Milczenie i lekcje konwersacji

Zrezygnujcie z mowy, która nic nie wnosi. Mówcie tylko wtedy, gdy wasze słowa są głębsze i bardziej wymowne niż wasze milczenie. Nie pozwólcie, by wasze słowa przeszkadzały wam wypłynąć na głębię.

(święty Charbel)

Przy takim podejściu można zostać niezłym mrukiem.

***

Jeden dzień w moim życiu spędziłam, nie wymówiwszy ani słowa. Pamiętam to do dziś. Moje usunięcie się w cień i stłumienie chęci komentowania wszystkiego spowodowało otwarcie się na drugą osobę. Niby banał, ale gdybym wtrąciła się w którymś momencie, rozmowa potoczyłaby się w całkiem innym kierunku i nie usłyszałabym tego, co mój rozmówca zdecydował się powiedzieć. A zaufał mi i zaczął się nawet lekko zwierzać, chyba pierwszy raz w życiu, bo ja pierwszy raz w życiu chciałam usłyszeć, co tak naprawdę w nim siedzi. Nie tylko mówić i być słuchaną.

Co za wstyd.

Nieraz łapię się na przerywaniu, nieuważnym słuchaniu. Zależy mi, by powiedzieć to, co ja mam do powiedzenia, a nie zawsze słucham tego, co ktoś inny mówi, czekając na swoją kolej i starając się nie zapomnieć (jak już pisałam, mam fatalną pamięć). Takie plecenie monologów. A przecież nie o to chodzi w rozmowie.

Pracuję nad tym. Tak bardzo, że powoli staję się gburem, który nie komentuje i nie wtrąca swojego zdania, bo przecież nie musi.

Sztuka konwersacji

W ogóle rozmowa to nie taka prosta sprawa. Na przykład nie zawsze łatwo zadać trafne pytanie sprawdzające rozumienie słuchanego tekstu albo rzucić celny, ale krótki komentarz (w tym przoduje mój starszy brat. Stanisław Jerzy Lec mógłby się od niego uczyć lakoniczności). Kolejna niełatwa rzecz to skupienie na tym, co ten ktoś mówi i jak mu z tym jest. Odłożenie na bok komputera czy telefonu, żeby go posłuchać, podniesienie wzroku i podarowanie przez chwilę całej uwagi. Jeszcze trudniejsze jest zapamiętanie tego, co mówił. Albo może tylko dla mnie.

Moglibyśmy mieć lekcje z nauczycielem konwersacji, siadywalibyśmy sobie w kole na krzesłach i mówilibyśmy: "Proszę, zacznij. Jestem ciekawa, co o tym myślisz". "Bardzo ładne masz słownictwo, kontynuuj. Lubię Twoją narrację". "A dlaczego tak uważasz? Rozwiń tę myśl, proszę". "Nie, nie chcę Ci przerywać". "Chodzi Ci o to, że…?"

Zapewne spotkałabym na tych lekcjach wielu dziennikarzy z telewizji śniadaniowych i programów publicystycznych.

Biblia, małomówność i survival

Był dzień, w którym na nadgarstku napisałam sobie słowo "słuchaj". Faktycznie, trochę pomogło. W Starym Testamencie Bóg Jahwe mówi często "Słuchaj, Izraelu", a w Nowym Jezus najpierw patrzy, czy ludzie słuchają, a potem dopiero zagaja. Czasem zaczyna niczym w "Modzie na sukces": "Muszę ci coś powiedzieć…", po czym zawiesiwszy głos, czeka na reakcję (następuje odwrócenie się od okna i zbliżenie kamery).

Znamy wszyscy banalne i wyświechtane zdanie o tym, że mamy dwoje uszu, a jedne usta po to, by więcej słuchać, a mniej mówić, ale – biologicznie rzecz ujmując – prawdopodobnie z tymi uszami chodziło po prostu o to, by słyszeć niebezpieczeństwo i móc umknąć na czas. A dwoje ust to byłby tylko kłopot anatomiczny. Czyli taka budowa umożliwiała naszym przodkom przetrwanie.

***

Tak sobie myślę, że jeśli zapominam, co miałam powiedzieć, to przecież nic wielkiego się nie dzieje. W końcu nieczęsto nachodzą nas myśli, które zmieniają oblicze świata.

Trzeba umieć odpuścić. Ważyć słowa – które warto wypowiedzieć, a które lepiej zachować w niebycie. Więcej analizować, mniej strzelać na oślep. A poza tym… jak mi się w końcu przypomni, mogę zawsze napisać tutaj. Na szczęście blogowanie nikomu nie wchodzi w słowo.

List do producentów damskich skarpet

Drodzy Producenci!

