania i filmów do obejrzenia może się zamienić w wielką górę.
  3. Po drugie – czy będę miała dobry wzrok i w ogóle taką możliwość, by to wszystko przeczytać i obejrzeć?
  4. Po trzecie, któż to wie, ile ta emerytura właściwie będzie wynosiła? Czy będzie mnie stać na kupno jakiegokolwiek dobra kultury?
  5. O marzenia należy walczyć. Zrobić coś, by je spełnić. I to szybko. W przeciwnym razie mogą się przeterminować.
  6. Jak śpiewała Edith Piaf: żyć tak, żeby nie żałować niczego. Co prawda życie mam dość nudne, ale idę konsekwentnie swoją drogą, swoimi ulubionymi, wydeptanymi ścieżkami, dobrze znam siebie i wiem, co mnie usatysfakcjonuje.
  7. Na przykład takie studiowanie. Nawet jeśli żałowałam pójścia na drugie studia i męczyłam się okropnie na zajęciach, które mnie niezbyt interesowały, to w ostatecznym rozrachunku właśnie te studia otwierały mi drogę do pracy. Więc teraz już ich nie żałuję.
  8. Przydała się również nauka greckiego i zachowany w portfelu gruziński bilet kolejowy. Zawsze pokazuję go na zajęciach z alfabetu. Zawsze robi wrażenie.
  9. Przełomowe momenty w moim życiu to przede wszystkim rozpoczęcie studiów i przeprowadzka do mojego obecnego miejsca zamieszkania. Przez pół Polski. Warto było. Miasto jest inspirujące, ludzie serdeczni, secesja i dookoła góry, czego chcieć więcej?
  10. Mam pozytywne podejście do świata. W ludziach widzę dobre intencje, jestem ufna (no dobra, nazwijmy to wprost: naiwna), narzekanie uważam za stratę czasu, nie chcę się denerwować, więc oglądam mało telewizji. Polecam takie podejście. Dobroduszne jak hobbit.
  11. No i najlepiej mieć pełną spiżarnię.
  12. Oraz od czasu do czasu jakieś przygody i podróże.
  13. Po trzydziestce, a już zwłaszcza po trzydziestce piątce, przestaje mi zależeć, by sprostać wszelkim wymaganiom. I dobrze, im szybciej, tym lepiej.
  14. Niektórzy ten bunt przeżywają w wieku lat piętnastu lub dwudziestu. U mnie to odbywa się powoli, metodycznie, w sposób przemyślany, ale dzięki temu nie ma ofiar w ludziach i relacjach.
  15. Miałam kiedyś potrzebę celebrowania urodzin, czucia się wyjątkowo. Obecnie marzę bardziej o wysypianiu się i wiośnie. Niech ta wiosna w końcu przyjdzie!
  16. Nie należy być wobec samego siebie zbyt wymagającym. Ani zbyt okrutnym. Uważam, że należy traktować się trochę jak dziecko, którym należy się opiekować, być wyrozumiałym i mówić mu miłe rzeczy.
  17. Mądre dbanie o siebie to jedna z lepszych rzeczy, jakie można dać swojemu ciału, to także sposób na poprawę samopoczucia. Im jesteśmy lepsi dla siebie, tym jesteśmy lepsi dla innych. Dlatego kupiłam sobie urodzinowy peeling bananowo-agrestowy. Teraz pachnę jak guma do żucia albo jak sałatka owocowa. Od razu mam lepszy humor.
