9 powodów, dla których warto rozglądać się podczas spaceru

Podążając za radami mądrzejszych od siebie, podczas codziennych wędrówek wybieram nieznane albo dawno nieodwiedzane uliczki, okrężne trasy, zaglądam w miejsca, których nie znałam. Gdyby ktoś za mną kluczył, uznałby, że mylę tropy. Tymczasem ja po prostu eksploruję.

Rozglądanie się podczas spacerów ma wiele zalet. Co najmniej dziewięć.

1. Możesz spotkać księżyc

Tej nocy akurat zaplątał się w gałęzie i chyba nie mógł się wydostać. Łatwiej spotkać księżyc w nocy niż w dzień, ale oczywiście możesz próbować o każdej porze…

IMG_20160319_220558

2. Możesz spotkać drzewo na balkonie

IMG_20160421_073838

Kto wie, może to nieśmiały początek wspaniałego parku?

3. Możesz spotkać bułkę

IMG_20160412_112834

Czai się na przechodniów i kusi tych, co wyszli bez śniadania. Oto witkacowska dziwność istnienia w wersji przyziemnej. Już zupełnie pomijam ten absurdalny niedopałek w tle.

4. Możesz spotkać pytanie egzystencjalne

A CZY TY MASZ JUŻ WŁASNY PRZEPIS NA SIEBIE?

Zwykła wlepka na słupie, a jak potrafi zastanowić.

5. Możesz spotkać zwierzątko

Idę sobie wieczorem ulicą Bzową. Wtem drogę zachodzi mi jeżyk. Bezgłośne tup tup tup maleńkimi łapeczkami. Sunie trwożliwie. Zatrzymuję się i przypatruję się mu z tkliwością, a on wręcz zastyga, jedynie kolce mu drżą, a oddech lekko przyspiesza, jak się domyślam po nieznacznym, acz dostrzegalnym falowaniu grzbietu. Jeżyk wyraźnie zamyka się w sobie wewnętrznie, pochylając pyszczek wstydliwie.
Dopiero gdy oddalam się na bezpieczną odległość, kontynuuje swój trud wędrówki przez jezdnię.
Takie spotkanie.

6. Możesz spotkać wiersz

IMG_20160305_180655

Jestem zwolenniczką spotykania wierszy co krok.

7. Możesz spotkać rozpaczliwe wołanie właściciela zwierzątka

IMG_20160403_153047

8. Możesz znienacka spotkać człowieka

Idę chodnikiem, mijam dwóch starszych panów. Jeden wyższy, drugi korpulentny, krzepki, a jego rumiana twarz niczym przeniesiona z wesela w fazie zaawansowanej albo warszawskiej kapeli ulicznej. Tenże na mój widok niespodzianie wykonał sprężysty i energiczny ruch: z wdziękiem wygiął ciało, podpierając biodro ręką jak modelka z reklamy, i z uśmiechem zachęcającym, bogatym, błyszczącym, z radosnym wyszczerzeniem całej szczęki, wyciągnął ku mnie rękę z gazetką.
Zupełnie jakby rozdawał bilety na lot dookoła świata albo przepis na szczęście, dostatnie życie i raj na ziemi.
A to tylko "Strażnica".

I ostatni, moim zdaniem najdziwniejszy powód.

Możesz spotkać samotny dopełniacz liczby mnogiej!

IMG_20160216_135539

Zdalne sterowanie hormonami

W pierwszej połowie cyklu jestem absolutnie zakochana w moim mężu i uwielbiam wszystkich ludzi na świecie. Ubolewam nad tym, że mam tak mało przyjaciół, bo chciałabym się z nimi spotykać i rozmawiać. Pragnę, byśmy nawzajem siebie inspirowali. Chcę chodzić z nimi na spacery i zapraszać ich do siebie na kawę z kawiarki i deser bez cukru.

W drugiej połowie cyklu nie znoszę ludzi (bez wyjątków) i pewną ulgę przynosi mi to, że nie mam tak wielu bliskich. Nie muszą mnie wtedy znosić.