Naprawdę rozumiem rozmaite poczucie humoru, ale muszę Wam coś powiedzieć. Są granice żartu w ubraniu. Dlaczego tak trudno kupić czarne skarpety dla kobiet? Czy damskie skarpety muszą mieć paski, ciapki, wzorki, szlaczki, kropki, kwiatki, napisy i śmieszne obrazki? Czy muszą zawierać elementy ozdobne takie jak miśki, pszczółki, króliczki, krowy, kurczaki, renifery, Mikołaje, kocanki, pompony, czy muszą być palczaste albo kudłate? Czy muszą być różowe, jaskrawozielone, fioletowe – generalnie rzecz ujmując – w kolorach infantylnych? Czy naprawdę uważacie, Szanowni Producenci, że kobieta zawsze czuje się jak swawolne dziecko i nigdy nie wyrasta z etapu bycia dziewczynką?

Owszem, można pobawić się konwencją. Można grube skarpety traktować jako kapcie (sama tak robię) i wtedy im większe i bardziej futrzaste, tym lepiej. Można rozśmieszać nimi dzieci w szkole (to też mi się zdarza). Ale proszę, nie wtłaczajcie kobiet w wieczne ramy niepoważności. Czasem dobrze i zabawnie, gdy znad trampka widać radosne różowo-zielone paski na skarpetce. Ale nad poważnym skórzanym (ośmielę się rzec: nobliwym) pantoflem różowo-zielone paski widzieć się nie godzi. Po prostu.

Czarne, granatowe, ciemnoszare, stonowane, surowe, klasyczne skarpety w ilościach hurtowych zaczynają się od rozmiaru 41. Nie rozumiem, skąd ta dyskryminacja. Większość skarpet kobiecych zdominowana jest przez Wasze fantazje i nieśmieszne żarty. Wystarczy już tego:

skarpetyCzasem chcemy założyć poważne skarpety.

Ps. W komentarzu można się dopisywać do petycji. Świat skarpet czeka na rewolucję.

Skrawki rozmów i zabawy słowami

Skrawki rozmów. Zabawy słowami. Im dziwniejsze i bardziej absurdalne, tym lepiej. Im ciekawszy neologizm, im bystrzejsza parafraza, tym bardziej warte to uwiecznienia.

***

 – Ilu było ludzi na świecie w XIX wieku?
 – No wiesz, pochlebiasz mi, ale ja tego nie wiem.
 – A nawet Ci pobułczam.

***

Prezydent w tv: Najgorsza jest pogarda.
M: Oraz podagra.

***

 

 – Ej, w tym fragmencie książki rodzice bohatera biją się frankfuterkami. Eee, franfurterkami.

 – Frankfuterko! Ktoś mógłby się tak nazywać: Frank Futerko.

***

Za 8 minut temu wyszli z pracy.

***

 – O, widzę, że tu też masz łaskotki.
 – A nawet łaspieski.

***

Ten kot przeżył wiele. Niejednokrotnie walczył wręcz i wnóż.

***

 – Musimy to powyczyszczywać.

 – Powyczyszczyszczywać.

***

 – Pies Cię lizał.

 – Tak robił.

***

To jest przeciwieństwość.

***

Chyba to popomylałem.

***

 – Którędy?

 – Każdędy.

 – Yyy, jest takie słowo?

 – Jest, właśnie go użyłem.

***

 – Nie wywracaj kota ogonem.

 – A ty lisa uszami.

 – Jest Lisa Gerard i Lisa Uszami.

***

– Masz omamy (w domyśle: wzrokowe).
– A nawet otaty.
– I jeszcze obabcie i odziadki.

***

 – Chyba sobie kpisz w żywe oczy.

 – A ty w martwe kolana.

***

 – Paul Opiryna.

 – Pan Adol.

***

Pierwszy wpis tego typu znajduje się tutaj.

13 rzeczy, których nauczył mnie mój mąż

Oglądałam ostatnio niebo o poranku i uświadomiłam sobie, że to mój mąż nauczył mnie zwracać uwagę na barwy nieba. Postanowiłam zebrać w niniejszym wpisie różne rzeczy, których się od niego nauczyłam. Na przykład:

  1. dostrzegać różowość nieba przed wschodem słońca oraz purpurę i fiolet po zachodzie, wyjść z domu tylko po to, by pooglądać księżyc w pełni, doceniać mgły kładące się na górach (taki mamy widok z podwórka).
  2. uznać, że najlepszym podsumowaniem niektórych spraw jest skwitowanie ich zdaniem: "aaa, olać to".
  3. pić kawę z małą ilością śmietanki lub mleka, podczas gdy ja raczej preferowałam coś w stylu kawowego mleka.
  4. siedzieć i słuchać muzyki. Leżeć i słuchać muzyki. Nic nie robić, tylko słuchać muzyki.
  5. że niefotogeniczność to bzdura. Bo jak zrobi się sto zdjęć, to z pewnością na co najmniej dwóch wyjdzie się dobrze. I właśnie te dwa się wybiera i pokazuje.
  6. że zawsze warto odpocząć.
  7. że powiedzenie komuś "masz parchate oczyska, durniu" jest milsze niż "jesteś moim skarbem, kochaniem i koteczkiem".
  8. że czasem warto popatrzeć od innej strony, zastanowić się: "a może jednak nie mam racji?" i zobaczyć, co się stanie. Że warto poczytać książki z dziedziny, której się nie zna i obejrzeć film bez uprzedzeń.
  9. że krytyka to nie krytykanctwo.
  10. że z rozrabiaki i lenia może wyrosnąć mądry i oczytany facet.
  11. że rozśmieszyć obrażonego oznacza milowy krok w przełamaniu obrazy i powrotu do normalności.
  12. że pasja jest tak cholernie ważna w życiu.
  13. no i że ogólnie jest fajniej razem niż samemu. Np. robić zdjęcia o 4 rano, kąpać się w lodowatym jeziorze czy nocować na bezludnej wyspie.

selfik z Miśką

Nieatrakcyjny listopad

Bardzo szanuję i cenię sobie listopad.

Iluż ludzi na niego psioczy, a cóż on winien, że jest przed zimą, że wtedy wszystko gaśnie i zamiera, zasypia. Może to pora tylko dla melancholików, tak jak niektóre filmy są tylko dla dorosłych.

Listopad jest nieoczywisty. Łatwo lubić lato w pełni i wiosnę w rozkwicie, łatwo lubić ciepły deszcz i ładną pogodę. Białe połacie śniegu i mroźne chuchanie z ust też da się lubić, a niektórzy nawet widzą w tym atrakcję. Może narzekanie na widok porannego śniegu to domena ludzi absolutnie dorosłych – jeśli tak, to ja nie chcę nigdy dorosnąć do tego poziomu.

Listopad jest trochę jak marzec. Niewiele się dzieje, za oknem nieciekawie. Ludzie chyba nawet za bardzo nie zauważają tych miesięcy, bo już myślą o świętach i o tym, co będzie, zamiast o tym, co jest. Takie niepozorne i niedoceniane miesiące. W marcu jeszcze jest brzydko, a w listopadzie już jest brzydko.

Podoba mi się minimalizm późnej jesieni. Zachwycałam się nim już w tamtym roku, kiedy pomyślałam, że ziemia tak sobie zastyga, milknie i czeka na zimę, że to jest ciekawe i można by o tym napisać. O tym miał być mój pierwszy wpis na blogu. Potem zrezygnowałam, ale (jak widać) pomysł odrodził się następną jesienią. Coś w tym jest – jesień potrafi być inspirująca.

Wiele poradników na blogach mówi o tym, jakie jesienna pora daje nam możliwości: oglądanie seriali, wieczory pod kocem, z kakao i książką, długowieczorny czas spędzony na tworzeniu, uczeniu się nowych rzeczy, zacieśnianiu więzi z bliskimi.

Przeczytałam kiedyś o tym, że jest kilka rzeczy, na które nie warto się gniewać. Jedną z nich jest pogoda. Żyjemy w takiej strefie klimatycznej, że jesień po prostu jest. Nadchodzi, a potem mija. Normalna sprawa od wielu tysięcy lat.

I skoro nie można tego zmienić, to może warto choć trochę to zaakceptować, spojrzeć łaskawszym okiem i zobaczyć jakąś dobrą stronę smutnego listopada. Na przykład taką:

listopad

Fot. Mariusz Bieniek.

Kobieta jak katedra. O ideałach piękna w średniowieczu

Brwi dorysowane kredką i buty z czubami. Wszystko już było. Nawet nie zdajemy sobie sprawy, jak bardzo wczorajsza moda uliczna przypomina średniowieczne ideały piękna.

Lubię obserwować, jak zmieniają się gusta. Niezmiernie interesuje mnie, co się ludziom w różnych epokach podoba: w jednej epoce kościste brzuchate panny o barankowych jasnych włosach i spiczastych palcach, potem rudowłose o pulchnych ramionach (sprawę barokowego tyłka przemilczę). Raz figura chłopięca, a raz klepsydra. W średniowieczu strzelistość, wysokość i wertykalność, w renesansie linie poziome, łódkowe dekolty i rzezanie tkanin, by poszerzyć sylwetkę, rękawy, buty i wszystko inne.

Błysk w oku

Gotyk jako styl architektoniczny jest strzelisty, promienny, migącący barwami (światło wpadało przez wysokie okna i witraże). To, co błyszczące i jasne (np. oczy i klejnoty na szatach) to coś bardzo popularnego i bardzo cenionego również w malarstwie średniowiecznym. "Oczy są piękne, jeśli są świetliste" – pisał Izydor z Sewilli.

