Szkoła życia: nowy plan lekcji

Uważam, że skoro szkoła daje podwaliny wiedzy i wprowadza w zawiłości życia społecznego (kozioł ofiarny, lider, socjometria, owczy pęd itd.), powinna także zająć się szeroko pojętym przygotowaniem do samodzielnego życia. Niektórzy uczą się praktycznych umiejętności w domu, ale nie wszyscy mają to szczęście, że tata zabiera do garażu, a mama uczy szycia czy gotowania. Lub na odwrót, nie bądźmy tutaj drobiazgowi.

Dlatego poniżej przedstawiam moją propozycję wprowadzenia pewnych istosnych zmian w edukacji. W końcu każdy może mieć jakiś pomysł na naprawę polskiego szkolnictwa, prawda? Oto unikatowy i innowacyjny plan lekcji obejmujący nowe przedmioty w przyszłej polskiej szkole.

open_book_hires-designerpics

Podstawy ekonomii

Po pierwsze: mądre wydawanie pieniędzy – czyli żeby wydatki nie były większe niż przychody. Niby proste, ale ilość oferowanych czy wziętych pożyczek i kredytów świadczy o czymś zgoła innym. Poza tym inwestowanie i sposoby oszczędzania. Może i nuda, ale dotyczy każdego z nas. Nie wszyscy dostaną Nobla z fizyki czy będą artystami. Każdy będzie zarabiał pieniądze i musi umieć nimi gospodarować.

Kontakty z urzędnikami

Czasem wydaje mi się, że bez podstaw księgowości, skończonego kursu logiki matematycznej oraz licencjatu z psychologii nie da rady załatwić niczego w urzędzie. Trzeba umieć rozmawiać z nabuzowaną panią w okienku, a nawet jeśli pani jest miła lub chce pomóc, petent błądzi w zawiłościach formalnych: tu pieczątka, tu znaczek, proszę do kasy, do pokoju nr 21, na końcu korytarza w prawo, tu brakuje formularza, tu podpisu, tu NIP, tu PESEL, tu ksero oryginału, tu upoważnienie (17 zł). Już nie wspominam nawet o wypełnianiu formularza podatkowego. Przygotowanie już od młodych lat szkolnych – to jedyna nadzieja na polepszenie kontaktów z urzędami.

Gotowanie

Chodzi tu o proste podstawowe posiłki, naleśniki czy makaron. Prócz tego myślę, że przydałaby się każdemu wiedza kulinarna obejmująca np. rodzaje warzyw, owoców, mięs, serów, ich właściwości i zastosowanie. Przykładowe tematy: jak przyrządzić stek, jakie panierki do kotleta, jak zrobić ciasto kruche, półkruche, drożdżowe, jak się robi sosy do sałatek czy mięs, co można zrobić z marchewki, ziemniaka, piersi kurczaka. Chodzi o taką elementarną wiedzę, by nie paść z głodu, mając do dyspozycji kilka półproduktów.

Majsterkowanie

Tutaj uczeń dokonywałby drobnych napraw, poznawałby podstawy ślusarki, stolarki, a po skończonym kursie potrafiłby poradzić sobie z takimi wyzwaniami, jak naprawa czy wymiana zamka w drzwiach, gniazdka czy nawet żyrandola.

unsplash-com-jeff-sheldon

Elementarne podstawy sprzątania

Żeby już żadna Perfekcyjna Pani Domu nie musiała mieć swojego programu w telewizji. Bo wszystko będziemy wiedzieć ze szkoły.

Wizaż

Smuci mnie niezmiernie, ilekroć widzę, jak kobieta z ewidentnie delikatną urodą farbuje włosy na czarno i kreśli ostre brwi. Jak kobieta z trądzikiem różowatym zakłada różową bluzkę, co jeszcze podkreśla jej problem z cerą. Jak ktoś o urodzie ciepłej i promiennej chowa się w szarych czy czarnych ubraniach, w których wygląda jak chory. Pisałam tutaj, że nie zawsze mamy świadomość tego, w czym dobrze wyglądamy i co jest naszym atutem. Na zajęciach każdy miałby okazję się nad tym zastanowić, a jeśli nie miałby pomysłów, inni uczestnicy by pomogli.

***

Co można jeszcze dorzucić do planu takiej "szkoły życia"?

Kto to jest święty?

Dzień Wszystkich Świętych sprzyja rozmyślaniu na temat świętości w ogóle. Temat to ważny i złożony, powstało na ten temat wiele książek i artykułów. Chciałabym poruszyć kilka ważnych dla mnie aspektów i zebrać w jednym wpisie różne myśli pałętające się w głowie od wczoraj.

Zacznijmy od definicji, czyli od początku. Święty według nauki Kościoła katolickiego i prawosławnego to osoba, która poszła do nieba i tam oręduje za nami nieborakami, którzy zostaliśmy jeszcze na ziemi. To wzór do naśladowania i przykład życia blisko Boga. Protestanci odrzucili naukę o orędownictwie świętych, mając na uwadze tekst z Pisma Świętego o tym, że to Jezus jest jedynym pośrednikiem (o, ten).

Wszyscy są święci?

Mój kuzyn powtarza, że dzień Wszystkich Świętych to radosne święto nas wszystkich. Zapewne nawiązuje tu do tradycji pierwszych chrześcijan, bowiem w I w. n.e. świętym nazywano każdego członka gminy chrześcijańskiej. Więc sąsiad na agapie już mógł być nazwany świętym, chociaż może przyszedł trochę za bardzo pod wpływem wina (por. 1 Kor 11, 17-20). Tak więc świętym jest każdy ze wspólnoty, wierzący w Chrystusa i przezeń zbawiony.