Bywa tak, że czuję się bezgranicznie szczęśliwa. Zachwyca mnie kwitnące drzewo wiśni i rozczulające spojrzenie naszego psa, jestem wdzięczna za beskidzkie powietrze w płucach i za każdą pasję, którą mogę realizować. Komplementuję męża i zostawiam mu karteczki z zabawnymi hasłami. Na stos książek do przeczytania patrzę jak na radosne wyzwanie.

Jest jeden dzień w miesiącu, kiedy jestem bezbrzeżnie smutna. Naturalnie i całkiem bez powodu. Trudno mi to wytłumaczyć. Stos książek do przeczytania jawi mi się jako syzyfowa praca: i tak się nigdy nie zmniejsza, bo z każdą przeczytaną dokładam trzy nowe.

Są też dni, kiedy marzę o tym, by nie musieć z nikim rozmawiać (wtedy odczuwam wszystkie trudności NARAZ). Czasami moje życie wydaje się pasmem rozczarowań, niespełnionych marzeń i zaprzepaszczonych szans.

To nie moja wina. To te cholerne substancje chemiczne.

nadmorski

(fot. nieoceniony Mariusz Bieniek Photography)

Dobre rzeczy: wdzięczność

Sprawdzałam niedawno pracę, w której zamieszczono wywiady przeprowadzone między innymi ze starszymi ludźmi. Ujęła mnie jedna wypowiedź:

Mamy się bardzo dobrze. Tak więc gaz mamy. Kanalizację mamy. Dwie komórki mamy. No więc mamy się bardzo dobrze.

Bardzo piękna jest taka wdzięczność i docenianie tego, co się ma. Dla nas to stało się to bezdyskusyjne i pewne. Dla wielu ludzi na ziemi nie jest to takie oczywiste – mieć wodę, gaz i jeszcze dwa telefony. Jest za co być wdzięcznym.

***

Czasem muszę bardzo starać się, by o tym pamiętać.

motyl

(fotografia: Mariusz Bieniek)

Dziewczyna z napisami, czyli trudność tkwi w rozmowie

Długi i nudny wpis na temat, który nikogo nie interesuje. Zapraszam.

***

Rozmawia mi się trudno. Nieraz miesiącami jestem wycofana, nie mogąc się wydobyć z tego milczenia, bo każda rozmowa jest mijaniem się komunikatów i ciągłym pudłowaniem – zamiast trafiania w sedno raz chociaż na jakiś czas. Czasem wycofuję się z kontaktów werbalnych (następuje zanik narracji). Świadomie rezygnuję z rozmowy, mówię "Cześć" i idę dalej, stronię od pogaduszek i rozmów o niczym, a na pytanie "Co słychać?" odpowiadam "W porządku" albo wręcz "Nic" – w chwilach, gdy mój poziom gburowatości sięga zenitu. Ale mam minę przepraszającą. Po prostu nie jestem w stanie powiedzieć nic ponad to, bo to pytanie jest dla mnie za ciężkie do udźwignięcia*.

Lubię Was, moi Znajomkowie. Ale czasem nie jestem w stanie poprowadzić rozmowy. Dlaczego?

Eskapizm

Uciekanie przed ludźmi i preferowanie samotności. Uprawiane nagminnie już na studiach, w liceum i w domu rodzinnym. Macie czasem poczucie, że nie chce Wam się z nikim rozmawiać?

Mimo sympatii i szacunku do ludzi wolę zachować bezpieczny dystans nierozmawiania. Te wszystkie pogaduszki ze znajomymi, gdy razem stoimy w autobusie albo spotkamy się przypadkiem, są nie do przyjęcia – mówienie dla mówienia jawi się jako najgorsza katorga. Mam fizyczny odruch, by od takich sytuacji uciekać.

Nie umiem prowadzić rozmowy. Niektórzy ludzie potrafią to znakomicie, ja nie. Jestem niechętna rozmowom o niczym, ślizganiu się po tematach, rzucaniu frazesami oraz mówieniu o rzeczach obojętnych, byleby tylko mówić, zagadać i przepłoszyć ciszę. A akurat ona mi kompletnie nie przeszkadza.