Wysokie budynki, wąskie podłużne okna i obecność kolumn w katedrach – to wszystko podkreślało i zwielokrotniało pionowość i strzelistość form. W końcu katedra miała wznosić się z modłami ludzkimi do nieba, musiała tam sięgać i czubkiem wieży subtelnie przypominać Bogu o niebożątkach na ziemi. Łuki i maswerki to kolejny po stromych wieżach przykład ostrych, spiczastych czy kanciastych pomysłów tamtych czasów.

Jestem przekonana, że wygląd katedr pokazuje estetyczne gusta epoki, które można przełożyć również na kanony piękna kobiecego. Piękna kobieta średniowieczna miała być jak katedra gotycka.

Architektura a kobiecość

Dominacja chrześcijaństwa w średniowieczu oznaczała podporządkowanie życia społecznego religii – to powszechnie wiadomy frazes. W praktyce oznaczało to m.in., że kobieta musiała nosić ubiory skrzętnie zakrywające ciało, nie chwalić się biustem (odsłaniała tylko twarz, szyję i dłonie), skromnie spuszczać wzrok, milczeć, modlić się i służyć dobrze mężowi i dzieciom.

Idealna sylwetka średniowiecznej kobiety jest smukła niczym wieża katedry gotyckiej. Ramiona łagodnie opadające, jak najwęższe i jak najbardziej spadziste (można sobie poniżej porównać z krzepkimi ramionami renesansowych piękności). Długa szyja. Twarz owalna, biała skóra, nos długi i prosty, brwi łagodne, jasne, cienkie, wręcz rachityczne. Podłużne subtelne dłonie.

W przeciwieństwie do antyku, który hołdował niskim czołom nad bujnymi włosami – wśredniowieczu najładniejsza była odsłonięta twarz z wysokim czołem. Moda była tak silna, że we Francji w XIV i XV wieku wyskubywano sobie włosy z czoła. Golono też włosy na skroniach i depilowano brwi, które potem dorysowywano. A więc kobiety z wyskubanymi brwiami nie zdają sobie sprawy, że hołdują estetycznym ideałom średniowiecza!

Za każdym razem, gdy odsłonięty zostaje kolejny kawałek kobiecego ciała, staje się on potencjalnie miejscem, z którego trzeba usunąć owłosienie. W XIV i XV wieku niektóre Europejki skrywały włosy i uszy pod rodzajem kwefu. Niewielki pasek skóry widocznej na granicy kwefu i czoła bardzo szybko zaczęto depilować, stopniowo usuwając coraz więcej włosów. W efekcie powstała moda na wysokie i szerokie czoła, cofniętą linię włosów i wyskubane brwi.

(Nancy Etcoff, "Przetrwają najpiękniejsi")

Liczą się rękawy

Te proporcje i upodobania podkreślał ubiór. W XIV w. zaczęła się moda na suknie z obcisłym stanikiem i trenem. Wydłużone rękawy, często podwójne (spodnia suknia miała wąskie rękawy, a suknia wierzchnia – szerokie i długie, zwisające do kolan lub ziemi; często ozdobne, nieraz związane na bokach lub zapinane na guziki). Obcisłe rękawy sukni spodniej nieraz zachodziły na dłonie prawie do palców. Kształt tej części sukni determinował sposób poruszania się: kobiety trzymały łokcie skierowane lekko na zewnątrz, by jak najkorzystniej je pokazać. Aby wzmocnić efekt wąskich i spadzistych ramion, rękawy wszywano bardzo wysoko.

Brzuch na pierwszym planie

W XV w. suknie z wysokim stanem, odcięte pod biustem podkreślały piersi i brzuch (choć niektóre źródła mówią o spłaszczaniu piersi metalowymi płytkami). Modny był mały biust i drobny, wąski tors. Taki układ optycznie skracał klatkę piersiową, a wydłużał tułów i dół sylwetki.

Po lewej gotycka brzuchata piękność, po prawej fałdy, które cieszą oko

Po lewej gotycka brzuchata piękność, po prawej fałdy, które cieszą oko

Dół sylwetki układał się w fałdy. Wypukły brzuch w średniowieczu był ok (to mnie zawsze uspokaja, gdy tracę talię: kilkaset lat temu byłabym ideałem!). Mnogość i ciężar fałd oraz długość ubioru wymuszały odchylenie tułowia i wysuwanie bioder i brzucha do przodu. Brzuch był bardziej wysunięty niż biust. Postać kobieca miała wręcz esowatą linię.

Ubiór był najbardziej obcisły na biuście, pod pachami i w górnej części ramion. Całą reszta układała się luźno w nader obfite fałdy poniżej stanu. A jak wiadomo, fałdy tworzą pionowe linie. Do tego jeszcze tren, dochodzący nieraz do czterech metrów, a nieraz także zwisające paski tkaniny lub futra. Wszystkie te cechy: podwyższony stan, tren, kształt i długość rękawów, mnogość fałd i linii pionowych – potęgowały optyczne wrażenie smukłości i strzelistości.

