„Zwiększ czułość”: zalety bycia żoną fotografa

Jak można wywnioskować z poprzednich wpisów, jestem językoznawcą, korektorem, polonistką. Zajmuję się słowem i przez ten pryzmat spoglądam i analizuję rzeczywistość. Od siedmiu lat jestem z fotografem, którzy patrzy i myśli obrazami, ma w głowie gotowe kadry. Widzę, jak jego pasja rozwija go, ale też w jakiś sposób zmienia moje postrzeganie świata.

Oto zalety bycia żoną (dziewczyną, partnerką) fotografa.

Fotografie

Zawsze masz ładne zdjęcia profilowe i wszystkie inne (minęły czasy selfie z telefonu, zdjęć robionych kamerą, pikselozy i fotografii, na których niemalże nie widać twarzy).

profilowe 2007 i 2016

(2007 po lewej i 2016 po prawej)

Zaczynasz zauważać, kiedy ktoś ma ładne zdjęcie profilowe.

Od czasu do czasu stajesz się modelką i muzą. Oglądasz siebie na zdjęciach, które uwypuklają twoje zalety, a więc patrzysz na siebie łaskawiej, a większość kompleksów gdzieś czmycha.

Podczas oglądania zdjęć potrafisz wskazać, które jest złe technicznie i dlaczego. Na wystawy fotograficzne chodzisz świadomie, patrząc na kompozycję, światło, ziarno i ogólny zamysł. Oburzają cię zdjęcia robione przed lustrem z użyciem lampy błyskowej.

Wiesz, kiedy jest złota i niebieska godzina (chociaż czasem to mylisz).

Jeśli chcesz zilustrować wpis, zawsze masz jakieś ciekawe zdjęcie do dyspozycji.

Bliskość

Zawsze jesteś potrzebna, np. trzymasz holder (subtelny pleonazm!) lub filtry.

Dumnie dzierżysz statyw podczas każdej podróży (możesz nosić też torbę fotograficzną, ale wierz mi, wolisz statyw).

Wspierasz go w jego pracy, wykonując czynności drugorzędne, ale niezbędne: odganiasz komary (z jakichś niezrozumiałych powodów do niego lgną bardziej), całym ciałem chronisz przed halnym fotografa i chwiejący się statyw z aparatem. W razie wyjątkowo sprzyjających okoliczności po prostu trzymasz holder lub filtry…

Jesteś blisko swojego mężczyzny, gdy wykonuje swoją pracę ("chodź ze mną na wschód słońca, będzie fajnie, zobaczysz")…

…co z kolei gwarantuje często niezapomniane przeżycia: sterczycie razem w nocy, wpatrując się w niebo, czekacie na wyjście księżyca zza chmury, brodzicie w porannej rosie czy jesiennym szronie, czekacie na ukazanie się słońca ("O, popatrz, pierwszy promień już się przedostał!"). Popędzacie słońce, by szybciej wyszło zza horyzontu – jest w tym coś mitycznego.

Wspominałam już o tym wcześniej, ale powtórzę: dzięki uważnemu fotografowi przy boku zaczynasz dostrzegać barwne niuanse nieba nad ranem.

Kiedy zza obiektywu mruczy "Muszę zwiększyć czułość…", bierzesz to za dobrą monetę. No, chyba, że czułości masz aż nadto, wówczas jęczysz tylko: "Znowu???"

Ciekawostki z lamusa NK

kwintesencja reklamy

Kiedy mieszkałam w Łodzi, zrobiłam to zdjęcie, uznając je za kwintesencję marketingu i reklamy. Nie było jeszcze wtedy Facebooka ani Instagrama, więc umieściłam je na naszej-klasie. A ponieważ NK jest już totalnie passé, pomyślałam, że odgrzebię i odkurzę obrazki i ciekawostki tam umieszczone.

foto

To też Łódź. Miałam na studiach zajęcia z fotografii, naciągnęłam pończochę na aparat i zaliczyłam semestr między innymi dzięki temu zdjęciu.

brama

Przecież to oczywiste, że bramy się nie otwiera.

opóźniony

Łódź Kaliska. Nieważne, dokąd jedzie pociąg i skąd przybywa. Jedno jest pewne: jest już opóźniony.

inkarnacja Hitlera

Moim zdaniem ten kot to inkarnacja Hitlera.

jeżyki

Mama Jeżowa i jej liczne potomstwo.

strach siadać

Nie wiem, dla kogo przeznaczono miejsce w tramwaju oznaczone taką naklejką, ale ja bym nie siadła.

