Wpis okolicznościowy na pierwszy dzień jesieni

Czeremchowa jest mocno jesienna. Nie mogę się powstrzymać, by nie pisać o jesieni. Znowu przyszła.

Dałam się namówić blogerkom kulinarnym i tak jak one zrobiłam ciasto marchewkowe (tęskniłam za zapachem ciasta z cynamonem i kardamonem, z garściami bakalii zamiast szklanki cukru, tęskniłam za ciepłymi okruszkami na talerzyku w kwiatki). Kupiłam dynię, bo ostatnio ktoś mnie zachwycił dynią z patelni z serem i teraz robię tak samo. Robię gęste warzywne gulasze i gorące zupy. Najtańsza w roku i niezawodna cukinia. Bakłażan o zniewalającym kolorze*. Chrupiąca słona ciecierzyca z patelni. Pachnące pomidorki z ogródka, mięsiste, kwaśno-słodkie, fikuśne dojrzałe kuleczki.

Nie wiem, czy kiedykolwiek to pisałam, ale jestem szaloną zwolenniczką dodawania warzyw do niemal każdego dania i generalnej przewagi warzyw na talerzu (tak naprawdę jestem łasuchem jak się patrzy, ale jak widać po cieście marchewkowym, to wszystko da się połączyć).

Mam bordowe paznokcie, ciemnozieloną sukienkę, byłam na spacerze ucieszyć się jesienią. Dobrze, że już jest. Tęskniłam za otulaniem się swetrami, za długimi butami, ciepłymi rajstopami. Już mam dość tych cienkich sukienek i koszulek, a opalanie się, odsłanianie ciała i pocenie jest przereklamowane. Opalanie mija się z celem, jest mocno kulturowe, bezsensowne ze zdrowotnego punktu widzenia.

Co innego jesień. Chłodna, a chłód jest zdrowszy niż skwar i upał. Ubranie na cebulkę, herbata z cytryną i jestem gotowa witać nową-starą (dobrą) porę roku.

drzewo

*Zawsze mi żal, że bakłażan po ugotowaniu zamienia się w burą gąbkę.

Dlaczego zaczęłam prowadzić zabawy słowami dla dorosłych?

Co łączy windę i rozwód? Książkę i kapustę? A Mickiewicza i zszywki?
Jakie pytanie zadałbyś motylowi? Jakimi zdaniami zacząłbyś własną autobiografię? Jak opisałbyś dzień z życia kota lub chomika?
Co powstanie z połączenia odkurzacza i haczyków na ręczniki?

***

Od jakiegoś czasu organizuję kreatywne warsztaty pisania „Zabawy słowami”. Z zewnątrz wygląda to tak, że grupka ludzi spotyka się w kawiarni, wyciąga notatnik i coś do pisania, zamawia kawę i pisze… Wymyśla i pisze…  Losuje słowa, przykleja, zakreśla, koloruje, układa, dopasowuje, składa w opowieść… Potem wspólnie czytamy, interpretujemy, dzielimy się i inspirujemy. Otwieramy się na to, co nam tylko przychodzi do głowy – bez skreślania tego, bez blokady pt. „Nieee, to głupie”.

Jestem fanką kreatywności, dziwności i wychodzenia poza schematy. Właśnie! Schematy! Nie chcę uczyć schematów. Podczas warsztatów z dorosłymi nie chcę niczego uczyć. Daję zadania, z którymi uczestnicy zrobią, co zechcą. Nie mam zamiaru prowadzić klasycznej lekcji języka polskiego, bo każdy z uczestników już skończył szkołę i ten etap ma za sobą. Nie chcę uczyć, jak napisać książkę, ponieważ uważam, że moje doświadczenia są tutaj wysoce niewystarczające i każdy powinien to robić po swojemu. Owszem, redaktorzy i konsultanci mogą bardzo pomóc w ogarnięciu fabuły i bohaterów, ale organizując warsztaty kreatywnego pisania, wyobrażam je sobie raczej jako ćwiczenia niż konsultacje.

Chcę raczej dać przestrzeń do tworzenia i dzielenia się tym. Sama wiem, jak potrzeba kreatywności potrafi doskwierać i jak bardzo trzeba nam odbiorcy, czytelnika, słuchacza. Przestrzeń do tworzenia to hasło, które do mnie bardzo przemawia. W cigu dnia trudno znaleźć czas na swój rozwój, inspirowanie się. Najpierw rodzina i praca, potem pisanie. Czy nie tak to wygląda? Przychodząc na warsztaty, trzeba przeznaczyć na to czas, dojechać, zmienić plany, sprężyć się i zdążyć. To znaczy, że musi nam zależeć na pisaniu.