A może to po prostu introwersja.

Nieadekwatność i rozmijanie się

Kiedy coś powiem, myślę nieraz: "Po co to powiedziałam, bez sensu. Co za żenada". Przecież nikt nie chce tego słuchać. Streszczam się, mówię bardzo krótko i rzeczowo, bo przecież nikogo to nie interesuje (patrz: wstęp) i co więcej – ta osoba ma do tego prawo. Uważam, że przecież nie mówię nic interesującego, więc nie chcę męczyć rozmówcy. Poza tym każdy woli powiedzieć swoje. I tak sobie nawzajem odpowiadamy: "Uhm, uhm, a ja…" W trakcie takich rozmów, a jeszcze bardziej po – czuję srogie rozczarowanie sobą. Że nie odpowiedziałam czegoś, co byłoby odpowiednie i trafiało w punkt. Żeby choć trochę odpowiadało temu, co powinnam wtedy powiedzieć. Czego oczekuje rozmówca.

Są takie wymiany myśli i konwersacje, w których ja nie mam pojęcia, co ktoś przeżywa, a ktoś nie ma pojęcia, o co mi chodzi.

Jestem przygnębiona tym niespotykaniem się podczas rozmowy. Chcę dotykać sedna. Nie chcę mówić rzeczy oczywistych, komentować nieistotnego.

W poszukiwaniu sedna

Niestety niewiele mogę powiedzieć na wiele tematów, które zajmują moich znajomych, więc nie jestem rozmówcą na ich poziomie. Z powodu mojej niewiedzy, li i jedynie. Mogę pytać o szczegóły. Ale daję rozmówcy wolność, by powiedział tyle, ile chce. Podejrzewam, że to powoduje ogromne wzajemne niezrozumienie. Po takiej rozmowie czuję dojmujące rozczarowanie, że nasze płaszczyzny się mijają. Jego komentarz zupełnie nie trafia w sedno. Ja nie mam pojęcia, o co mu chodzi i jakiego komentarza oczekuje. Mówimy monologi, opowiadamy, nie dotykając głębi, nie rozumiejąc, nie wychodząc sobie naprzeciw.

Chciałabym wykroić, wyłuskać, wydobyć sedno rozmów. Odkroić niepotrzebne i wyrzucić.

Co o tym myślisz. Jak się z tym czujesz. Czy jesteś szczęśliwy. Co jest Twoim marzeniem i czy już po to sięgnąłeś, czy gdzieś zagrzebałeś. Jakie są fakty. Mówmy o tym, co prawdziwe i co ważne. Tylko o tym. Wyrzućmy resztę – śmieci i trociny, którymi zapchane są dziury między sensami.

Bez oplatywania tego grzecznymi słowami, które nic nie znaczą. Bez owijania w bawełnę. Bez woalowania i ukrywania czegoś między wierszami, słowami i zdaniami. Mów mi wprost. Nie żyjmy w domysłach. Nienawidzę ukrytych aluzji, domyślania się: "A może on chciał mi powiedzieć to czy tamto…" Nie! Chciał powiedzieć to, co powiedział. Dość zastanawiania się i szukania drugiego dna. Szkoda na to czasu.

Ale z drugiej strony… nie jesteśmy przygotowani na taki szczery i dogłębny poziom rozmowy. Na rozmowę Prawdziwą, rozmowę dotykającą do żywego. Spotkałam ostatnio znajomego.

– Cześć, co słychać?

– Mam ferie, jadę odwiedzić rodziców.

– A mój tata ma raka.

No właśnie. Też nie wiedziałam, co powiedzieć.

Tematy tabu

Przyjęłam ostatnio, że jeśli się na czymś nie znam, to nie będę się wypowiadać. Jeśli nie muszę mówić swojego zdania, to nie mówię. Zawęża mi się lista tematów, o których mogę i chcę mówić.

Próbując nie komentować rzeczy, na których się nie znam, często milczę jak kołek.

