Praca w szkole: 5 powodów, dla których lubię pracować z dziećmi

Praca w szkolepraca w szkole, rozpoczynam kolejny dzień. Wchodzę do pustej sali. Włączam e-dziennik, na biurku układam długopis, listę, materiały do pracy. Słyszę dzwonek, przygotowuję się na oblężenie. I oto jest. Wpada jedno dziecko, drugie, trzecie, cała klasa, dwie, trzy. Jednym słowem: nadciągają dzikie tabuny. Każda osoba podaje imię, zapisuje się na listę, a JEDNOCZEŚNIE ktoś inny opowiada historię z lekcji, ktoś pokazuje muszelkę, zdjęcie kota albo ranę/siniaka/plamę po atramencie, ktoś skanduje moje imię po wielokroć ("Ignacy, nie wzywaj imienia pani nadaremno!") albo się przytula, pyta, w czym pomóc, czy może iść do ubikacji, na obiad, do sklepiku, ktoś skarży na kolegę albo deklaruje tymczasowość swojej obecności, bo zaraz idzie na zajęcia dodatkowe. Jest głośno i ruchliwie jak w ulu. Za chwilę będzie trzeba przekrzyczeć watahę i doprowadzić rozwrzeszczaną gromadę chociaż na obrzeża cywilizacji.

Wymarzona praca dla introwertyczki-korektorki, pracującej w zaciszu swego domu, wśród akompaniamentu stukotu palców w klawiaturę. Jedyne słowa to te na ekranie. Jedyny ruch to ten co pół godziny przerwy od komputera.

***

Ale, ale. Mimo że praca w szkole jest zupełnie inna niż praca z tekstem, daje tyle samo satysfakcji. Oto 5 powodów, dlaczego lubię pracować z dziećmi.

Kształtowanie charakteru

Uczę się stanowczości, mówienia z mocą. Uczę się być silna i konsekwetna, gdy trzeba wypracować jakieś ważne zasady albo pokazać skutki czyichś czynów. Pisałam tutaj o lęku, który może skomplikować proste decyzje. W mojej pracy nie ma miejsca ani czasu na lęk, są za to wyzwania i ciągle nowe sytuacje. Szczerze mówiąc, prawdopodobnie szkoła dała mi więcej niż ja jej.

Organizacja zasobów dziecięcych

Podobno dzieci, które się nudzą, mają głupie pomysły. Gdy rozkładam przybory malarskie, naklejki, karton na plakat, zaczynam przygotowywać jakąś tajemniczą Wielką Sprawę, jak muszki owocówki zlatują się młodzi ochotnicy-pomocnicy. Organizacja pt. "Ty robisz to, Ty tamto, Ty jesteś odpowiedzialny za porządek w tym sektorze, a Ty myjesz pędzle" – pozwala każdemu czuć się potrzebnym, uczy odpowiedzialności i daje frajdę. Gdy mam np. jakąś przesyłkę dla innego nauczyciela, książkę do oddania, karteczkę z wiadomością do przekazania czy ważną rzecz do pożyczenia, ogłaszam nabór: kto jest gotów pójść na Tajną Misję Specjalną (czasem wręczam naprędce naszkicowaną mapę do celu). Zgadnijcie, ilu mam chętnych.

Wieczna młodość

Kiedyś koleżanka zapytała mnie, czy też po trzydziestce czuję się staro. Odpowiedziałam, że nigdy, bo z dziećmi często się wygłupiam. Gestykuluję, intonuję z przesadą, robię miny. Poza tym chodzę w trampkach (nie wyobrażam sobie wykonywania tej pracy w garsonce). Generalnie staram się nie stawiać bariery między "moim pokoleniem" a "tym młodym zepsutym". Te dzieciaki też są fajne.