***

Nie chcę, by ktoś się spinał. Chcę, żeby było lekko, zabawnie (zgodnie z nazwą). Żeby do głowy wpadały najróżniejsze dziwne pomysły. Żeby się nie zamykać na żadne, nawet najgłupsze skojarzenie. Bo otwartość pociąga za sobą kolejne pomysły, i następne, i następne… Aż wpadniesz na ten właściwy i go przygarniesz do siebie, oswoisz. A jak wiadomo, Krytyk Wewnętrzny czasem może bardziej zaszkodzić niż pomóc.

Pomyślałam, że może dorośli ludzie, podobnie jak uczniowie podstawówek na zajęciach dodatkowych, chcieliby się pobawić. Słowami, skojarzeniami, znaczeniami. Spotkać się w gronie podobnych sobie i spędzić wieczór na tworzeniu, śmianiu się i wzajemnym inspirowaniu.
Za każdym razem jestem mile podbudowana tym, że są w moim mieście i okolicach ludzie, którzy też lubią pisanie i kreatywne zabawy. Uważam, że im więcej takich inicjatyw, tym ciekawiej. Uważam, że im więcej śmiechu, tym lepiej. Im więcej wyznań się podejmuje, tym potem żyje się odważniej. Czego życzę sobie i innym twórcom!

***

Więcej o pisaniu w zakładce: Praca nad tekstem.

Powrót do szarej rzeczywistości?

Wróciłam po dwutygodniowej podróży. Powrót do szarej rzeczywistości, mówili moi towarzysze. Ja tak nie uważam, ale się nie odezwałam.

Jednakże przemyślałam sprawę i ujmę to tak.

Nie uważam, żeby życie codzienne było szare. Nie uważam, że żyje się tylko od wyjazdu do wyjazdu. Nie uważam, że wyjazd jest ucieczką.

Życie to każdy poniedziałek, każde zmaganie, każda radość, każdy weekend.

Wyjazd jest urozmaiceniem życia, ale nie jest jego kwintesencją.

Ostatniego dnia przed powrotem już czuję, że czas wracać. Już mi się przypomina, do kogo i czego wracam. Pod koniec podróży zaczynam tęsknić za moim miastem. Jestem jedyną osobą, która ostatniego dnia zamiast nie jedźmy jeszcze do domu myśli: jedźmy już do domu. Nie dlatego, że mi się nie podobało, ale dlatego, że koniec podróży jest naturalnym etapem, który po prostu nadchodzi i który trzeba przyjąć. Niezależnie od tego, jak wspaniała była to podróż.

Byłam, przeżyłam, zobaczyłam, posmakowałam, nabrałam wspomnień do głowy. Moje życie codzienne na mnie czeka. Moi znajomkowie i przyjaciele. Moje książki, warsztaty, nowa praca, zlecenie. Moje cztery kąty, nowe kuchenne możliwości, ćwiczenia, za którymi mi tęskno, basen czy aktywności, jakie tylko sobie wymyślę. W podróży nie jestem u siebie, jestem tylko na chwilę. Doświadczam i wracam.

Moje życie na mnie czeka. Kategorycznie odmawiam nazywania go szarym.

30 dobrych rzeczy

Mam zasadę, zgodnie z którą próbuję postępować: wybieram to, co dobre i tym staram się ucieszyć. Internet jest pełen małych rzeczy, które są warte uwagi i godne radości. Zamiast marzenia o tym, że kiedyś będę szczęśliwa – doceniam każdy dzień. Przypatruję mu się z życzliwą uwagą.

Zatem zaczynam wyliczankę. Jeśli zdołam uzbierać 30 rzeczy, to znaczy, że jestem wybitną optymistką. Zobaczymy. Oto subiektywna lista rzeczy, które mnie cieszą.

