Podsumowanie wakacji

Zwykle planuję sobie mnóstwo rzeczy albo odpuszczam i wakacje przelatują przez palce. Tym razem wybrałam opcję nr 1, miałam rozbuchane, szalone i dalekosiężne plany. Co to ja miałam zrobić! Przerobić całą książkę do francuskiego włącznie ze wszystkimi nagraniami (prawie 90 20-minutowych nagrań, więc to byłoby wyzwanie!). Napisać powieść. Dobra, przyznaję, nie udało się zrobić wszystkiego, ale udało mi się zrobić bardzo dużo i było tak intensywnie, że pod koniec należał się odpoczynek (czyli w praktyce – oglądanie ciurkiem seriali i zwalnianie tempa). Szkoda byłoby o tym zapomnieć, stąd pomysł na podsumowanie. Ale po kolei.

Rozwój

Pojechałam na warsztaty introligatorskie, gdzie uszyłam, wykleiłam i oprawiłam własny notes, a do niego jeszcze dorobiłam etui. Teraz już wiem, jak się szyje i oprawia książki, wiem nawet, jak się robi złote zdobienia i co to jest szywnica. Tak że weekend był pełen wiedzy i nabywania umiejętności, jak to się mówi w żargonie nauczycielskim. Ale mam problem – robiłam notes dwa dni, teraz szkoda mi w nim pisać byle co.

Wzięłam udział w jednym mastermindzie i trzech wyzwaniach dla pisarzy, z których na swój użytek wyniosłam naukę, że jeśli mam pisać według zasad, to nie napiszę więcej ani zdania, więc muszę pisać kompletnie po swojemu i teraz próbuję dociec, jak to jest to „po swojemu”. Zadano mi parę trudnych pytań i jeszcze trudniejszych ćwiczeń, wytrącono z ogólnego dobrostanu. Poznałam metody, schematy, zasady zaintrygowania czytelnika, reguły, metody, i po tym wszystkim – póki co – utknęłam. Nie mówię, że jest to wina moich mentorów. Widocznie muszę sobie jeszcze głęboko przemyśleć, co i jak chcę napisać.

Namalowałam pierwszy w życiu obraz.

Wzięłam udział w lekcjach pływania pod czujnym okiem instruktora. Przepłynęłam sporo basenów, czasem było to szuranie po dnie, a czasem triumfalne wypływanie na powierzchnię. Mój głośny śmiech niósł się echem, gdy poznawałam technikę pływania żabką, śmiałam się również pod wodą, co znowu nie jest aż takie proste. Ale teraz już wiem, że naprawdę można w wodzie czuć się jak ryba.

Próbowałam wrócić do jazdy samochodem. Bilans za kierownicą: cztery godziny i dwa przepocone podkoszulki, milion skrzyżowań i mnóstwo strzałek warunkowych, tysiąc bon-motów mojej pani instruktorki. Pokonałam paraliżujący lęk, ale zostało sporo niepewności.

Przerobiłam co prawda tylko niewielką część podręcznika do francuskiego i może kilkanaście nagrań, ale za to teraz codziennie uczę się przez kwadrans. Podobno to lepsze niż nauka raz na jakiś czas, a potem długo nic.

Obejrzałam kilka dobrych seriali, „Glow” i „Człowiek z wysokiego zamku”, kończę „Opowieść podręcznej”.

Podróże i inne doświadczenia

Byłam na Mazurach nad małym i miłym jeziorkiem Ublik. Zdegustowałam się Mikołajkami, rozczuliłam Praniem, przepłynęłam kajakiem dwa jeziora i jeden tunel, widziałam kormorana, a on widział mnie. Byłam w Kazimierzu Dolnym, piłam wino nad Wisłą, jadłam pyszne lody w Olsztynie i w Warszawie. Opiekowałam się cudzym domem, kotami i kwiatami, spędzałam dni na tarasie.

Wyhodowałam własne pomidory z połówki zimowego bezsmakowego pomidora ze sklepu.