Z zasady nie komentuję uwag na temat pogody (gdyż mam do niej stosunek doskonale obojętny i nie pozwolę, by wpłynęła na mój nastrój. Jest to coś niezależnego, więc nie należy się tym przejmować. Szkoda w ogóle o tym wspominać. A jeśli nie ma sensu o czymś mówić, to nie mówmy, proste).

Jakiś czas temu dałam się wciągnąć w dialog o pogodzie:

– No i popatrz, zima się zrobiła.

– Tak, zima się zrobiła. W lutym.

To najbardziej rozbudowany komentarz, który mogę dodać od siebie.

Opresja

Po niektórych rozmowach czuję się źle. Dotyczy to na przykład tematów intymnych. Czasem jestem pytana o sprawy bardzo osobiste ("jeśli oczywiście mogę zapytać". Przysięgam, zacznę mówić, że nie). Z grzeczności (i żeby nie urazić rozmówcy) odpowiadam, tłumaczę się, wtajemniczam w to, co jest absolutnie moje, nasze. Na Boga, dlaczego to robię?

Są też tematy drażliwe, np. wtedy, gdy muszę się tłumaczyć, że jako nauczyciel wcale nie mam tak dobrze i zaczynam mówić o wadach mojej pracy, którą w gruncie rzeczy przecież lubię! W co ja się w ogóle daję wplątać!

Poczucie winy

Gdy mówię głównie o sobie – mam poczucie winy, bo znowu okazałam się egoistką i nawet nie spytałam, co u rozmówcy. Gdy nie mówię wcale – czuję rozczarowanie, że to nie była rozmowa, tylko wysłuchanie monologu.

Poczucie winy towarzyszy mi w rozmowach opresyjnych, kiedy muszę tłumić to, co czuję i daję się wciągnąć w rozmowę na tematy prywatne, zbyt osobiste. A także, gdy powiem komuś szczerze i obcesowo, co myślę. Bo zachowałam się źle wobec tej osoby i być może sprawiłam jej przykrość.

Poczucie winy to w ogóle osobny temat, a ogarnia mnie w wielu sytuacjach. Na przykład ktoś dzwoni do mnie, gdy jestem zajęta. Jeśli powiem, że jestem zajęta i nie mogę rozmawiać, czuję się chamem i świnią, a jeśli nie powiem, tylko udaję, że nie jestem zajęta, czuję się mięczakiem i ofermą. To tak jak po spotkaniu z człowiem żebrzącym: albo daję pieniądze i czuję się oszukana i naiwna, albo nie daję i czuję się winna i zła, bo okazałam się bez serca. Nie ma dobrego wyjścia z tej sytuacji.

Powinnam mieć napisy

Im więcej piszę, a mniej mówię, tym mam większy problem w skonstruowaniu zdania bez jąkania się. Żenada dla polonistki i korektora. Wstydzę się tego, więc się nie odzywam, by się nie kompromitować. Podczas pisania mogę się zastanowić, przemyśleć, przeformułować myśl. Drażni mnie moja niepłynność mówienia i to, że często nie wiem, co powiedzieć. Oprócz tego podczas mówienia nieraz robię błędy językowe, co mnie w ogóle krępuje.

Nie jestem rozmówcą na poziomie. Nie jestem dobra w interesującym, płynnym opowiadaniu, formułowaniu myśli na szybko, słowo mówione mnie – hiperbolizując – paraliżuje. Podziwiam osoby potrafiące opowiadać godzinami, ciekawie snujące narrację. Znam takich opowiadaczy. Szacunek.

Im bardziej rozmówca rozmowny, tym ja bardziej milcząca. Z jednej strony moje "aha, mhm, nooo", z drugiej – gdy jestem dopuszczona do głosu – jąkam się i nie umiem spleść sensownego płynnego zdania. Wolałabym mieć w takich chwilach napisy, jak film niemy. To jest jakaś mentalna afazja.

Epilog

Ale jest nadzieja. Miałam ostatnio cudowną możliwość kilku ważnych i ciekawych, powiedziałabym – dogłębnych rozmów, inspirujących treści skumulowanych w czasie kilku weekendowych wypadów. Wymiany myśli pełne pasji, zaangażowania, radości i chęci odkrywania. Ożywcza jest dla mnie świadomość, że rozmowa może też uczyć, bawić i otwierać na innych. Nie każda jest opresją.