Czasem mówi się też o tym, że ktoś umarł w opinii świętości. Cóż, zapewne to jest chwalebna rekomendacja, tyle że opinia świętości zmieniała się bardzo od czasów Jezusa do dziś.

Święty dawniej

Średniowiecze dodało świętym różne brzemiona – wzorce parenetyczne głosiły, że aby osiągnąć bramy nieba, można np. wyrzec się swojego majątku, stracić zdrowie i unieszczęśliwić rodzinę, zamieszkać na odludziu, pościć przez okrągły rok, pozostać na zawsze dziewicą, włączając w to żony. No i nie wypadało śmiać się głośno, bo to nieprzyzwoite i w ogóle szatańskie. Maryja nigdy się nie uśmiechała, czytamy w apokryfach z tego czasu, a i uczeni mnisi z "Imienia róży" prowadzą debatę, czy Jezus się uśmiechał. Franciszkanie byli za, ale wiadomo, że święty Franciszek to jednak był wariat.

Bardzo często męczennicy niemal automatycznie byli uznawani za świętych. W końcu poświęcili swoje życie, by krzewić wiarę w Boga prawdziwego, wierzono. Mam wrażenie, że takie podejście stwarzało pole do nadużyć. Byle awanturnik, prowadzący życie łupieżczo-grabieżcze, w którymś momencie życia mógł zdecydować się na taką wyprawę, przy czym najmniej chodziłoby mu o Boga czy bliźniego.

Kawałek świętego

Od średniowiecza przez bujny kult barokowy przewijał się także temat relikwii. Tylko go tutaj delikatnie zaznaczę, bo zdaję sobie sprawę z złożoności tej kwestii.

Kult świętych miał wtedy [w średniowieczu] ogromne znaczenie w życiu państw i społeczeństw. Posiadanie przez władcę ważnych relikwii (łac. "resztki, szczątki"), czyli doczesnych szczątków zmarłych świętych lub przedmiotów należących do nich za życia, podnosiło automatycznie rangę monarchy i podkreślało świętość królewskiego urzędu.

Źródło: tutaj.

Natomiast barok bardzo pięknie traktował świętych – stawiał ołtarze, rzeźbił pomniki, czcił szczątki. W czasach kontrreformacji szczególnie podkreślano to, co odróżnia katolików od protestantów. Myślano sobie tak: oni nie uznają świętych, to my dalej! Tu relikwie, tu ołtarz boczny, tu rzeźba i posąg, tu skrzynka z palcem, a tu kawałek krzyża czy korony cierniowej. Oni mają skromne i niemal puste świątynie, to my dołóżmy jeszcze trochę złota i ze trzy aniołki.

Święty na miarę czasów

Po śmierci życiorys osoby, która "zmarła w opinii świętości", jest poddawany szczegółowym badaniom. Trzeba wykazać "heroiczność cnót" oraz wstawiennictwo, czyli jakiś cud za pośrednictwem właśnie tej osoby. Mam wrażenie, że święci tak ukazani nie mają możliwości bycia zwyczajnymi ludźmi.

Augustyn, Franciszek czy Wojciech dzisiaj chyba nieprędko zostaliby uznani za świętych. Augustyn i jego życie erotyczne, Franciszek – hipster, szpaner i bananowy chłopiec, po nawróceniu zachowywał się skandalicznie (publicznie rozebrał się do naga, grał na patykach jak na skrzypcach, wygłaszał do zwierząt homilie). Wojciech właściwie dał się zabić. Analiza jego kilku żywotów spisanych w średniowieczu ukazuje, jak to z ofermy potykającego się na schodach urósł do rangi męża świętego i roztropnego, misjonarza, który stawił czoła Prusakom. Takiego też patrona przyjęła Polska, taki patron na miarę czasów, niezłomna ostoja chrześcijaństwa.

Św. Józef w średniowiecznych przedstawieniach był obśmiewany jako niedołężny starzec i łamaga, który zupełnie nie orientuje się w sytuacji. Dopiero niedawno stał się patronem rodziny, opiekunem, wzorem mężczyzny. Maryja w średniowieczu przede wszystkim była rozmodlona i milcząca (zero uśmiechu), dziś podkreśla się jej praktyczność, gospodarność i zorganizowanie. Nie mamy zbyt wielu dowodów na to, jaka faktycznie była ta para. Twierdzę jednak, że zależnie od czasów i potrzeb podkreśla się czy nawet nieco nagina niektóre cechy czy fakty z życia tych osób. Czyli święty jako wzorzec to ciągle aktualne zapotrzebowanie.

Święty jak z obrazka

Idealizacja świętego dotyczy nie tylko uładzania jego życia, ale także wizerunku. Prym w tym wiodą obrazki kanonizacyjne, np. Jerzy Popiełuszko czy Teresa z Lisieux, której całkowicie zmieniono rysy twarzy. Dzisiejsze wybryki photoshopowe na okładkach pism to pikuś w porównaniu z niektórymi portretami świętych.

Święta dziewica, święta mężatka, święty patriota

Myślę, że Kościół Katolicki w przyznawaniu opinii świętości faworyzuje osoby duchowne i dziewice. Mówi się, że Jan Paweł II zmienił trochę tę tendencję, beatyfikując np. Joannę Berettę Mollę (dla mnie mimo wszystko dość kontrowersyjną) czy parę małżonków.

Świętość w różnych krajach powiązana jest też często z patriotyzmem, mimo że chrześcijaństwo samo w sobie jest apolityczne i generalnie panuje zasada, że "nasza ojczyzna jest w niebie". Mimo to obserwujemy takie zjawiska, jak kult św. Stanisława, którego szczątki według legendy zrosły się tak, jak zrosła się Polska po rozbiciu dzielnicowym, czy męczeństwo ks. Popiełuszki jako ważny składnik solidarności Polaków.

