Moje 7 sposobów na nowe

Jeśli czujesz, że życie Cię nie jest w stanie niczym zaskoczyć, jeśli mówisz sobie codziennie: „Znowu to samo”, jeśli zjada Cię rutyna, schemat i monotonia, ten wpis jest dla Ciebie.

Jest wiele dróg, by odkrywać nowe. Inspiracje i niespodzianki mogą stać się istotną częścią Twojego życia. Zobacz, jak ja to robię, że nigdy się nie nudzę…

Ok, dość tego wstępu wyjętego z ust nieudacznych couchów. Do rzeczy. Co nowego (w ramach projektu „Ostatni rok”) odkrywam:

1. Nowe warzywo

Poznaję nowe warzywo i dodaję je do każdej potrawy. Zawsze myślałam, że nienawidzę selera. Potem zaczęłam lubić krem z białych warzyw. W tym roku ostrożnie i z pewną dozą nieśmiałości sięgnęłam po seler naciowy i przepadłam z kretesem, gdyż okazało się, że moja odwieczna tęsknota za chrupkością niekoniecznie musi się kończyć zjedzeniem batona z orzechami albo wafla. Może się skończyć zdrowiej i ciekawiej. Drobniutko pokrojony seler naciowy dodaję do wszystkich dań – warzywnych, mięsnych, zup, gulaszów, sosów. Wszędzie pasuje i wszędzie dobrze robi. Zwariowałam.

2. Nowe danie

Póki jesteśmy w kuchni, dodam jeszcze jeden punkt: co tydzień nowe danie. Bierzesz zakurzoną książkę kucharską, z której wszystkie fotografie znasz już na pamięć, i planujesz. Przyglądasz się. Sprawdzasz, na co masz ochotę. Ewentualnie możesz kupić nową książkę kucharską i wybierać, co chcesz ugotować. A potem to ugotuj. Może Ci posmakuje, może nie. Nie rozumiem, jak można jeść w kółko to samo.

3. Nowy cykl filmów

Postanowiłam pooglądać sobie francuskie komedie, żeby zobaczyć inaczej. Posłuchać języka, pooglądać innych aktorów niż zbyt dobrze znane holywoodzkie twarze. Trochę Francji, trochę stylu innego niż ten, do którego przywykliśmy. Inne spojrzenie, inne poczucie humoru. Samo dobro. Samo inne.

4. Nowe w literaturze

Dlaczego nie poznać lepiej tego, do czego jest się uprzedzonym? Nie przepadam za fantastyką i dlatego zaczęłam ją czytać.

Oczywiście, w autobusie czy przed konferencją dużo lepiej i szykowniej wyglądają eseje o literaturze czy translatoryce, ale czasem warto poczytać jakąś wciągającą historię z krzykliwą okładką (najgorzej), z nieźle skonstruowanymi bohaterami, dać się porwać ich losom, by potem myśleć o nich i o to, co dalej, co się dalej wydarzy? Jeśli postać siedzi w głowie i myślisz, co się z nią dzieje, kiedy Ty pracujesz, to już dużo.

Do tej pory sięgnęłam po Pilipiuka, po Wójtowicz, wreszcie po Anetę Jadowską (również ze względów osobistych, pamiętam ją z liceum i wspólnych kolonii nad morzem; ekscytuję się, że została całkiem dobrą pisarką).

5. Nowe aktywności, nowe doświadczenia

Gram w grę komputerową, poszłam z mężem w takie jedno miejsce, w którym zaopatrzeni w kamizelki i sprzęt strzelaliśmy do siebie z laserów. Nasze małżeństwo weszło na nowy poziom. Adrenalina razy tysiąc.

