Dbanie o styl – tylko dla nastolatków?

Fragment rozmowy z koleżanką z pracy:

 – Mój syn ma teraz taki etap, że codziennie rano myśli przede wszystkim o tym, w co się ubierze do szkoły.

 – Niektórzy nie wyrastają z tego etapu. Ja lubię wymyślać, w co się ubiorę.

 – Ja nie, ja już z tego wyrosłam. Patrzę tylko na to, żeby ubranie było czyste.

***

Czy z dbania o swój wygląd się wyrasta? Być może. Jednak niektórzy lubią myśleć o modzie i ubraniach również po skończeniu gimnazjum czy liceum. Nie jest to zbrodnia ani powód do wstydu, co zauważyła autorka bloga Ubieraj się klasycznie. Nie jest to również objaw próżności. W końcu dlaczego nie dbać o siebie – jedyną osobę, na którą jesteśmy skazani od początku do końca życia? Niezależnie od okoliczności musimy patrzeć na siebie w lustrze i znosić swój wygląd.

Dbanie o swój styl i szukanie ubrań i kolorów najbardziej odpowiadających osobowości i warunkom życiowym, pracy itd. to przejaw wielkiej samoświadomości. Wiele kobiet nie zadaje sobie prostego pytania: czy w tym kolorze, fasonie, w tej fryzurze naprawdę jest mi dobrze? Niebywałe, jak korzystnie dobrane ubrania potrafią dodać pewności siebie, poprawiają humor, dowartościowują. Generują komplementy, dzięki którym kobieta urasta w swoich oczach.

Fot. Mariusz Bieniek.

Fot. Mariusz Bieniek.

Czasem kobiety nawet nie zdają sobie sprawy, co jest ich atutem i co warto w ich wyglądzie podkreślać. A to jest ważne – zamiast zwracać cały czas uwagę i biadolić, że masz mały biust i brak Ci talii, podkreśl nogi, umaluj usta i odwróć uwagę od mankamentów.

Nie oczekujmy, że będziemy wyglądać jak nasze idolki z ekranu, ale możemy przyjrzeć się sobie i pokazać innym to, co w nas najlepsze i warte eksponowania. Możemy tym samym powiedzieć: "może i nie mam talii, ale spójrz na te łydki! Może i nos z garbem, ale przyznaj, że cera robi wrażenie!"

Życie jest wystarczająco trudne, nie warto sobie jeszcze dodawać zmartwień.

Praca domowa na dziś:

  1. Zastanów się, co jest Twoim atutem i jak to podkreślić.
  2. Poczuj się ze sobą lepiej!

Sposoby na nieśmiertelność. Co po nas zostanie?

Do dziś pamiętam moment, gdy na studiach siedziałam w obskurnej wydziałowej stołówce z koleżanką i zastanawiałyśmy się wspólnie, co po nas zostanie. Górnolotne rozmowy dwóch dziewczyn nad notatkami z literatury. Literatura do takich rozmów pasuje bardziej niż stołówka obskurna dosłownie (obscura z łac. ciemna) i w przenośni, gdyż tworczość literacka mocniej wyraża pragnienie nieśmiertelności. Niestety Mickiewicz jest ciągle żywy. Na szczęście Mrożek i Herbert też jeszcze nie umarli, bo ktoś ich nadal czyta.

Memento mori, fot. Mariusz Bieniek

Problemy przodków…

Długo chodziła za mną myśl, że moi przodkowie mieli te same myśli, pragnienia, potrzeby, smutki, bolączki jak ja. Tyle że było to sto czy sto pięćdziesiąt lat temu i teraz już nie ma po tym śladu. Co gorsza – nawet nie wiem, jak ci moi przodkowie mieli na imię, czyli przegapiłam coś, co tych ludzi określa w pierwszej kolejności, a ostatecznie naznacza miejsce spoczynku ich prochów, ostatniej garski, która została po ich ciałach. Właściwie z tej perspektywy nie muszę się martwić pracą, warunkami mieszkaniowymi czy gniewem na bliską osobę, a tym bardziej problemami z cerą, obwodem brzucha, bolącymi kolanami czy wypadaniem włosów, bo w sumie po latach i tak wszystko to jest totalnie i absolutnie nieważne, zmiecione z powierzchni, wymazane.

…a natręctwo spisywania

Dziesięć lat temu chciałam wszystko spisywać: zabawne hasła i przejęzyczenia, fragmenty dialogów, rozważania i opisy odczuć. Wydawało mi się, że wiele rzeczy jest warte uwiecznienia. Wyobrażałam sobie, że po latach będę sobie to czytać, a najlepsze fragmenty wykorzystam na przykład do pisania jakiejś książki, gdy już zapomnę, jak to było mieć dwadzieścia lat. Dziś już wiem: NIE MA tam najlepszych fragmentów, nie ma nawet średnich. Nie mogę czytać tych zapisków, tak bardzo ociekają egzaltowaniem, a anegdotki są po prostu nieśmieszne. Więc widocznie nie warto uwieczniać wszystkiego.

