Agencja antyreklamowa

Mogłabym pracować w agencji antyreklamowej. Nie lubię zachwalać, przekonywać, a wciskać komuś czegoś na siłę – tego wręcz nie cierpię. Słaba jestem w argumentowaniu. Uważam, że produkt powinien bronić się sam. Jeśli jest Ci potrzebny, to bierz. W przeciwnym razie nie zawracaj sobie głowy. Wiem, wiem, to tak nie działa w dzisiejszym świecie.

Po lekturze książki o Skandynawii czuję się duchową siostrą wszystkich skromnych i małomównych Finów, którzy nie mają w zwyczaju się chwalić ani zbytnio się rozwodzić na temat zalet jakiejś rzeczy.

Weźmy na przykład śrubkę. Amerykanin, prezentując tę śrubkę, powiedziałby coś w stylu: "Ta śrubka odmieni twoje życie. Uczyni cię szczęśliwym człowiekiem. Jest to najlepsza śrubka na świecie", a potem rozwodziłby się dwie i pół godziny na temat technicznych detali jej budowy. Fin powie po prostu "Masz tu śrubkę" (Michael Booth, Skandynawski raj, s. 218).

Jeśli chodzi o zakupy, jestem zwolenniczką minimalizmu i rozwagi posuniętej do granic ostatecznych. Najpierw pytam sama siebie, czy jest mi to niezbędne. Czy jestem w stanie wydać na to tyle pieniędzy. Jeśli jest to ubranie, musi pasować do kilku innych ubrań (robię w myśli szybki przegląd, tworząc kilka zestawów niczym z Szafy Minimalistki). Musi być w odpowiednim dla mnie kolorze (bazę mam w głowie), podkreślać i zakrywać to, co trzeba. Muszę się w tym dobrze, wygodnie czuć. Musi mi być potrzebne. Po spełnieniu tych licznych warunków odkładam rzecz na miejsce i wychodzę, żeby dać sobie jeszcze trochę czasu na ostateczną decyzję.

***

Mogę odradzić komuś kupno jakiejś rzeczy. Właściwie mogłabym pracować jako zakupowy odradzacz. Pytałabym:

Na pewno tego potrzebujesz?

Po Co ci to? Przecież masz już coś podobnego.

Czy to na pewno jest w Twoim stylu?

Czy jesteś absolutnie pewien, że będziesz tego używał?

Użyjesz raz i rzucisz w kąt.

Masz tyle miejsca w szafie/w pokoju/na półce?

***

Mogę też sięgnąć po ostateczny argument: czymże jest ta kolejna rzecz wobec wieczności? Ewentualnie wersja dla ateistów: i tak wszyscy umrzemy, po co ci to?

Galeria muzealnych ciekawostek

Słyszałam, że Instagram służy przede wszystkim do fotografowania jedzenia. Jeszcze nie odważyłam się pokazać światu mojego śniadania i nie wiem, czy i kiedy to nastąpi. To narzędzie służy mi raczej do dokumentowania rozmaitych ciekawostek, rzeczy, które zwróciły uwagę, zachwyciły, rozczuliły czy zdumiały. Jakoś tak się dziwnie składa, że spora część z nich pochodzi z muzeów.

Kto jeszcze nie widział, zapraszam.

dentysta

Witamy u dentysty (Muzeum w Raciborzu)

 

podręcznik

Dentysta ów uczył się pilnie, np. z takiego podręcznika (Racibórz ponownie)

szkłoOszklone eksponaty muzeum w Uppsali. Gra świateł

miś czy cośNiedźwiedź? Kosmita? Nie, to kolędnik z Muzeum w Raciborzu!

krzesłoTo raczej galeria niż muzeum: w hostelu w Sztokholmie napotkaliśmy krzesło van Gogha, tylko bez fajki

mamuciTrzy mamucie zęby (Muzeum w Raciborzu)

siekierkaGroźna para (Szczepan Mucha, "Maślara", "Drwal", Muzeum Etnograficzne w Krakowie)

buciki samaBuciki małego Saama. Nordiska Museet w Sztokholmie (mogłabym tam zamieszkać)

frasobliwi          Jezusowie frasobliwi (Muzeum Etnograficzne w Krakowie) stołek piesStołek-pies nieco obrażon (Nordiska Museet)

łapkaWIelce gustowny świecznik (Nordiska Museet)

realnośćRealność została osierocona (Muzeum Etnograficzne w Krakowie)

piesekPiesek o (o)błędnym spojrzeniu. Maska kolędnika z Muzeum w Raciborzu

misiek wkurzonyTen niedźwiedź albo się rozzłościł, albo tańczy (Muzeum Etnograficzne w Krakowie)

raciczkaIdealny prezent pod choinkę według Szwedów: świńska raciczka; jest nawet liścik (Nordiska Museet)

kopytko Fragmenty mioceńskich zwierzątek (zamek w Dobczycach)

zasmucn misiekMisiek zasmucony (Nordiska Museet)

konewka na lisyI na końcu coś, co wydaje mi się najbardziej zadziwiające. Konewka na lisy z Muzeum Etnograficznego w Krakowie. Jak to brzmi! Konewka! Na lisy!