6. Nowe znajomości

Nie tylko poznawanie całkiem nowych ludzi, ale też głębsze poznawanie tych, z którymi jesteśmy na „Cześć” i mijamy się na drodze ku własnym obowiązkom. A tu można się zaskoczyć. Myślałeś, że łączy Cię z kimś jedynie miejsce pracy, a tu okazuje się, że wspólna pasja i patrzenie na świat, że te same tematy intrygują i inspirują. Z jednej strony wymiana doświadczeń, wzajemne ubogacanie, możesz się przed kimś odkryć i dostaniesz świetne rady, a z drugiej możesz komuś pomóc, nawet o tym nie wiedząc… Owszem, można się zamknąć przed innymi i uznać: „Ja się nie zaprzyjaźniam, nie ma fajnych ludzi wokół mnie”, tylko po co? Nie przegapmy tego, co może okazać się cenne.

7. Nowe wyzwanie.

Zorganizować przyjęcie urodzinowe? Nigdy tego nie robiłam. Czy sobie poradzę? Nie przekonam się, dopóki tego nie sprawdzę. Zaplanować menu i opracować listę gości trzy miesiące wcześniej? Zrobić listę w Wunderlist, wysłać ręcznie robione zaproszenia, kupić serwetki i niezbędne produkty, wydrukować pamiątkowe zdjęcia z przyjaciółmi, ustalić warunki lokalowe, wymyślić wszystko, a potem spędzić osiem godzin w kuchni? Nie ma sprawy. Zadanie wykonane, teraz czas na większe wyzwania, jak piszą mi czasem w „Wiedźminie”.

Krótko mówiąc, czerp, inspiruj się, sięgaj po nowe.

05 (Fot. Mariusz Bieniek)

Projekt „Ostatni rok”

Skoro blogerzy wszystkie swoje aktywności nazywają projektami, to ja też to tak chwytliwie nazwę. (Nie żebym się uważała za blogerkę… Nigdy tak o sobie nie powiedziałam, ale również nie mówię, że jestem nauczycielką, choć od sześciu lat pracuję w szkole. Jak już kiedyś wspominałam, mam problem z samookreśleniem się.)

Pamiętam ten styczniowy poranek po sylwestrze. Cudze jasne mieszkanie. Książki, drewniany stół, najwygodniejszy fotel świata, w którym równie dobrze siedzi się w poprzek, wzdłuż i na skos (sprawdziłam wszystkie opcje). Duże okna, miły cudzy kot. Choinka w doniczce.

Pomyślałam, że to takie dziwne – przychodzi 2017 i staje się faktem, a do niedawna był przecież mrzonką, ułudą, niepojętym. Niedoścignionym.

Mam mentalność niekredytową, więc z trudem myślę o tym, że będzie kiedyś rok 2018, 2019, 2020. Nawet nie próbuję wyobrazić sobie siebie wtedy, świata wtedy. Nie mam odwagi, nie mam ochoty, nie czuję takiej potrzeby.

I chyba z tego wynika moje myślenie, że ten rok chcę przeżyć, jakby był ostatni. Chcę spróbować wszystkiego, co się da i o czym myślałam, a nie miałam odwagi, czasu, impulsu. Nie chcę już odkładać, nie chcę unikać. Dążę uparcie do spełnienia największego marzenia. Sięgam po te mniejsze, zmęczona ciągłym odkładaniem na kolejny rok, na później, na kiedy indziej. Kiedy?

Chcę być odważna i silna. Chcę mówić „tak”, gdy nie jestem pewna, ale czuję, że to może przynieść coś dobrego (są o tym filmy, pisała o tym ostatnio Kameralna; mocno wierzę, że takie podejście ma sens i że otwiera na życie). Robię coś z myślą: „Zobaczymy, co się stanie”. Nie muszę się wiecznie wszystkiego bać. Nie muszę wyobrażać sobie najgorszego. Mogę na życie spojrzeć z ciekawością. Kto wie, co się może stać.

Zdaję sobie sprawę, że jedna diagnoza, jeden wypadek – mogą zmienić wszystko. Gdzieś to przeczytałam i utkwiło w głowie: „Mamy mniej czasu niż się wydaje”. I jeśli tu i teraz nie przeżyję wszystkiego na 100%, to będzie to tylko moja strata.