 

Galeria muzealnych ciekawostek

Słyszałam, że Instagram służy przede wszystkim do fotografowania jedzenia. Jeszcze nie odważyłam się pokazać światu mojego śniadania i nie wiem, czy i kiedy to nastąpi. To narzędzie służy mi raczej do dokumentowania rozmaitych ciekawostek, rzeczy, które zwróciły uwagę, zachwyciły, rozczuliły czy zdumiały. Jakoś tak się dziwnie składa, że spora część z nich pochodzi z muzeów.

Kto jeszcze nie widział, zapraszam.

dentysta

Witamy u dentysty (Muzeum w Raciborzu)

 

podręcznik

Dentysta ów uczył się pilnie, np. z takiego podręcznika (Racibórz ponownie)

szkłoOszklone eksponaty muzeum w Uppsali. Gra świateł

miś czy cośNiedźwiedź? Kosmita? Nie, to kolędnik z Muzeum w Raciborzu!

krzesłoTo raczej galeria niż muzeum: w hostelu w Sztokholmie napotkaliśmy krzesło van Gogha, tylko bez fajki

mamuciTrzy mamucie zęby (Muzeum w Raciborzu)

siekierkaGroźna para (Szczepan Mucha, "Maślara", "Drwal", Muzeum Etnograficzne w Krakowie)

buciki samaBuciki małego Saama. Nordiska Museet w Sztokholmie (mogłabym tam zamieszkać)

frasobliwi          Jezusowie frasobliwi (Muzeum Etnograficzne w Krakowie) stołek piesStołek-pies nieco obrażon (Nordiska Museet)

łapkaWIelce gustowny świecznik (Nordiska Museet)

realnośćRealność została osierocona (Muzeum Etnograficzne w Krakowie)

piesekPiesek o (o)błędnym spojrzeniu. Maska kolędnika z Muzeum w Raciborzu

misiek wkurzonyTen niedźwiedź albo się rozzłościł, albo tańczy (Muzeum Etnograficzne w Krakowie)

raciczkaIdealny prezent pod choinkę według Szwedów: świńska raciczka; jest nawet liścik (Nordiska Museet)

kopytko Fragmenty mioceńskich zwierzątek (zamek w Dobczycach)

zasmucn misiekMisiek zasmucony (Nordiska Museet)

konewka na lisyI na końcu coś, co wydaje mi się najbardziej zadziwiające. Konewka na lisy z Muzeum Etnograficznego w Krakowie. Jak to brzmi! Konewka! Na lisy!

Skrawki rozmów i zabawy słowami

Skrawki rozmów. Zabawy słowami. Im dziwniejsze i bardziej absurdalne, tym lepiej. Im ciekawszy neologizm, im bystrzejsza parafraza, tym bardziej warte to uwiecznienia.

***

 – Ilu było ludzi na świecie w XIX wieku?
 – No wiesz, pochlebiasz mi, ale ja tego nie wiem.
 – A nawet Ci pobułczam.

***

Prezydent w tv: Najgorsza jest pogarda.
M: Oraz podagra.

***

 

 – Ej, w tym fragmencie książki rodzice bohatera biją się frankfuterkami. Eee, franfurterkami.

 – Frankfuterko! Ktoś mógłby się tak nazywać: Frank Futerko.

***

Za 8 minut temu wyszli z pracy.

***

 – O, widzę, że tu też masz łaskotki.
 – A nawet łaspieski.

***

Ten kot przeżył wiele. Niejednokrotnie walczył wręcz i wnóż.

***

 – Musimy to powyczyszczywać.

 – Powyczyszczyszczywać.

***

 – Pies Cię lizał.

 – Tak robił.