***

*Jest jeszcze gorsze pytanie, a brzmi ono: "No to co tam powiesz ciekawego?". Alternatywna, równie irytująca forma to: "No i co mi jeszcze powiesz?" – okropne!

Tekst a ciało, czyli co boli korektora

Korektor zawiązuje z tekstem bardzo silną więź.

Poświęca mu każdą wolną chwilę. Przychodzi do domu i siada do komputera, bo tekst czeka, zaniedbany, wołający o uwagę. Korektor myślał o nim, gdy byli daleko od siebie.

Tekst wymaga czasu i uważności.

Czytam go jak w hipnozie. Najpierw jest pierwsza fascynacja i ciekawość, potem przychodzi znużenie, znudzenie monotonią, aż w końcu mam go dosyć. Ale nie mogę go zostawić. Muszę poświęcać mu dużo czasu, bo on tego ode mnie wymaga. Przypomina to trochę toksyczny romans: nie mogę spokojnie spać i jeść, tylko że ta relacja jest o tyle bardziej popaprana, że w grę wchodzą pieniądze.

Bywają noce, które spędzam z tekstem zamiast z mężem.

Tekst jest ważniejszy niż odczucia i potrzeby korektora. Nierzadko wszelkie plany i nadzieje trzeba odłożyć, bo TEKST wymaga. Czasem jest ważniejszy niż inni ludzie.

***

Tekst bywa zazdrosny i zaborczy. Niezdrowo przywiązuje do siebie, a czasem nawet boli.

Ciało po całodziennym i częściowo nocnym kontakcie z tekstem jest napięte i zastygłe od przyjmowania jednej pozycji. Po skończonym rozdziale wstaję, prostuję się i odkrywam na nowo krwiobieg, mięśnie, użyteczność i funkcjonalność kolan. Nadgarstki są niewymownie wdzięczne.

Tekst jest nieraz ważniejszy niż kręgosłup ("Zaraz wstanę i poćwiczę, tylko dokończę stronę. Nie chcę odrywać myśli i przerywać w połowie, bo potem muszę zaczynać od nowa").

Mój kręgosłup jest czasem zawinięty jak litera C, a kolana bolą jak po oddaniu wielogodzinnego wiernopoddańczego hołdu.

Tekst – cichy sprzymierzeniec rehabilitantów.

Umysł kołowacieje, oczy są otumanione. Kręci się w głowie od słów i konstrukcji, próbuję zrozumieć ogólny sens kolejnego zawiłego zdania, a tu literki płatają figle, zamieniając się miejscami z kolegami z jednej linijki. Trzpioty jedne. Nie zauważyłeś tego, powie klient.

Tekst jest ważniejszy od szczypiącego oka. Tu się toczy wielka walka o poprawność, jasność, sens. Oko, szczyp mnie kiedy indziej.

***

A potem nagle przerwa, podczas której odkrywam świat pozaliteracki i to zawsze tak bardzo zadziwia. Oczy rejestrują świat w oddali, horyzont, drzewa, góry, półki, ściany, twarze bliskich. Jest wiele rzeczy, o których zapomniałam tylko dlatego, że znajdują się dalej niż pół metra ode mnie.

Tekst – przyjaciel krótkowidzów. Nie patrzę na horyzont, za to dziesięć i czternaście godzin dziennie patrzę w litery, które są tak blisko.

Tekst woli okularników. Miłość przez szybę – z jednej strony (korektor) wierna, z drugiej (tekst) zaborcza.

***

Praca z tekstem niczym manichejska walka między ciałem a duchem. Umysł jest skupiony, napięty do granic niemożliwości, działa na najwyższych obrotach, a ciało czeka potulnie na swoją kolej.

"Za chwilę. Tylko dojadę do końca akapitu, strony, rozdziału. Zaraz zrobię przerwę. Tylko dokończę to zdanie."


(fotografia z unsplash.com)

Żona męża swego

Mój mąż stara się być szorstki i na dystans, ale tak naprawdę nie widzi poza mną świata.