Exegi monumentum…

Ostatnio w tym wpisie czytałam, że wielu z nas bardzo chce zaznaczyć swoje istnienie na ziemi (jest to opinia autorstwa prof. Bralczyka, choć zapewne nie on na to wpadł pierwszy). Doskonale rozumiem to pragnienie. Chcemy, by nasze życie było coś warte, potrzebne, godne zapamiętania, żebyśmy nie zniknęli i nie umarli cali (motyw z tego wiersza; lub inne tłumaczenie tutaj).

Nieśmiertelność – instrucja obsługi

  • Niektórzy próbują przez sztukę. Przecież wiemy, że był ktoś taki jak Kochanowski, Horacy, Lem. Co więcej – kawałek nieśmiertelności dostał się na przykład ojcu Klimta, który był złotnikiem i tym samym niechcący wpłynął na estetykę dzieł syna. Do historii przeszły obie żony Rubensa. Gaudi czy Eifell również z przytupem zaznaczyli swoje istnienie. Tak że się da.

  • Po drugie: wkład w naukę, odkrycie jakiegoś prawa, wiekopomne dokonanie. Trochę trudne, ale można próbować. Celsjusz, Kepler, Galileusz, Pitagoras czy Tales też nie wiedzieli, że jakiś nastolatek z Polski będzie się o nich dowiadywał w szkole i że będą (przynajmniej na chwilę) w pamięci wielu ludzi jako ktoś, kto przetrwał, nie został zapomniany, bo trwa w swoim dziele.

  • Po trzecie – rodzicielstwo. Dziecko to konglomerat cech obojga rodziców, a przy tym jeszcze dziadków i różnych krewnych (na przykład mój brat był w dzieciństwie bardzo podobny do kuzyna z Torunia, a kuzyni ze Śląska przypominają dziadka z obrazu ślubnego). Człowiek zostawia swój ślad w genach następnego pokolenia, więc coś po nim zostaje. Może nie zawsze jest to najlepsza cecha, ale na pewno wyróżniająca.

  • I jeszcze jedna metoda, najbardziej dostępna dla nas, zwyczajnych ludzi bez wybitnych uzdolnień: gdy zapadamy w czyjąś pamięć tak bardzo, że zostajemy w jego wspomnieniach. Koleżanka opowiadała mi ostatnio, że na pogrzebie swojej babci najczęściej słyszała o zmarłej jedno zdanie: "To była dobra kobieta". Warto żyć w taki sposób, by zostać tak zapamiętanym.

Prezydent zamiast puenty

Pisałam tutaj o mojej starszej przyjaciółce. Chciałabym zakończyć ten wpis jednym wspomnieniem związanym z tą postacią, a pokazującym ulotność pamięci i zanikanie czegoś, czego się doświadczyło, a nie zdążyło się utrwalić. Otóż z pamięcią starszej pani zniknęła receptura, jak upiec majestatyczne i pracochłonne ciasto zwane Prezydentem. Ów rarytas robił furorę w czasach młodości starszej pani, zrobiłyśmy je raz: miękki biszkopt przełożony maślanym pachnącym kremem w dwóch wersjach: ciemnej, z wyparzonymi i obieranymi orzechami włoskimi, oraz jasnej – z kawałkami krojonej galaretki i wódką. I nie mówcie, że przepis znajdzie się w internecie, bo na to ciasto, w takich proporcjach i takiej wersji, jaką jadłam ze starszą panią te osiem lat temu, po prostu się NIE ZNAJDZIE.

Wikt, opierunek… gościnność

Andrej-Rublëv-Holy-TrinityGdybym miała otwierać swój pensjonat, nazwałabym go "Wikt i opierunek". Te dwa urocze, staropolskie słowa, tworzące razem zgrane sformułowanie, oznaczają wszystko, czego człowiek potrzebuje w drodze: pożywienie (z łac. victus, stąd też piękne słowo "wiktuały") oraz możliwość uprania brudnych rzeczy (a także siebie, gdyby chcieć rozszerzyć pierwotne znaczenie). Gościnność: otworzenie drzwi przed wędrowcem, udostępnienie stołu i kranu. Gdy nie masz dachu nad głową – te dwie rzeczy są w zasadzie podstawowe, a więc bezcenne.

Jest w gościnności coś intymnego. Udostępnianie kawałka miejsca, które jest moje, dzielenie się moją przestrzenią, zapraszanie do niej – przybysz zobaczy, pomyśli sobie coś, wyciągnie wnioski, spodoba mu się albo nie (dlatego mamy często problem z niespodziewanymi gośćmi: co ktoś sobie o nas pomyśli, kiedy zobaczy bałagan albo nasz tryb życia). Przyjmowanie gości pociąga za sobą także zaproszenie do ich współuczestniczenia w życiu gospodarzy, tak na chwilę; przejęcie zwyczajów domowych, takich jak obiadokolacja czy późne pójście spać, po wspólnym obejrzeniu odcinka serialu.