Byłam na maratonie zumby i na ćwiczeniach z ciężarami, robiłam pilates w ogrodzie na kocu.

Eksperymentowałam w kuchni. Zrobiłam suflet, kladdakę, czyli mokre i ciężkie ciasto czekoladowe ze Szwecji, olbrzymią chałkę z hojną ilością kruszonki, bułkę drożdżową w kolorze pomarańczowym, bo z dodatkiem dyni, aksamitny i puszysty (serio!) dżem z jeżyn, zupę cebulową czy krem warzywny ze świeżymi ziołami, ziemniaki z rozmarynem, cukinię z oregano, marchewkę z oliwą i tymiankiem, placki cukiniowe.

Wzięłam udział w sesji zdjęciowej w ramach projektu kochaj.się – świetna idea!

_DSC9209_DxO

(fot. Zosia LS)

Spotykałam się z ludźmi – w cudzych domach, mieszkaniach, w obcych miastach, w sąsiednich namiotach, w kawiarniach i pubach, na ćwiczeniach, spacerach, na ogniskach, grillach, spotykałam się, rozmawiałam, słuchałam. Rozmowy przez telefon, rozmowy na trawie i kocu, rozmowy przy stole. Deszcze przeczekane wspólnie pod namiotem. Lakoniczni okazywali się rozmowni, otwierały się tematy, wzniecały się dyskusje, wrażenia dzieliły się na wiele (osób), żarty były rzucane.

Podsumowanie

Cechy najpiękniejszego urlopu to – móc pół dnia czytać książkę, chodzić boso po trawie, głaskać wdzięcznego psa lub łaskawego kota, robić niespieszne dania i kawę jedną po drugiej, herbatę z miętą, wodę z melisą. Najpiękniejszy urlop, kiedy można jeść, jak się lubi, a nie, jak się musi, jeść z kimś, komu też smakuje i cieszyć się tym jedzeniem. Zanurzanie się po szyję w chłodnej wodzie, gdy upał dookoła.

Goszczenie ludzi i dawanie im przestrzeni. Omawianie życia, wymyślanie planów B, C i Ć, odważanie się do skoczenia w nieznane, do poznawania nowego. Inspirowanie się innymi, dzielenie się tym, co dla nas ważne i co nas porusza (czasem mi się wydaje, że tylko o tym warto rozmawiać). Wymaganie od siebie, inwestowanie w umiejętności, robienie kroku za krokiem, naprzód. Tam, gdzie jeszcze mnie nie było albo gdzie już dawno chciałam wrócić. Rozprawić się ze strachami i lękami, zrobić miejsce na nowe doświadczenia.

Czerpię i wchodzę w kolejny rok inna, mam wrażenie i mam nadzieję, że choć trochę dzielniejsza i odważniejsza. Przyda mi się.

Magazyn spóźnionych ripost

Nie będę oryginalna. Nie tylko ja mam z tym problem. Riposty wymyślone po czasie, bo najpierw mnie zatkało i nie wiedziałam, co powiedzieć.

Sporo wpisów powstało po rozmowie, po usłyszeniu czyjegoś zdania, po kilkudniowym przemyśleniu sprawy. Na przykład ten o dbaniu o siebie, o tym, że każdego można kupić czy że mam nudne życie.

Ostatnio na przykład rozmawiałam z kimś o tym, że dużo chodzę pieszo. Mam swoje powody – jest ekologicznie (dlaczego nikt mi nie wierzy, że stan środowiska jest dla mnie naprawdę ważny?), chcę mieć codzienną dawkę ruchu i dbać o kondycję, nie mam zamiaru szukać miejsc parkingowych czy stać w korkach. A moja rozmówczyni na to: „Teraz tak mówisz, ale zobaczysz za kilka lat. Przestanie Ci się chcieć. Zobaczysz, zobaczysz…”

Jak ja nie lubię tego proroczego „Zobaczysz, zobaczysz…”. Orędownicy prawd, że jak się ma 30 lat, to się chce, a jak się ma 40, to już nie.