Dwa wizerunki świętej Katarzyny. Po lewej wyjątkowo cienka w torsie, po prawej wygięta esowato

Dwa wizerunki świętej Katarzyny. Po lewej wyjątkowo cienka w torsie, po prawej wygięta esowato

Wszystko na głowie kobiety

Panny nosiły rozpuszczone włosy, ozdobione na przykład wiankiem z polnych kwiatków. Po ślubie, który nadawał kobiecie status społeczny – włosy spinano i dokładnie przykrywano. Średniowiecze to epoka chust, czepców, siatek i welonów zakrywających skronie. Z tamtych czasów pochodzi rąbek i podwika – płócienna chustka spinana na czubku głowy, okrywająca szyję i część policzków.

Czepiec był oznaką pozycji społecznej. Na wsiach preferowano raczej proste nakrycia głowy, ale raczej zawsze ją zakrywano. Przyczyną była nie tylko skromność obyczajów, ale także ochłodzenie klimatu.

Jest hennin, jest tren, można wychodzić

Jest hennin, jest tren, można wychodzić

Czepiec był nieodzownym atrybutem mężatek. Pewien jego specyficzny typ, czepiec hennin, czyli wysoki spiczasty lub ścięty stożek ze zwisającym na końcu welonem – w ludowej wyobraźni kojarzył się z postacią wróżki. Kobieta w takim nakryciu głowy była smukła niczym (znowu!) strzelista wieża.

Nietrudno się domyślić, że olbrzymie czepce powodowały trudności w przechodzeniu przez wąskie drzwi i utrzymaniu równowagi. Nakrycia głowy uwydatniły bardzo wysokie wypukłe czoło. Duże czepce optycznie zmniejszały sylwetkę przez kontrast i wysubtelniały postać. Kobieta w czepcu przypominała tulipan na wiotkiej i kruchej smukłej łodyżce.

Efekt dużej głowy, małego biustu i drobnego torsu podkreślał słabość budowy, wysmuklenie i zmniejszenie sylwetki. Wszystko razem tworzyło postać wiotką i filigranową oraz pośrednio propagowało typ kobiety cichej, pobożnej, słabej, umartwiającej się, potrzebującej opieki, nie mającej własnej woli.

Buty nie ranią

W tamtym czasie noszono obuwie o wydłużonych wąskich noskach, lekko uniesionych ku górze. Jak starałam się wykazać, wygląd ubioru miał określone znaczenie i był po coś. Wąskie i spiczaste kształty po tym całym wykładzie już nas nie dziwią (wiadomo, gotyckie umiłowanie szpiców), ale dodam jeszcze względy religijne. Otóż chodziło o to, by stąpać po ziemi z szacunkiem – tak, by jej nie poranić. Dzisiaj nikt już nie pamięta o tym pobożnym aspekcie obuwia.

Tak więc za każdym razem, gdy patrzę na powrót szpiców, czubów, wąskich nosków, myślę sobie o gotyku i patrzę na te cuda i dziwy łaskawszym okiem. W końcu jest to nawiązanie (zapewne nieuświadomione!) do epoki wyjątkowo przyjemnej pod względem estetycznym.

***

Źródła:

fotografie: Batszeba, fałdy pani Arnolfini, ramiona gotyckie i renesansowe, Katarzyna esowata i cienka w torsie, pani w henninie, skubana, poulandes i czuby;

książki:

D. Golińska, "Kanony kobiecej urody",

E. Schiller, "Historia ubiorów",

A. Sieradzka, "O modach i strojach",

"Żony modne. Historia mody kobiecej od starożytności do współczesności", red. A. Sieradzka,

M. Toussaint-Samat, "Historia stroju",

"Historia architektury", red. R. Toman,

U. Eco, "Historia piękna",

N. Etcoff, "Przetrwają najpiękniejsi".

„Nie czuję się”. O byciu niedostatecznie dobrym

Dzisiejszy odcinek sponsoruje zdanie pt. "Nie nadaję się do tego". Mogłoby ono patronować sporej części mojego życia. Mogłabym zastępować nim słowo "pomidor" w zabawie, gdzie na każdy tekst odpowiada się identycznie i nie można się zaśmiać.

Nigdy nie mówię o sobie, że jestem nauczycielką. Rzadko mówię, że jestem polonistką, panią od sztuki czy wychowawcą. Nie czuję się polonistką, bo za mało lekcji poprowadziłam. A wychowawca? Nie oszukujmy się, kogo ja wychowałam? Kiedy ktoś mnie pyta o zawód, zaczynam od tego, że pracuję w szkole i jakie studia skończyłam. Jak widać, omijam temat, jak mogę.