Gościnność od dawna uznawana jest za cnotę i zasadę, którą należy zachowywać. Chrystus, uznawany przynajmniej teoretycznie za jednego z mentorów naszej kultury, nalegał na przyjmowanie przybyszów. W Biblii istnieje miasto ucieczki, miejsce bezpiecznego schronienia zbiegów i uciekinierów. Abraham goszczący troje ludzi (trzech aniołów, Trójcę świętą) to bardzo podniosły i znamienny fragment Starego Testamentu. W polskiej historii ta cecha jest stereotypowa i mitologiczna jednocześnie. Opowieści o tym, jak to pod groźbą zastrzelenia nie pozwalano wyruszyć gościom z domu szlachcica, zapieranie wrót, przymusowe tuczenie i opilstwo – są wręcz legendarne. Sama doświadczam podczas zjazdów rodzinnych, że gość nie może chodzić głodny ani nawet pomyśleć "coś bym kąsnął", a najlepiej niech w ogóle nie wstaje od stołu. To świadczy o otwarciu serca na bliźniego, o wielkiej trosce gospodyni i jej zaopiekowaniu każdej potrzeby. Często w nadmiarze.

Chyba jednak w polskiej gościnności kluczowe jest to, by przybysz należał do "swoich": tak samo był szlachcicem, członkiem rodziny, katolikiem, myślał podobnie. Problemem staje się przyjęcie kogoś "innego". Tych się boimy, bo nie wiemy, czego się po nich spodziewać. W tzw. debacie publicznej mieliśmy na to wiele dowodów ostatnimi czasy, nad poziomem dyskusji ubolewam do tej pory.

***

Podczas podróży zdarza się, że ktoś zaprasza mnie i mojego męża do siebie do domu, proponując posiłek, a czasem również nocleg (czyżbyśmy wyglądali na głodnych i bezdomnych?…). W Irlandii była to angielsko-duńska para, w Szwecji pewna niezwykle serdeczna kobieta w wieku naszych mam, w Armenii redaktorka i właścicielka stołecznej gazety. Za każdym razem jest to dla mnie zadziwiające. Przecież ludzie generalnie boją się obcych, są ostrożni – w końcu oglądają wiadomości. Nieznajomi goście mogą być złodziejami i mordercami, gwałcicielami, porywaczami, mogą zarazić wszami i zużyć całą pastę do zębów. A tu ktoś dzielnie wyłamuje się z tego schematu i zaprasza do siebie na noc dwóch wędrowców z plecakami.

Po takich doświadczeniach lubię myśleć o ludziach, że są z zasady życzliwi i otwarci (patrz: prężna działalność stron typu hospitality czy couchsurfing, przyjmowanie pielgrzymów etc.), tylko trzeba im stworzyć okazję ku temu. Nie zaproponujemy gościny osobie, która zarezerwowała noclegi w hotelu czy pensjonacie. Natomiast człowiek z namiotem pod pachą i dobytkiem na plecach stwarza możliwość i daje przyzwolenie: możesz mnie zaprosić do domu, będę się cieszył i spróbuję się odwdzięczyć, jak nie Tobie, to innym, których spotkam. Lubię wierzyć, że życzliwość jest zaraźliwa.

Sama nieraz zastanawiałam się, czy na miejscu tych ludzi zaproponowałabym wieczerzę i nocleg podróżnikowi, którego znam od kwadransa. Musiałabym zdać się na pierwsze wrażenie i zaufać od razu. Ale to nie jest proste – czy umiałabym otworzyć drzwi swojego skromnego domostwa, by komuś pomóc i udzielić mu schronienia (z nakarmieniem nie mam problemu, bo lubię dawać ludziom jedzenie. Zwykle przed czyjąś wizytą nie myślę o sprzątaniu, tylko przede wszystkim o jadłospisie). Chciałabym okazać się w takiej sytuacji po prostu ludzka.

Ikona stąd.

Irytujące zachowania społeczne

Nie umiem cały czas widzieć samych dobrych stron życia. Co jakiś czas denerwuję się na świat i ludzi. Oto moja subiektywna lista zawierająca najbardziej irytujące zachowania społeczne:

W kinieirytujące zachowanie w kinie - popcorn

  • Jedzenie popcornu podczas seansu!!! Nie cierpię!!! Ktoś idzie na film o katastrofie i żre sobie popcorn, bo przecież oglądanie ludzkich tragedii jest taką ciekawą rozrywką. W ogóle nie rozumiem zwyczaju chrupania czegoś podczas oglądania. Ani to zdrowe, ani przyjemne, cały czas ruszać paszczą. W dodatku WSZYSCY sąsiedzi to słyszą.

  • Zostawianie śmieci w sali kinowej. My nie musimy zachowywać się kulturalnie, bo mamy ludzi od sprzątania. Niskie zachowanie z równie niskich pobudek. Można to też tłumaczyć bezmyślnością albo brakiem dobrego wychowania, ale żaden argument nie jest w stanie obronić zostawiania syfu w kinie.