011

(Fot. Mariusz Bieniek)

Wiosna w trzech aktach

Akt pierwszy – zziębnięte dłonie

Koniuszek nosa swą temperaturą przypominał grożącą wiadomość od zimy: „Jeszcze tu wrócę”. Opuszki palców jak odwilż z gałęzi.

Akt drugi – ubłocone buty

Nikt mi nie kazał kupować białych. Nikt mi nie kazał chodzić na skróty ścieżką pod wiaduktem. Sama chciałam. Ścieżki na skróty – jak można się temu oprzeć? Toż to kwintesencja dzieciństwa na wsi, wolności i chodzenia swoimi drogami.

Akt trzeci – oddech

Niechże już pierzcha ten szwarccharakter von (woń) Smog, myślałam sobie. No dobrze, przyznaję, nie myślałam aż tak poetycko, ale przekaz jest ten sam. Płuca żądają dostępu do wiosennego świeżego powietrza.

Kwietniu, dobrze, że jesteś.

195

(Oj, będzie zielono)

Między poniedziałkiem a piąteczkiem, czyli rozważania o pracy

Próbowałam napisać ten wpis wcześniej, ale miałam dużo pracy. Próbowałam opublikować go w poniedziałek, bo akurat ten dzień tygodnia jest z tematem związany. Ale cóż, niech będzie we wtorek.

Zwykle nie wchodzę w dyskusje na temat oczekiwania na piąteczek czy beznadziejności poniedziałków. Bywa, że jestem jedyną osobą w towarzystwie, która przyznaje, że lubi swoją pracę. Czasem przyznaję się do tego ostentacyjnie, bo w końcu ktoś przecież musi lubić swoją pracę!

Praca nie jest tylko po to, by dostawać za nią pieniądze, choć otaczający nas świat jest właśnie tak skonstruowany: pracujesz – masz za co żyć. Nie pracujesz – też sobie w sumie poradzisz, ale może być Ci trochę trudniej.

mim-helsinki

(Są różne prace. Na przykład taki mim w Helsinkach. fot. Mariusz Bieniek)

Są dni, kiedy wychodzę z pracy ze zlasowanym mózgiem i przetrąconym kręgosłupem, z samooceną pełzającą gdzieś przy mojej nodze, bo nawet ona mnie opuściła, i to aż tak nisko, że nie warto się po nią schylać. Są też takie dni, kiedy wychodzę jak na skrzydłach, pełna pozytywnych emocji i świeżych przeżyć. Kiedy coś się udało, było zabawnie, wydarzyło się coś miłego i ciekawego. I takich dni naprawdę jest sporo.

Można nie lubić wielu aspektów swojej pracy, a jednocześnie pracę tę lubić, widzieć w niej sens i się do niej przykładać.
Bo, moi Drodzy, jestem przekonana, że moja praca jest czymś, co może choć trochę zmienić ten świat.

***

Wyrosłam w domu, w którym praca jest czymś bardzo ważnym. Po pierwsze umożliwia osiągnięcie czegokolwiek (nie robić nic – nie będzie nic, jak mawia mój tata), po drugie poprzez to, co robimy, możemy być potrzebni innym, dać coś od siebie, po trzecie nadaje sens naszemu byciu tutaj. Mamy tu coś do zrobienia. Mamy predyspozycje. Moi rodzice prócz dobrego przykładu (pracowitości, oddania i poświęcenia) dali mi też możliwość zdobycia wykształcenia najbliższego memu sercu, dzięki czemu mogę robić to, w czym się dobrze czuję. Po to mamy zdolności, by je w pełni wykorzystywać.