***

To jest przeciwieństwość.

***

Chyba to popomylałem.

***

 – Którędy?

 – Każdędy.

 – Yyy, jest takie słowo?

 – Jest, właśnie go użyłem.

***

 – Nie wywracaj kota ogonem.

 – A ty lisa uszami.

 – Jest Lisa Gerard i Lisa Uszami.

***

– Masz omamy (w domyśle: wzrokowe).
– A nawet otaty.
– I jeszcze obabcie i odziadki.

***

 – Chyba sobie kpisz w żywe oczy.

 – A ty w martwe kolana.

***

 – Paul Opiryna.

 – Pan Adol.

***

Pierwszy wpis tego typu znajduje się tutaj.

13 rzeczy, których nauczył mnie mój mąż

Oglądałam ostatnio niebo o poranku i uświadomiłam sobie, że to mój mąż nauczył mnie zwracać uwagę na barwy nieba. Postanowiłam zebrać w niniejszym wpisie różne rzeczy, których się od niego nauczyłam. Na przykład:

  1. dostrzegać różowość nieba przed wschodem słońca oraz purpurę i fiolet po zachodzie, wyjść z domu tylko po to, by pooglądać księżyc w pełni, doceniać mgły kładące się na górach (taki mamy widok z podwórka).
  2. uznać, że najlepszym podsumowaniem niektórych spraw jest skwitowanie ich zdaniem: "aaa, olać to".
  3. pić kawę z małą ilością śmietanki lub mleka, podczas gdy ja raczej preferowałam coś w stylu kawowego mleka.
  4. siedzieć i słuchać muzyki. Leżeć i słuchać muzyki. Nic nie robić, tylko słuchać muzyki.
  5. że niefotogeniczność to bzdura. Bo jak zrobi się sto zdjęć, to z pewnością na co najmniej dwóch wyjdzie się dobrze. I właśnie te dwa się wybiera i pokazuje.
  6. że zawsze warto odpocząć.
  7. że powiedzenie komuś "masz parchate oczyska, durniu" jest milsze niż "jesteś moim skarbem, kochaniem i koteczkiem".
  8. że czasem warto popatrzeć od innej strony, zastanowić się: "a może jednak nie mam racji?" i zobaczyć, co się stanie. Że warto poczytać książki z dziedziny, której się nie zna i obejrzeć film bez uprzedzeń.
  9. że krytyka to nie krytykanctwo.
  10. że z rozrabiaki i lenia może wyrosnąć mądry i oczytany facet.
  11. że rozśmieszyć obrażonego oznacza milowy krok w przełamaniu obrazy i powrotu do normalności.
  12. że pasja jest tak cholernie ważna w życiu.
  13. no i że ogólnie jest fajniej razem niż samemu. Np. robić zdjęcia o 4 rano, kąpać się w lodowatym jeziorze czy nocować na bezludnej wyspie.

selfik z Miśką

Nieatrakcyjny listopad

Bardzo szanuję i cenię sobie listopad.

Iluż ludzi na niego psioczy, a cóż on winien, że jest przed zimą, że wtedy wszystko gaśnie i zamiera, zasypia. Może to pora tylko dla melancholików, tak jak niektóre filmy są tylko dla dorosłych.

Listopad jest nieoczywisty. Łatwo lubić lato w pełni i wiosnę w rozkwicie, łatwo lubić ciepły deszcz i ładną pogodę. Białe połacie śniegu i mroźne chuchanie z ust też da się lubić, a niektórzy nawet widzą w tym atrakcję. Może narzekanie na widok porannego śniegu to domena ludzi absolutnie dorosłych – jeśli tak, to ja nie chcę nigdy dorosnąć do tego poziomu.

Listopad jest trochę jak marzec. Niewiele się dzieje, za oknem nieciekawie. Ludzie chyba nawet za bardzo nie zauważają tych miesięcy, bo już myślą o świętach i o tym, co będzie, zamiast o tym, co jest. Takie niepozorne i niedoceniane miesiące. W marcu jeszcze jest brzydko, a w listopadzie już jest brzydko.