  • Głośne gadanie, rozmowy przez telefon, bo przecież wszyscy na pewno są ciekawi, co zrobiłaś na obiad i że zostawiłaś dziecko z babcią.

Na chodniku, schodach, w wąskim przejściu

  • Chodzenie środkiem chodnika, schodów i zajmowanie całego przejścia. Jeśli chcę minąć człowieka z lewej strony, on natychmiast przesuwa się w lewo. Z prawej to samo. Czasem zapewne wynika to z nieświadomości, że ktoś za nim idzie, że ta osoba może mieć inne tempo albo zwyczajnie się śpieszyć.

  • Palenie w drodze, gdy palacz idzie przede mną. Uwaga, z tyłu też są ludzie. Gdyby chodnikiem szedł sobie człowiek z gazem bojowym i tak sobie po prostu go popuszczał, wciągając go beztrosko i przy okazji dzieląc się nim z otoczeniem, to byłaby niezła afera. Ale idzie sobie człowiek z papierosem (co już samo w sobie jest totalnie bez sensu), a ja idąc za nim muszę to wąchać. W imię czego??? Nie życzę sobie trucia mnie.

Na ulicy, w autobusie

  • Nadużywanie wulgaryzmów i ubogie słownictwo. Jeśli człowiek w swojej wypowiedzi używa tylko wyrazów z jakże wielodzietnej rodziny słowa "pierdolić" lub "chuj", to znaczy, że jego zasób słów jest ubożuchny. Wulgaryzm może podkręcić wypowiedź, wprowadzić element komizmu albo pokazać wyjątkową emocjonalność wypowiedzi. Nadużywany – traci swoje funkcje.

W sklepie

  • Nieodpowiadanie na "Do widzenia". Wchodzę do sklepu i jestem traktowana z wyuczoną uprzejmością. Nawiązuję dialog, przejawiam chęć zakupu, w końcu dokonuję transakcji płatniczej, wychodzę zadowolona, żegnam się kulturalnie z obsługą i co słyszę? NIC. (w domyśle: kupiłaś, spadaj. Nic już nie jesteśmy Ci winni). Nie lubię.

  • Nagminne nadużywanie zdrobnień. Ale o tym napiszę wkrótce trochę szerzej, bo temat jest arcyciekawy, a aktywność społeczna obfituje w przykłady.

Jeśli to czytasz, możesz dodać coś do listy. Co jest dla Ciebie irytujące? I czy Ciebie też denerwuje to, co wymieniłam, czy to może tylko ja jestem przewrażliwiona?

***

Na potrzeby wpisu wykorzystałam zdjęcie stąd.

Praca w szkole: 5 powodów, dla których lubię pracować z dziećmi

Praca w szkolepraca w szkole, rozpoczynam kolejny dzień. Wchodzę do pustej sali. Włączam e-dziennik, na biurku układam długopis, listę, materiały do pracy. Słyszę dzwonek, przygotowuję się na oblężenie. I oto jest. Wpada jedno dziecko, drugie, trzecie, cała klasa, dwie, trzy. Jednym słowem: nadciągają dzikie tabuny. Każda osoba podaje imię, zapisuje się na listę, a JEDNOCZEŚNIE ktoś inny opowiada historię z lekcji, ktoś pokazuje muszelkę, zdjęcie kota albo ranę/siniaka/plamę po atramencie, ktoś skanduje moje imię po wielokroć ("Ignacy, nie wzywaj imienia pani nadaremno!") albo się przytula, pyta, w czym pomóc, czy może iść do ubikacji, na obiad, do sklepiku, ktoś skarży na kolegę albo deklaruje tymczasowość swojej obecności, bo zaraz idzie na zajęcia dodatkowe. Jest głośno i ruchliwie jak w ulu. Za chwilę będzie trzeba przekrzyczeć watahę i doprowadzić rozwrzeszczaną gromadę chociaż na obrzeża cywilizacji.

Wymarzona praca dla introwertyczki-korektorki, pracującej w zaciszu swego domu, wśród akompaniamentu stukotu palców w klawiaturę. Jedyne słowa to te na ekranie. Jedyny ruch to ten co pół godziny przerwy od komputera.

***

Ale, ale. Mimo że praca w szkole jest zupełnie inna niż praca z tekstem, daje tyle samo satysfakcji. Oto 5 powodów, dlaczego lubię pracować z dziećmi.

Kształtowanie charakteru

Uczę się stanowczości, mówienia z mocą. Uczę się być silna i konsekwetna, gdy trzeba wypracować jakieś ważne zasady albo pokazać skutki czyichś czynów. Pisałam tutaj o lęku, który może skomplikować proste decyzje. W mojej pracy nie ma miejsca ani czasu na lęk, są za to wyzwania i ciągle nowe sytuacje. Szczerze mówiąc, prawdopodobnie szkoła dała mi więcej niż ja jej.