Adwent w cieniu choinki

Kultury ludowe i obrzędy religijne pozwalają wyodrębnić pewne okresy przygotowywania się do czegoś ważnego. Rytuały przejścia mają na celu danie trochę czasu na przejście z jednego stanu do drugiego. Potrzebuje tego i ten konkretny człowiek, i cała społeczność. Na przykład narzeczeństwo ma na celu między innymi przygotowanie do zmiany statusu społecznego, ale też przyzwyczajanie rodziny i otoczenia do tego, że zmiana nadchodzi. Ciąża jako przemyślenie czy "przetrawienie" w sobie odmiennego stanu i przygotowanie na przełom, który nastąpi. W Kościele katolickim: adwent jako przygotowanie do Bożego Narodzenia i wielki post prowadzący do Wielkanocy.

Tylko mam wrażenie, że ten adwent jest trochę stłumiony. W wielkim poście przez sześć tygodni nie godzi się zaśpiewać pieśni wielkanocnej czy ostentacyjnie się bawić, bo taka osoba jest (przynajmniej w kręgach kościelnych) piętnowana. W adwencie kolędy słyszy się niemal tak samo często, jak pieśni adwentowe, których w ogóle jest chyba mniej i nie są aż tak dobrze znane.

Adwent ma swoje pieśni, swoje charakterystyczne cechy i atrybuty (roraty, lampiony, kalendarze, fioletowy kolor podczas liturgii), a mimo to – jeszcze zanim nastanie i już w trakcie trwania – słychać kolędy i ckliwe piosenki o śniegu, miłości i jemiole, już nam się pcha przed oczy choinki, bombki, mniej lub bardziej udane reprodukcje Mikołaja. Ten czas świętowania przesuwa się coraz dalej, rozrasta się. Trzeba się pilnować, by w ogóle poczuć cokolwiek z oczekiwania, skoro to wszystko jest niemal już, teraz, na wyciągnięcie ręki (najlepiej od razu z portfelem w dłoni).

Osobiście nie przepadam za nadmiarem i natłokiem zarówno dekoracji świątecznych, jak i wszechobecnością kolęd. Dzwonienie dzwonków preferuję raczej w szkole, sanie, renifery i czerwononosy Mikołaj mnie nie rozczulają, podobnie jak reklamowe obrazy szczęśliwych rodzin przy błyszczącej choince, odpakowujących kolejne prezenty. Nachalność retoryki bożonarodzeniowej grubo przed czasem jest dla mnie męcząca. Adwent wycisza, kieruje uwagę na to, że to jeszcze nie już i że czasem czekanie też jest ważne.

drzwi

Fot. Mariusz Bieniek.

Notatki z lektury: „Historia śmierci”

Skończyłam niedawno czytać książkę o historii śmierci. Postanowiłam podzielić się tutaj kilkoma ciekawostkami i myślami wartymi przeanalizowania.

Związek między osadnictwem a religiami

Społeczności myśliwsko-zbierackie musiały podróżować "lekko" – zarówno w sensie ekwipunku, jak i w znaczeniu kulturowym. Ich życie wewnętrzne mogło być bogate, ale nie czuli potrzeby uzewnętrzniania go i celebrowania. Złożone kosmologie wielkiego świata religii zostały stworzone przez społeczności osiadłe, które miały ku temu warunki – wyznaczonych kapłanów, cechy kreatywnych rzemieślników i artystów i tak dalej.

Postrzeganie pracy w zaświatach

Okazuje się, że według wyobrażeń starożytnego Egiptu na tamtym świecie ktoś jednak musi pracować. Ktoś, ale najlepiej nie ja. Jak się da, to trzeba się starać tej pracy unikać.

