Życie bez pamięci

short-term-memory-dont-forget-croppedMożna być zakochanym bez pamięci, coś może wypaść, wylecieć. Pamięć może zawodzić kogoś. Moja zawodzi mnie.

Pamięć jest w ogóle dziwnym naczyniem. Zawsze fascynowało mnie, że można bardziej kojarzyć błahe fakty z dzieciństwa i młodości niż pamiętać ważne informacje z zeszłego tygodnia. Jest to wyjaśnione naukowo: w młodości przeżywamy nowe rzeczy intensywnie, dlatego mocno "wdrukowują się" w nasz umysł. Późniejsze wydarzenia już słabiej kodujemy, bo są powtarzalne, już słabiej na nas działają. Podobno.

Miałam na studiach przyjaciółkę starszą od siebie o jakieś 65 lat. Lubiła opowiadać mi historie ze swej wczesnej młodości – po jakimś czasie mogłam je dokładnie odtworzyć i zawsze znałam puentę dowolnej dykteryjki. Dlaczego o niej wspominam? Ponieważ byłam bezsilnym świadkiem zanikania jej pamięci i elementarnej wiedzy o świecie. Z tygodnia na tydzień podstawowe czynności zaczęły być nie lada kłopotem. Na przykład jak otworzyć komuś drzwi, gdy nie pamięta się, gdzie są klucze? Jak zrobić herbatę, kiedy zniknęły łyżeczki? Któregoś dnia znalazłyśmy głęboko w szafce zakopaną skarpetę wypełnioną widelcami i wszystkimi nożyczkami, jakie tylko można było znaleźć w całym domu. Wtedy się jeszcze z tego śmiałyśmy. Potem już było coraz smutniej.

***

Wracając do tematu. Mam 31 lat, a mój umysł płata mi figle. Życie jawi mi się nie jako całkiem logiczny ciąg przyczynowo-skutkowy, tylko raczej jako struktura nieciągła, z prześwitami. Narracja jest urywana i podejmowana wciąż na nowo.

Lubię ten króciutki moment, kiedy budzę się rano z posprzątaną, świeżą głową. Macie tak? Po przebudzeniu nie pamiętam, co było wczoraj, co jest dziś i dlaczego tak, a nie inaczej wygląda dzisiaj świat. Skąd ten kwiatek na stole, skąd nowa rzecz w domu, jaki jest dzień tygodnia, co dziś mnie czeka, kto wczoraj powiedział czy zachował się w taki czy inny sposób. Ale bardzo nie lubię, gdy ten moment niewiedzy trwa zbyt długo.

Często zdarza mi się myśleć: "Ktoś mi to mówił, ale kto?". Ostatnio zapomniałam, jak nazywa się koleżanka, którą znam od pięciu lat. Chciałam się do niej zwrócić po imieniu i nie mogłam. Głupie uczucie. Jeszcze głupsze: wracam do domu, spodziewam się męża, a jego nie ma. Nie wiem, gdzie jest i co robi. Mówił mi? Zapomniałam? Mam się martwić? Mam pytać, czy może znowu usłyszę westchnienie: "Oczywiście zapomniałaś".

Rozmawiam z ludźmi i muszę szybko powiedzieć swoje zdanie, inaczej zapomnę. Czasem wtrącam się i przerywam, co wyznaję ze wstydem i ubolewaniem. To nie brak kultury, to gonienie w piętkę, by zachować ciągłość konwersacji i pozory błyskotliwości.

Ostatnio w sklepie chciałam zapłacić kartą i zapomniałam PIN-u. Musiałam zostawić zakupy za ladą i biec po gotówkę zachomikowaną w domu. To mogło się zdarzyć gdziekolwiek.

Chciałabym podać więcej przykładów, ale ich nie pamiętam.

***

Każdy dzień to nowa mała karteczka, dzięki której wiem, co mam zrobić i kiedy. Ważne przedmioty typu klucze i bilet kładę zawsze w tym samym miejscu. System się sprawdza. Nienawidzę paniki, kiedy muszę wychodzić na autobus, a brak mi kluczy i biletu, albo co gorsza – obu tych rzeczy naraz. Nienawidzę niespokojnych powrotów, by sprawdzić, czy na pewno wyłączyłam gaz i piekarnik. Wprowadzam rutynę i powtarzalność jako nudne, ale bezpieczne metody na moją pustą głowę.