Organizacja zasobów dziecięcych

Podobno dzieci, które się nudzą, mają głupie pomysły. Gdy rozkładam przybory malarskie, naklejki, karton na plakat, zaczynam przygotowywać jakąś tajemniczą Wielką Sprawę, jak muszki owocówki zlatują się młodzi ochotnicy-pomocnicy. Organizacja pt. "Ty robisz to, Ty tamto, Ty jesteś odpowiedzialny za porządek w tym sektorze, a Ty myjesz pędzle" – pozwala każdemu czuć się potrzebnym, uczy odpowiedzialności i daje frajdę. Gdy mam np. jakąś przesyłkę dla innego nauczyciela, książkę do oddania, karteczkę z wiadomością do przekazania czy ważną rzecz do pożyczenia, ogłaszam nabór: kto jest gotów pójść na Tajną Misję Specjalną (czasem wręczam naprędce naszkicowaną mapę do celu). Zgadnijcie, ilu mam chętnych.

Wieczna młodość

Kiedyś koleżanka zapytała mnie, czy też po trzydziestce czuję się staro. Odpowiedziałam, że nigdy, bo z dziećmi często się wygłupiam. Gestykuluję, intonuję z przesadą, robię miny. Poza tym chodzę w trampkach (nie wyobrażam sobie wykonywania tej pracy w garsonce). Generalnie staram się nie stawiać bariery między "moim pokoleniem" a "tym młodym zepsutym". Te dzieciaki też są fajne.

Więź

Czas spędzany z dzieckiem i wspólne robienie czegokolwiek procentuje. Budujemy sobie razem wspomnienia, poznajemy się lepiej, czasem zaprzyjaźniamy. Doświadczam mocno, że im więcej daję z siebie, tym lepszy przynosi to efekt. Jeśli pracowałabym od niechcenia, bez pasji, zaangażowania, co chwila patrzyłabym na zegarek, dając do zrozumienia, że się męczę i chcę już wyjść, to nic dziwnego, że więź nie powstałaby. Po co dziecko ma otwierać się przed kimś, kto wspólny czas traktuje jak karę? Nikt tak nie chce. W tamtym roku prowadziłam zajęcia dodatkowe, z których byłam bardzo niezadowolona, ciągle nam się coś nie udawało, brakowało czasu na dokończenie prac, a dyscyplina na zajęciach była godna pożałowania. Wszyscy uczestnicy zgodnie orzekli, że zajęcia były fantastyczne i chcą więcej. Hm, dziwne.

Szczerość relacji

Coś, co chyba lubię najbardziej. Bardzo często widać po dziecku, że coś przeżywa, kogo lubi, a kogo się boi. Jeśli dostaję bransoletkę z muliny w moim ulubionym kolorze, garść kasztanów, dedykowany rysunek koślawego psa, który wygląda jak koń, albo urwaną odnóżkę kraba, to wiem, że taki dar wiele znaczy i jest od serca (mimo że następnego dnia popsułam niechcący tę cholerną odnóżkę!).

***

I chociaż nieraz mam dość, wychodzę ze szkoły i nie wiem, jak się nazywam, czuję mózg w kawałkach i skrawki myśli ulatujące w popłochu, to ściskam w kieszeni garść kasztanów, patrzę na bransoletkę i wiem, że na obecnym etapie mojego życia jestem na właściwym miejscu.

Życie bez pamięci

short-term-memory-dont-forget-croppedMożna być zakochanym bez pamięci, coś może wypaść, wylecieć. Pamięć może zawodzić kogoś. Moja zawodzi mnie.

Pamięć jest w ogóle dziwnym naczyniem. Zawsze fascynowało mnie, że można bardziej kojarzyć błahe fakty z dzieciństwa i młodości niż pamiętać ważne informacje z zeszłego tygodnia. Jest to wyjaśnione naukowo: w młodości przeżywamy nowe rzeczy intensywnie, dlatego mocno "wdrukowują się" w nasz umysł. Późniejsze wydarzenia już słabiej kodujemy, bo są powtarzalne, już słabiej na nas działają. Podobno.

Miałam na studiach przyjaciółkę starszą od siebie o jakieś 65 lat. Lubiła opowiadać mi historie ze swej wczesnej młodości – po jakimś czasie mogłam je dokładnie odtworzyć i zawsze znałam puentę dowolnej dykteryjki. Dlaczego o niej wspominam? Ponieważ byłam bezsilnym świadkiem zanikania jej pamięci i elementarnej wiedzy o świecie. Z tygodnia na tydzień podstawowe czynności zaczęły być nie lada kłopotem. Na przykład jak otworzyć komuś drzwi, gdy nie pamięta się, gdzie są klucze? Jak zrobić herbatę, kiedy zniknęły łyżeczki? Któregoś dnia znalazłyśmy głęboko w szafce zakopaną skarpetę wypełnioną widelcami i wszystkimi nożyczkami, jakie tylko można było znaleźć w całym domu. Wtedy się jeszcze z tego śmiałyśmy. Potem już było coraz smutniej.