Jest to dla mnie niesamowite, że jestem całkiem innym nauczycielem niż sześć lat temu, gdy zaczynałam. Czasem wydaje mi się, że dzieci nauczyły mnie nieporównanie więcej niż ja je (jak widzę, jak bardzo potrafią nas nie słuchać, to w sumie nie jest to trudne). Asertywność, konsekwencja, kreatywność, improwizacja. Dzielność i radzenie sobie w sytuacjach trudnych, stresujących, wymagających szczególnej uwagi, delikatności, empatii, stanowczości.

Słyszałam ostatnio zdanie, że pracę powinniśmy zmeniać po około siedmiu latach. Może nie dotyczy to absolutnie każdego, ale jest w tym jakaś mądrość. Warto się nad tym zastanowić i wyczuć moment, w którym przestajemy się starać, robimy się wtórni i wygodni. Nie chciałabym pracować w jednym miejscu całe życie, bo wydaje mi się to niezbyt zdrowe. Poza tym wyzwania i nowe rzeczy w życiu uczą naprawdę nieporównanie więcej niż środowisko, w którym znamy już każdy kąt (oczywiście trzeba wziąć poprawkę na to, że czasem trudno o zmianę pracy albo że stabilizacja nam odpowiada).

***

Ostatnio dużo myślę o tym, jak dobrze lub źle dobrana praca potrafi być upokarzająca, wyniszczająca czy wprost przeciwnie, rozwijająca. Jak traktowanie pracownika odbija się na całym jego życiu. Jak wycena jego umiejętności wpływa na jego patrzenie na siebie. Dobrze opłacony i doceniony pracownik nabiera godności, nisko płatna praca sprawia, że ktoś czuje się jak śmieć.

Czasem zdumiewa mnie, że więcej czasu spędzam z obcymi dzieciakami niż z mężem. On z kolei więcej czasu spędza z zupełnie przypadkową zbieraniną ludzi. To spostrzeżenie wynika poniekąd z porównania: wyrosłam w domu, w którym mama zawsze była. Wiele pracy wykonywaliśmy wszyscy razem, i myślę, że to było dla nas jednoczące. Czas spędzony z kimś, wspólne doświadczenie, wspólna praca to jest coś, czego nie da się zastąpić.

***

Na przekór osobom, które narzekają na swoją pracę, chcę mówić, że ja swoją lubię. Głównie dlatego, że mogę w niej robić coś ważnego. Praca jest moim małym wkładem w zmianę świata. Nawet jeśli jest będzie to tylko zmiana mojego świata, to i tak warto się starać.

Nienasycenie życiem

Życie jest piękne… Można zachwycać się małym liściem lub ogromną skałą… Można patrzeć daleko w gwiazdy lub podziwiać chmury… We wszystkim jednak widać cud. Ogromny cud, który sprawia, że wciągając powietrze, czuje się chęć życia… chęć poznawania… rozwijania się… życia wciąż bardziej i pełniej.

(z pocztówki od znajomego, który wyzdrowiał po chorobie nowotworowej)

Mamy jedno życie.

Żyje się raz.

Nieważne, jakim frazesem zacznę. Sens tych słów z czasem zaczyna do mnie docierać, i to tak mocno i intensywnie, że aż boli, dociera pod skórę, za paznokcie, do uszu, nosa, oczodołów i mózgu.

To, czy coś zrobię teraz czy nie, z czego zrezygnuję – moje wybory i ich brak – wszystko pociąga za sobą konsekwencje i zmienia moje życie. Albo pozostawia je takim, jakie jest, bez szansy na zmianę. I wtedy jest stagnacja, a tego chyba już nie lubię.

Próbuję żyć tak, jakby to wszystko było ostatnie. Ostatnie wakacje, ostatni rok życia. Żebym mogła sobie powiedzieć: tak, to było dobre życie i niewiele z niego żałuję. Może komuś pomogłam, może kogoś uczyniłam szczęśliwszym, chociaż jedną osobę. Może nie zmarnowałam czasu, talentów, zdrowia i możliwości. Tego bym sobie życzyła.