Nie czuję się korektorem i redaktorem, chociaż robienie korekty i redagowanie tekstów to jest to, co zajmuje mi wieczory i poranki. Praktycznie jest to moja pracą nr 2. W lutym napisałam pewnej pani z wydawnictwa, że jestem w sumie początkującym korektorem. Początkującym! Musiałam zajrzeć do cv, żeby przypomnieć sobie, że robię to od 4 lat. Spis książek, którym pomogłam wydać na świat, zajmuje niemal 1/3 tego cv. Nie czuję się dobrym korektorem, bo nie wiem wszystkiego, czasem coś mi umyka i cały czas się uczę. Nie czuję się redaktorem, chociaż przeredagowałam niejedno skomplikowane i złe zdanie. Nie chodzi o to, jakim jestem pracownikiem. Chodzi o to, jak postrzegam siebie i swoją pracę.

Kiedy mówię, że jestem korektorem, redaktorem, wychowawcą, nauczycielem, mam wrażenie, że to kłamstwo. Czuję w tym jakiś fałsz – tak jakbym nie miała prawa tego o sobie powiedzieć.

Nie czuję się blogerką. Ba! Jak mogę nazwać się blogerką, skoro piszę od niedawna, nie chodzi mi o opiniotwórstwo czy popularność – już bardziej o ćwiczenie warsztatu i podzielenie się z innymi paroma myślami.

Wszystko jest gdzieś obok mnie.

Nie utożsamiam się z zawodami. To mnie nie określa, choć bardzo wpływa na to, jaka jestem. Jest takie ćwiczenie – podaj 20 rzeczowników, którymi możesz się określić, np. kobieta, żona, córka, siostra, nauczyciel, redaktor. Poległabym przy pierwszym (bo ja czuję się dziewczyną!). Wszystko inne to kłamstwo, choć jednocześnie to prawda.

***

Od 10 lat jestem altem w różnych chórach. Zdarzyło mi się śpiewać publicznie i solowo, w katedrze, na festiwalu, na kilku ślubach, na warsztatach chóralnych we Florencji; zdarzyło mi się przez pewien czas prowadzić chór amatorski i poprowadzić występ publiczny. No właśnie. Zdarzyło mi się. Takie mam myślenie. Nie powiem, że umiem śpiewać, bo nieraz zafałszuję i nawet nie słyszę, że spadłam o ton czy dwa. W mojej głowie fałszywa nuta całkowicie przekreśla to, co napisałam wcześniej w tym akapicie. Nie umiem. Wszystko przepadło.

Dość sprawnie przerysowuję różne rzeczy, ale sama z siebie rysuję tylko komiksowe postacie kobiece, wielkookie panny ze spiczastymi bródkami i długimi palcami. Tylko to umiem. Więc to prawie nic. Przerysować coś, patrząc na to – to przecież nic wielkiego.

Skończyłam edytorstwo i stosunkowo dobrze orientuję się w Wordzie i Libre Office, ale nie czuję się w tym dobra, bo nie umiem wszystkiego. Nie opanowałam tego na 100%. Więc nie przejdzie mi przez gardło, że to umiem tak naprawdę. Umiem tylko trochę.

Muzyka – za mało. Rysowanie – za mało. Komputer – za mało. Językoznawstwo – ok, to mój zawód, siedzę w tym cały czas (również na Czeremchowej). Ale przecież – o dziwo – także tutaj nie wiem wszystkiego i mylę się, zapominam znaczenie pojęć. Wszystko za mało. Talenty niedostatecznie rozwinięte.

***

Umniejszanie tego, co potrafię i ciągłe pamiętanie o tym, co jest niedostateczne. Czy to fałszywa i nadmierna pokora, perfekcjonizm czy świadomość ograniczeń? Wszystko jedno, jak to zostanie nazwane. Nie jest dobre, bo blokuje myślenie i działanie. Sprawia, że jeśli czegoś z tym nie zrobię, to nie zrobię niczego.

Zazdroszczę tym, którzy uznają, że umieją coś dostatecznie, by zacząć działać. Zakładają firmę, dzielą się wiedzą, przekuwają zdolności i pasję na jakieś zawodowe osiągnięcia. Są przebojowi i pewni siebie. Nie mają w głowie wyidealizowanego celu nie do osiągnięcia, tylko realnie patrzą na to, co jest ich atutem. Nie paraliżuje ich mit profesjonalisty, według którego tylko profesjonalista może coś robić publicznie, brać za to pieniądze i przyznać, że jest w czymś dobry. Tylko profesjonalista może wydać książkę, zorganizować wystawę swoich zdjęć, poprowadzić warsztaty, szkolenie, założyć kompetentny i wartościowy blog. My, amatorzy, możemy siedzieć cicho i podziwiać.

Powoli uczę się zmiany myślenia. Walka z własnymi myślami jest czasem trudniejsza niż słowne potyczki z moim mężem – a to zaliczam do bardzo wymagających wyzwań. Trudno jest pokonać niepewność w swojej własnej głowie.