Opinia świętości

Wspomniałam wcześniej, że opinia świętości jest zależna od czasów. Nie trzeba szukać daleko. Nasze babcie mają na pewno inny ideał świętości niż my. Generalnie chodzi o osobę żyjącą blisko Boga, ale to doświadczenie jest różnie rozumiane. Ja sama nieraz czuję zgrzyt, gdy spotykam osobę rozmodloną i deklarującą się jako wierzącą, która nie szanuje swoich bliskich i odnosi się pogardliwie do innych ludzi.

A gdyby tak zapytać siebie, czy znamy kogoś, kogo typujemy jako przyszłą osobę świętą? Kto według Ciebie pójdzie niemalże prosto do nieba? Kogo Bóg przyjmie bez wypełniania testu na świętość? Część osób wymieni mamę tatę czy teściów, część pomyśli o znajomej ciężko chorej osobie, która mimo to zachowuje pogodę i spokój ducha, część o takiej, która jest ewidentnie dobra i tą cechą kieruje się w codziennym obcowaniu z innymi. A kto jest świętym według Ciebie?

Moja ulubiona aktywność fizyczna

Moja ulubiona aktywność fizyczna to leżenie na łóżku z książką i ruch gałek ocznych. Ewentualnie odwrócenie się na drugi bok lub przewrócenie kartki. Od tego powinnam zacząć i jeszcze niedawno na tym bym zakończyła. Zdaję sobie jednak sprawę, że to nie wystaczy, by być zdrową i w miarę energiczną osobą bez nadwagi, więc prócz szybkiego chodu stopniowo zaczęłam praktykować również inną aktywność fizyczną. Stosowną do moich zainteresowań, charakteru i pozwalającą na noszenie ubrań ładniejszych niż dres i rozciągnięty podkoszulek.

WF

Nigdy nie miałam zwolnienia z WF-u. Inne dziewczyny siedziały na ławce i plotkowały, a ja w przepisowej granatowej koszulce grałam w siatkówkę czy koszykówkę. Nie był to mój ulubiony przedmiot szkolny, ale dało się przeżyć.

Sporty walki i samoobrony

Na studiach zaliczyłam rok sportów walki i samoobrony. Rozgrzewka wykańczała dokumentnie. Najpierw nauczyliśmy się padać, a potem przewracać bliźniego. Następnie go bić i kopać. Zwykle byłam w parze z jakimś chłopakiem, ale chyba byłam w tym niezła, bo po jakimś czasie wszyscy moi partnerzy bali się ze mną ćwiczyć.

Taniec

Na studiach artystycznych przez rok uczyłam się tańca ludowego i współczesnego. Gdy zobaczyłam plan zajęć, wpadłam w lekki popłoch. Ja nie lubię tańczyć, nie tańczę!

Prowadząca była naprawdę znakomita w tym, co z nami robiła. W ciągu semestru nauczyłam się profesjonalizmów baletowych typu plié, relevé, pas de bourrée, a na zaliczenie tańczyłam polskie tańce narodowe do skocznej irlandzkiej melodii. Po roku odkryłam, dlaczego taniec współczesny (w przeciwieństwie do okropnego towarzyskiego) jest świetny: tańczy się samemu, można się walać po podłodze i przy okazji jeszcze wymasujesz plecy, pokazuje się emocje, można dać się ponieść. Musisz tylko pamiętać parę podstawowych zasad, np. kiedy odwracać głowę podczas pirueta albo że ma być dużo pozycji w parterze, i będzie ok.

Po tych lekcjach zostały mi płynne i subtelne ruchy nadgarstków, gdy macham rękami. Nie wstydzę się też chodzić czasami na zumbę.

Pilates

Któregoś dnia pomyślałam, że warto trochę zadbać o kręgosłup i zapisałam się na pilates. Czytałam, że powolne ćwiczenia rozluźniają, wysmuklają i prostują zgarbionych. I tak jest. Ćwiczę równowagę, uspokajam się, rozluźniam mięśnie karku, wzmacniam brzuch. Po dwóch latach robię smukłą prostą jaskółkę, potrafię długo wytrzymać w pozycji tropiącego psa (o, takiej), a gdy idę gdzieś z plecakiem czy torbą, przypominam sobie o prostowaniu kręgosłupa i wyciągam czubek głowy w górę.

Fitness

Prócz spokojnego pilatesu chodzę także na zajęcia fitness, które właściwie mogłyby się nazywać "Wycisk". Po każdych zajęciach ledwo włóczę nogami, a mąż nieraz pyta, czy padał deszcz, gdy wracałam. Jest długa i energetyczna rozgrzewka, potem serie ćwiczeń, gdzie na przemian skaczemy, robimy squaty (czyli przysiady, w których linia kolan nie wychodzi poza stopę), ćwiczymy na podłodze, podciągamy kolana do łokci, robimy pompki, brzuszki. Gdy jestem w pozycji deski, pot z czubka nosa kapie mi na palce. Wszystko kończy się rozciąganiem i uspokajaniem oddechów oraz uświadomieniem sobie po raz kolejny, że jednak mimo wszystkich przeciwności wyjdziemy z tego cało i – co więcej – że dałyśmy radę.

Czasem się zastanawiam, po co właściwie tak się męczę. Ale gdy widzę, że jestem coraz silniejsza, bardziej wytrzymała, że przekraczam granice swojego ciała (cooo? nie zrobię jeszcze ośmiu powtórek? a właśnie, że zrobię!) i że przynosi mi to wiele radości – to już nad tym nie rozmyślam, tylko pakuję ręcznik i buty i punktualnie stawiam się w szeregu.