Zabija mnie konieczność pamiętania wszystkich haseł i numerów do logowania się, PIN-ów. Zagrożenie zablokowania karty płatniczej przy trzykrotnej pomyłce traktuję jak zamach na moje dobra osobiste. To nie jest kraj dla ludzi bez pamięci, jak mówi staropolskie przysłowie.

Ps. Byłam z tym problemem u lekarza rodzinnego. Polecił mi łykać tabletki miłorzębu, ale wiadomo, jak to się skończyło.

Dobre rzeczy: co dobrego w małżeństwie?

W ramach walki z narodową wadą Polaków (szybki konkurs retoryczny: jaka to wada?) niniejszym otwieram na Czeremchowej cykl "Dobre rzeczy". W pierwszej odsłonie wymienię kilka aspektów, zdarzeń i okoliczności, które cieszą mnie w małżeństwie.

  1. Wspólne oglądanie serialu Stargate SG1 i SG Atlantis*. Sci-fi z lat 90, 10 sezonów SG1 i 5 Atlantydy plus dwa filmy. Przygoda na parę lat zapewniona (nie, nie lubiłam nigdy sci-fi z lat 90).

  2. Wyszukiwanie i wymyślanie zabawnych i dziwnych inwektyw: ryjus, zakała, szubrawiec, huncwot, melepeta, łachudra, skunks, obwieś, łapserdak, szuja, ladaco, łachmyta, niecnota, szelma, otępnik i oszkliwiec (dwa ostatnie to takie tutejsze regionalizmy)… Im śmieszniej, tym lepiej. Cenione są zwłaszcza te obelgi, które mają ciekawą etymologię i historyczny rodowód. Zawsze warto mieć na podorędziu kilka określeń, gdy prowadzi się szermierki słowne.

  3. Spanie latem w ogrodzie. Gdy panowały największe upały, spaliśmy na kocach i karimatach, w śpiworach, a nasz ogrodowy pies lizał nam pyski.

  4. Wieczorne i nocne spacery przez miasto. Zdarza się nam pieszy powrót do domu albo wyjście po północy. Okolica wygląda inaczej, noc nastraja do rozmów i zwierzeń, jest orzeźwiająco i inspirująco.

  5. Robienie zdjęć. Nigdzie nie jestem tak ładna, jak w obiektywie mojego męża, widziana jego oczami. To chyba coś znaczy.

*oglądamy też inne seriale, ale o tym napiszę kiedy indziej.

No. Tak że tego.

Możecie dodać jakieś pozytywne rzeczy (komentować można, wchodząc w link konkretnego artykułu), co tak tu będę sama siedziała i pisała.

 

Pierwszy krok jak przez rzekę… o niepewności na ulicy

Dużo czasu zajęło mi opracowanie metody przechodzenia przez pasy, które nie mają sygnalizacji świetlnej.

Sądzę, że problem leży w charakterze.

To wieczne przepuszczanie wszystkich, nadmierna uprzejmość i to nieustanne myślenie, że nie chcę robić nikomu kłopotu – w tym przypadku są zdradliwe i denerwujące, a niepewność co do tego, kiedy postawić pierwszy krok – męczy nie tylko mnie, ale i kierowców. A kierowcy to – jak wiadomo – brać, która już w wersji standardowej jest wyposażona w lekkie podirytowanie z powodu samego wyjechania na ulicę i przymusu obcowania z innymi kierowcami ("burakami i idiotami").

Zawsze mam w sobie lęk związany z pierwszym krokiem. Nie jest to proste. Powiedziałabym, że wymaga znajomości elementów matematyki i fizyki na poziomie co najmniej średnio zaawansowanym. Trzeba oszacować odległość i prędkość samochodu – czy jest za daleko czy już za blisko, czy zwolni, czy przyspieszy. Ile sekund zajmie mu zbliżenie się do mnie. Czy mój krok to już wtargnięcie i wymuszenie, czy ślamazarne niezdecydowanie, które, jak mówię, jest równie denerwujące. Czasem stoję dość długo, bo nie mam odwagi zrobić kroku. Po jakimś czasie któryś kierowca z litości albo uprzejmości zatrzymuje się i macha mi ręką, że mogę przejść.