Uczę się myśleć: spróbuję, podejmę wyzwanie, nauczę się czegoś, bo może do tego się nadaję. Umiem to i to (trochę też dlatego napisałam wpis, który właśnie czytasz). Znam się na tym. To jest coś, w czym czuję się dobrze. Bez żadnego "ale".

Ścieżka dźwiękowa do życia

Oto ścieżka dźwiękowa do filmu krótkometrażowego pod tytułem "Idę przez wiadukt". Fabuła, jak zresztą sugeruje tytuł, jest wielce zaskakująca, pełna zwrotów akcji. Występuję w tym teledysku, układam usta w Let's go back to the world that was 30 years ago. And let's believe this is our time. A Mariusz Duda podkłada pode mnie głos.

Idę jak w filmie, a świat po lewej i prawej jest jakby nie do końca rzeczywisty. Na wprost jest wiadukt, więc bez przesady. Wiadukt czuję pod stopami, nawet lekko drży – jest prawdziwy. W oddali pociągi, autobusy, samochody, budynki tworzą rozmyte i nieuważne, lekko tylko zaznaczone tło. Ludzie mijający mnie przechodzą bez znaczenia i bez muśnięcia. Przeszli i ich nie ma, a dźwięki zostają, więc w tym momencie są bardziej realne. Ja również przechodzę bez żadnego znaczenia.

Riverside i Lunatic Soul (projekt solowy wokalisty) to polski towar eksportowy, tak jak gra "Wiedźmin" i "Katedra" T. Bagińskiego. Zespół prezentuje wysoki poziom i nie bawi się w Pudelki, pyskówki czy naciskanie przycisku ("jurorowanie") w programach rozrywkowych. Przeczytałam gdzieś, że Mariusz Duda myśli o sobie przede wszystkim jako o dobrym basiście. Niech sobie tak myśli, ale wokalnie to on dopiero wymiata.

***

Dwa lata temu "I mjorka", piosenka Guðrið Hansdóttir, była moją ścieżką do filmu pt. "Stoję na przystanku po nauczaniu indywidualnym w domu ucznia". Poniżej wersja na żywo.

A to dźwięki moich wieczornych jesienno-zimowych powrotów do domu. Jest odpowiednio długi i odpowiednio klimatyczny.

***

Są melodie, które kojarzą mi się z konkretną sytuacją i konkretnym miejscem i czasem w moim życiu i to jest ścieżka dźwiękowa na dany czas. Każdy może być bohaterem swojego prywatnego filmu, lepszej lub gorszej jakości. Czasem jest to film klasy Z. Czasem za długa telenowela, za którą stoi słaby albo wyczerpany scenarzysta. Nie zawsze możemy wybrać bohaterów drugoplanowych, nieraz nie mamy wpływu na perypetie i koleje losu głównej postaci, ale zawsze możemy dopasować do tego dzieła (w końcu jest to opus vitae!) jakąś przyjemną nutę w tle.

Codzienne dobroci

Codzienne dobroci to takie małe rzeczy, które cieszą każdego dnia.

W domu:

Zapach kawy, który kręci w nosie i zachwyca za każdym razem, gdy otwieramy puszkę.

Pyrkotanie kawiarki – sygnał dźwiękowy, że to już.

Pierwsze spanie w świeżej chłodnej pościeli.

***

Bezsensowne rozmowy:

 – Wymyśliłam zdanie z J. Jeleń ma jelito.

 – A wymyśliłaś zdanie z P?

 – Tak. Piotrek ma pęcherz.

***

Ania z klasy 3 podczas pogawędki na stołówce:

 – A wie Pani, że ostatnio odbywał się Międzyświatowy Konkurs Pianistyczny?

***

Zrobiliśmy w szkole makietę Układu Słonecznego, powiesiliśmy na ścianie. Ziemia cały czas odpada i ginie gdzieś w przestrzeniach korytarza.

Ja, próbując ratować dzieło:

 – Chłopaki, nie widzieliście Ziemi?

Piotrek, patrząc praktycznie:

 – Przecież na niej stoimy.

***

Lekcja języka polskiego z chłopcem z Ukrainy.

 – Orzeł. Jak wytłumaczyłbyś pisownię tego słowa? Na co się wymienia rz?

 – Orzeł, orzeł… nie wiem.

 – A pomyśl, jest orzeł i gniazdo czyje… orła.

 – Aaa! Bo ja myślałem, że orzeł to znaczy, że ktoś był martwy i orzeł!

***

Dziewczyny z 3 klasy na asfalcie rysują tor do pokonania. Najpierw lewą nogą na prawo, prawą na lewo, tu skaczemy, tu drobimy małymi kroczkami, teraz rzeka, a tu jest do pokonania rzeka sików.

boisko

Wolałabym nie wpaść.