  18. W tym wieku należy inwestować w kremy 30+ lub 35+, mówili. Z pewną obawą i lekkim obrzydzeniem wybrałam specyfik na bazie śluzu ślimaka, dermatolodzy się zachwycają, a ja w sumie to ostatnio jadłam omułki, a że trzeba być otwartym na nowe… Otworzyłam swój portfel i swoją głowę, oddałam swoją twarz domniemanej ślimaczanej dobroci. Niestety, poczułam, że ten ślimak przelazł mi przez twarz i pozostawił na niej niesmak, poczucie stężenia, ściągnięcia, dyskomfortu. Ślimaczy twarzowy eksperyment uważam za nieudany.
  19. Gubię rzęsy. Czy można być lekko łysawym na powiece? Łysiejącym wokół oczu?
  20. Zmarszczki wokół oczu bardzo lubię. Moja mama takie ma i to oznacza, że się dużo uśmiecha. Ja też zaczynam takie mieć i też się dużo uśmiecham. Jak się nie uśmiecham, to uczniowie czują się zaniepokojeni.
  21. Pracuję twarzą. Robię głupie miny, zdziwione oczy, unoszę albo marszczę brwi. To wszystko ma służyć sprawnej komunikacji niewerbalnej. O dziwo, na lekcjach jest to w mig odczytywane.
  22. Gdy patrzę na siebie sprzed dziesięciu lat (choćby na zdjęciach), to na pewno bym się dzisiaj nie polubiła.
  23. Jak będę już całkiem siwa, to obetnę włosy na krótko i przestanę farbować. Podziwiam starsze panie z białymi, krótkimi włosami. No chyba że osiwieję na siwo. Wtedy lipa, znowu trzeba będzie farbować.
  24. Gdy sobie uświadamiam, że coś się wydarzyło DWADZIEŚCIA PIĘĆ lat temu, to czuję się stara. Choć generalnie taka się nie czuję.
  25. Znana jest prawda, że mamy tyle lat, na ile się czujemy. Wiadomo, lepiej czuć się młodo i otaczać się ludźmi, którzy tak się czują. Dlatego chodzę w czerwonych trampkach (no, również dlatego, że po prostu mi się podobają).
  26. Znam czterdziesto- i pięćdziesięciolatków, który są tak młodzi duchem, spontaniczni, otwarci i radośni, że tylko pozazdrościć i brać przykład.
  27. Czytam obecnie Knausgarda i dziwię się, jak w wieku 39 lat można napisać ośmiotomową biografię. Ja bym swoje życie streściła w jakiejś nowelce.
  28. To kwestia skromności. Po prostu uważam, że nie ma sensu zawracać ludziom głowy nieciekawymi historiami z mojego życia. Moje nudne życie całkowicie mi odpowiada, ale nie wszystkich musi interesować.
  29. Najlepsze są niespodzianki i niespotykane prezenty. Do tej pory pamiętam, dostałam kiedyś wiersz.
  30. Dostałam też kiedyś ramkę na zdjęcie z rysunkiem i wyznaniem, że cała klasa mnie lubi, cała szkoła i całe miasto. Czy może być coś bardziej uroczego?
  31. W tym roku też dostałam laurkę. Były w niej życzenia niekończącej się biblioteki.
  32. Oryginalnym prezentem było drzewo. Obecnie jestem absolutnie zafiksowana na punkcie sadzenia drzew i uważam to za cudowne doświadczenie. W weekendy spokojnie mogłabym być leśnikiem.
  33. Jedna z milszych rzeczy, która mi się przydarzyła w życiu, to wieloletnia przyjaźń. To jest naprawdę fantastyczne – przez połowę życia znać kogoś, widzieć jego przemiany i mieć towarzysza w swoich.
  34. No i zawsze jest miło dostawać życzenia od tak bliskiej osoby. Ona zawsze wie, czego mi trzeba. Zawsze trafia w punkt.
  35. Myślę, że kiedyś jeszcze wymyślę sobie zawód. Jeszcze nie postanowiłam, kim będę, kiedy dorosnę.