Podoba mi się minimalizm późnej jesieni. Zachwycałam się nim już w tamtym roku, kiedy pomyślałam, że ziemia tak sobie zastyga, milknie i czeka na zimę, że to jest ciekawe i można by o tym napisać. O tym miał być mój pierwszy wpis na blogu. Potem zrezygnowałam, ale (jak widać) pomysł odrodził się następną jesienią. Coś w tym jest – jesień potrafi być inspirująca.

Wiele poradników na blogach mówi o tym, jakie jesienna pora daje nam możliwości: oglądanie seriali, wieczory pod kocem, z kakao i książką, długowieczorny czas spędzony na tworzeniu, uczeniu się nowych rzeczy, zacieśnianiu więzi z bliskimi.

Przeczytałam kiedyś o tym, że jest kilka rzeczy, na które nie warto się gniewać. Jedną z nich jest pogoda. Żyjemy w takiej strefie klimatycznej, że jesień po prostu jest. Nadchodzi, a potem mija. Normalna sprawa od wielu tysięcy lat.

I skoro nie można tego zmienić, to może warto choć trochę to zaakceptować, spojrzeć łaskawszym okiem i zobaczyć jakąś dobrą stronę smutnego listopada. Na przykład taką:

listopad

Fot. Mariusz Bieniek.

Ścieżka dźwiękowa do życia

Oto ścieżka dźwiękowa do filmu krótkometrażowego pod tytułem "Idę przez wiadukt". Fabuła, jak zresztą sugeruje tytuł, jest wielce zaskakująca, pełna zwrotów akcji. Występuję w tym teledysku, układam usta w Let's go back to the world that was 30 years ago. And let's believe this is our time. A Mariusz Duda podkłada pode mnie głos.

Idę jak w filmie, a świat po lewej i prawej jest jakby nie do końca rzeczywisty. Na wprost jest wiadukt, więc bez przesady. Wiadukt czuję pod stopami, nawet lekko drży – jest prawdziwy. W oddali pociągi, autobusy, samochody, budynki tworzą rozmyte i nieuważne, lekko tylko zaznaczone tło. Ludzie mijający mnie przechodzą bez znaczenia i bez muśnięcia. Przeszli i ich nie ma, a dźwięki zostają, więc w tym momencie są bardziej realne. Ja również przechodzę bez żadnego znaczenia.

Riverside i Lunatic Soul (projekt solowy wokalisty) to polski towar eksportowy, tak jak gra "Wiedźmin" i "Katedra" T. Bagińskiego. Zespół prezentuje wysoki poziom i nie bawi się w Pudelki, pyskówki czy naciskanie przycisku ("jurorowanie") w programach rozrywkowych. Przeczytałam gdzieś, że Mariusz Duda myśli o sobie przede wszystkim jako o dobrym basiście. Niech sobie tak myśli, ale wokalnie to on dopiero wymiata.

***

Dwa lata temu "I mjorka", piosenka Guðrið Hansdóttir, była moją ścieżką do filmu pt. "Stoję na przystanku po nauczaniu indywidualnym w domu ucznia". Poniżej wersja na żywo.

A to dźwięki moich wieczornych jesienno-zimowych powrotów do domu. Jest odpowiednio długi i odpowiednio klimatyczny.

***

Są melodie, które kojarzą mi się z konkretną sytuacją i konkretnym miejscem i czasem w moim życiu i to jest ścieżka dźwiękowa na dany czas. Każdy może być bohaterem swojego prywatnego filmu, lepszej lub gorszej jakości. Czasem jest to film klasy Z. Czasem za długa telenowela, za którą stoi słaby albo wyczerpany scenarzysta. Nie zawsze możemy wybrać bohaterów drugoplanowych, nieraz nie mamy wpływu na perypetie i koleje losu głównej postaci, ale zawsze możemy dopasować do tego dzieła (w końcu jest to opus vitae!) jakąś przyjemną nutę w tle.

Codzienne dobroci

Codzienne dobroci to takie małe rzeczy, które cieszą każdego dnia.

W domu:

Zapach kawy, który kręci w nosie i zachwyca za każdym razem, gdy otwieramy puszkę.