Najbardziej dla mnie kłopotliwa jest sytuacja, gdy ja stoję na pasach, żeby przepuścić "jeszcze tego ostatniego, a po nim sobie przejdę", a ten ostatni zbliża się i zatrzymuje. Ja stoję i przepuszczam, a on zbliża się i traci czas na zatrzymanie się. Równie dobrze mogłam przejść, gdy był daleko.

Wprawia mnie to w takie zakłopotanie i zażenowanie moją osobą, że nieraz szukam pasów z sygnalizacją świetlną, żeby tylko móc przejść w spokoju ducha i sumienia.

Ostatnio zauważam, że skutkuje podejście: "przechodzę, a ty mnie przepuść, bo jestem piesza na pasach". Dostrzegam, że taki nieprawdopodobny pokaz odwagi i zdecydowania ułatwiają sprawę również tej drugiej stronie, kierowcy. Oczywiście nie mylmy tu zdecydowanego przejścia z kamikadze rzucającym się pod samochód, który musi hamować z piskiem opon. Nie o to tu chodzi.

Kiedyś wydawało mi się, że zginę w wypadku samochodowym. W najbardziej melancholijno-depresyjnych chwilach mojego życia wyobrażałam sobie nawet ten moment, czasami stojąc na światłach w oczekiwaniu na zielone. W mojej najgrubszej i najpoważniejszej powieści, która jednakże nigdy nie zostanie wydana, jedna z bohaterek ginie w ten sposób, tragiczny i niespodziewany (ten spojler się nie liczy, tylko jedna osoba wie, o kogo chodzi, a już i tak zapewne nie pamięta).

Może to stąd ta niepewność. Z przeczucia, w które właściwie nie wierzę, ale zżyłam się z nim przez lata i trudno mi je wykorzenić. Albo może to kwestia nieśmiałości, trudności w podejmowaniu decyzji.

Niby taki zwykły krok. Każdy z nas w ciągu jednego dnia robi wiele takich, bez zastanawiania się i rozważania. To tak jak przejście przez rzekę albo zanurzenie w zimnym jeziorze. Trzeba po prostu wziąć głęboki oddech i wejść.

Słodko-gorzko, czyli jak misja dziejowa przegrywa z Penelope Cruz na okładce

Oglądałam ostatnio filmy o ważnych postaciach, o ludziach, którzy zmienili świat. Jednego wieczoru naukowiec, który mimo choroby odkrył ważne prawa fizyki i poznał kosmos – i to niewyobrażalnie głębiej i mocniej niż my, zwykli śmiertelnicy; drugiego wieczoru wizjoner, który dał nam do ręki pewne narzędzia, bez których dziś żyć nam nie sposób, i przez to – można rzec – zmienił w jakimś stopniu zachodni świat, wpłynął na sposób pracy, rozrywkę, dostępność wielu informacji.

Mój mąż nieraz pisze i mówi mi o tym, że nie może tkwić w odtwórczej pracy całe życie, bo je zmarnuje. Od dawna nosi w sobie pragnienie robienia czegoś ważnego, nie chce marnować pasji i talentu, a w pracy się męczy.

A ja… Ja myślę, że nie mam żadnej misji, że nie wiem, co mogłabym dać ludzkości i światu, jak uczynić lepszym to, co wokół mnie. Że moja praca jest właściwie mało ważna i w dodatku trochę niedoceniona przez społeczeństwo, ale nie wiem, co mogłabym robić lepszego. Coś, co mnie spełnia, nie wstrząsa światem w posadach, nie czyni lepszym ani jednego życia. Już nie mówiąc o tym, że w innym kraju zarabiałabym pięć razy tyle, co tutaj. Za tę samą pracę.

Tego samego dnia natrafiam na ten tekst.

Mam gęsią skórkę, gdy go czytam.