Ci, którzy mogli sobie na to pozwolić, zabierali w zaświaty swoich służących szabti, aby wyręczani przez nich, mogli tam beztrosko spędzać czas. Niektórzy zmarli byli też uzbrojeni w zaklęcia, które pozwalały im uniknąć obowiązku pracy. Jedno z takich zaklęć pokazywało, "jak nie sczeznąć po śmierci i nie pracować". Krótką formułę zapisaną na skrawku papirusu umieszczano przy ciele zmarłego lub wsuwano między bandaże mumii.

Zabijanie przedmiotów

Ewenowie, hodowcy reniferów w północnej Syberii, praktykują osobliwy zwyczaj: zabijanie przedmiotów po śmierci danej osoby. To musi wyglądać przejmująco.

Odwiedzenie współczesnych grobów Ewenów oznacza zmierzenie się twarzą w twarz z pełnym grozy milczeniem potrzaskanych przedmiotów, złożonych w mogile lub rozrzuconych wokół niej. Wszystkie one zostały symbolicznie "zabite", tak aby również mogły przejść do innego świata. Butelki z wódką zostały rozbite, papierosy – przełamane na pół, drewniane sanie – pogruchotane, puszki – pogniecione, a rury instalacji sanitarnych – podziurawione. Na grobach dzieci poniewierają się rozdarte zabawki i okaleczone lalki.

Zjadacze grzechów

Jeszcze bardziej osobliwa była wiara w to, że z kromką chleba można zjeść grzechy zmarłej osoby.

W hrabstwie Hereford był stary zwyczaj związany z pogrzebem: opłacania ubogich, którzy przejmowali na siebie wszystkie grzechy popełnione przez zmarłego. (…) Zwyczajem było, że gdy ciało zmarłego zostało wyniesione z domu i umieszczone na katafalku, przynoszono bochenek chleba i wręczano go zjadaczowi grzechów nad ciałem zmarłego. Otrzymywał on również (…) puchar z piwem (…) oraz sześć szylingów jako potwierdzenie przyjęcia na siebie wszystkich grzechów zmarłego w celu ochronienia go przed ewentualnością błąkania się na ziemi już po śmierci.

Procederu dokonywali m.in. angielscy chrześcijanie (źródło), teoretycznie przekonani o odkupieniu i zgładzeniu grzechów przez Jezusa, ale może pomyśleli, że warto się dodatkowo zabezpieczyć.

Sziwa i wspomnienia o zmarłym

Pierwsza faza żałoby w judaizmie, sziwa (dosłownie "siedem"), trwa zgodnie ze zwyczajem siedem dni. (…) Żałobnicy powinni pozostać przez cały ten czas w jednym miejscu. (…) Podczas sziwy nie mogą się kąpać ani brać prysznicu [sic!], nosić skórzanych butów czy biżuterii. Mężczyźni nie mogą się golić, wszystkie lustra należy szczelnie zasłonić. Żałobnicy powinni siedzieć na podłodze lub na niskich stołkach, aby pokazać, jak przytłoczeni są odejściem zmarłego. W trakcie sziwy odwiedzają ich krewni i przyjaciele, którzy dzielą się z nim wspomnieniem o zmarłym.

Bardzo mi się podoba ten ostatni aspekt żałoby. Chciałabym, żeby po mojej śmierci znajomi zbierali się, prawili i gwarzyli: "pamiętasz, jak Magda…?" Mogliby przytaczać żenujące, rozśmieszające i wzruszające historyjki. Sama bym ich chętnie posłuchała.

A na koniec urocza ciekawostka z Indii:

Najczęściej stało tam murowane palenisko z płyt kamiennych, które sprzątano przed ceremonią kremacji; wyrazem najwyższej troski o zmarłego było oczyszczenie takiego paleniska łajnem świętych krów.

***

Cytaty zaczerpnięte z książki M. Kerrigana pt. "Historia śmierci. Zwyczaje i rytuały pogrzebowe od starożytności do czasów współczesnych", tłum. S. Klimkiewicz, Bellona, Warszawa 2009, s. 24, 50, 76, 165, 197, 204.

Milczenie i lekcje konwersacji

Zrezygnujcie z mowy, która nic nie wnosi. Mówcie tylko wtedy, gdy wasze słowa są głębsze i bardziej wymowne niż wasze milczenie. Nie pozwólcie, by wasze słowa przeszkadzały wam wypłynąć na głębię.

(święty Charbel)

Przy takim podejściu można zostać niezłym mrukiem.