  1. Codzienny bosonogi spacer po mokrej porannej trawie.
  2. Piknik.
  3. Spacer po górach.
  4. Odwiedzanie kawiarni po południu i lodziarni przed południem.
  5. Spotykanie się z ludźmi, których lubię.
  6. Smak sezonowych owoców.
  7. Smak bobu, cukinii za złotówkę, fioletowo-zielonego chłodnika.
  8. Zapach lubczyku z donicy przed domem.
  9. Fascynujące dźwięki kawiarki, która ciurka apetycznie, radośnie skrzypi i ekstatycznie bulgocze (wybaczcie, czytam teraz Nabokova, od którego udziela mi się kwiecisty styl i niebywałe wręcz skupienie na szczególe).
  10. Jako się rzekło – Nabokov, który pisze bardzo pięknie o bardzo brzydkich rzeczach.
  11. Przeczytałam w tym roku sporo ciekawych książek, które mnie dużo nauczyły, zachwyciły albo chociaż zaciekawiły.
  12. Dałam sobie czas tylko na czytanie (wbrew wewnątrznym oskarżeniom: „Jak to, nic nie robisz?” – „Czytanie traktuję jako pracę intelektualną”, odpowiadam samej sobie).
  13. Polubiłam się z bawarką.
  14. Moja grzywka urosła już na tyle, że mogę ją założyć za ucho – wreszcie nie drażni uporczywym dźganiem w prawe oko.
  15. Krzak czeremchy w ogrodzie urósł tak, że przewyższa moją głowę. A ja wcale nie jestem taka niska.
  16. Mój mąż na freelansie poznał wiele dobrej muzyki i podzielił się ze mną.
  17. Pływanie kraulem przestało przypominać walkę na śmierć i życie.
  18. Czytam książkę z francuskimi wtrętami i większość z nich rozumiem.
  19. Odpoczywam od bycia ustawicznie online, ciągle z laptopem na kolanach.
  20. To, że nie muszę się spieszyć, a mój czas zależy ode mnie.
  21. Letni chłodek, który umożliwia oddychanie – w przeciwieństwie do upałów, które są wybitnie niesprzyjające respiracji.
  22. Deszcz po upałach też jest ok (zauważyłam, że jak nienawidzę rozmawiać o pogodzie, tak wyjątkowo lubię o niej pisać).
  23. Tak mocny sen, że rano się budzę z odgniecionym uchem, śladem po intensywnym uścisku tegoż ucha z poduszką.
  24. To, że można snuć plany – podróży, koncertu, meblowania pokoju, przyszłej pracy. Że zawsze coś jest przed nami.
  25. Kasia Tusk na swoim blogu pochwaliła okładkę, którą zaprojektował mój mąż.
  26. Granie w Tetris – to niemalże powrót do mitycznych czasów młodości, kiedy dzieliłam z braćmi gameboya.
  27. Porządki. Wyrzucanie kilogramów przeszłości, zaszłości, zdezaktualizowanych zapisków, uwag, informacji – do kosza. Tam ich miejsce. Półki lżejsze, ja lżejsza, pracownicy sortowni śmieci zachwyceni. Wszyscy zyskują.
  28. Udało mi się pójść na zakupy, które nie były dla mnie strapieniem, a nawet zakończyły się umiarkowanym sukcesem.
  29. Pozwalam sobie, by teksty we mnie dojrzewały. Nic na siłę. Są pisarze, którzy za pisanie zabrali się poźno, piszą długo i mało, ale mimo wszystko ich książki są piękne i ważne. Jestem raczej na ścieżce wydeptanej przez Jose Saramago, Harper Lee, Trumana Capote i Brunona Schulza (oby!) niż Kraszewskiego, Sienkiewicza, Asimova i Mroza.
  30. Znalazłam wystarczająco wiele powodów do napisania tej listy!

bosonoga

(Bosonogi spacer każdego ranka)

Zachwyca czy nie zachwyca? (czyli stoik na wycieczce)

Otoczona rzeczami „przepięknymi”, „wspaniałymi”, wśród zachwytów, ochów i achów czuję się wyalienowana. Zachwyt nie rodzi się na życzenie.

***

– Zobacz, jakie to piękne. Jakie to ciekawe. Największe, najładniejsze, wyjątkowe, wybitne.
– Mhm – odpowiadam wymijająco.
– Noo – odpowiadam prawie przekonana (o moim „noo” już kiedyś pisałam).
– Tak, ładne – przyznaję lakonicznie.

Wyrzucam sobie ten chłód, dystans i brak zachwytu, jestem wysoce zaniepokojona nieczułością mego serca. Powściągliwość zwiedzania i odczuwania.