Ale ja sobie przyznałam prawo, żeby nie słuchać cudzych rad i nie próbować żyć według nich. Mam prawo uczyć się na swoich błędach, podejmować swoje decyzje i patrzeć, co się stanie. Mam wreszcie prawo zmieniać zdanie, kiedy ja o tym zdecyduję. Dochodzić do wniosków w swoim czasie. Dojrzewać do zmian. To mają być zmiany w moim życiu i przede wszystkim mnie dotyczą. Nie muszę nikogo zadowalać. Nie muszę żyć pod czyjeś dyktando.

To dla mnie wielka ulga – przyznać sobie prawo do błędów i porażek, a przede wszystkim dać sobie czas.

A to, że nie jestem tak prędka w ripostach, ma swoje dobre strony. Na przykład jest pretekstem do kolejnego wpisu.

time to grow

(Grafika z tej strony dzięki uprzejmości Julity Michalskiej)

Masz nudne życie

Masz nudne życie, powiedziała mi moja bliska znajoma kilkanaście lat temu. Studiowałam wtedy filologię polską, nigdy w życiu tak dużo się nie uczyłam i tak dużo nie czytałam, ale byłam zafascynowana tym, co odkrywam. Chodziłam na wszystkie (!) zajęcia dodatkowe i z pasją rozczytywałam się w szwabachach i rękopisach. Ona na studiach przede wszystkim imprezowała (przynajmniej tak to wynikało z jej ówczesnych opowieści). Jej osąd mnie zabolał, więc pamiętam go do dzisiaj.

Masz fajne życie, powiedziała moja bliska znajoma kilka miesięcy temu, kiedy usłyszała, że wybieram się w podróż. Nie powiedziałam jej wielu rzeczy, które uważam za równie ciekawe.

***

Nikt nie ma prawa oceniać mojego życia. Jest nudne, kiedy ja chcę, i tak ciekawe, na ile je takim wymyślę.

Dla mnie jest takie w sam raz. Dla imprezowicza i odważnego ekstrawertyka będzie to nuda. Dla nieśmiałych osób zachowujących rezerwę wobec wszystkiego moje życie jest interesujące i może nawet nieco szalone. Co kto lubi.

***

Myślę, że najgorsze jest porównywanie się. Sama cierpiałam psychosomatycznie, oglądając z zadrością blogi podróżnicze. Dlatego ich już nie oglądam. Chciałabym podróżować więcej, ale chciałabym też mieć stabilizację zawodową i domową. Póki co wybieram to drugie.

Muszę wiedzieć, co mi odpowiada, co pasuje, co daje radość i poczucie bycia na miejscu. A mnie odpowiada spokój, czytanie, podróżowanie bez biura podróży, odpowiada mi podejmowanie nowych wyzwań (takie moje małe prywatne kroki poza strefę komfortu), odpowiada mi picie wina i oglądanie filmów wieczorem, pasuje mi ognisko w ogrodzie, teatr, galeria sztuki, granie w planszówki, pójście na ściankę i dźwiganie ciężarów, relaksuje mnie gotowanie, obieranie, krojenie, mieszanie.

Absolutnie nie odpowiadają mi imprezy, taniec, bycie w tłumie, oglądanie kabaretów, czysta wódka, zapach popcornu w kinie, upały czy słuchanie hip-hopu w autobusie, bo ktoś nie wie, że wynaleziono słuchawki. Nie lubię krzykliwości i efektu wow. Nie lubię sztuczności, udawania, męczy mnie wymuszony śmiech.

Dobrze to sobie uświadomić i nie zrównywać wszystkich do swoich standardów.

słoneczny KrakówNuda. Nic się nie dzieje.