***

Wracając do tematu. Mam 31 lat, a mój umysł płata mi figle. Życie jawi mi się nie jako całkiem logiczny ciąg przyczynowo-skutkowy, tylko raczej jako struktura nieciągła, z prześwitami. Narracja jest urywana i podejmowana wciąż na nowo.

Lubię ten króciutki moment, kiedy budzę się rano z posprzątaną, świeżą głową. Macie tak? Po przebudzeniu nie pamiętam, co było wczoraj, co jest dziś i dlaczego tak, a nie inaczej wygląda dzisiaj świat. Skąd ten kwiatek na stole, skąd nowa rzecz w domu, jaki jest dzień tygodnia, co dziś mnie czeka, kto wczoraj powiedział czy zachował się w taki czy inny sposób. Ale bardzo nie lubię, gdy ten moment niewiedzy trwa zbyt długo.

Często zdarza mi się myśleć: "Ktoś mi to mówił, ale kto?". Ostatnio zapomniałam, jak nazywa się koleżanka, którą znam od pięciu lat. Chciałam się do niej zwrócić po imieniu i nie mogłam. Głupie uczucie. Jeszcze głupsze: wracam do domu, spodziewam się męża, a jego nie ma. Nie wiem, gdzie jest i co robi. Mówił mi? Zapomniałam? Mam się martwić? Mam pytać, czy może znowu usłyszę westchnienie: "Oczywiście zapomniałaś".

Rozmawiam z ludźmi i muszę szybko powiedzieć swoje zdanie, inaczej zapomnę. Czasem wtrącam się i przerywam, co wyznaję ze wstydem i ubolewaniem. To nie brak kultury, to gonienie w piętkę, by zachować ciągłość konwersacji i pozory błyskotliwości.

Ostatnio w sklepie chciałam zapłacić kartą i zapomniałam PIN-u. Musiałam zostawić zakupy za ladą i biec po gotówkę zachomikowaną w domu. To mogło się zdarzyć gdziekolwiek.

Chciałabym podać więcej przykładów, ale ich nie pamiętam.

***

Każdy dzień to nowa mała karteczka, dzięki której wiem, co mam zrobić i kiedy. Ważne przedmioty typu klucze i bilet kładę zawsze w tym samym miejscu. System się sprawdza. Nienawidzę paniki, kiedy muszę wychodzić na autobus, a brak mi kluczy i biletu, albo co gorsza – obu tych rzeczy naraz. Nienawidzę niespokojnych powrotów, by sprawdzić, czy na pewno wyłączyłam gaz i piekarnik. Wprowadzam rutynę i powtarzalność jako nudne, ale bezpieczne metody na moją pustą głowę.

Zabija mnie konieczność pamiętania wszystkich haseł i numerów do logowania się, PIN-ów. Zagrożenie zablokowania karty płatniczej przy trzykrotnej pomyłce traktuję jak zamach na moje dobra osobiste. To nie jest kraj dla ludzi bez pamięci, jak mówi staropolskie przysłowie.

Ps. Byłam z tym problemem u lekarza rodzinnego. Polecił mi łykać tabletki miłorzębu, ale wiadomo, jak to się skończyło.

Dobre rzeczy: co dobrego w małżeństwie?

W ramach walki z narodową wadą Polaków (szybki konkurs retoryczny: jaka to wada?) niniejszym otwieram na Czeremchowej cykl "Dobre rzeczy". W pierwszej odsłonie wymienię kilka aspektów, zdarzeń i okoliczności, które cieszą mnie w małżeństwie.

  1. Wspólne oglądanie serialu Stargate SG1 i SG Atlantis*. Sci-fi z lat 90, 10 sezonów SG1 i 5 Atlantydy plus dwa filmy. Przygoda na parę lat zapewniona (nie, nie lubiłam nigdy sci-fi z lat 90).

  2. Wyszukiwanie i wymyślanie zabawnych i dziwnych inwektyw: ryjus, zakała, szubrawiec, huncwot, melepeta, łachudra, skunks, obwieś, łapserdak, szuja, ladaco, łachmyta, niecnota, szelma, otępnik i oszkliwiec (dwa ostatnie to takie tutejsze regionalizmy)… Im śmieszniej, tym lepiej. Cenione są zwłaszcza te obelgi, które mają ciekawą etymologię i historyczny rodowód. Zawsze warto mieć na podorędziu kilka określeń, gdy prowadzi się szermierki słowne.

  3. Spanie latem w ogrodzie. Gdy panowały największe upały, spaliśmy na kocach i karimatach, w śpiworach, a nasz ogrodowy pies lizał nam pyski.

  4. Wieczorne i nocne spacery przez miasto. Zdarza się nam pieszy powrót do domu albo wyjście po północy. Okolica wygląda inaczej, noc nastraja do rozmów i zwierzeń, jest orzeźwiająco i inspirująco.