Więź

Czas spędzany z dzieckiem i wspólne robienie czegokolwiek procentuje. Budujemy sobie razem wspomnienia, poznajemy się lepiej, czasem zaprzyjaźniamy. Doświadczam mocno, że im więcej daję z siebie, tym lepszy przynosi to efekt. Jeśli pracowałabym od niechcenia, bez pasji, zaangażowania, co chwila patrzyłabym na zegarek, dając do zrozumienia, że się męczę i chcę już wyjść, to nic dziwnego, że więź nie powstałaby. Po co dziecko ma otwierać się przed kimś, kto wspólny czas traktuje jak karę? Nikt tak nie chce. W tamtym roku prowadziłam zajęcia dodatkowe, z których byłam bardzo niezadowolona, ciągle nam się coś nie udawało, brakowało czasu na dokończenie prac, a dyscyplina na zajęciach była godna pożałowania. Wszyscy uczestnicy zgodnie orzekli, że zajęcia były fantastyczne i chcą więcej. Hm, dziwne.

Szczerość relacji

Coś, co chyba lubię najbardziej. Bardzo często widać po dziecku, że coś przeżywa, kogo lubi, a kogo się boi. Jeśli dostaję bransoletkę z muliny w moim ulubionym kolorze, garść kasztanów, dedykowany rysunek koślawego psa, który wygląda jak koń, albo urwaną odnóżkę kraba, to wiem, że taki dar wiele znaczy i jest od serca (mimo że następnego dnia popsułam niechcący tę cholerną odnóżkę!).

***

I chociaż nieraz mam dość, wychodzę ze szkoły i nie wiem, jak się nazywam, czuję mózg w kawałkach i skrawki myśli ulatujące w popłochu, to ściskam w kieszeni garść kasztanów, patrzę na bransoletkę i wiem, że na obecnym etapie mojego życia jestem na właściwym miejscu.

Dobre rzeczy: co dobrego w małżeństwie?

W ramach walki z narodową wadą Polaków (szybki konkurs retoryczny: jaka to wada?) niniejszym otwieram na Czeremchowej cykl "Dobre rzeczy". W pierwszej odsłonie wymienię kilka aspektów, zdarzeń i okoliczności, które cieszą mnie w małżeństwie.

  1. Wspólne oglądanie serialu Stargate SG1 i SG Atlantis*. Sci-fi z lat 90, 10 sezonów SG1 i 5 Atlantydy plus dwa filmy. Przygoda na parę lat zapewniona (nie, nie lubiłam nigdy sci-fi z lat 90).

  2. Wyszukiwanie i wymyślanie zabawnych i dziwnych inwektyw: ryjus, zakała, szubrawiec, huncwot, melepeta, łachudra, skunks, obwieś, łapserdak, szuja, ladaco, łachmyta, niecnota, szelma, otępnik i oszkliwiec (dwa ostatnie to takie tutejsze regionalizmy)… Im śmieszniej, tym lepiej. Cenione są zwłaszcza te obelgi, które mają ciekawą etymologię i historyczny rodowód. Zawsze warto mieć na podorędziu kilka określeń, gdy prowadzi się szermierki słowne.

  3. Spanie latem w ogrodzie. Gdy panowały największe upały, spaliśmy na kocach i karimatach, w śpiworach, a nasz ogrodowy pies lizał nam pyski.

  4. Wieczorne i nocne spacery przez miasto. Zdarza się nam pieszy powrót do domu albo wyjście po północy. Okolica wygląda inaczej, noc nastraja do rozmów i zwierzeń, jest orzeźwiająco i inspirująco.

  5. Robienie zdjęć. Nigdzie nie jestem tak ładna, jak w obiektywie mojego męża, widziana jego oczami. To chyba coś znaczy.

*oglądamy też inne seriale, ale o tym napiszę kiedy indziej.

No. Tak że tego.

Możecie dodać jakieś pozytywne rzeczy (komentować można, wchodząc w link konkretnego artykułu), co tak tu będę sama siedziała i pisała.

 

1 3 4 5