Mam to w genach

Jestem częścią sporej społeczności. Nazwijcie to jak chcecie: więzy krwi, wspólny gen. Moi dziadkowie od strony mamy i taty mieli po sześcioro dzieci, te dzieci mają po dwoje, troje, czworo. Plus prawnuki, następne pokolenie, które idzie po mnie, po nas.
Wśród moich krewnych (lubię to słowo) jest programista i doktor informatyki, jest założyciel sieci restauracji, właścicielka kwiaciarni, malarka. Kuzynka utworzyła prywatne przedszkole, a kuzyn pracownię mebli. Ludzie z mojego rodu (to słowo też lubię) zamieszkują Wyspy Brytyjskie i Półwysep Iberyjski. Moi wujkowie hodowali nutrie, mają szklarnie, krzewy winogron, działki.
Zaradni, pracowici i obrotni, trochę zamknięci w sobie, niektórzy mają bardziej cięty język niż inni, a niektórzy są wesołkowaci. Wszyscy bez wyjątku są gościnni.
Może nie ze wszystkimi mam kontakt, ale czuję, że w ogólnym porządku wszechświata nie jestem sama. W praktyce wygląda to tak, że jeśli byłabym w jakimś miejscu, w którym mieszka ktoś z mojej rodziny, wiem, że byłabym serdecznie przyjęta, ugoszczona i nakarmiona. W imię pokrewieństwa.

***

A jak to jest ze mną? Jestem podobna (fizycznie) do moich ciotek – och, mam wielką nadzieję, że tak samo jak one zatrzymam czas i zawsze będę wyglądać młodo. Nie jestem może zbyt obrotna i zaradna, ale za to staram się żyć bardzo twórczo i coś po sobie zostawić, coś namacalnego. Zwykle mam sporo do zrobienia, łapię różne zlecenia, organizuję sobie dodatkowe aktywności (śpiewanie, ściankę, ćwiczenia). Jestem też zdyscyplinowana i zwykle bardzo przykładam się do moich obowiązków i prac.
Mam to w genach. Mogę być z tego dumna.

***

A jak jest z Wami? Czy utożsamiacie się ze swoimi krewnymi. Czy widzicie podobieństwa, czy same różnice? Czy więzi z dalszą rodziną mają dla Was znaczenie?

Ścianka i lina, czyli przemyślenia z wysokości

Podczas przeglądania starego notatnika uzmysłowiłam sobie, że mniej więcej od 2014 roku marzyłam o wybraniu się na ściankę wspinaczkową. A w 2015 roku to już koniecznie. W 2016 miałam nawet odłożone pieniądze. Poszłam w 2017 (w końcu to ostatni rok, nie?).

„Zawsze chciałem to zrobić”, „Marzę o tym”, „O, chciałbym też tego spróbować”. Więc jeśli tylko możesz, to spróbuj, odpowiadam, kiedy tylko mam okazję. Ale tu się powtarzam, więc opowiem, jak to było u mnie ze ścianką.

***

Po pierwszym treningu wracałam z poczuciem porażki i dziwnym odkryciem – czego się boję? Czyżbym miała lęk wysokości? Co się może stać, jeśli odpadnę? Dlaczego te uchwyty są takie małe? Jak się utrzymać? Jak dojść na szczyt???

Po drugim treningu wracałam z poczuciem porażki i bardzo rozczarowana sobą. Dlaczego jestem najgorsza w grupie? Czy jestem aż tak słaba? Ileż można się bać? Odpadłam i cóż się stało? Powisiałam w powietrzu, pohuśtałam się na linie, ot, wielka mi rzecz. Obiłam kolano, raz weszłam na samą górę, raz nie weszłam, raz trzęsły mi się nogi, raz ślizgały dłonie.

Po trzecim treningu wracałam z silnym zmęczeniem i ledwo włócząc nogami, ale za to z zadowoloną głową. Bo okazuje się, że długie utrzymanie się na ścianie to oznaka siły. Że wejście na szczyt nie zawsze jest tak ważne jak sama walka, czasem zaciekła. Że przecież na początku zawsze jest trudno, a nieraz bywa tak, że i potem jest trudno, ale warto się starać. Czasem muszę być wściekle wytrwała, a czasem muszę umieć odpuścić. No, życie.

Albo wiszę jak pająk na ścianie, albo jak małpa na linie.