  5. Robienie zdjęć. Nigdzie nie jestem tak ładna, jak w obiektywie mojego męża, widziana jego oczami. To chyba coś znaczy.

*oglądamy też inne seriale, ale o tym napiszę kiedy indziej.

No. Tak że tego.

Możecie dodać jakieś pozytywne rzeczy (komentować można, wchodząc w link konkretnego artykułu), co tak tu będę sama siedziała i pisała.

 

Pierwszy krok jak przez rzekę… o niepewności na ulicy

Dużo czasu zajęło mi opracowanie metody przechodzenia przez pasy, które nie mają sygnalizacji świetlnej.

Sądzę, że problem leży w charakterze.

To wieczne przepuszczanie wszystkich, nadmierna uprzejmość i to nieustanne myślenie, że nie chcę robić nikomu kłopotu – w tym przypadku są zdradliwe i denerwujące, a niepewność co do tego, kiedy postawić pierwszy krok – męczy nie tylko mnie, ale i kierowców. A kierowcy to – jak wiadomo – brać, która już w wersji standardowej jest wyposażona w lekkie podirytowanie z powodu samego wyjechania na ulicę i przymusu obcowania z innymi kierowcami ("burakami i idiotami").

Zawsze mam w sobie lęk związany z pierwszym krokiem. Nie jest to proste. Powiedziałabym, że wymaga znajomości elementów matematyki i fizyki na poziomie co najmniej średnio zaawansowanym. Trzeba oszacować odległość i prędkość samochodu – czy jest za daleko czy już za blisko, czy zwolni, czy przyspieszy. Ile sekund zajmie mu zbliżenie się do mnie. Czy mój krok to już wtargnięcie i wymuszenie, czy ślamazarne niezdecydowanie, które, jak mówię, jest równie denerwujące. Czasem stoję dość długo, bo nie mam odwagi zrobić kroku. Po jakimś czasie któryś kierowca z litości albo uprzejmości zatrzymuje się i macha mi ręką, że mogę przejść.

Najbardziej dla mnie kłopotliwa jest sytuacja, gdy ja stoję na pasach, żeby przepuścić "jeszcze tego ostatniego, a po nim sobie przejdę", a ten ostatni zbliża się i zatrzymuje. Ja stoję i przepuszczam, a on zbliża się i traci czas na zatrzymanie się. Równie dobrze mogłam przejść, gdy był daleko.

Wprawia mnie to w takie zakłopotanie i zażenowanie moją osobą, że nieraz szukam pasów z sygnalizacją świetlną, żeby tylko móc przejść w spokoju ducha i sumienia.

Ostatnio zauważam, że skutkuje podejście: "przechodzę, a ty mnie przepuść, bo jestem piesza na pasach". Dostrzegam, że taki nieprawdopodobny pokaz odwagi i zdecydowania ułatwiają sprawę również tej drugiej stronie, kierowcy. Oczywiście nie mylmy tu zdecydowanego przejścia z kamikadze rzucającym się pod samochód, który musi hamować z piskiem opon. Nie o to tu chodzi.

Kiedyś wydawało mi się, że zginę w wypadku samochodowym. W najbardziej melancholijno-depresyjnych chwilach mojego życia wyobrażałam sobie nawet ten moment, czasami stojąc na światłach w oczekiwaniu na zielone. W mojej najgrubszej i najpoważniejszej powieści, która jednakże nigdy nie zostanie wydana, jedna z bohaterek ginie w ten sposób, tragiczny i niespodziewany (ten spojler się nie liczy, tylko jedna osoba wie, o kogo chodzi, a już i tak zapewne nie pamięta).

Może to stąd ta niepewność. Z przeczucia, w które właściwie nie wierzę, ale zżyłam się z nim przez lata i trudno mi je wykorzenić. Albo może to kwestia nieśmiałości, trudności w podejmowaniu decyzji.

Niby taki zwykły krok. Każdy z nas w ciągu jednego dnia robi wiele takich, bez zastanawiania się i rozważania. To tak jak przejście przez rzekę albo zanurzenie w zimnym jeziorze. Trzeba po prostu wziąć głęboki oddech i wejść.

Słodko-gorzko, czyli jak misja dziejowa przegrywa z Penelope Cruz na okładce

Oglądałam ostatnio filmy o ważnych postaciach, o ludziach, którzy zmienili świat. Jednego wieczoru naukowiec, który mimo choroby odkrył ważne prawa fizyki i poznał kosmos – i to niewyobrażalnie głębiej i mocniej niż my, zwykli śmiertelnicy; drugiego wieczoru wizjoner, który dał nam do ręki pewne narzędzia, bez których dziś żyć nam nie sposób, i przez to – można rzec – zmienił w jakimś stopniu zachodni świat, wpłynął na sposób pracy, rozrywkę, dostępność wielu informacji.

Mój mąż nieraz pisze i mówi mi o tym, że nie może tkwić w odtwórczej pracy całe życie, bo je zmarnuje. Od dawna nosi w sobie pragnienie robienia czegoś ważnego, nie chce marnować pasji i talentu, a w pracy się męczy.