Rower

Czułam, że jak wsiądę na rower po wielu latach przerwy, to ta miłość wybuchnie na nowo. A ponieważ nie mam możliwości, by mieć swój własny rower, wahałam się i wstrzymywałam od spróbowania tej formy aktywności – ponieważ to uczucie musiałoby być związkiem na odległość.

Pierwsza jazda w tym roku – po leśnej drodze na Roztoczu, wieczór, wiatr, przestrzenie. Przepadłam. Teraz wypożyczam rower miejski i staram się przejechać choć kawałek zamiast jechać autobusem. Najbardziej lubię rozpędzić się aż do bólu ud, a potem zwisać nogami i machać nimi radośnie jak dzieciak.

***

Zwykle przed zapisaniem się na zajęcia czy zarejestrowaniem w systemie wypożyczania rowerów czuję obawy. Teraz przekonałam się, że ruch potrafi dać wiele przyjemności i wytchnienia, stwarza też okazję do wyładowania się. Już nie mówiąc o zmianach sylwetki. Nawet taki książkowy leniwiec jak ja po jakimś czasie ma ochotę na więcej, np. na ściankę wspinaczkową. Trzeba po prostu odkryć taki rodzaj ruchu, który nam sprawia radość (ja np. nie lubię biegać i wyciskać na siłowni) i nie zrażać się tym, że na początku może coś nie wychodzić.

Konstanty Ildefons Gałczyński o puencie

Odnośnie niedawnego wpisu i jego bolesnego zakończenia znalazłam ostatnio odpowiedni fragment u K.I. Gałczyńskiego:

Gdzie tu jest pointe'a? Naturalnie oczywiście, że tu nie ma pointe'y. Ale ja twierdzę, Panie Redaktorze, że pointe'a jest typową literacką trwogą literackich wałachów i kundlów. Oni uważają, że na końcu opowiadania musi być zawsze błyskotliwe powiedzonko à la "Przekrój". To nieprawda. Nie należy w ogóle być błyskotliwym. Należy być banalnym, na początku opowiadania banalnym, w środku opowiadania banalnym i przed zakończeniem opowiadania banalnym. A na końcu należy wziąć forsę i iść do domu.

Póki co nikt mi za moje braki puenty nie daje pieniędzy i zapewne długo nie da, ale powyższe słowa dają mi pewną dozę pocieszenia.

mag-kig

Fotografia Czarodzieja stąd.

Źródło cytatu: Konstanty Ildefons Gałczyński, "Proza", t. 4, Wyd. Czytelnik 1979, s. 206.

Wegetarianizm a sprawa boczku

Szanuję wegetarian i wegan. Często korzystam z przepisów Jadłonomii, mam książki wege. Podoba mi się kreatywność w tworzeniu potraw i nowe wykorzystanie dobrze znanych warzyw (pietruszka pieczona w kaparowym sosie!), dzięki wegetarianom poznaję nowych kuchennych przyjaciół takich jak choćby ciecierzyca. Sympatyzuję, podziwiam, inspiruję się.

Nie muszę jeść mięsa codziennie. Raz czy dwa razy w tygodniu spokojnie mi wystarcza, a podstawę mojej diety i tak stanowią warzywa i owoce. Nie mogłabym być weganką, bo uwielbiam nabiał. Wychowałam się w rodzinie Pana Mleczarza, jako dziecko spijałam piankę z ciepłego świeżego mleka. W lodówce mojej mamy jest zawsze gęsta kwaśna śmietana domowej roboty, a latem króluje zsiadłe mleko. Ale nie jestem wegetarianką i nie zamierzam przejść na wegetarianizm.

Uważam posiłek za coś jednoczącego. W dzisiejszych czasach wielu ludzi nie je określonych produktów, czy to ze względu na zdrowie, dietę czy postanowienie. Rozumiem to, ale trochę szkoda, że nie wszystkich można poczęstować ciepłą drożdżówką, jajecznicą czy boczkiem.

***

Przychodzi mi na myśl kilka posiłków, w których wspólne jedzenie mięsnego posiłku ma jakieś znaczenie.

1. Sobotni poranek, kiedy mąż robi nam jajecznicę na boczku. Boczek wędzony musi być. Pachnie w całej kuchni, jest relaks, odpoczynek, a jajecznica jest zawsze na najwyższym poziomie.

2. Niedzielne obiady z teściami. Teściowa robi świetne gulasze, teść kurczaka z rusztu i schab w warzywach. Siadamy razem, jemy i oglądamy telewizyjne bzdety, tak jak większość polskich rodzin o tej porze.

3. Potrawy z okolic, z których pochodzę: zalewajka na słoninie lub podgardlu, świąteczny kugiel (ziemniaki zapiekane z żeberkami i innymi kawałkami wieprzowiny). Żurek na kiełbasie. Uwielbiam.

4. Jajka sadzone i chrupiące zapiekane plastry boczku w gościnie u naszego kuzyna-przyjaciela. Przy okazji polecam genialne połączenie syropu klonowego z takim smażonym boczkiem. Syrop z Kanady dawno się skończył, ale wspomnienie smaku pozostaje żywe do dziś.

5. Smakowanie mięsnych potraw w podróży, np. obfite irlandzkie śniadanie czy hot-dogi w Szwecji, zapiekane na ruszcie w kuchni oświetlonej świeczkami.

6. Kiełbasa i boczek (kolejny raz!) z ogniska. Wraz z przyjaciółmi praktykujemy rozpalanie ogniska o każdej porze roku. Zawsze jest przyjemnie i zawsze cieszymy się, obracając skwierczące wędliny na kratce podpartej na kamieniach albo prościej, na patyku.