***

Trzy dni po trzecim treningu, gdy sięgam po coś, ubieram się, prostuję plecy czy zginam nadgarstki, czuję bolące mięśnie i to jest dobry ból. Bo przypomina mi o cholernie dobrym doświadczeniu.

Głupio tak być szczęśliwym

Niedawno napisałam komuś, że ostatnio czuję się obłędnie szczęśliwa i momentalnie zrobiło mi się strasznie głupio. A potem zrobiło mi się głupio z powodu czucia się głupio. No bo jak to, naprawdę głupio być tak po prostu szczęśliwym? I jeszcze o tym komuś powiedzieć… A co, jeśli ten ktoś nie jest szczęśliwy i to moje szczęście odbierze jako cios w plecy? Albo jeśli mi powie: „Jesteś szczęśliwa? Do czasu”. Doprawdy, świetna odpowiedź.

Ostatnio mówiłam w towarzystwie o tym, że mój mąż jest świetnym człowiekiem i że małżeństwo jest bardzo spoko – i usłyszałam: „Poczekaj, aż…”. To ja dziękuję za takie dobre rady. Nie potrzebuję tego. Nie muszę tego wysłuchiwać.

Nie potrzebuję martwić się dziś, kiedy coś się zepsuje. Kiedy stanie się coś złego. Kiedy przestanę się czuć szczęśliwa.

***

Mam wrażenie, że łatwiej i jakoś tak naturalniej opowiadać, że nie mamy humoru, że znowu coś nie wyszło – albo być po prostu zachować postawę zdystansowaną, ot, norma. Ani szczęśliwa, ani nieszczęśliwa. Cholerni stoicy.

Tymczasem od jakiegoś czasu czuję nadmiar szczęśliwości, pasji, radości i energii (nie, nie ma to nic wspólnego z hormonami). Rozpiera mnie od środka, czasem aż czuję, że to zaraz eksploduje. Czasem muszę znaleźć ujście. Napisać sześć wpisów pod rząd, nagotować potraw, iść na bardzo intensywny trening, po którym już nie mam siły, ale mam satysfakcję i czuję się jeszcze szczęśliwsza (endorfiny, wiadomo). Zrobić coś intensywnego, na 100%, zmęczyć się, wyeksploatować.

Świadomie wybieram to, co mnie cieszy, nie skupiam się na tym, co mnie denerwuje i drażni. Na wiele rzeczy nie mam wpływu, ale jeśli mam wybór, to wybieram tak, by się nie denerwować. Po co mi to. Po co te nerwy? Owszem, mogłabym skupić się na wadach męża, małżeństwa, miejsca, w którym mieszkam i pracy, do której chodzę. Mogłabym, ale nie chcę. Wybieram to, co dobre i tym staram się ucieszyć.

Można posiedzieć przed telewizorem i ponarzekać na rząd, ale ja wolę wyłączyć telewizor, biorę prysznic, otulam się w miękki szlafrok i pachnące masło do ciała. I już się robi jakoś milej. Można obejrzeć francuską komedię zamiast kryminału. Napisać do kogoś i dostać list w odpowiedzi. Zrobić coś dobrego do jedzenia i zaprosić przyjaciół, by razem posiedzieć przy stole. Można cieszyć się z nowego samochodu albo martwić się, że jak coś się zepsuje, to zapłacę za naprawę. Świadomie wybieram rzeczy dobre.

Jak ktoś wybiera bycie malkontentem, to jego wybór, mnie nic do tego. Ja wybieram radość.

18

(Fot. Dorota Koperska)

Jak „Wiedźmin” zmienił moje życie?

Wspominałam już dwakroć, że gram w „Wiedźmina”. Miałam już przemyślenia dotyczące tego, jak gra komputerowa przypomina ludzki los (albo odwrotnie). Dziś ciąg dalszy. Bo otóż okazało się, że granie w kultową polską grę zmienia moje życie. Serio.