Czuję się wyalienowana, niepasująca. Skoro coś wszystkich zachwyca, to dlaczego mnie nie zachwyca? Jakim cudem coś, co dla kogoś jest „przepiękne” i „wyjątkowe”, dla mnie jest zaledwie „ładne”? Kręcę nosem na architekturę barokową, klasycyzm wydaje mi się bezduszny, odwiedzając królewskie skarbce, psioczę na monarchię i elitaryzm. Ogrody nie powodują wzruszeń i bicia serca. Lasy i przestrzenie pól mnie nie zachwycają, są „ok” i „normalne”. Na rzepak i łany zbóż nie patrzę jak malarz. Raczej jak córka rolnika.

Mało mnie zachwyca, ale pewne rzeczy uznaję za zajmujące.

***

Czasem coś zaskoczy i wryje się w pamięć i emocje. Czasem coś wznieci błysk w oku i wywoła podekscytowanie. Są na wycieczkach widoki, doznania, które pamiętam do dziś. Ale to nie jest tak, że zachwyca zawsze wszystko albo cokolwiek.

***

(Co prawda Vermeer i skandynawskie domki zachwycają zawsze, ale zbyt rzadko je widzę, by wychodzić z nimi poza ten nawias.)

10 myśli o serialach

Kiedy umysł jest zmęczony i udręczony, serial to jedyne wyjście. Wchodzisz w świat bohaterów, wciągasz się, zapominasz.

***

Gorzej, jeśli główny bohater jest idiotą. Wtedy kompletnie nie interesuje Cię, co się z nim stanie. Wcale Ci nie zależy na oglądaniu go, nie kibicujesz mu, jest Ci najzupełniej w świecie obojętny.

***

Na szczęście drugoplanowi potrafią uratować sytuację i zdobyć serce widza.

***

Zawsze mnie dziwi sytuacja, w której bohaterowie serialu wstają rano i leżą leniwie w łóżku, bo nie muszą iść do pracy. Mają czas i pieniądze na imprezy, podróże, randki i wynajem mieszkania, a nie muszą iść do pracy. Myśliwski kiedyś powiedział, że jak czyta książkę i z treści nie wynika, z czego utrzymuje się główny bohater, to on nie czyta dalej, bo to nierealne.

***

Albo dziwi mnie jeszcze, jak bohaterowie przed pracą przegadują problemy z domownikami, jedzą niespiesznie śniadanie. Ale może tylko ja się tak spieszę i mam spaczony obraz poranków.

***

Są seriale, które najlepiej oglądać razem, a są i takie, które ma się tylko dla siebie. Z różnych względów. Black mirror, Opowieść podręcznej, OA, Odpowiednik, Dark, Stranger things, Terror oglądamy razem. Ogarniamy skomplikowane światy przedstawione, zgadujemy, co będzie dalej. Moje są na przykład This is us/Tacy jesteśmy, Grace i Frankie, Lovesick, Friends. Widać klucz: to raczej ciepłe seriale o relacjach, przyjaźni, rodzinie. Sięgam w chwilach depresyjnych jak po ciastko. Serial ma być pociechą, że ludzie generalnie są dobrzy.

***

Są więc seriale na odmóżdżenie, seriale na zadumanie, seriale na roześmianie albo na strach. Na poczucie więzi – zawsze można potem porozmawiać o danej scenie, sytuacji czy odcinku. Nawet jak już nie ma o czym, to trafi się skomplikowana albo zabawna sytuacja, którą można powspominać. Rzucić rozpoznawalnym cytatem. Jeszcze raz się roześmiać, nawiązać. To tworzy więź, której nie masz z nikim innym (no, chyba że ktoś inny też oglądał ten serial i akurat zrozumie aluzję).

***

Kiedy oglądam naprawdę dobry serial, to myślę: niech nie będzie kolejnego sezonu, niech będzie jak najkrócej. Boję się, że każdy kolejny będzie słabszy. Telepatycznie przesyłam więc prośbę do realizatorów, niech tylko nie przesadzą z ilością sezonów. Niech nie przeszarżują, niech nie doprowadzą do sytuacji, kiedy będą zmuszeni zjeść własny ogon, niech nie idą na łatwiznę, nie przesadzą, nie obniżą poprzeczki. Aż się boję oglądać dalej. Taki paradoks dobrych seriali.