Pyrkotanie kawiarki – sygnał dźwiękowy, że to już.

Pierwsze spanie w świeżej chłodnej pościeli.

***

Bezsensowne rozmowy:

 – Wymyśliłam zdanie z J. Jeleń ma jelito.

 – A wymyśliłaś zdanie z P?

 – Tak. Piotrek ma pęcherz.

***

Ania z klasy 3 podczas pogawędki na stołówce:

 – A wie Pani, że ostatnio odbywał się Międzyświatowy Konkurs Pianistyczny?

***

Zrobiliśmy w szkole makietę Układu Słonecznego, powiesiliśmy na ścianie. Ziemia cały czas odpada i ginie gdzieś w przestrzeniach korytarza.

Ja, próbując ratować dzieło:

 – Chłopaki, nie widzieliście Ziemi?

Piotrek, patrząc praktycznie:

 – Przecież na niej stoimy.

***

Lekcja języka polskiego z chłopcem z Ukrainy.

 – Orzeł. Jak wytłumaczyłbyś pisownię tego słowa? Na co się wymienia rz?

 – Orzeł, orzeł… nie wiem.

 – A pomyśl, jest orzeł i gniazdo czyje… orła.

 – Aaa! Bo ja myślałem, że orzeł to znaczy, że ktoś był martwy i orzeł!

***

Dziewczyny z 3 klasy na asfalcie rysują tor do pokonania. Najpierw lewą nogą na prawo, prawą na lewo, tu skaczemy, tu drobimy małymi kroczkami, teraz rzeka, a tu jest do pokonania rzeka sików.

boisko

Wolałabym nie wpaść.

***

Dzieci na zajęciach losują obrazki i układają historyjki. Na przykład:

Krowa miała urodziny i dostała od koleżanek tort z trawy, a świeczki były z dmuchawców.

Ryba znalazła mapę i chciała odszukać skarb, ale gdy wypłynęła na powierzchnię, to zdechła.

Była sobie raz osa. Wpadła do skarpety.

***

Zajęcia z szycia.

Szymon z 3 klasy:

 – A da się to uszyć bez materiału? A ubrania też są szyte z materiału?

Obudził się. Witamy w rzeczywistości.

Moja ulubiona aktywność fizyczna

Moja ulubiona aktywność fizyczna to leżenie na łóżku z książką i ruch gałek ocznych. Ewentualnie odwrócenie się na drugi bok lub przewrócenie kartki. Od tego powinnam zacząć i jeszcze niedawno na tym bym zakończyła. Zdaję sobie jednak sprawę, że to nie wystaczy, by być zdrową i w miarę energiczną osobą bez nadwagi, więc prócz szybkiego chodu stopniowo zaczęłam praktykować również inną aktywność fizyczną. Stosowną do moich zainteresowań, charakteru i pozwalającą na noszenie ubrań ładniejszych niż dres i rozciągnięty podkoszulek.

WF

Nigdy nie miałam zwolnienia z WF-u. Inne dziewczyny siedziały na ławce i plotkowały, a ja w przepisowej granatowej koszulce grałam w siatkówkę czy koszykówkę. Nie był to mój ulubiony przedmiot szkolny, ale dało się przeżyć.

Sporty walki i samoobrony

Na studiach zaliczyłam rok sportów walki i samoobrony. Rozgrzewka wykańczała dokumentnie. Najpierw nauczyliśmy się padać, a potem przewracać bliźniego. Następnie go bić i kopać. Zwykle byłam w parze z jakimś chłopakiem, ale chyba byłam w tym niezła, bo po jakimś czasie wszyscy moi partnerzy bali się ze mną ćwiczyć.

Taniec

Na studiach artystycznych przez rok uczyłam się tańca ludowego i współczesnego. Gdy zobaczyłam plan zajęć, wpadłam w lekki popłoch. Ja nie lubię tańczyć, nie tańczę!