Urosłam

Urosłam w oczach mojego męża. Gramy (znowu) razem. Dawno temu graliśmy w cudowną „Syberię” i najgenialniejszą grę na świecie, „Myst”. To doświadczenie łączy. Zawsze mogę mu opowiedzieć, że mam problem z graveirami w piwnicy, że muszę uprowadzić krowę (!) albo że zabiła mnie kikomora wojownik i on rozumie.

Co więcej, urosłam w jego miejscu pracy. Jestem tą legendarną żoną, która gra w „Wiedźmina”. Podobno się mną chwali, nie wiem, nie byłam, wierzę na słowo.

Dalej: urosłam w oczach moich uczniów. +25 do fajności (mam nadzieję, że chociaż tyle).

Lepiej rozumiem

Lepiej rozumiem, jak w książce fantazy ktoś ginie od miecza, a ktoś ma magiczną moc. Widzę te gesty, ruchy, czuję zagrożenie.

Uderzyłeś w szczękę wszystkich moich wrogów. Swego wroga złupiłem doszczętnie. Jeśli się kto nie nawróci, miecz swój On naostrzy. Wrogowie moi się cofają, padają, giną. Występni krążą dookoła. Okrążają mnie teraz ich kroki. Powstań, o Panie, wystąp przeciw niemu i powal go, swoim mieczem wyzwól moje życie. Ścigam moich wrogów i ich dopadam, a nie wracam, póki nie zginą. Starłem ich, nie mogli się podnieść, upadli pod moje stopy. Cofnąłeś jego miecz przed napastnikiem, nie pozwoliłeś mu ostać się w walce…

To cytaty z psalmów.

Wiem, co to znaczy być otoczonym i zwyciężyć zgraję przeciwników. Wiem, co to znaczy zostawić za sobą trupy. Miecz jest moim narzędziem i moją obroną. Muszę o niego dbać. Widzę te wszystkie obrazy, jest to niemalże namacalne. Jakkolwiek by to nie zabrzmiało, gra w jest moją pokrętną drogą do pobożności (sic!) i do głębszego przeżywania literatury.

Nie tylko obrona

To doświadczenie bardzo osobiste. Po pierwsze – niezwykłe poczucie siły. Po drugie – Wiedźmin nie ucieka. On idzie na spotkanie z niebezpieczeństwem, ma świadomość swojej mocy, swoich eliksirów, swojej siły, wytrzymałości.

Imponuje mi ta moc, bo ja taka nie jestem. A przynajmniej nie czuję się silna. Wchodząc w skórę tak mocarnego wojownika, mam wrażenie, że część jego myślenia przechodzi na mnie. Konfrontacje z wrogami to nie tylko obrona, unikanie. Wiedźmin mówi: wolę polować. I idzie mu to świetnie.

„Nie mam czasu, gram w grę”

Mistrzyni prokrastynacji. Robię, co niezbędne, najlepiej i najszybciej jak umiem, przesuwam to, na co mam jeszcze czas, a potem zasiadam do gry.

Tak że przepraszam Was bardzo, ale jak to mój mąż mi powtarza, w Wyzimie mnie potrzebują.

Moje 7 sposobów na nowe

Jeśli czujesz, że życie Cię nie jest w stanie niczym zaskoczyć, jeśli mówisz sobie codziennie: „Znowu to samo”, jeśli zjada Cię rutyna, schemat i monotonia, ten wpis jest dla Ciebie.

Jest wiele dróg, by odkrywać nowe. Inspiracje i niespodzianki mogą stać się istotną częścią Twojego życia. Zobacz, jak ja to robię, że nigdy się nie nudzę…

Ok, dość tego wstępu wyjętego z ust nieudacznych couchów. Do rzeczy. Co nowego (w ramach projektu „Ostatni rok”) odkrywam:

1. Nowe warzywo

Poznaję nowe warzywo i dodaję je do każdej potrawy. Zawsze myślałam, że nienawidzę selera. Potem zaczęłam lubić krem z białych warzyw. W tym roku ostrożnie i z pewną dozą nieśmiałości sięgnęłam po seler naciowy i przepadłam z kretesem, gdyż okazało się, że moja odwieczna tęsknota za chrupkością niekoniecznie musi się kończyć zjedzeniem batona z orzechami albo wafla. Może się skończyć zdrowiej i ciekawiej. Drobniutko pokrojony seler naciowy dodaję do wszystkich dań – warzywnych, mięsnych, zup, gulaszów, sosów. Wszędzie pasuje i wszędzie dobrze robi. Zwariowałam.