***

Jeden dzień w moim życiu spędziłam, nie wymówiwszy ani słowa. Pamiętam to do dziś. Moje usunięcie się w cień i stłumienie chęci komentowania wszystkiego spowodowało otwarcie się na drugą osobę. Niby banał, ale gdybym wtrąciła się w którymś momencie, rozmowa potoczyłaby się w całkiem innym kierunku i nie usłyszałabym tego, co mój rozmówca zdecydował się powiedzieć. A zaufał mi i zaczął się nawet lekko zwierzać, chyba pierwszy raz w życiu, bo ja pierwszy raz w życiu chciałam usłyszeć, co tak naprawdę w nim siedzi. Nie tylko mówić i być słuchaną.

Co za wstyd.

Nieraz łapię się na przerywaniu, nieuważnym słuchaniu. Zależy mi, by powiedzieć to, co ja mam do powiedzenia, a nie zawsze słucham tego, co ktoś inny mówi, czekając na swoją kolej i starając się nie zapomnieć (jak już pisałam, mam fatalną pamięć). Takie plecenie monologów. A przecież nie o to chodzi w rozmowie.

Pracuję nad tym. Tak bardzo, że powoli staję się gburem, który nie komentuje i nie wtrąca swojego zdania, bo przecież nie musi.

Sztuka konwersacji

W ogóle rozmowa to nie taka prosta sprawa. Na przykład nie zawsze łatwo zadać trafne pytanie sprawdzające rozumienie słuchanego tekstu albo rzucić celny, ale krótki komentarz (w tym przoduje mój starszy brat. Stanisław Jerzy Lec mógłby się od niego uczyć lakoniczności). Kolejna niełatwa rzecz to skupienie na tym, co ten ktoś mówi i jak mu z tym jest. Odłożenie na bok komputera czy telefonu, żeby go posłuchać, podniesienie wzroku i podarowanie przez chwilę całej uwagi. Jeszcze trudniejsze jest zapamiętanie tego, co mówił. Albo może tylko dla mnie.

Moglibyśmy mieć lekcje z nauczycielem konwersacji, siadywalibyśmy sobie w kole na krzesłach i mówilibyśmy: "Proszę, zacznij. Jestem ciekawa, co o tym myślisz". "Bardzo ładne masz słownictwo, kontynuuj. Lubię Twoją narrację". "A dlaczego tak uważasz? Rozwiń tę myśl, proszę". "Nie, nie chcę Ci przerywać". "Chodzi Ci o to, że…?"

Zapewne spotkałabym na tych lekcjach wielu dziennikarzy z telewizji śniadaniowych i programów publicystycznych.

Biblia, małomówność i survival

Był dzień, w którym na nadgarstku napisałam sobie słowo "słuchaj". Faktycznie, trochę pomogło. W Starym Testamencie Bóg Jahwe mówi często "Słuchaj, Izraelu", a w Nowym Jezus najpierw patrzy, czy ludzie słuchają, a potem dopiero zagaja. Czasem zaczyna niczym w "Modzie na sukces": "Muszę ci coś powiedzieć…", po czym zawiesiwszy głos, czeka na reakcję (następuje odwrócenie się od okna i zbliżenie kamery).

Znamy wszyscy banalne i wyświechtane zdanie o tym, że mamy dwoje uszu, a jedne usta po to, by więcej słuchać, a mniej mówić, ale – biologicznie rzecz ujmując – prawdopodobnie z tymi uszami chodziło po prostu o to, by słyszeć niebezpieczeństwo i móc umknąć na czas. A dwoje ust to byłby tylko kłopot anatomiczny. Czyli taka budowa umożliwiała naszym przodkom przetrwanie.

***

Tak sobie myślę, że jeśli zapominam, co miałam powiedzieć, to przecież nic wielkiego się nie dzieje. W końcu nieczęsto nachodzą nas myśli, które zmieniają oblicze świata.

Trzeba umieć odpuścić. Ważyć słowa – które warto wypowiedzieć, a które lepiej zachować w niebycie. Więcej analizować, mniej strzelać na oślep. A poza tym… jak mi się w końcu przypomni, mogę zawsze napisać tutaj. Na szczęście blogowanie nikomu nie wchodzi w słowo.

List do producentów damskich skarpet

Drodzy Producenci!

Naprawdę rozumiem rozmaite poczucie humoru, ale muszę Wam coś powiedzieć. Są granice żartu w ubraniu. Dlaczego tak trudno kupić czarne skarpety dla kobiet? Czy damskie skarpety muszą mieć paski, ciapki, wzorki, szlaczki, kropki, kwiatki, napisy i śmieszne obrazki? Czy muszą zawierać elementy ozdobne takie jak miśki, pszczółki, króliczki, krowy, kurczaki, renifery, Mikołaje, kocanki, pompony, czy muszą być palczaste albo kudłate? Czy muszą być różowe, jaskrawozielone, fioletowe – generalnie rzecz ujmując – w kolorach infantylnych? Czy naprawdę uważacie, Szanowni Producenci, że kobieta zawsze czuje się jak swawolne dziecko i nigdy nie wyrasta z etapu bycia dziewczynką?