_DSC9198_DxO

(Fot. Zosia LS)

O, to już koniec roku!

Po czym poznać, że zbliża się koniec roku? Po podsumowaniach w internecie.

A, przepraszam, najpierw było zlecenie na szybko, bo „musimy rozliczyć tegoroczny budżet”. Potem dopiero podsumowania: głosowanie w Ubieraj się klasycznie („Jak to, już???”), nowo wybrane młodzieżowe słowo roku (nieszczęsne iksde jest w naszej świadomości już od roku, niechże zostanie zapomniane i przykryte… chociażby prestiżowym dzbanem), przymierzanie się do Paździerzy Roku u Sfilmowanych.

No i przyszły kartki świąteczne.

Nie wiem, na czym polega fenomen grudniowych podsumowań (dla mnie to trochę sztuczny podział) – być może chodzi o to, byśmy się zatrzymali i pozwolili sobie na chwilę refleksji. Byśmy żyli bardziej świadomie, przypatrzyli się swoim decyzjom i ich skutkom. Docenili, ile mamy. Ludzi, którzy są blisko i na których możemy liczyć. Zdrowie. Pasje. Wymarzony dom.

Przyznam, że nie mam dalekosiężnych i spektakularnych planów i każdy rok wydaje się ostatni, ale chyba pierwszy raz w życiu przywitam z radością to, co wraz z nim przyjdzie.

Wpis okolicznościowy na pierwszy dzień jesieni

Czeremchowa jest mocno jesienna. Nie mogę się powstrzymać, by nie pisać o jesieni. Znowu przyszła.

Dałam się namówić blogerkom kulinarnym i tak jak one zrobiłam ciasto marchewkowe (tęskniłam za zapachem ciasta z cynamonem i kardamonem, z garściami bakalii zamiast szklanki cukru, tęskniłam za ciepłymi okruszkami na talerzyku w kwiatki). Kupiłam dynię, bo ostatnio ktoś mnie zachwycił dynią z patelni z serem i teraz robię tak samo. Robię gęste warzywne gulasze i gorące zupy. Najtańsza w roku i niezawodna cukinia. Bakłażan o zniewalającym kolorze*. Chrupiąca słona ciecierzyca z patelni. Pachnące pomidorki z ogródka, mięsiste, kwaśno-słodkie, fikuśne dojrzałe kuleczki.

Nie wiem, czy kiedykolwiek to pisałam, ale jestem szaloną zwolenniczką dodawania warzyw do niemal każdego dania i generalnej przewagi warzyw na talerzu (tak naprawdę jestem łasuchem jak się patrzy, ale jak widać po cieście marchewkowym, to wszystko da się połączyć).

Mam bordowe paznokcie, ciemnozieloną sukienkę, byłam na spacerze ucieszyć się jesienią. Dobrze, że już jest. Tęskniłam za otulaniem się swetrami, za długimi butami, ciepłymi rajstopami. Już mam dość tych cienkich sukienek i koszulek, a opalanie się, odsłanianie ciała i pocenie jest przereklamowane. Opalanie mija się z celem, jest mocno kulturowe, bezsensowne ze zdrowotnego punktu widzenia.

Co innego jesień. Chłodna, a chłód jest zdrowszy niż skwar i upał. Ubranie na cebulkę, herbata z cytryną i jestem gotowa witać nową-starą (dobrą) porę roku.

drzewo

*Zawsze mi żal, że bakłażan po ugotowaniu zamienia się w burą gąbkę.

Dlaczego zaczęłam prowadzić zabawy słowami dla dorosłych?

Co łączy windę i rozwód? Książkę i kapustę? A Mickiewicza i zszywki?
Jakie pytanie zadałbyś motylowi? Jakimi zdaniami zacząłbyś własną autobiografię? Jak opisałbyś dzień z życia kota lub chomika?
Co powstanie z połączenia odkurzacza i haczyków na ręczniki?

***

Od jakiegoś czasu organizuję kreatywne warsztaty pisania „Zabawy słowami”. Z zewnątrz wygląda to tak, że grupka ludzi spotyka się w kawiarni, wyciąga notatnik i coś do pisania, zamawia kawę i pisze… Wymyśla i pisze…  Losuje słowa, przykleja, zakreśla, koloruje, układa, dopasowuje, składa w opowieść… Potem wspólnie czytamy, interpretujemy, dzielimy się i inspirujemy. Otwieramy się na to, co nam tylko przychodzi do głowy – bez skreślania tego, bez blokady pt. „Nieee, to głupie”.

Jestem fanką kreatywności, dziwności i wychodzenia poza schematy. Właśnie! Schematy! Nie chcę uczyć schematów. Podczas warsztatów z dorosłymi nie chcę niczego uczyć. Daję zadania, z którymi uczestnicy zrobią, co zechcą. Nie mam zamiaru prowadzić klasycznej lekcji języka polskiego, bo każdy z uczestników już skończył szkołę i ten etap ma za sobą. Nie chcę uczyć, jak napisać książkę, ponieważ uważam, że moje doświadczenia są tutaj wysoce niewystarczające i każdy powinien to robić po swojemu. Owszem, redaktorzy i konsultanci mogą bardzo pomóc w ogarnięciu fabuły i bohaterów, ale organizując warsztaty kreatywnego pisania, wyobrażam je sobie raczej jako ćwiczenia niż konsultacje.