2. Nowe danie

Póki jesteśmy w kuchni, dodam jeszcze jeden punkt: co tydzień nowe danie. Bierzesz zakurzoną książkę kucharską, z której wszystkie fotografie znasz już na pamięć, i planujesz. Przyglądasz się. Sprawdzasz, na co masz ochotę. Ewentualnie możesz kupić nową książkę kucharską i wybierać, co chcesz ugotować. A potem to ugotuj. Może Ci posmakuje, może nie. Nie rozumiem, jak można jeść w kółko to samo.

3. Nowy cykl filmów

Postanowiłam pooglądać sobie francuskie komedie, żeby zobaczyć inaczej. Posłuchać języka, pooglądać innych aktorów niż zbyt dobrze znane holywoodzkie twarze. Trochę Francji, trochę stylu innego niż ten, do którego przywykliśmy. Inne spojrzenie, inne poczucie humoru. Samo dobro. Samo inne.

4. Nowe w literaturze

Dlaczego nie poznać lepiej tego, do czego jest się uprzedzonym? Nie przepadam za fantastyką i dlatego zaczęłam ją czytać.

Oczywiście, w autobusie czy przed konferencją dużo lepiej i szykowniej wyglądają eseje o literaturze czy translatoryce, ale czasem warto poczytać jakąś wciągającą historię z krzykliwą okładką (najgorzej), z nieźle skonstruowanymi bohaterami, dać się porwać ich losom, by potem myśleć o nich i o to, co dalej, co się dalej wydarzy? Jeśli postać siedzi w głowie i myślisz, co się z nią dzieje, kiedy Ty pracujesz, to już dużo.

Do tej pory sięgnęłam po Pilipiuka, po Wójtowicz, wreszcie po Anetę Jadowską (również ze względów osobistych, pamiętam ją z liceum i wspólnych kolonii nad morzem; ekscytuję się, że została całkiem dobrą pisarką).

5. Nowe aktywności, nowe doświadczenia

Gram w grę komputerową, poszłam z mężem w takie jedno miejsce, w którym zaopatrzeni w kamizelki i sprzęt strzelaliśmy do siebie z laserów. Nasze małżeństwo weszło na nowy poziom. Adrenalina razy tysiąc.

6. Nowe znajomości

Nie tylko poznawanie całkiem nowych ludzi, ale też głębsze poznawanie tych, z którymi jesteśmy na „Cześć” i mijamy się na drodze ku własnym obowiązkom. A tu można się zaskoczyć. Myślałeś, że łączy Cię z kimś jedynie miejsce pracy, a tu okazuje się, że wspólna pasja i patrzenie na świat, że te same tematy intrygują i inspirują. Z jednej strony wymiana doświadczeń, wzajemne ubogacanie, możesz się przed kimś odkryć i dostaniesz świetne rady, a z drugiej możesz komuś pomóc, nawet o tym nie wiedząc… Owszem, można się zamknąć przed innymi i uznać: „Ja się nie zaprzyjaźniam, nie ma fajnych ludzi wokół mnie”, tylko po co? Nie przegapmy tego, co może okazać się cenne.

7. Nowe wyzwanie.

Zorganizować przyjęcie urodzinowe? Nigdy tego nie robiłam. Czy sobie poradzę? Nie przekonam się, dopóki tego nie sprawdzę. Zaplanować menu i opracować listę gości trzy miesiące wcześniej? Zrobić listę w Wunderlist, wysłać ręcznie robione zaproszenia, kupić serwetki i niezbędne produkty, wydrukować pamiątkowe zdjęcia z przyjaciółmi, ustalić warunki lokalowe, wymyślić wszystko, a potem spędzić osiem godzin w kuchni? Nie ma sprawy. Zadanie wykonane, teraz czas na większe wyzwania, jak piszą mi czasem w „Wiedźminie”.