Owszem, można pobawić się konwencją. Można grube skarpety traktować jako kapcie (sama tak robię) i wtedy im większe i bardziej futrzaste, tym lepiej. Można rozśmieszać nimi dzieci w szkole (to też mi się zdarza). Ale proszę, nie wtłaczajcie kobiet w wieczne ramy niepoważności. Czasem dobrze i zabawnie, gdy znad trampka widać radosne różowo-zielone paski na skarpetce. Ale nad poważnym skórzanym (ośmielę się rzec: nobliwym) pantoflem różowo-zielone paski widzieć się nie godzi. Po prostu.

Czarne, granatowe, ciemnoszare, stonowane, surowe, klasyczne skarpety w ilościach hurtowych zaczynają się od rozmiaru 41. Nie rozumiem, skąd ta dyskryminacja. Większość skarpet kobiecych zdominowana jest przez Wasze fantazje i nieśmieszne żarty. Wystarczy już tego:

skarpetyCzasem chcemy założyć poważne skarpety.

Ps. W komentarzu można się dopisywać do petycji. Świat skarpet czeka na rewolucję.

Skrawki rozmów i zabawy słowami

Skrawki rozmów. Zabawy słowami. Im dziwniejsze i bardziej absurdalne, tym lepiej. Im ciekawszy neologizm, im bystrzejsza parafraza, tym bardziej warte to uwiecznienia.

***

 – Ilu było ludzi na świecie w XIX wieku?
 – No wiesz, pochlebiasz mi, ale ja tego nie wiem.
 – A nawet Ci pobułczam.

***

Prezydent w tv: Najgorsza jest pogarda.
M: Oraz podagra.

***

 

 – Ej, w tym fragmencie książki rodzice bohatera biją się frankfuterkami. Eee, franfurterkami.

 – Frankfuterko! Ktoś mógłby się tak nazywać: Frank Futerko.

***

Za 8 minut temu wyszli z pracy.

***

 – O, widzę, że tu też masz łaskotki.
 – A nawet łaspieski.

***

Ten kot przeżył wiele. Niejednokrotnie walczył wręcz i wnóż.

***

 – Musimy to powyczyszczywać.

 – Powyczyszczyszczywać.

***

 – Pies Cię lizał.

 – Tak robił.

***

To jest przeciwieństwość.

***

Chyba to popomylałem.

***

 – Którędy?

 – Każdędy.

 – Yyy, jest takie słowo?

 – Jest, właśnie go użyłem.

***

 – Nie wywracaj kota ogonem.

 – A ty lisa uszami.

 – Jest Lisa Gerard i Lisa Uszami.

***

– Masz omamy (w domyśle: wzrokowe).
– A nawet otaty.
– I jeszcze obabcie i odziadki.

***

 – Chyba sobie kpisz w żywe oczy.

 – A ty w martwe kolana.

***

 – Paul Opiryna.

 – Pan Adol.

***

Pierwszy wpis tego typu znajduje się tutaj.

13 rzeczy, których nauczył mnie mój mąż

Oglądałam ostatnio niebo o poranku i uświadomiłam sobie, że to mój mąż nauczył mnie zwracać uwagę na barwy nieba. Postanowiłam zebrać w niniejszym wpisie różne rzeczy, których się od niego nauczyłam. Na przykład:

  1. dostrzegać różowość nieba przed wschodem słońca oraz purpurę i fiolet po zachodzie, wyjść z domu tylko po to, by pooglądać księżyc w pełni, doceniać mgły kładące się na górach (taki mamy widok z podwórka).
  2. uznać, że najlepszym podsumowaniem niektórych spraw jest skwitowanie ich zdaniem: "aaa, olać to".
  3. pić kawę z małą ilością śmietanki lub mleka, podczas gdy ja raczej preferowałam coś w stylu kawowego mleka.
  4. siedzieć i słuchać muzyki. Leżeć i słuchać muzyki. Nic nie robić, tylko słuchać muzyki.
  5. że niefotogeniczność to bzdura. Bo jak zrobi się sto zdjęć, to z pewnością na co najmniej dwóch wyjdzie się dobrze. I właśnie te dwa się wybiera i pokazuje.
  6. że zawsze warto odpocząć.
  7. że powiedzenie komuś "masz parchate oczyska, durniu" jest milsze niż "jesteś moim skarbem, kochaniem i koteczkiem".
  8. że czasem warto popatrzeć od innej strony, zastanowić się: "a może jednak nie mam racji?" i zobaczyć, co się stanie. Że warto poczytać książki z dziedziny, której się nie zna i obejrzeć film bez uprzedzeń.
  9. że krytyka to nie krytykanctwo.
  10. że z rozrabiaki i lenia może wyrosnąć mądry i oczytany facet.
  11. że rozśmieszyć obrażonego oznacza milowy krok w przełamaniu obrazy i powrotu do normalności.
  12. że pasja jest tak cholernie ważna w życiu.
  13. no i że ogólnie jest fajniej razem niż samemu. Np. robić zdjęcia o 4 rano, kąpać się w lodowatym jeziorze czy nocować na bezludnej wyspie.

selfik z Miśką

Nieatrakcyjny listopad

Bardzo szanuję i cenię sobie listopad.

Iluż ludzi na niego psioczy, a cóż on winien, że jest przed zimą, że wtedy wszystko gaśnie i zamiera, zasypia. Może to pora tylko dla melancholików, tak jak niektóre filmy są tylko dla dorosłych.

Listopad jest nieoczywisty. Łatwo lubić lato w pełni i wiosnę w rozkwicie, łatwo lubić ciepły deszcz i ładną pogodę. Białe połacie śniegu i mroźne chuchanie z ust też da się lubić, a niektórzy nawet widzą w tym atrakcję. Może narzekanie na widok porannego śniegu to domena ludzi absolutnie dorosłych – jeśli tak, to ja nie chcę nigdy dorosnąć do tego poziomu.

Listopad jest trochę jak marzec. Niewiele się dzieje, za oknem nieciekawie. Ludzie chyba nawet za bardzo nie zauważają tych miesięcy, bo już myślą o świętach i o tym, co będzie, zamiast o tym, co jest. Takie niepozorne i niedoceniane miesiące. W marcu jeszcze jest brzydko, a w listopadzie już jest brzydko.

Podoba mi się minimalizm późnej jesieni. Zachwycałam się nim już w tamtym roku, kiedy pomyślałam, że ziemia tak sobie zastyga, milknie i czeka na zimę, że to jest ciekawe i można by o tym napisać. O tym miał być mój pierwszy wpis na blogu. Potem zrezygnowałam, ale (jak widać) pomysł odrodził się następną jesienią. Coś w tym jest – jesień potrafi być inspirująca.

Wiele poradników na blogach mówi o tym, jakie jesienna pora daje nam możliwości: oglądanie seriali, wieczory pod kocem, z kakao i książką, długowieczorny czas spędzony na tworzeniu, uczeniu się nowych rzeczy, zacieśnianiu więzi z bliskimi.

Przeczytałam kiedyś o tym, że jest kilka rzeczy, na które nie warto się gniewać. Jedną z nich jest pogoda. Żyjemy w takiej strefie klimatycznej, że jesień po prostu jest. Nadchodzi, a potem mija. Normalna sprawa od wielu tysięcy lat.

I skoro nie można tego zmienić, to może warto choć trochę to zaakceptować, spojrzeć łaskawszym okiem i zobaczyć jakąś dobrą stronę smutnego listopada. Na przykład taką:

listopad

Fot. Mariusz Bieniek.

Kobieta jak katedra. O ideałach piękna w średniowieczu

Brwi dorysowane kredką i buty z czubami. Wszystko już było. Nawet nie zdajemy sobie sprawy, jak bardzo wczorajsza moda uliczna przypomina średniowieczne ideały piękna.

Lubię obserwować, jak zmieniają się gusta. Niezmiernie interesuje mnie, co się ludziom w różnych epokach podoba: w jednej epoce kościste brzuchate panny o barankowych jasnych włosach i spiczastych palcach, potem rudowłose o pulchnych ramionach (sprawę barokowego tyłka przemilczę). Raz figura chłopięca, a raz klepsydra. W średniowieczu strzelistość, wysokość i wertykalność, w renesansie linie poziome, łódkowe dekolty i rzezanie tkanin, by poszerzyć sylwetkę, rękawy, buty i wszystko inne.

Błysk w oku

Gotyk jako styl architektoniczny jest strzelisty, promienny, migącący barwami (światło wpadało przez wysokie okna i witraże). To, co błyszczące i jasne (np. oczy i klejnoty na szatach) to coś bardzo popularnego i bardzo cenionego również w malarstwie średniowiecznym. "Oczy są piękne, jeśli są świetliste" – pisał Izydor z Sewilli.