Chcę raczej dać przestrzeń do tworzenia i dzielenia się tym. Sama wiem, jak potrzeba kreatywności potrafi doskwierać i jak bardzo trzeba nam odbiorcy, czytelnika, słuchacza. Przestrzeń do tworzenia to hasło, które do mnie bardzo przemawia. W cigu dnia trudno znaleźć czas na swój rozwój, inspirowanie się. Najpierw rodzina i praca, potem pisanie. Czy nie tak to wygląda? Przychodząc na warsztaty, trzeba przeznaczyć na to czas, dojechać, zmienić plany, sprężyć się i zdążyć. To znaczy, że musi nam zależeć na pisaniu.

***

Nie chcę, by ktoś się spinał. Chcę, żeby było lekko, zabawnie (zgodnie z nazwą). Żeby do głowy wpadały najróżniejsze dziwne pomysły. Żeby się nie zamykać na żadne, nawet najgłupsze skojarzenie. Bo otwartość pociąga za sobą kolejne pomysły, i następne, i następne… Aż wpadniesz na ten właściwy i go przygarniesz do siebie, oswoisz. A jak wiadomo, Krytyk Wewnętrzny czasem może bardziej zaszkodzić niż pomóc.

Pomyślałam, że może dorośli ludzie, podobnie jak uczniowie podstawówek na zajęciach dodatkowych, chcieliby się pobawić. Słowami, skojarzeniami, znaczeniami. Spotkać się w gronie podobnych sobie i spędzić wieczór na tworzeniu, śmianiu się i wzajemnym inspirowaniu.
Za każdym razem jestem mile podbudowana tym, że są w moim mieście i okolicach ludzie, którzy też lubią pisanie i kreatywne zabawy. Uważam, że im więcej takich inicjatyw, tym ciekawiej. Uważam, że im więcej śmiechu, tym lepiej. Im więcej wyznań się podejmuje, tym potem żyje się odważniej. Czego życzę sobie i innym twórcom!

***

Więcej o pisaniu w zakładce: Praca nad tekstem.

Powrót do szarej rzeczywistości?

Wróciłam po dwutygodniowej podróży. Powrót do szarej rzeczywistości, mówili moi towarzysze. Ja tak nie uważam, ale się nie odezwałam.

Jednakże przemyślałam sprawę i ujmę to tak.

Nie uważam, żeby życie codzienne było szare. Nie uważam, że żyje się tylko od wyjazdu do wyjazdu. Nie uważam, że wyjazd jest ucieczką.

Życie to każdy poniedziałek, każde zmaganie, każda radość, każdy weekend.

Wyjazd jest urozmaiceniem życia, ale nie jest jego kwintesencją.

Ostatniego dnia przed powrotem już czuję, że czas wracać. Już mi się przypomina, do kogo i czego wracam. Pod koniec podróży zaczynam tęsknić za moim miastem. Jestem jedyną osobą, która ostatniego dnia zamiast nie jedźmy jeszcze do domu myśli: jedźmy już do domu. Nie dlatego, że mi się nie podobało, ale dlatego, że koniec podróży jest naturalnym etapem, który po prostu nadchodzi i który trzeba przyjąć. Niezależnie od tego, jak wspaniała była to podróż.

Byłam, przeżyłam, zobaczyłam, posmakowałam, nabrałam wspomnień do głowy. Moje życie codzienne na mnie czeka. Moi znajomkowie i przyjaciele. Moje książki, warsztaty, nowa praca, zlecenie. Moje cztery kąty, nowe kuchenne możliwości, ćwiczenia, za którymi mi tęskno, basen czy aktywności, jakie tylko sobie wymyślę. W podróży nie jestem u siebie, jestem tylko na chwilę. Doświadczam i wracam.

Moje życie na mnie czeka. Kategorycznie odmawiam nazywania go szarym.

30 dobrych rzeczy

Mam zasadę, zgodnie z którą próbuję postępować: wybieram to, co dobre i tym staram się ucieszyć. Internet jest pełen małych rzeczy, które są warte uwagi i godne radości. Zamiast marzenia o tym, że kiedyś będę szczęśliwa – doceniam każdy dzień. Przypatruję mu się z życzliwą uwagą.