Próbuję łapać to, o czym marzyłam. Przypominać sobie swoje marzenia i przyglądać się im z bliska, w praktyce. I nie odkładać ich spełniania na wieczne nigdy, jak to przecież od zawsze mam w zwyczaju – no bo może to nie jest takie ważne. A właśnie że jest ważne!

***

Jak najwięcej prac, które lubię, jak najwięcej rzeczy, które kocham robić, jak najwięcej książek, które zmieniają i poruszają. Jak najwięcej tego, co sprawia mi radość i napędza. Pójście w kierunku, który może okazać się moim ukochanym i wymarzonym (jeśli się nie okaże, będę przynajmniej wiedziała, że to mi nie pasuje, więc ten krok nie będzie zmarnowany). Jak najwięcej się uczyć, łapać jak najwięcej wiedzy, umiejętności, doświadczenia. Jak najwięcej gotowania, podróżowania, smakowania życia, doświadczania nowego i doświadczania piękna, spotykania ludzi z pasją, z misją, pozytywnych, a nie wiecznie narzekających, jak to jest źle. Nie mam zamiaru tego słuchać i w to wierzyć.

Aż do zachłyśnięcia się życiem, póki ono jest. Niech będzie jak najlepsze. To zależy także ode mnie.

Po to je mamy, by doświadczać, wybierać, rozwijać się.

Nikt tego za mnie nie zrobi, nie przeżyje po mojemu. Nikt nie zwróci niespełnionego marzenia i straconego czasu. Nie da drugiej szansy. W życiu nie działa Ctrl + Z.

To musi być na 100%.

***

Chodzę czasem na zumbę z pasjonatami. Widać, że ich to cieszy, widać radość i iskry w oczach. Znam instruktorkę fitnessu, która uwielbia swoją pracę. Mam znajomą malarkę, którą cieszy każdy nowy obraz i to, że jej dzieła podobają się innym. Znam osobę, która z fascynacją opowiada o gruzińskim słowotwórstwie. Mój krewny uwielbia jazdę rowerem, z każdej wyprawy wraca jak nowo narodzony – radosny i szczęśliwy jak rzadko. Mój mąż fotografuje i nieraz jest wyjątkowo dumny z jakiegoś zdjęcia. Przyjaciółka potrafi z pasją opowiadać o gotowaniu. Mam znajomego, który potrafi narzekać na wszystko, ale jak opowiada o modelach samochodów, to twarz mu się rozpogadza.

Róbmy jak najwięcej tego, co wyzwala w nas tę radość. Starajmy się być szczęśliwi, bo nikt za nas tego nie zrobi.

***

Nawet nie wiem, czy ten tekst ma sens i czy się komukolwiek przyda. Wiem jedynie, że taki chaotyczny, mocny manifest noszę w głowie od dłuższego czasu i widzę, doświadczam aż do głębi, że dopiero takie podejście ma sens i przynosi najwięcej dobrego.

148

(Zawsze chciałam zobaczyć Irlandię. 2009 rok: irlandzka owca. Fot. Mariusz Bieniek)

Rozrywki nudziary

Oto poradnik dla kompletnych nudziarzy. Jeśli w twoim życiu niewiele się dzieje, ale w ogóle ci to nie przeszkadza, a wręcz cieszysz się tą błogą monotonią, ten wpis jest dla ciebie.

Poniżej zebrałam rozrywki, które cieszą kogoś, kto nie oczekuje od życia ciągłych skoków adrenaliny, ale wystarczy mu coś prostego, zwyczajnego. Może być nudne. Ta etykietka mnie nie obraża. Wręcz się nią chlubię.

Lista rozrywek dla nudnych ludzi:

1. Gapienie się przez okno. Komunikacja miejska zapewnia szczególne doznania. Ludzie, którzy przechodzą albo stoją. Architektura. Typografia uliczna, plakaty, billboardy, graffiti i murale. Ospałość i lenistwo myśli. Po prostu się gapisz.