A ja… Ja myślę, że nie mam żadnej misji, że nie wiem, co mogłabym dać ludzkości i światu, jak uczynić lepszym to, co wokół mnie. Że moja praca jest właściwie mało ważna i w dodatku trochę niedoceniona przez społeczeństwo, ale nie wiem, co mogłabym robić lepszego. Coś, co mnie spełnia, nie wstrząsa światem w posadach, nie czyni lepszym ani jednego życia. Już nie mówiąc o tym, że w innym kraju zarabiałabym pięć razy tyle, co tutaj. Za tę samą pracę.

Tego samego dnia natrafiam na ten tekst.

Mam gęsią skórkę, gdy go czytam.

Dzielę się nim na Facebooku. Nie piszę, że to jest mocne, świetne, że polecam, że to jeden z ważniejszych tekstów, jakie w ostatnim czasie czytałam. Bez wielkiego patosu, bez narracji w stylu bogoojczyźnianym czy wspomnień o kaganku oświaty (brr), mądry, fajny tekst. Nie chciałam jakoś narzucać swojej opinii, niech tekst obroni się sam. Właściwie nie znalazłam też słów dobrych na to, by go zareklamować. To, co napisałam tu przed chwilą, wydało mi się zbyt podniosłe, zbyt osobiste.

Nikt nie przeczytał i nie polubił. Właściwie tekst przeszedł bez echa.

Szkoda, bo wśród moich znajomych jest wielu nauczycieli. Ucieszyliby się, że ktoś tak ładnie o nich napisał.

Tego samego dnia koleżanka na mojej tablicy opublikowała zdjęcie znanej aktorki na okładce znanego czasopisma. Że niby jestem podobna. Albo inaczej – że ona jest podobna do mnie. Owszem, ładne zdjęcie, owszem, pochlebia mi to. Zalajkowano wielokrotnie, więc inni (moi znajomi) się zgadzają.

Pozostawiło to we mnie odczucia słodko-gorzkie.

Byłam ostatnio na weselu. Była lwia część mojej rodziny, m.in. chrzestni. Z moim chrzestnym trudno mi się rozmawia, nie mamy wspólnego języka, tematów, jakoś nie ma między nami więzi.

Jakiś czas temu zmieniłam fryzurę, zaczęłam też bardziej podkreślać swoje atuty, czyli w tym przypadku nogi. Pierwszy raz w życiu mój chrzestny powiedział: "ale mi się chrześnica udała". I był autentycznie dumny. Nie wtedy, kiedy zdobyłam tytuł magistra po raz pierwszy. Ani po raz drugi. Ani gdy skończyłam podyplomówkę, dzięki której poczułam w końcu: tak, chcę to robić i to jest TO. Ani kiedy podjęłam bardzo trudną decyzję o przeprowadzce do obcego miasta i zaczynaniu tam życia na nowo, bez pracy i niemalże bez oszczędności. Albo kiedy nawiązałam współpracę ze znanym wydawnictwem i moje nazwisko znalazło się kilka razy na redakcyjnej czwórce. Może nawet sobie nie zdaje sprawy, jak mu się chrześnica udała, ale wnioskuje to po szczupłości kostek, długości łydek i umięśnionym odsłoniętym kawałku uda.

Kiedyś moja koleżanka z pracy opowiedziała mi, jak bardzo irytuje ją, kiedy mamy dorosłych chłopaków na wieść o tym, że ich synowie się zakochali i są w związku, oceniają dziewczyny po urodzie. „Ale jaką ładną dziewczynę poznał mój syn, mówię ci!” Jakby to decydowało ostatecznie, czy będzie wierna, dojrzała, uczciwa, czy będzie dobrą partnerką.

Bo jej uroda oznacza przecież, że znalazł dobrą partię.

Niby nic się nie zmieniło od dawnych czasów. Mężczyzna miał zapewnić byt, kobieta się podobać. Czysto biologiczne uwarunkowanie, całkiem normalne, podświadome, wdrukowane w nas. Nie sądziłam tylko, że jest to tak silne także dzisiaj, w oświeconych i postępowych czasach.

Może to też dlatego, że kultura obrazkowa. Że łatwiej nam polubić na Facebooku zdjęcie niż kliknąć w tekst i go przeczytać.

Owszem, fajnie się podobać. Świadomość atrakcyjności wpływa na pewność siebie. Nie skupiać się na kompleksach, tylko poznać swoje atuty i nauczyć się je eksponować. Owszem, lubię słuchać komplementów, kto nie lubi. Albo inaczej: która kobieta nie lubi słuchać, że jest ładna, podobna do aktorki uznawanej za bardzo atrakcyjną.

Szkoda mi tylko tego tekstu o tym, że moja mała codzienna żmudna praca zmienia świat na lepsze. Bo ten tekst był jednak o niebo ważniejszy niż okładka Vogue'a.

1 9 10 11