***

Wśród seriali na odmóżdżenie i dla relaksu jest osobna podkategoria: to takie, które oglądam bez napisów. Bo przecież ja nie oglądam z sympatii. Ja oglądam dla nauki. Słucham akcentów i poznaję nowe słownictwo. Czasem są to słowa niespotykane na co dzień (chlamydia), no ale dla szerszego obrazu świata przecież warto znać. No nie?

***

Czasem obrażam się na świat i oglądam wszystkie odcinki jeden po drugim. Aż do wyczerpania sezonu, aż do skończenia serialu. Satysfakcja porównywalna z tym uczuciem, kiedy zamykam ostatnią stronę grubej książki. A potem czym prędzej rozglądam się za czymś następnym.

Praca w domu a praca z ludźmi

Kiedy skończyłam studia, chciałam być korektorką – po pierwsze dlatego, żeby móc pracować w domu, po drugie, bo to praca z tekstem.

Ależ ta wizja pracy w domu była kusząca i bezpieczna… Nie chciałam się z nikim spotykać, wolałam wysyłać zlecenia przez internet i takoż kontaktować się ze zleceniodawcą. Albo najlepiej nie kontaktować się z nikim. Bez konfrontacji, bez poznawania się, kompromisów, odsłaniania mojej słabości czy niewiedzy. Przeżywanie porażek w samotności, suche rozmowy z bezdusznym mailem.

***

W sumie wyszło mi na dobre, że zaczęłam pracę z ludźmi. Wieloma naraz. Dla introwertyczki to było niezłe wyzwanie.

Ale dzięki temu miałam szczęście poznać wielu świetnych ludzi. Mądre i zabawne dziewczyny w różnym wieku. Rozsądni przyjaciele, których rady pamiętam do dziś. Kobiety tak silne i pełne mocy, że mogłam je obserwować z otwartą buzią, a potem próbować zaczerpnąć od nich trochę tej siły. Kobiety pełne delikatności.

Błysk w oku i szelmowski uśmiech, wspólne przeżywanie wydarzeń, wyjazdów, przygód. Dzielenie się zmartwieniami, radościami, niepokojami i planami. Inspiracje – wspólne wymyślanie i wprowadzanie w życie. Wykpienie zmartwień, nieprawdopodobne anegdoty i wspomnienia. Snucie opowieści. Pogaduchy w wielkim międzyczasie.

To wszystko znam z pracy z ludźmi. Tego się nie da zastąpić relacją z komputerem.

Tove - Włóczykij Mi i mumin

(Nawet samotny Włóczykij miał swoich Bliskich; fot. Pinterest)

 

Tylko sztuka może nas uratować

Zacznę prosto z mostu: nie jest łatwo. Trzeba się mocno postarać, aby nie zastynąć w śnie jak zwierzęta futerkowe lub też mrozie jak postacie z baśni Andersena.
Trzeba się postarać bardziej niż zwykle.
Czasem przychodzi samo – taka energia do działania, wena, natchnienie, pomysły, sprężyste ruchy, siła i moc.
A czasem chce się po prostu pooglądać serial i nie myśleć. Ostatnio takich dni mam wiele.

***

Tak sobie oglądam internet i myślę, że bardzo chciałabym być kiedyś nazwana kobietą-pistoletem albo i nawet badassem (bo dlaczego nie?), marzę, by wystąpić z czymś ciekawym na TED-exie (serio!), tworzyć codziennie, inspirować, wzruszać, zmieniać świat.
Niestety obecnie czuję się najwyżej jak kobieta-proca z urwanym uszkiem (o ile proca ma uszy). Po pracy dowlekam się do domostwa i padam twarzą w koc, a mój mózg nic nie tworzy, bo jest skupiony na tym, by przetrwać i ponieść jak najmniej ofiar z szarych komórek. A powiadam Wam, wiele ich poległo tej zimy.

***

Pokładamy ufność w różnych rzeczach, a ja śmiem twierdzić: tylko sztuka może nas uratować. Tylko sztuka może coś zmienić, uwrażliwić nas i skłonić do myślenia i do czucia wtedy, kiedy nawet czuć nie ma siły.

***

Jest końcówka lutego – w tym roku zdążyłam obejrzeć trzy sztuki teatralne (komedia, monodram, trudny spektakl dla młodzieży), byłam dwa razy w kinie, obejrzałam kilka filmów i seriali w domu. Prócz tego jeden wernisaż i jeden koncert, o którym myślę już drugi tydzień. Pojechałam ot, tak sobie, jako osoba towarzysząca, posłuchać ładnych piosenek. Wróciłam nie ta sama. Dotknięta w samo serce, bez osłonki, bez rękawiczek. Ot, palec w bijące serce. Nie wiedziałam, że się tak da.