7. Świeże, jeszcze ciepłe wędliny, które mój tata przywozi od masarza. Stawia pachnącą ciepłą torbę na stole, a my jemy kawałki czosnkowej i majerankowej kiełbasy czy pasztetowej z kromką chleba. Tata zawsze kroi grubiej kiełbasę, a cieniej chleb. Lubi również kanapki z salcesonem popijać kawą, a potem wodą z kranu. Ale to zupełnie inna historia…

***

Wyjątkowość tych wszystkich spotkań przy stole wynika z ich niecodzienności. Łączy się ze świętowaniem, przyjmowaniem gości i przybywaniem w gościnę, z dniami wolnymi od pracy, relaksem, odpoczynkiem, wyłączeniem zwyczajnego trybu życia (np. w podróży). Trochę podobnie jest z moim jedzeniem mięsa.

Ps. Niech Was nie zwiodą wnioski antropologiczno-socjologiczne. Nie mogłabym zostać wegetarianką, ponieważ za bardzo lubię boczek.

Cnota odkurzona

Nieodłącznym elementem życia chrześcijańskiego jest ciągłe dążenie do bycia lepszym, zalecenie pracy nad sobą i przeróżne tzw. ćwiczenia duchowe. Prócz regularnego uświadamiania sobie swoich niedoskonałości, grzechów, występków (ładne słowo), zaniedbań – należy zwracać uwagę na doskonalenie cnót (kolejne ładne słowo). Uważam, że jest to całkiem fair i sprytnie pomyślane.

cnota-odkurzona-ksiazki-jablko-designerpics

Cnota nie jest oczywiście wymysłem świata chrześcijańskiego, ale wychodząc ze starożytnych filozofii, wpasowała się w ów świat dość dobrze. Może teraz, w XXI w., jest jej niewygodnie, bo trochę ją skrzywdzono, zawężając znaczenie i jej sens, traktując ją z lekka pobłażliwie, z przymrużeniem oka, niepoważnie. Ale przez całe setki lat cnota trzymała się mocno.

Cnota filozofa i wojownika

W Grecji od czasów Platona arete nazywano doskonałość moralną. Cóż za wielkie słowa. Znacie kogoś, kto jest doskonały moralnie? Co to w ogóle znaczy? Konsekwentne kierowanie się wartościami, nawet wbrew przeciwnościom. Taki ktoś nie stanie się konformistą, bo mu tak pasuje w danej sytuacji.

Doskonałość moralna (łac. virtus) w starożytnym Rzymie jest, jak to w starożytnym Rzymie – związana z wojskiem i płcią męską, na co też wskazuje nazwa (vir to mąż, bohater, wojownik). Żołnierz rzymski musiał być mężny, szlachetny, skuteczny, a więc i pomysłowy.

Co ma cnota do śniegu

Renesans stworzył warunki do rozwoju gry pt. "Cnoty: Reaktywacja". To był czas powrotu do wartości antycznych i odkrycia cnót na nowo. Czas, kiedy Kochanowski i inni brali sobie za cel, by być takimi, jak dawni filozofowie: mieć w sobie stoicki spokój wbrew przeciwnościom; być opanowanym, gdy dzieje się dobrze, nie ulegać rozpaczy, gdy się nie udaje. A co za tym idzie – nie gniewać się na to, na co nie mamy wpływu. Na pewno nie zależy od nas pogoda oraz położenie Polski w danej strefie klimatycznej (czyli że zima przychodzi mniej więcej o tej samej porze i że przychodzi KAŻDEGO ROKU). Ile można było usłyszeć czy przeczytać negatywnych komentarzy na temat wczorajszego październikowego śniegu. Co to zmieni? Zdrowsze i bardziej roztropne byłoby zachowanie cnotliwej postawy – nie możesz tego zmienić? Przyjmij to ze spokojem.

Segregacja cnót

Warto przypomnieć podział, jaki stosuje się w pogańskim antyku i chrześcijańskim katechizmie. Otóż kardynalne, czyli główne, są cztery cnoty:

  1. umiarkowanie, czyli samokontrola, spokój i opanowanie siebie. Bez wywyższania się ani uniżania – człowiek umiarkowany zna swoje miejsce i swoją wartość;
  2. sprawiedliwość – bo tę cnotę zawsze warto mieć, jeśli tylko dzierżymy jakąś władzę (czy jesteśmy władcami, politykami, nauczycielami – zawsze w cenie jest bycie sprawiedliwym);
  3. roztropność rozumiana jako mądre i życiowe podejście;
  4. męstwo – odwaga, szlachetność, ale także pomysłowość. Człowiek cnotliwy nie może być sierotą i ofermą. Ma być przedsiębiorczy i energiczny, bardziej czynny niż bierny. Najlepiej, żeby jeszcze był pogodny i nie dał się pokonać przeciwnościom.

Dziś to wieloznaczne i wielobarwne słowo, niosące w sobie długą tradycję, zdewaluowało się i zawęziło swoje znaczenie do nienaruszonej błony w organizmie kobiety. Szkoda, bo pomieści dużo więcej.

***

W uporządkowaniu myśli pomógł mi ten artykuł oraz hasło w encyklopedii Epoki literackie PWN.

Fotografia stąd.

Dbanie o styl – tylko dla nastolatków?

Fragment rozmowy z koleżanką z pracy:

 – Mój syn ma teraz taki etap, że codziennie rano myśli przede wszystkim o tym, w co się ubierze do szkoły.

 – Niektórzy nie wyrastają z tego etapu. Ja lubię wymyślać, w co się ubiorę.

 – Ja nie, ja już z tego wyrosłam. Patrzę tylko na to, żeby ubranie było czyste.