2. Moknięcie w letnim deszczu. Bez spinania się, że mokniesz. W końcu to nie lawa, to tylko woda. Doznanie chłodu letniego deszczu jest wręcz przyjemne.

deszcz

3. Włóczenie się nonszalancko (z dezynwolturą) z rękami w kieszeniach. Kieszenie to nieodzowny element. Najlepsze sukienki są z kieszeniami. Najlepsze bluzy. Wkładanie rąk do kieszeni to jak powiedzenie: "Nareszcie jestem sobą, w domu, bezpieczna". Prawie jak u kangurzycy w torbie.

4. Huśtanie się na huśtawce i machanie nogami. Nie można przepuścić żadnej huśtawce. +50 do radości.

5. Zakup drewnianej szczotki retro i szczotkowanie ciała pod prysznicem, zupełnie jak dzieciaki 150 lat temu. Jak Ania z Zielonego Wzgórza, Tomek Sawyer czy Sara, mała księżniczka.

6. Przypatrywanie się niemowlakowi (jeśli masz jakiegoś w okolicy). Można leżeć obok i po prostu patrzeć. Prędzej znudzi się jemu niż tobie.

7. Słuchanie nierozrywkowego radia. Delektowanie się spokojnym tembrem głosów prowadzących. Gdzie nie ma się wrażenia, że każde zdanie jest superpromocją, atrakcją i fajerwerkiem.

8. Pisanie listów, najlepiej piórem. Adresowanie koperty, przyklejanie znaczka. To jest dopiero rozrywka sprzed wieków!

9. Mielenie ziaren kawy ręcznym młynkiem, a potem parzenie w kawiarce. Każde przygotowanie kawy to rytuał, który wymaga czasu i zaangażowania. To jest oczekiwanie: już czujesz zapach, już słyszysz bulgotanie. Kawa, śmietanka, fotel i książka. To połączenie nie może zawieść.

Dorzucicie coś prostego i przyjemnego jednocześnie?

11 luźnych myśli na temat czytania

Czytanie przy kimś to nie jest dowód buractwa, wręcz przeciwnie: zaufania i poczucia komfortu. Wyciągnięcie książki mówi: "Dobrze się przy tobie czuję, więc przy tobie czytam. Nie oburzaj się na to. Pozwól mi".

***

A najlepiej sam sobie też weź jakąś książkę. Poczytajmy razem. To bardzo zbliża. Tajemne porozumienie, milczące bycie obok.

***

Kiedy widzisz kogoś z książką, daj mu spokój i pozwól poczytać. Nie zagaduj, nie zagłuszaj, nie przeszkadzaj (on wolałby nie przerywać po to, by podać tytuł i autora czy wręcz streszczać akcję).

***

A już na pewno nie pytaj: "Po co się uczysz? Po co to czytasz?" To są wyjątkowo głupie pytania, bardzo nie na miejscu.

***

Rozterka podróżnika, który nie ma czytnika: najgorzej, gdy nazajutrz wyjeżdżam, a jestem w połowie książki. Nie opłaca się brać jej ze sobą, bo przeczytam za szybko, może jeszcze w drodze, i potem będę tę przeczytaną książkę niepotrzebnie wozić ze sobą. Albo można wziąć dwie książki w podróż. Albo przestać czytać, zrobić przerwę na czas wyjazdu, dokończyć po powrocie, a wziąć inną – takie rozwiązanie też nie jest dobre, bo przecież będę myśleć o tej książce, której czytanie przerwałam. Jest też inne rozwiązanie: spędzić cały przedwyjazdowy dzień na dokończeniu tej. Co w sumie nie brzmi źle.

***

Cudowny plan na wieczór i poranek: gdy mam jeszcze 100 stron książki, więc skończę ją dziś, a jutro zaczynam następną. Wybieranie następnej książki do czytania.

***

Obowiązowym pytaniem osoby rekrutującej na stanowisko umysłowe (a już zwłaszcza związane z kulturą) powinno być: "Co pan/pani teraz czyta?".