***

Sztuka porusza czułe struny we mnie, a cała klatka piersiowa napełnia się wzruszeniem i mocą. Właściwie to nie wiem, czy sztuka może nas uratować, ale na pewno pozwala mocniej i piękniej żyć i czuć. Tak, wiem, że patos, ale czy nigdy nie czuliście się przemienieni, obudzeni i dotknięci przez muzykę albo film? (Już nawet nie wspominam o poezji.)

 

Przywidzenia, przemyślenia i inne skrawki

Szczyt miłości bliźniego

Kiedy teść w przyjemne sobotnie popołudnie głośno zapodaje grecką muzykę ludową z nagrania wyjątkowo paskudnej jakości i każdy utwór brzmi jak "Suliko" Eleni, a Ty mu NIC NIE MÓWISZ.

O imponowaniu kobiecie

Mała rzecz, a jednak za każdym razem zadziwia: jeśli ktoś potrafi otworzyć zakapslowaną butelkę widelcem.

***

Tak czułam, że najlepszy wybór to poślubić kogoś kreatywnego. Mój mąż wymyślił nowy liczebnik: pisiąc.

Przywidzenia

Czasem źle coś przeczytam. Mam takie przywidzenia – przejęzyczenia w głowie.
Na przykład Uroczy Kongres Bibliotekarzy (zamiast Uroczysty).
Uprzejmie bezrobotni (zamiast: uprzednio).
Albo odważniejszy przykład:
Obrazy malowane sutkiem (zamiast: smutkiem).

***

Oglądam jakieś instastories. Ktoś wrzuca cytat. Czytam:
"Z Twoją osobowością nigdzie się nie nadajesz".
Ekhm.
Czytam raz jeszcze.
"Z Twoją osobowością nigdy się nie zestarzesz".
Tak lepiej.

O szkole

Dzisiaj na lekcji o poezji powiedziałam: wyobraźcie sobie, że jestem mgłą.
Te dzieci będą spaczone.

***

Dziś podczas rozmowy telefonicznej moje ucho przełączyło mi strefę czasową. Pół dnia próbowałam dociec, czemu mój plan w kalendarzu google zrobił się dziwaczny – lekcje ciągną się przez dwa dni: zaczynają przed północą, kończą po.
Dziękuję Ci, ucho.
Piękna wizja.

***

Jestem z tych, którzy częstowani nie odmawiają.
Częstowana przez uczniów, na ich pytanie: "Chce Pani?" zwykle odpowiadam entuzjastycznie: "No pewnie!"
Ale przychodzi następny rocznik, następne pokolenie, które dopiero się uczy i jeszcze pewnych rzeczy nie wie.
Oto na przykład dziś pewien czwartoklasista na przerwie wyciąga do mnie pojemnik z ciasteczkami ręcznie robionymi, rumianymi, pyszniutkimi, pytając: "Poczęstuje się Pani?", a piątoklasistka obok prycha: "Też pytanie!"
Wychowuję sobie swoją prywatną lożę szyderców.
I nawet nie jest mi głupio.

***

Czytam wypracowania dziesięciolatków.
Wypociny. Bzdury totalne. Błąd na błędzie. Estetyka leży. Sens i logika również.
Zmierzam do końca jednego z ostatnich, a w zakończeniu uczeń pisze mi tak (pisownia oryginalna):
"Więdz to już koniec. Myśle żę pani się to bedzię się Fajnie czytać".
Żartowniś.

***

Jest taki program "Szkoła". I tak sobie myślę, że zamiast tych wszystkich intryg i niestworzonych historii twórcy powinni edukować i pokazywać, jak szkoła wygląda naprawdę (jeżdżę z licealistami autobuem, słucham ich porannych rozmów, to wiem).
Malwina – uczyła się cały wieczór, a na kartkówce i tak pomyliła estry z tłuszczami.
Kasia – w autobusie miejskim nie zdążyła nauczyć się słówek z Unitu 16.
Bartek – zapomniał napisać rozprawkę w domu, więc na przerwie próbuje znaleźć trzeci argument na poparcie swojej tezy.
Kuba – pomylił "Dziady" z "Chłopami".
To są dramaty.