***

Czy z dbania o swój wygląd się wyrasta? Być może. Jednak niektórzy lubią myśleć o modzie i ubraniach również po skończeniu gimnazjum czy liceum. Nie jest to zbrodnia ani powód do wstydu, co zauważyła autorka bloga Ubieraj się klasycznie. Nie jest to również objaw próżności. W końcu dlaczego nie dbać o siebie – jedyną osobę, na którą jesteśmy skazani od początku do końca życia? Niezależnie od okoliczności musimy patrzeć na siebie w lustrze i znosić swój wygląd.

Dbanie o swój styl i szukanie ubrań i kolorów najbardziej odpowiadających osobowości i warunkom życiowym, pracy itd. to przejaw wielkiej samoświadomości. Wiele kobiet nie zadaje sobie prostego pytania: czy w tym kolorze, fasonie, w tej fryzurze naprawdę jest mi dobrze? Niebywałe, jak korzystnie dobrane ubrania potrafią dodać pewności siebie, poprawiają humor, dowartościowują. Generują komplementy, dzięki którym kobieta urasta w swoich oczach.

Fot. Mariusz Bieniek.

Fot. Mariusz Bieniek.

Czasem kobiety nawet nie zdają sobie sprawy, co jest ich atutem i co warto w ich wyglądzie podkreślać. A to jest ważne – zamiast zwracać cały czas uwagę i biadolić, że masz mały biust i brak Ci talii, podkreśl nogi, umaluj usta i odwróć uwagę od mankamentów.

Nie oczekujmy, że będziemy wyglądać jak nasze idolki z ekranu, ale możemy przyjrzeć się sobie i pokazać innym to, co w nas najlepsze i warte eksponowania. Możemy tym samym powiedzieć: "może i nie mam talii, ale spójrz na te łydki! Może i nos z garbem, ale przyznaj, że cera robi wrażenie!"

Życie jest wystarczająco trudne, nie warto sobie jeszcze dodawać zmartwień.

Praca domowa na dziś:

  1. Zastanów się, co jest Twoim atutem i jak to podkreślić.
  2. Poczuj się ze sobą lepiej!

Sposoby na nieśmiertelność. Co po nas zostanie?

Do dziś pamiętam moment, gdy na studiach siedziałam w obskurnej wydziałowej stołówce z koleżanką i zastanawiałyśmy się wspólnie, co po nas zostanie. Górnolotne rozmowy dwóch dziewczyn nad notatkami z literatury. Literatura do takich rozmów pasuje bardziej niż stołówka obskurna dosłownie (obscura z łac. ciemna) i w przenośni, gdyż tworczość literacka mocniej wyraża pragnienie nieśmiertelności. Niestety Mickiewicz jest ciągle żywy. Na szczęście Mrożek i Herbert też jeszcze nie umarli, bo ktoś ich nadal czyta.

10251902_298385173653982_6999709970718757729_n

(fot. Mariusz Bieniek)

Problemy przodków…

Długo chodziła za mną myśl, że moi przodkowie mieli te same myśli, pragnienia, potrzeby, smutki, bolączki jak ja. Tyle że było to sto czy sto pięćdziesiąt lat temu i teraz już nie ma po tym śladu. Co gorsza – nawet nie wiem, jak ci moi przodkowie mieli na imię, czyli przegapiłam coś, co tych ludzi określa w pierwszej kolejności, a ostatecznie naznacza miejsce spoczynku ich prochów, ostatniej garstki, która została po ich ciałach. Właściwie z tej perspektywy nie muszę się martwić pracą, warunkami mieszkaniowymi czy gniewem na bliską osobę, a tym bardziej problemami z cerą, obwodem brzucha, bolącymi kolanami czy wypadaniem włosów, bo w sumie po latach i tak wszystko to jest totalnie i absolutnie nieważne, zmiecione z powierzchni, wymazane.

…a natręctwo spisywania

Dziesięć lat temu chciałam wszystko spisywać: zabawne hasła i przejęzyczenia, fragmenty dialogów, rozważania i opisy odczuć. Wydawało mi się, że wiele rzeczy jest warte uwiecznienia. Wyobrażałam sobie, że po latach będę sobie to czytać, a najlepsze fragmenty wykorzystam na przykład do pisania jakiejś książki, gdy już zapomnę, jak to było mieć dwadzieścia lat. Dziś już wiem: NIE MA tam najlepszych fragmentów, nie ma nawet średnich. Nie mogę czytać tych zapisków, tak bardzo ociekają egzaltowaniem, a anegdotki są po prostu nieśmieszne. Więc widocznie nie warto uwieczniać wszystkiego.

Exegi monumentum…

Ostatnio w tym wpisie czytałam, że wielu z nas bardzo chce zaznaczyć swoje istnienie na ziemi (jest to opinia autorstwa prof. Bralczyka, choć zapewne nie on na to wpadł pierwszy). Doskonale rozumiem to pragnienie. Chcemy, by nasze życie było coś warte, potrzebne, godne zapamiętania, żebyśmy nie zniknęli i nie umarli cali (motyw z tego wiersza; lub inne tłumaczenie tutaj).

Nieśmiertelność – instrucja obsługi

  • Niektórzy próbują przez sztukę. Przecież wiemy, że był ktoś taki jak Kochanowski, Horacy, Lem. Co więcej – kawałek nieśmiertelności dostał się na przykład ojcu Klimta, który był złotnikiem i tym samym niechcący wpłynął na estetykę dzieł syna. Do historii przeszły obie żony Rubensa. Gaudi czy Eifell również z przytupem zaznaczyli swoje istnienie. Tak że się da.