***

Błogosławię mój błędnik. Co prawda mogę zwymiotować w zbyt ciepłym samochodzie i na serpentynach, ale za to mogę czytać bez najmniejszego problemu. Dzięki umiejętności czytania w autobusach, pociągach, tramwajach i samochodach osobowych zdawałam egzaminy z literatury, a teraz odhaczam kolejne pozycje z listy książek do przeczytania i generalnie nie dłuży mi się czas.

***

Ostatnio ktoś zapytał mnie o to, czy za korzystanie z biblioteki, wypożyczanie i przedłużanie książek, się płaci. To jest najpiękniejsze w bibliotece: darmowy dostęp, duży wybór, brak ukrytych opłat, jasne zasady.

***

Nigdy, pod żadnym pozorem nie przeglądaj książki, którą właśnie czytasz. Nie patrz na ostatnie zdanie, nie kartkuj, nie czytaj fragmentów ze środka. ZAWSZE natrafisz na kluczową informację w stylu: ktoś umarł. Ktoś zdradził. Ktoś jednak przeżył. I po co ci to?

***

Daj sobie spokój z nudnymi książkami. Satysfakcja z powodu skończenia książki, która ci nie odpowiada, może być mniejsza niż gorzkie poczucie zmarnowanego czasu.

9 powodów, dla których warto rozglądać się podczas spaceru

Podążając za radami mądrzejszych od siebie, podczas codziennych wędrówek wybieram nieznane albo dawno nieodwiedzane uliczki, okrężne trasy, zaglądam w miejsca, których nie znałam. Gdyby ktoś za mną kluczył, uznałby, że mylę tropy. Tymczasem ja po prostu eksploruję.

Rozglądanie się podczas spacerów ma wiele zalet. Co najmniej dziewięć.

1. Możesz spotkać księżyc

Tej nocy akurat zaplątał się w gałęzie i chyba nie mógł się wydostać. Łatwiej spotkać księżyc w nocy niż w dzień, ale oczywiście możesz próbować o każdej porze…

IMG_20160319_220558

2. Możesz spotkać drzewo na balkonie

IMG_20160421_073838

Kto wie, może to nieśmiały początek wspaniałego parku?

3. Możesz spotkać bułkę

IMG_20160412_112834

Czai się na przechodniów i kusi tych, co wyszli bez śniadania. Oto witkacowska dziwność istnienia w wersji przyziemnej. Już zupełnie pomijam ten absurdalny niedopałek w tle.

4. Możesz spotkać pytanie egzystencjalne

A CZY TY MASZ JUŻ WŁASNY PRZEPIS NA SIEBIE?

Zwykła wlepka na słupie, a jak potrafi zastanowić.

5. Możesz spotkać zwierzątko

Idę sobie wieczorem ulicą Bzową. Wtem drogę zachodzi mi jeżyk. Bezgłośne tup tup tup maleńkimi łapeczkami. Sunie trwożliwie. Zatrzymuję się i przypatruję się mu z tkliwością, a on wręcz zastyga, jedynie kolce mu drżą, a oddech lekko przyspiesza, jak się domyślam po nieznacznym, acz dostrzegalnym falowaniu grzbietu. Jeżyk wyraźnie zamyka się w sobie wewnętrznie, pochylając pyszczek wstydliwie.
Dopiero gdy oddalam się na bezpieczną odległość, kontynuuje swój trud wędrówki przez jezdnię.
Takie spotkanie.

6. Możesz spotkać wiersz

IMG_20160305_180655

Jestem zwolenniczką spotykania wierszy co krok.