Dzielę się nim na Facebooku. Nie piszę, że to jest mocne, świetne, że polecam, że to jeden z ważniejszych tekstów, jakie w ostatnim czasie czytałam. Bez wielkiego patosu, bez narracji w stylu bogoojczyźnianym czy wspomnień o kaganku oświaty (brr), mądry, fajny tekst. Nie chciałam jakoś narzucać swojej opinii, niech tekst obroni się sam. Właściwie nie znalazłam też słów dobrych na to, by go zareklamować. To, co napisałam tu przed chwilą, wydało mi się zbyt podniosłe, zbyt osobiste.

Nikt nie przeczytał i nie polubił. Właściwie tekst przeszedł bez echa.

Szkoda, bo wśród moich znajomych jest wielu nauczycieli. Ucieszyliby się, że ktoś tak ładnie o nich napisał.

Tego samego dnia koleżanka na mojej tablicy opublikowała zdjęcie znanej aktorki na okładce znanego czasopisma. Że niby jestem podobna. Albo inaczej – że ona jest podobna do mnie. Owszem, ładne zdjęcie, owszem, pochlebia mi to. Zalajkowano wielokrotnie, więc inni (moi znajomi) się zgadzają.

Pozostawiło to we mnie odczucia słodko-gorzkie.

Byłam ostatnio na weselu. Była lwia część mojej rodziny, m.in. chrzestni. Z moim chrzestnym trudno mi się rozmawia, nie mamy wspólnego języka, tematów, jakoś nie ma między nami więzi.

Jakiś czas temu zmieniłam fryzurę, zaczęłam też bardziej podkreślać swoje atuty, czyli w tym przypadku nogi. Pierwszy raz w życiu mój chrzestny powiedział: "ale mi się chrześnica udała". I był autentycznie dumny. Nie wtedy, kiedy zdobyłam tytuł magistra po raz pierwszy. Ani po raz drugi. Ani gdy skończyłam podyplomówkę, dzięki której poczułam w końcu: tak, chcę to robić i to jest TO. Ani kiedy podjęłam bardzo trudną decyzję o przeprowadzce do obcego miasta i zaczynaniu tam życia na nowo, bez pracy i niemalże bez oszczędności. Albo kiedy nawiązałam współpracę ze znanym wydawnictwem i moje nazwisko znalazło się kilka razy na redakcyjnej czwórce. Może nawet sobie nie zdaje sprawy, jak mu się chrześnica udała, ale wnioskuje to po szczupłości kostek, długości łydek i umięśnionym odsłoniętym kawałku uda.

Kiedyś moja koleżanka z pracy opowiedziała mi, jak bardzo irytuje ją, kiedy mamy dorosłych chłopaków na wieść o tym, że ich synowie się zakochali i są w związku, oceniają dziewczyny po urodzie. „Ale jaką ładną dziewczynę poznał mój syn, mówię ci!” Jakby to decydowało ostatecznie, czy będzie wierna, dojrzała, uczciwa, czy będzie dobrą partnerką.

Bo jej uroda oznacza przecież, że znalazł dobrą partię.

Niby nic się nie zmieniło od dawnych czasów. Mężczyzna miał zapewnić byt, kobieta się podobać. Czysto biologiczne uwarunkowanie, całkiem normalne, podświadome, wdrukowane w nas. Nie sądziłam tylko, że jest to tak silne także dzisiaj, w oświeconych i postępowych czasach.

Może to też dlatego, że kultura obrazkowa. Że łatwiej nam polubić na Facebooku zdjęcie niż kliknąć w tekst i go przeczytać.

Owszem, fajnie się podobać. Świadomość atrakcyjności wpływa na pewność siebie. Nie skupiać się na kompleksach, tylko poznać swoje atuty i nauczyć się je eksponować. Owszem, lubię słuchać komplementów, kto nie lubi. Albo inaczej: która kobieta nie lubi słuchać, że jest ładna, podobna do aktorki uznawanej za bardzo atrakcyjną.

Szkoda mi tylko tego tekstu o tym, że moja mała codzienna żmudna praca zmienia świat na lepsze. Bo ten tekst był jednak o niebo ważniejszy niż okładka Vogue'a.

1 9 10 11