  • Po drugie: wkład w naukę, odkrycie jakiegoś prawa, wiekopomne dokonanie. Trochę trudne, ale można próbować. Celsjusz, Kepler, Galileusz, Pitagoras czy Tales też nie wiedzieli, że jakiś nastolatek z Polski będzie się o nich dowiadywał w szkole i że będą (przynajmniej na chwilę) w pamięci wielu ludzi jako ktoś, kto przetrwał, nie został zapomniany, bo trwa w swoim dziele.

  • Po trzecie – rodzicielstwo. Dziecko to konglomerat cech obojga rodziców, a przy tym jeszcze dziadków i różnych krewnych (na przykład mój brat był w dzieciństwie bardzo podobny do kuzyna z Torunia, a kuzyni ze Śląska przypominają dziadka z obrazu ślubnego). Człowiek zostawia swój ślad w genach następnego pokolenia, więc coś po nim zostaje. Może nie zawsze jest to najlepsza cecha, ale na pewno wyróżniająca.

  • I jeszcze jedna metoda, najbardziej dostępna dla nas, zwyczajnych ludzi bez wybitnych uzdolnień: gdy zapadamy w czyjąś pamięć tak bardzo, że zostajemy w jego wspomnieniach. Koleżanka opowiadała mi ostatnio, że na pogrzebie swojej babci najczęściej słyszała o zmarłej jedno zdanie: "To była dobra kobieta". Warto żyć w taki sposób, by zostać tak zapamiętanym.

Prezydent zamiast puenty

Pisałam tutaj o mojej starszej przyjaciółce. Chciałabym zakończyć ten wpis jednym wspomnieniem związanym z tą postacią, a pokazującym ulotność pamięci i zanikanie czegoś, czego się doświadczyło, a nie zdążyło się utrwalić. Otóż z pamięcią starszej pani zniknęła receptura, jak upiec majestatyczne i pracochłonne ciasto zwane Prezydentem. Ów rarytas robił furorę w czasach młodości starszej pani, zrobiłyśmy je raz: miękki biszkopt przełożony maślanym pachnącym kremem w dwóch wersjach: ciemnej, z wyparzonymi i obieranymi orzechami włoskimi, oraz jasnej – z kawałkami krojonej galaretki i wódką. I nie mówcie, że przepis znajdzie się w internecie, bo na to ciasto, w takich proporcjach i takiej wersji, jaką jadłam ze starszą panią te osiem lat temu, po prostu się NIE ZNAJDZIE.

Wikt, opierunek… gościnność

Andrej-Rublëv-Holy-TrinityGdybym miała otwierać swój pensjonat, nazwałabym go "Wikt i opierunek". Te dwa urocze, staropolskie słowa, tworzące razem zgrane sformułowanie, oznaczają wszystko, czego człowiek potrzebuje w drodze: pożywienie (z łac. victus, stąd też piękne słowo "wiktuały") oraz możliwość uprania brudnych rzeczy (a także siebie, gdyby chcieć rozszerzyć pierwotne znaczenie). Gościnność: otworzenie drzwi przed wędrowcem, udostępnienie stołu i kranu. Gdy nie masz dachu nad głową – te dwie rzeczy są w zasadzie podstawowe, a więc bezcenne.

Jest w gościnności coś intymnego. Udostępnianie kawałka miejsca, które jest moje, dzielenie się moją przestrzenią, zapraszanie do niej – przybysz zobaczy, pomyśli sobie coś, wyciągnie wnioski, spodoba mu się albo nie (dlatego mamy często problem z niespodziewanymi gośćmi: co ktoś sobie o nas pomyśli, kiedy zobaczy bałagan albo nasz tryb życia). Przyjmowanie gości pociąga za sobą także zaproszenie do ich współuczestniczenia w życiu gospodarzy, tak na chwilę; przejęcie zwyczajów domowych, takich jak obiadokolacja czy późne pójście spać, po wspólnym obejrzeniu odcinka serialu.

Gościnność od dawna uznawana jest za cnotę i zasadę, którą należy zachowywać. Chrystus, uznawany przynajmniej teoretycznie za jednego z mentorów naszej kultury, nalegał na przyjmowanie przybyszów. W Biblii istnieje miasto ucieczki, miejsce bezpiecznego schronienia zbiegów i uciekinierów. Abraham goszczący troje ludzi (trzech aniołów, Trójcę świętą) to bardzo podniosły i znamienny fragment Starego Testamentu. W polskiej historii ta cecha jest stereotypowa i mitologiczna jednocześnie. Opowieści o tym, jak to pod groźbą zastrzelenia nie pozwalano wyruszyć gościom z domu szlachcica, zapieranie wrót, przymusowe tuczenie i opilstwo – są wręcz legendarne. Sama doświadczam podczas zjazdów rodzinnych, że gość nie może chodzić głodny ani nawet pomyśleć "coś bym kąsnął", a najlepiej niech w ogóle nie wstaje od stołu. To świadczy o otwarciu serca na bliźniego, o wielkiej trosce gospodyni i jej zaopiekowaniu każdej potrzeby. Często w nadmiarze.

Chyba jednak w polskiej gościnności kluczowe jest to, by przybysz należał do "swoich": tak samo był szlachcicem, członkiem rodziny, katolikiem, myślał podobnie. Problemem staje się przyjęcie kogoś "innego". Tych się boimy, bo nie wiemy, czego się po nich spodziewać. W tzw. debacie publicznej mieliśmy na to wiele dowodów ostatnimi czasy, nad poziomem dyskusji ubolewam do tej pory.