7. Możesz spotkać rozpaczliwe wołanie właściciela zwierzątka

IMG_20160403_153047

8. Możesz znienacka spotkać człowieka

Idę chodnikiem, mijam dwóch starszych panów. Jeden wyższy, drugi korpulentny, krzepki, a jego rumiana twarz niczym przeniesiona z wesela w fazie zaawansowanej albo warszawskiej kapeli ulicznej. Tenże na mój widok niespodzianie wykonał sprężysty i energiczny ruch: z wdziękiem wygiął ciało, podpierając biodro ręką jak modelka z reklamy, i z uśmiechem zachęcającym, bogatym, błyszczącym, z radosnym wyszczerzeniem całej szczęki, wyciągnął ku mnie rękę z gazetką.
Zupełnie jakby rozdawał bilety na lot dookoła świata albo przepis na szczęście, dostatnie życie i raj na ziemi.
A to tylko "Strażnica".

I ostatni, moim zdaniem najdziwniejszy powód.

Możesz spotkać samotny dopełniacz liczby mnogiej!

IMG_20160216_135539

Dobre rzeczy: wdzięczność

Sprawdzałam niedawno pracę, w której zamieszczono wywiady przeprowadzone między innymi ze starszymi ludźmi. Ujęła mnie jedna wypowiedź:

Mamy się bardzo dobrze. Tak więc gaz mamy. Kanalizację mamy. Dwie komórki mamy. No więc mamy się bardzo dobrze.

Bardzo piękna jest taka wdzięczność i docenianie tego, co się ma. Dla nas to stało się to bezdyskusyjne i pewne. Dla wielu ludzi na ziemi nie jest to takie oczywiste – mieć wodę, gaz i jeszcze dwa telefony. Jest za co być wdzięcznym.

***

Czasem muszę bardzo starać się, by o tym pamiętać.

motyl

(fotografia: Mariusz Bieniek)

Skrawki rozmów: rodzina

Fragmenty dialogów z życia mojej rodziny.

Dziadek

Dziadek (93 lata, wdowiec, ojciec szóstki dzieci, dziadek i pradziadek naprawdę sporej gromady): Wyszedłem na spacer poszukać jakiejś niewiasty, ale żadnej nie było.

***

– Ile dają na dziecko? 500 zł? Odmłódźcie mnie tylko, a zaraz się tym zajmę.

Rodzice

Mama, podając tacie żołądek i serce kury z rosołu: Dałam Ci serce? Dałam.

***

Rodzice oglądają w tv galę rozdania nagród. Kamera uchwyciła wśród publiczności pewnego jegomościa w nakryciu głowy.
Tata: A czemu on nie zdjął czapki?
Mama: Bo on jest wielki artysta śpiewak.

***

Tata i mama oglądają występ aktora i piosenkarki, którzy śpiewają energetyczną piosenkę.
W pewnym momencie tata mówi:
– Wystarczy.

***

Siedzimy w kuchni z rodzicami, trwa produkcja drożdżówek.
Mama: Jeszcze się nie upiekły.
Tata: To idę.
Mama: Ale kawa już jest.
Tata: To nie idę.

***

Mama (o ofertach z sieci komórkowej): dzwonił do mnie, proponował telefon, promocje, dopiero, jak mu powiedziałam, ile ja dzwonię (50 zł mi starcza na 3 miesiące), to się uspokoił.

***

Finał "Jeden z dziesięciu": odpadli konkurenci, gra ostatni uczestnik z jedną szansą. Pierwsze pytanie dla niego – nie zgadł.
Mama: No widzisz? aleś się nagrał.

Mąż

– Jesteś kaszalotem.

– A Ty jesteś ryżolotem.

***

– …i tak nazywano Demeter.

– A nawet Decentymeter.

***

– Nie da się ukryć, że Wenus z Milo to Ty nie jesteś.
– Bo mam ręce.
– No właśnie.

***

– Jak się nazywa ten zespół, często leci w Antyradiu, imię i coś tam.

(ktoś wie?)

– Florence + The Machine.

– No właśnie.

(tym sposobem wygrałam konkurs na czytanie w myślach)

***

Mąż pokazuje mi zdjęcia w afrykańskiej rzeczywistości. W roli głównej zwierzęta.

– O, a tutaj lion.

– Lionel.

– Lionel Ryczy.

1 2 3 4 5