Zatem zaczynam wyliczankę. Jeśli zdołam uzbierać 30 rzeczy, to znaczy, że jestem wybitną optymistką. Zobaczymy. Oto subiektywna lista rzeczy, które mnie cieszą.

  1. Codzienny bosonogi spacer po mokrej porannej trawie.
  2. Piknik.
  3. Spacer po górach.
  4. Odwiedzanie kawiarni po południu i lodziarni przed południem.
  5. Spotykanie się z ludźmi, których lubię.
  6. Smak sezonowych owoców.
  7. Smak bobu, cukinii za złotówkę, fioletowo-zielonego chłodnika.
  8. Zapach lubczyku z donicy przed domem.
  9. Fascynujące dźwięki kawiarki, która ciurka apetycznie, radośnie skrzypi i ekstatycznie bulgocze (wybaczcie, czytam teraz Nabokova, od którego udziela mi się kwiecisty styl i niebywałe wręcz skupienie na szczególe).
  10. Jako się rzekło – Nabokov, który pisze bardzo pięknie o bardzo brzydkich rzeczach.
  11. Przeczytałam w tym roku sporo ciekawych książek, które mnie dużo nauczyły, zachwyciły albo chociaż zaciekawiły.
  12. Dałam sobie czas tylko na czytanie (wbrew wewnątrznym oskarżeniom: „Jak to, nic nie robisz?” – „Czytanie traktuję jako pracę intelektualną”, odpowiadam samej sobie).
  13. Polubiłam się z bawarką.
  14. Moja grzywka urosła już na tyle, że mogę ją założyć za ucho – wreszcie nie drażni uporczywym dźganiem w prawe oko.
  15. Krzak czeremchy w ogrodzie urósł tak, że przewyższa moją głowę. A ja wcale nie jestem taka niska.
  16. Mój mąż na freelansie poznał wiele dobrej muzyki i podzielił się ze mną.
  17. Pływanie kraulem przestało przypominać walkę na śmierć i życie.
  18. Czytam książkę z francuskimi wtrętami i większość z nich rozumiem.
  19. Odpoczywam od bycia ustawicznie online, ciągle z laptopem na kolanach.
  20. To, że nie muszę się spieszyć, a mój czas zależy ode mnie.
  21. Letni chłodek, który umożliwia oddychanie – w przeciwieństwie do upałów, które są wybitnie niesprzyjające respiracji.
  22. Deszcz po upałach też jest ok (zauważyłam, że jak nienawidzę rozmawiać o pogodzie, tak wyjątkowo lubię o niej pisać).
  23. Tak mocny sen, że rano się budzę z odgniecionym uchem, śladem po intensywnym uścisku tegoż ucha z poduszką.
  24. To, że można snuć plany – podróży, koncertu, meblowania pokoju, przyszłej pracy. Że zawsze coś jest przed nami.
  25. Kasia Tusk na swoim blogu pochwaliła okładkę, którą zaprojektował mój mąż.
  26. Granie w Tetris – to niemalże powrót do mitycznych czasów młodości, kiedy dzieliłam z braćmi gameboya.
  27. Porządki. Wyrzucanie kilogramów przeszłości, zaszłości, zdezaktualizowanych zapisków, uwag, informacji – do kosza. Tam ich miejsce. Półki lżejsze, ja lżejsza, pracownicy sortowni śmieci zachwyceni. Wszyscy zyskują.
  28. Udało mi się pójść na zakupy, które nie były dla mnie strapieniem, a nawet zakończyły się umiarkowanym sukcesem.
  29. Pozwalam sobie, by teksty we mnie dojrzewały. Nic na siłę. Są pisarze, którzy za pisanie zabrali się poźno, piszą długo i mało, ale mimo wszystko ich książki są piękne i ważne. Jestem raczej na ścieżce wydeptanej przez Jose Saramago, Harper Lee, Trumana Capote i Brunona Schulza (oby!) niż Kraszewskiego, Sienkiewicza, Asimova i Mroza.
  30. Znalazłam wystarczająco wiele powodów do napisania tej listy!

bosonoga

(Bosonogi spacer każdego ranka)

1 2 3 5