***

Podczas podróży zdarza się, że ktoś zaprasza mnie i mojego męża do siebie do domu, proponując posiłek, a czasem również nocleg (czyżbyśmy wyglądali na głodnych i bezdomnych?…). W Irlandii była to angielsko-duńska para, w Szwecji pewna niezwykle serdeczna kobieta w wieku naszych mam, w Armenii redaktorka i właścicielka stołecznej gazety. Za każdym razem jest to dla mnie zadziwiające. Przecież ludzie generalnie boją się obcych, są ostrożni – w końcu oglądają wiadomości. Nieznajomi goście mogą być złodziejami i mordercami, gwałcicielami, porywaczami, mogą zarazić wszami i zużyć całą pastę do zębów. A tu ktoś dzielnie wyłamuje się z tego schematu i zaprasza do siebie na noc dwóch wędrowców z plecakami.

Po takich doświadczeniach lubię myśleć o ludziach, że są z zasady życzliwi i otwarci (patrz: prężna działalność stron typu hospitality czy couchsurfing, przyjmowanie pielgrzymów etc.), tylko trzeba im stworzyć okazję ku temu. Nie zaproponujemy gościny osobie, która zarezerwowała noclegi w hotelu czy pensjonacie. Natomiast człowiek z namiotem pod pachą i dobytkiem na plecach stwarza możliwość i daje przyzwolenie: możesz mnie zaprosić do domu, będę się cieszył i spróbuję się odwdzięczyć, jak nie Tobie, to innym, których spotkam. Lubię wierzyć, że życzliwość jest zaraźliwa.

Sama nieraz zastanawiałam się, czy na miejscu tych ludzi zaproponowałabym wieczerzę i nocleg podróżnikowi, którego znam od kwadransa. Musiałabym zdać się na pierwsze wrażenie i zaufać od razu. Ale to nie jest proste – czy umiałabym otworzyć drzwi swojego skromnego domostwa, by komuś pomóc i udzielić mu schronienia (z nakarmieniem nie mam problemu, bo lubię dawać ludziom jedzenie. Zwykle przed czyjąś wizytą nie myślę o sprzątaniu, tylko przede wszystkim o jadłospisie). Chciałabym okazać się w takiej sytuacji po prostu ludzka.

Ikona stąd.

Irytujące zachowania społeczne

Nie umiem cały czas widzieć samych dobrych stron życia. Co jakiś czas denerwuję się na świat i ludzi. Oto moja subiektywna lista zawierająca najbardziej irytujące zachowania społeczne:

W kinieirytujące zachowanie w kinie - popcorn

  • Jedzenie popcornu podczas seansu!!! Nie cierpię!!! Ktoś idzie na film o katastrofie i żre sobie popcorn, bo przecież oglądanie ludzkich tragedii jest taką ciekawą rozrywką. W ogóle nie rozumiem zwyczaju chrupania czegoś podczas oglądania. Ani to zdrowe, ani przyjemne, cały czas ruszać paszczą. W dodatku WSZYSCY sąsiedzi to słyszą.

  • Zostawianie śmieci w sali kinowej. My nie musimy zachowywać się kulturalnie, bo mamy ludzi od sprzątania. Niskie zachowanie z równie niskich pobudek. Można to też tłumaczyć bezmyślnością albo brakiem dobrego wychowania, ale żaden argument nie jest w stanie obronić zostawiania syfu w kinie.

  • Głośne gadanie, rozmowy przez telefon, bo przecież wszyscy na pewno są ciekawi, co zrobiłaś na obiad i że zostawiłaś dziecko z babcią.

Na chodniku, schodach, w wąskim przejściu

  • Chodzenie środkiem chodnika, schodów i zajmowanie całego przejścia. Jeśli chcę minąć człowieka z lewej strony, on natychmiast przesuwa się w lewo. Z prawej to samo. Czasem zapewne wynika to z nieświadomości, że ktoś za nim idzie, że ta osoba może mieć inne tempo albo zwyczajnie się śpieszyć.

  • Palenie w drodze, gdy palacz idzie przede mną. Uwaga, z tyłu też są ludzie. Gdyby chodnikiem szedł sobie człowiek z gazem bojowym i tak sobie po prostu go popuszczał, wciągając go beztrosko i przy okazji dzieląc się nim z otoczeniem, to byłaby niezła afera. Ale idzie sobie człowiek z papierosem (co już samo w sobie jest totalnie bez sensu), a ja idąc za nim muszę to wąchać. W imię czego??? Nie życzę sobie trucia mnie.

Na ulicy, w autobusie

  • Nadużywanie wulgaryzmów i ubogie słownictwo. Jeśli człowiek w swojej wypowiedzi używa tylko wyrazów z jakże wielodzietnej rodziny słowa "pierdolić" lub "chuj", to znaczy, że jego zasób słów jest ubożuchny. Wulgaryzm może podkręcić wypowiedź, wprowadzić element komizmu albo pokazać wyjątkową emocjonalność wypowiedzi. Nadużywany – traci swoje funkcje.

W sklepie

  • Nieodpowiadanie na "Do widzenia". Wchodzę do sklepu i jestem traktowana z wyuczoną uprzejmością. Nawiązuję dialog, przejawiam chęć zakupu, w końcu dokonuję transakcji płatniczej, wychodzę zadowolona, żegnam się kulturalnie z obsługą i co słyszę? NIC. (w domyśle: kupiłaś, spadaj. Nic już nie jesteśmy Ci winni). Nie lubię.

  • Nagminne nadużywanie zdrobnień. Ale o tym napiszę wkrótce trochę szerzej, bo temat jest arcyciekawy, a aktywność społeczna obfituje w przykłady.

Jeśli to czytasz, możesz dodać coś do listy. Co jest dla Ciebie irytujące? I czy Ciebie też denerwuje to, co wymieniłam, czy to może tylko ja jestem przewrażliwiona?

***

Na potrzeby wpisu wykorzystałam zdjęcie stąd.

1 9 10 11 12