Krótko mówiąc, czerp, inspiruj się, sięgaj po nowe.

05 (Fot. Mariusz Bieniek)

Projekt „Ostatni rok”

Skoro blogerzy wszystkie swoje aktywności nazywają projektami, to ja też to tak chwytliwie nazwę. (Nie żebym się uważała za blogerkę… Nigdy tak o sobie nie powiedziałam, ale również nie mówię, że jestem nauczycielką, choć od sześciu lat pracuję w szkole. Jak już kiedyś wspominałam, mam problem z samookreśleniem się.)

Pamiętam ten styczniowy poranek po sylwestrze. Cudze jasne mieszkanie. Książki, drewniany stół, najwygodniejszy fotel świata, w którym równie dobrze siedzi się w poprzek, wzdłuż i na skos (sprawdziłam wszystkie opcje). Duże okna, miły cudzy kot. Choinka w doniczce.

Pomyślałam, że to takie dziwne – przychodzi 2017 i staje się faktem, a do niedawna był przecież mrzonką, ułudą, niepojętym. Niedoścignionym.

Mam mentalność niekredytową, więc z trudem myślę o tym, że będzie kiedyś rok 2018, 2019, 2020. Nawet nie próbuję wyobrazić sobie siebie wtedy, świata wtedy. Nie mam odwagi, nie mam ochoty, nie czuję takiej potrzeby.

I chyba z tego wynika moje myślenie, że ten rok chcę przeżyć, jakby był ostatni. Chcę spróbować wszystkiego, co się da i o czym myślałam, a nie miałam odwagi, czasu, impulsu. Nie chcę już odkładać, nie chcę unikać. Dążę uparcie do spełnienia największego marzenia. Sięgam po te mniejsze, zmęczona ciągłym odkładaniem na kolejny rok, na później, na kiedy indziej. Kiedy?

Chcę być odważna i silna. Chcę mówić „tak”, gdy nie jestem pewna, ale czuję, że to może przynieść coś dobrego (są o tym filmy, pisała o tym ostatnio Kameralna; mocno wierzę, że takie podejście ma sens i że otwiera na życie). Robię coś z myślą: „Zobaczymy, co się stanie”. Nie muszę się wiecznie wszystkiego bać. Nie muszę wyobrażać sobie najgorszego. Mogę na życie spojrzeć z ciekawością. Kto wie, co się może stać.

Zdaję sobie sprawę, że jedna diagnoza, jeden wypadek – mogą zmienić wszystko. Gdzieś to przeczytałam i utkwiło w głowie: „Mamy mniej czasu niż się wydaje”. I jeśli tu i teraz nie przeżyję wszystkiego na 100%, to będzie to tylko moja strata.

011

(Fot. Mariusz Bieniek)

Wiosna w trzech aktach

Akt pierwszy – zziębnięte dłonie

Koniuszek nosa swą temperaturą przypominał grożącą wiadomość od zimy: „Jeszcze tu wrócę”. Opuszki palców jak odwilż z gałęzi.

Akt drugi – ubłocone buty

Nikt mi nie kazał kupować białych. Nikt mi nie kazał chodzić na skróty ścieżką pod wiaduktem. Sama chciałam. Ścieżki na skróty – jak można się temu oprzeć? Toż to kwintesencja dzieciństwa na wsi, wolności i chodzenia swoimi drogami.

Akt trzeci – oddech

Niechże już pierzcha ten szwarccharakter von (woń) Smog, myślałam sobie. No dobrze, przyznaję, nie myślałam aż tak poetycko, ale przekaz jest ten sam. Płuca żądają dostępu do wiosennego świeżego powietrza.

Kwietniu, dobrze, że jesteś.

195

(Oj, będzie zielono)

1 2 3