***

Dzieci na zajęciach losują obrazki i układają historyjki. Na przykład:

Krowa miała urodziny i dostała od koleżanek tort z trawy, a świeczki były z dmuchawców.

Ryba znalazła mapę i chciała odszukać skarb, ale gdy wypłynęła na powierzchnię, to zdechła.

Była sobie raz osa. Wpadła do skarpety.

***

Zajęcia z szycia.

Szymon z 3 klasy:

 – A da się to uszyć bez materiału? A ubrania też są szyte z materiału?

Obudził się. Witamy w rzeczywistości.

Szkoła życia: nowy plan lekcji

Uważam, że skoro szkoła daje podwaliny wiedzy i wprowadza w zawiłości życia społecznego (kozioł ofiarny, lider, socjometria, owczy pęd itd.), powinna także zająć się szeroko pojętym przygotowaniem do samodzielnego życia. Niektórzy uczą się praktycznych umiejętności w domu, ale nie wszyscy mają to szczęście, że tata zabiera do garażu, a mama uczy szycia czy gotowania. Lub na odwrót, nie bądźmy tutaj drobiazgowi.

Dlatego poniżej przedstawiam moją propozycję wprowadzenia pewnych istosnych zmian w edukacji. W końcu każdy może mieć jakiś pomysł na naprawę polskiego szkolnictwa, prawda? Oto unikatowy i innowacyjny plan lekcji obejmujący nowe przedmioty w przyszłej polskiej szkole.

open_book_hires-designerpics

Podstawy ekonomii

Po pierwsze: mądre wydawanie pieniędzy – czyli żeby wydatki nie były większe niż przychody. Niby proste, ale ilość oferowanych czy wziętych pożyczek i kredytów świadczy o czymś zgoła innym. Poza tym inwestowanie i sposoby oszczędzania. Może i nuda, ale dotyczy każdego z nas. Nie wszyscy dostaną Nobla z fizyki czy będą artystami. Każdy będzie zarabiał pieniądze i musi umieć nimi gospodarować.

Kontakty z urzędnikami

Czasem wydaje mi się, że bez podstaw księgowości, skończonego kursu logiki matematycznej oraz licencjatu z psychologii nie da rady załatwić niczego w urzędzie. Trzeba umieć rozmawiać z nabuzowaną panią w okienku, a nawet jeśli pani jest miła lub chce pomóc, petent błądzi w zawiłościach formalnych: tu pieczątka, tu znaczek, proszę do kasy, do pokoju nr 21, na końcu korytarza w prawo, tu brakuje formularza, tu podpisu, tu NIP, tu PESEL, tu ksero oryginału, tu upoważnienie (17 zł). Już nie wspominam nawet o wypełnianiu formularza podatkowego. Przygotowanie już od młodych lat szkolnych – to jedyna nadzieja na polepszenie kontaktów z urzędami.

Gotowanie

Chodzi tu o proste podstawowe posiłki, naleśniki czy makaron. Prócz tego myślę, że przydałaby się każdemu wiedza kulinarna obejmująca np. rodzaje warzyw, owoców, mięs, serów, ich właściwości i zastosowanie. Przykładowe tematy: jak przyrządzić stek, jakie panierki do kotleta, jak zrobić ciasto kruche, półkruche, drożdżowe, jak się robi sosy do sałatek czy mięs, co można zrobić z marchewki, ziemniaka, piersi kurczaka. Chodzi o taką elementarną wiedzę, by nie paść z głodu, mając do dyspozycji kilka półproduktów.

Majsterkowanie

Tutaj uczeń dokonywałby drobnych napraw, poznawałby podstawy ślusarki, stolarki, a po skończonym kursie potrafiłby poradzić sobie z takimi wyzwaniami, jak naprawa czy wymiana zamka w drzwiach, gniazdka czy nawet żyrandola.

unsplash-com-jeff-sheldon

Elementarne podstawy sprzątania

Żeby już żadna Perfekcyjna Pani Domu nie musiała mieć swojego programu w telewizji. Bo wszystko będziemy wiedzieć ze szkoły.

Wizaż

Smuci mnie niezmiernie, ilekroć widzę, jak kobieta z ewidentnie delikatną urodą farbuje włosy na czarno i kreśli ostre brwi. Jak kobieta z trądzikiem różowatym zakłada różową bluzkę, co jeszcze podkreśla jej problem z cerą. Jak ktoś o urodzie ciepłej i promiennej chowa się w szarych czy czarnych ubraniach, w których wygląda jak chory. Pisałam tutaj, że nie zawsze mamy świadomość tego, w czym dobrze wyglądamy i co jest naszym atutem. Na zajęciach każdy miałby okazję się nad tym zastanowić, a jeśli nie miałby pomysłów, inni uczestnicy by pomogli.

***

Co można jeszcze dorzucić do planu takiej "szkoły życia"?

1 10 11 12 13 14