Wysokie budynki, wąskie podłużne okna i obecność kolumn w katedrach – to wszystko podkreślało i zwielokrotniało pionowość i strzelistość form. W końcu katedra miała wznosić się z modłami ludzkimi do nieba, musiała tam sięgać i czubkiem wieży subtelnie przypominać Bogu o niebożątkach na ziemi. Łuki i maswerki to kolejny po stromych wieżach przykład ostrych, spiczastych czy kanciastych pomysłów tamtych czasów.

Jestem przekonana, że wygląd katedr pokazuje estetyczne gusta epoki, które można przełożyć również na kanony piękna kobiecego. Piękna kobieta średniowieczna miała być jak katedra gotycka.

Architektura a kobiecość

Dominacja chrześcijaństwa w średniowieczu oznaczała podporządkowanie życia społecznego religii – to powszechnie wiadomy frazes. W praktyce oznaczało to m.in., że kobieta musiała nosić ubiory skrzętnie zakrywające ciało, nie chwalić się biustem (odsłaniała tylko twarz, szyję i dłonie), skromnie spuszczać wzrok, milczeć, modlić się i służyć dobrze mężowi i dzieciom.

Idealna sylwetka średniowiecznej kobiety jest smukła niczym wieża katedry gotyckiej. Ramiona łagodnie opadające, jak najwęższe i jak najbardziej spadziste (można sobie poniżej porównać z krzepkimi ramionami renesansowych piękności). Długa szyja. Twarz owalna, biała skóra, nos długi i prosty, brwi łagodne, jasne, cienkie, wręcz rachityczne. Podłużne subtelne dłonie.

W przeciwieństwie do antyku, który hołdował niskim czołom nad bujnymi włosami – wśredniowieczu najładniejsza była odsłonięta twarz z wysokim czołem. Moda była tak silna, że we Francji w XIV i XV wieku wyskubywano sobie włosy z czoła. Golono też włosy na skroniach i depilowano brwi, które potem dorysowywano. A więc kobiety z wyskubanymi brwiami nie zdają sobie sprawy, że hołdują estetycznym ideałom średniowiecza!

Za każdym razem, gdy odsłonięty zostaje kolejny kawałek kobiecego ciała, staje się on potencjalnie miejscem, z którego trzeba usunąć owłosienie. W XIV i XV wieku niektóre Europejki skrywały włosy i uszy pod rodzajem kwefu. Niewielki pasek skóry widocznej na granicy kwefu i czoła bardzo szybko zaczęto depilować, stopniowo usuwając coraz więcej włosów. W efekcie powstała moda na wysokie i szerokie czoła, cofniętą linię włosów i wyskubane brwi.

(Nancy Etcoff, "Przetrwają najpiękniejsi")

Liczą się rękawy

Te proporcje i upodobania podkreślał ubiór. W XIV w. zaczęła się moda na suknie z obcisłym stanikiem i trenem. Wydłużone rękawy, często podwójne (spodnia suknia miała wąskie rękawy, a suknia wierzchnia – szerokie i długie, zwisające do kolan lub ziemi; często ozdobne, nieraz związane na bokach lub zapinane na guziki). Obcisłe rękawy sukni spodniej nieraz zachodziły na dłonie prawie do palców. Kształt tej części sukni determinował sposób poruszania się: kobiety trzymały łokcie skierowane lekko na zewnątrz, by jak najkorzystniej je pokazać. Aby wzmocnić efekt wąskich i spadzistych ramion, rękawy wszywano bardzo wysoko.

Brzuch na pierwszym planie

W XV w. suknie z wysokim stanem, odcięte pod biustem podkreślały piersi i brzuch (choć niektóre źródła mówią o spłaszczaniu piersi metalowymi płytkami). Modny był mały biust i drobny, wąski tors. Taki układ optycznie skracał klatkę piersiową, a wydłużał tułów i dół sylwetki.

Po lewej gotycka brzuchata piękność, po prawej fałdy, które cieszą oko

Po lewej gotycka brzuchata piękność, po prawej fałdy, które cieszą oko

Dół sylwetki układał się w fałdy. Wypukły brzuch w średniowieczu był ok (to mnie zawsze uspokaja, gdy tracę talię: kilkaset lat temu byłabym ideałem!). Mnogość i ciężar fałd oraz długość ubioru wymuszały odchylenie tułowia i wysuwanie bioder i brzucha do przodu. Brzuch był bardziej wysunięty niż biust. Postać kobieca miała wręcz esowatą linię.