***

Mój 11-letni uczeń zaproponował mi w listopadzie, że zamiauczy mi hymn Polski. Najlepsze, że zaczął to robić: "Miau miau miau miau miau miau miauuuuuuuu".

O moim tacie

A teraz położę głowę na poduszce, mówi tata. Bardzo mi się podobają tak sformułowane plany.

***

Tata ogląda "Jeden z dziesięciu". Nie odpowiada na żadne pytanie, ale każdą porażkę uczestnika kwituje żywiołowym okrzykiem: "Aleś głąb!"

O podróży pociągiem

Przedział w pociągu. Mężczyzna kończy rozmowę telefoniczną:
– Ale niech to zostanie między nami.
I nami, pomyśleli wspolpasażerowie.

***

Sepleniące dziecko rozmawia przez telefon:
– Powiedz tacie, ze dam sobie lade… Ze dam sobie lade!!!

***

I tym pozytywnym i dzielnym akcentem kończę. Tego typu skrawki zbieram na fanpage'u Czeremchowej, który polecam Waszej uwadze.

Zapiski po podróży

Za nami dziesięciodniowa podróż po pięciu krajach (wspomniałam o tym na fanpage'u). W kolejności alfabetycznej były to: Austria, Chorwacja, Słowacja, Słowenia, Węgry. W każdym nocowaliśmy, objeżdżaliśmy lub obchodziliśmy okolicę, robiliśmy zdjęcia, czerpaliśmy i chłonęliśmy to, co nieznane, nowe.

Gwiazdą tego wyjazdu wydaje się być Słowenia – uroczy, niewielki kraj w zasadzie w zasięgu ręki, kraj, w którym jest wszystko (morze, góry, wodospady, jeziora, wąwozy, jaskinie, winnice), a który nie jest jeszcze zadeptany przez turystów.

No i na przykład taka Stara Fužina (Słowenia). Dojeżdżamy na miejsce nocą, krętymi wąskimi dróżkami. Absolutna ciemność, aż strach, że gdzieś wypadniemy. Następnego dnia rano po odsłonięciu rolet ukazują się nam Alpy – w swej okazałości i chwale. Jezioro Bohinj każe na siebie zaczekać, aż postanowi wynurzyć się z mgły.

Siedzieliśmy nad jeziorem Bohinj mroźnym i chłodnym wieczorem, a nad nami cichy rój gwiazd.

Byliśmy też w Piranie na pysznym obiedzie i w Lublanie (choć osobiście mnie się bardziej podoba bardziej miękka wersja, Ljubljana) na kawie i ciastku. Obie miejscowości odwiedziliśmy w asyście nielichego deszczu, ale za to jak miło schronić się gdzieś w przytulnym miejscu, ogrzać się i zjeść coś pachnącego i cieplutkiego. To zawsze cieszy.

W Austrii byliśmy w ruinach zamku i w futurystycznym hotelu, który wyglądał jak klatka dla chomika, tylko bez kołowrotka. Byliśmy też w piwniczce winiarza, od którego zakupiliśmy szlachetny trunek.

Na Węgrzech, nad jeziorem Balaton, przyjęła nas gospodyni, z którą komunikowaliśmy się mieszaniną języka angielskiego, rosyjskiego i polskiego, a ona odpowiadała nam po niemiecko-rosyjsko-węgiersku.

Na Słowacji patrzyliśmy przez okno na fajerwerki, a zaraz potem poszliśmy spać i o takie zwyczajne i niehuczne sylwestry będę postulowała w kolejnych latach.

Chorwację znaleźliśmy odludną i zwyczajną (forma „jak to znajdujesz?” podoba mi się zarówno w polskim, jak i angielskim wydaniu). O ile zwyczajnym można nazwać starożytne miasto Krk otoczone murami, no i te wąskie uliczki ze spacerującymi kotami. Wąskie uliczki to coś, czym miasto zawsze mnie uwodzi, byleby nie było tam zbyt wielu ludzi, a podczas mijania nie trzeba było ich dotykać. Jeśli są tam tylko koty, to tym lepiej.

Zjeździliśmy wyspę Krk, puste plaże Baški i Starej Baški, tysiącletnie kościoły gdzieś w środku lasu, ruiny i pozostałości forum…

Robiłam sporo zdjęć, ale wiadomo, co specjalista, to specjalista. Zostawiam Was z jeziorem Bohinj i kotami z Krk.

Mariusz Bieniek zrobił.

Bohinj

krk koty

1 2 3 5