Prowadząca była naprawdę znakomita w tym, co z nami robiła. W ciągu semestru nauczyłam się profesjonalizmów baletowych typu plié, relevé, pas de bourrée, a na zaliczenie tańczyłam polskie tańce narodowe do skocznej irlandzkiej melodii. Po roku odkryłam, dlaczego taniec współczesny (w przeciwieństwie do okropnego towarzyskiego) jest świetny: tańczy się samemu, można się walać po podłodze i przy okazji jeszcze wymasujesz plecy, pokazuje się emocje, można dać się ponieść. Musisz tylko pamiętać parę podstawowych zasad, np. kiedy odwracać głowę podczas pirueta albo że ma być dużo pozycji w parterze, i będzie ok.

Po tych lekcjach zostały mi płynne i subtelne ruchy nadgarstków, gdy macham rękami. Nie wstydzę się też chodzić czasami na zumbę.

Pilates

Któregoś dnia pomyślałam, że warto trochę zadbać o kręgosłup i zapisałam się na pilates. Czytałam, że powolne ćwiczenia rozluźniają, wysmuklają i prostują zgarbionych. I tak jest. Ćwiczę równowagę, uspokajam się, rozluźniam mięśnie karku, wzmacniam brzuch. Po dwóch latach robię smukłą prostą jaskółkę, potrafię długo wytrzymać w pozycji tropiącego psa (o, takiej), a gdy idę gdzieś z plecakiem czy torbą, przypominam sobie o prostowaniu kręgosłupa i wyciągam czubek głowy w górę.

Fitness

Prócz spokojnego pilatesu chodzę także na zajęcia fitness, które właściwie mogłyby się nazywać "Wycisk". Po każdych zajęciach ledwo włóczę nogami, a mąż nieraz pyta, czy padał deszcz, gdy wracałam. Jest długa i energetyczna rozgrzewka, potem serie ćwiczeń, gdzie na przemian skaczemy, robimy squaty (czyli przysiady, w których linia kolan nie wychodzi poza stopę), ćwiczymy na podłodze, podciągamy kolana do łokci, robimy pompki, brzuszki. Gdy jestem w pozycji deski, pot z czubka nosa kapie mi na palce. Wszystko kończy się rozciąganiem i uspokajaniem oddechów oraz uświadomieniem sobie po raz kolejny, że jednak mimo wszystkich przeciwności wyjdziemy z tego cało i – co więcej – że dałyśmy radę.

Czasem się zastanawiam, po co właściwie tak się męczę. Ale gdy widzę, że jestem coraz silniejsza, bardziej wytrzymała, że przekraczam granice swojego ciała (cooo? nie zrobię jeszcze ośmiu powtórek? a właśnie, że zrobię!) i że przynosi mi to wiele radości – to już nad tym nie rozmyślam, tylko pakuję ręcznik i buty i punktualnie stawiam się w szeregu.

Rower

Czułam, że jak wsiądę na rower po wielu latach przerwy, to ta miłość wybuchnie na nowo. A ponieważ nie mam możliwości, by mieć swój własny rower, wahałam się i wstrzymywałam od spróbowania tej formy aktywności – ponieważ to uczucie musiałoby być związkiem na odległość.

Pierwsza jazda w tym roku – po leśnej drodze na Roztoczu, wieczór, wiatr, przestrzenie. Przepadłam. Teraz wypożyczam rower miejski i staram się przejechać choć kawałek zamiast jechać autobusem. Najbardziej lubię rozpędzić się aż do bólu ud, a potem zwisać nogami i machać nimi radośnie jak dzieciak.

***

Zwykle przed zapisaniem się na zajęcia czy zarejestrowaniem w systemie wypożyczania rowerów czuję obawy. Teraz przekonałam się, że ruch potrafi dać wiele przyjemności i wytchnienia, stwarza też okazję do wyładowania się. Już nie mówiąc o zmianach sylwetki. Nawet taki książkowy leniwiec jak ja po jakimś czasie ma ochotę na więcej, np. na ściankę wspinaczkową. Trzeba po prostu odkryć taki rodzaj ruchu, który nam sprawia radość (ja np. nie lubię biegać i wyciskać na siłowni) i nie zrażać się tym, że na początku może coś nie wychodzić.