Ubiór był najbardziej obcisły na biuście, pod pachami i w górnej części ramion. Całą reszta układała się luźno w nader obfite fałdy poniżej stanu. A jak wiadomo, fałdy tworzą pionowe linie. Do tego jeszcze tren, dochodzący nieraz do czterech metrów, a nieraz także zwisające paski tkaniny lub futra. Wszystkie te cechy: podwyższony stan, tren, kształt i długość rękawów, mnogość fałd i linii pionowych – potęgowały optyczne wrażenie smukłości i strzelistości.

Dwa wizerunki świętej Katarzyny. Po lewej wyjątkowo cienka w torsie, po prawej wygięta esowato

Dwa wizerunki świętej Katarzyny. Po lewej wyjątkowo cienka w torsie, po prawej wygięta esowato

Wszystko na głowie kobiety

Panny nosiły rozpuszczone włosy, ozdobione na przykład wiankiem z polnych kwiatków. Po ślubie, który nadawał kobiecie status społeczny – włosy spinano i dokładnie przykrywano. Średniowiecze to epoka chust, czepców, siatek i welonów zakrywających skronie. Z tamtych czasów pochodzi rąbek i podwika – płócienna chustka spinana na czubku głowy, okrywająca szyję i część policzków.

Czepiec był oznaką pozycji społecznej. Na wsiach preferowano raczej proste nakrycia głowy, ale raczej zawsze ją zakrywano. Przyczyną była nie tylko skromność obyczajów, ale także ochłodzenie klimatu.

Jest hennin, jest tren, można wychodzić

Jest hennin, jest tren, można wychodzić

Czepiec był nieodzownym atrybutem mężatek. Pewien jego specyficzny typ, czepiec hennin, czyli wysoki spiczasty lub ścięty stożek ze zwisającym na końcu welonem – w ludowej wyobraźni kojarzył się z postacią wróżki. Kobieta w takim nakryciu głowy była smukła niczym (znowu!) strzelista wieża.

Nietrudno się domyślić, że olbrzymie czepce powodowały trudności w przechodzeniu przez wąskie drzwi i utrzymaniu równowagi. Nakrycia głowy uwydatniły bardzo wysokie wypukłe czoło. Duże czepce optycznie zmniejszały sylwetkę przez kontrast i wysubtelniały postać. Kobieta w czepcu przypominała tulipan na wiotkiej i kruchej smukłej łodyżce.

Efekt dużej głowy, małego biustu i drobnego torsu podkreślał słabość budowy, wysmuklenie i zmniejszenie sylwetki. Wszystko razem tworzyło postać wiotką i filigranową oraz pośrednio propagowało typ kobiety cichej, pobożnej, słabej, umartwiającej się, potrzebującej opieki, nie mającej własnej woli.

Buty nie ranią

W tamtym czasie noszono obuwie o wydłużonych wąskich noskach, lekko uniesionych ku górze. Jak starałam się wykazać, wygląd ubioru miał określone znaczenie i był po coś. Wąskie i spiczaste kształty po tym całym wykładzie już nas nie dziwią (wiadomo, gotyckie umiłowanie szpiców), ale dodam jeszcze względy religijne. Otóż chodziło o to, by stąpać po ziemi z szacunkiem – tak, by jej nie poranić. Dzisiaj nikt już nie pamięta o tym pobożnym aspekcie obuwia.

Tak więc za każdym razem, gdy patrzę na powrót szpiców, czubów, wąskich nosków, myślę sobie o gotyku i patrzę na te cuda i dziwy łaskawszym okiem. W końcu jest to nawiązanie (zapewne nieuświadomione!) do epoki wyjątkowo przyjemnej pod względem estetycznym.

***

Źródła:

fotografie: Batszeba, fałdy pani Arnolfini, ramiona gotyckie i renesansowe, Katarzyna esowata i cienka w torsie, pani w henninie, skubana, poulandes i czuby;

książki:

D. Golińska, "Kanony kobiecej urody",

E. Schiller, "Historia ubiorów",

A. Sieradzka, "O modach i strojach",

"Żony modne. Historia mody kobiecej od starożytności do współczesności", red. A. Sieradzka,

M. Toussaint-Samat, "Historia stroju",

"Historia architektury", red. R. Toman,

U. Eco, "Historia piękna",

N. Etcoff, "Przetrwają najpiękniejsi".

1 11 12 13 14 15