Wegetarianizm a sprawa boczku

Szanuję wegetarian i wegan. Często korzystam z przepisów Jadłonomii, mam książki wege. Podoba mi się kreatywność w tworzeniu potraw i nowe wykorzystanie dobrze znanych warzyw (pietruszka pieczona w kaparowym sosie!), dzięki wegetarianom poznaję nowych kuchennych przyjaciół takich jak choćby ciecierzyca. Sympatyzuję, podziwiam, inspiruję się.

Nie muszę jeść mięsa codziennie. Raz czy dwa razy w tygodniu spokojnie mi wystarcza, a podstawę mojej diety i tak stanowią warzywa i owoce. Nie mogłabym być weganką, bo uwielbiam nabiał. Wychowałam się w rodzinie Pana Mleczarza, jako dziecko spijałam piankę z ciepłego świeżego mleka. W lodówce mojej mamy jest zawsze gęsta kwaśna śmietana domowej roboty, a latem króluje zsiadłe mleko. Ale nie jestem wegetarianką i nie zamierzam przejść na wegetarianizm.

Uważam posiłek za coś jednoczącego. W dzisiejszych czasach wielu ludzi nie je określonych produktów, czy to ze względu na zdrowie, dietę czy postanowienie. Rozumiem to, ale trochę szkoda, że nie wszystkich można poczęstować ciepłą drożdżówką, jajecznicą czy boczkiem.

***

Przychodzi mi na myśl kilka posiłków, w których wspólne jedzenie mięsnego posiłku ma jakieś znaczenie.

1. Sobotni poranek, kiedy mąż robi nam jajecznicę na boczku. Boczek wędzony musi być. Pachnie w całej kuchni, jest relaks, odpoczynek, a jajecznica jest zawsze na najwyższym poziomie.

2. Niedzielne obiady z teściami. Teściowa robi świetne gulasze, teść kurczaka z rusztu i schab w warzywach. Siadamy razem, jemy i oglądamy telewizyjne bzdety, tak jak większość polskich rodzin o tej porze.

3. Potrawy z okolic, z których pochodzę: zalewajka na słoninie lub podgardlu, świąteczny kugiel (ziemniaki zapiekane z żeberkami i innymi kawałkami wieprzowiny). Żurek na kiełbasie. Uwielbiam.

4. Jajka sadzone i chrupiące zapiekane plastry boczku w gościnie u naszego kuzyna-przyjaciela. Przy okazji polecam genialne połączenie syropu klonowego z takim smażonym boczkiem. Syrop z Kanady dawno się skończył, ale wspomnienie smaku pozostaje żywe do dziś.

5. Smakowanie mięsnych potraw w podróży, np. obfite irlandzkie śniadanie czy hot-dogi w Szwecji, zapiekane na ruszcie w kuchni oświetlonej świeczkami.

6. Kiełbasa i boczek (kolejny raz!) z ogniska. Wraz z przyjaciółmi praktykujemy rozpalanie ogniska o każdej porze roku. Zawsze jest przyjemnie i zawsze cieszymy się, obracając skwierczące wędliny na kratce podpartej na kamieniach albo prościej, na patyku.

7. Świeże, jeszcze ciepłe wędliny, które mój tata przywozi od masarza. Stawia pachnącą ciepłą torbę na stole, a my jemy kawałki czosnkowej i majerankowej kiełbasy czy pasztetowej z kromką chleba. Tata zawsze kroi grubiej kiełbasę, a cieniej chleb. Lubi również kanapki z salcesonem popijać kawą, a potem wodą z kranu. Ale to zupełnie inna historia…

***

Wyjątkowość tych wszystkich spotkań przy stole wynika z ich niecodzienności. Łączy się ze świętowaniem, przyjmowaniem gości i przybywaniem w gościnę, z dniami wolnymi od pracy, relaksem, odpoczynkiem, wyłączeniem zwyczajnego trybu życia (np. w podróży). Trochę podobnie jest z moim jedzeniem mięsa.

Ps. Niech Was nie zwiodą wnioski antropologiczno-socjologiczne. Nie mogłabym zostać wegetarianką, ponieważ za bardzo lubię boczek.

1 2 3 4