Nie mówimy do siebie po imieniu, bo tak jest zabawniej: używać panieńskiego nazwiska, używać skrótu nazwiska, którego oboje używamy. Kpimy, przekomarzamy się.

Siedem lat temu weszłam na jego blog i pomyślałam: ładnie pisze, świetnie fotografuje, szkoda, że ma takie imię.

***

Długo byłam sama.

Znałam kiedyś chłopca, z którym po sprzeczce nie można było dojść do porozumienia. Tak jakbyśmy szli po równoległych liniach. Spotkanie i zrozumienie okazało się niemożliwe.

Znałam mężczyznę podobnego do George'a Clooneya i być może zostałabym może panią Clooneyową, gdyby nie to, że nie mieliśmy wspólnych tematów do rozmowy. Pamiętam jeden wieczór, bukiet kwiatów, długo wyczekiwana randka i rwące się wątki rozmów.

Pierwsza rozmowa z moim przyszłym mężem odbyła się w nocy i trwała cztery godziny.

Mój mąż czyta więcej ode mnie, a lista jego zainteresowań stale się wydłuża. Starannie i ładnie pisze. Stylizuje na poczekaniu. Wśród bogactw świata jemu dane jest w posiadanie bogate słownictwo. Wynajduje zapomniane słowa i wprowadza ponownie w obieg.

Potrafi zadzwonić do mechanika i zapytać:
 Dzień dobry, czy mógłbym Panu podrzucić samochód do oględzin?

Jest krytyczny jak nikt. Jak chwali, to znaczy, że naprawdę mu się podobało. Jest najbardziej szczerym i autentycznym człowiekiem, jakiego znam. Prostota przekazu, celność uwag. Autoironia.

***

Czasem zdarza mi się wysłać swoje cv w odpowiedzi na jakąś ofertę. Nie żebym oczekiwała odpowiedzi. Zwykle nikt nie odpowiada, ale wysłać można. Formularz wysyłania okazał się bardzo skomplikowany i szczegółowy. Aplikując, wiedziałam już, że mam raczej marne szanse, więc pisałam trochę poważnie, trochę niepoważnie.

Formularz: opisz krótko, kim jesteś.

Ja: polonistką, korektorką, żoną męża swego.

selfik maj 2015

Zawód

Niektórzy ludzie gorzknieją z czasem.

(dopisek mojego męża: niektórym ludziom czas gorzknieje)

***

Czasem zdarza mi się słyszeć, raz za razem:

"Ale jest gówno w tej telewizji".

"Ale z niej szkarada".

"Dzisiaj jest Dzień Życzliwości. Co za debilizm!"

"Znowu deszcz. Ależ się cieszę".

"– Nie zapowiada się ładna pogoda w weekend.

– Nie martw się, w poniedziałek znowu pójdziesz sobie do pracy i będzie pogoda. Pogoda jest dla bogaczy, nie dla biedaków".

***

Innym ludziom jest zawsze lepiej. Z takim podejściem nigdy nie ucieszysz się tym, co masz.

***

Przykro mi, że jesteś nieszczęśliwy. Chciałabym, żebyś nie musiał się tak czuć, ale obawiam się, że poniekąd sam tego chcesz.

Homonimy, synonimy: Zawód – zawód

Wykonywany zawód po wielu latach może stać się już tylko rozczarowaniem. Możesz przestać czuć się potrzebny. Możesz się wyeksploatować, możesz stwierdzić, że nigdy tak naprawdę nie chciałeś tego robić, tak wyszło i już zostało. Mogło Ci się kiedyś chcieć, ale już dawno przestało.

Małżeństwo rozczarowuje. Miłość się zakurzyła i wypłowiała jak zdjęcie. Ludzie bliscy są już tylko z nazwy. Z dzieci też można nie być dumnym, bo chciało się inaczej.

Inaczej sobie wyobrażaliśmy dorosłe życie. Mieliśmy spełniać marzenia i zmieniać świat.

Czasem w autobusie lub tramwaju mijam ludzi o zrezygnowanych twarzach.

Ludzie smutnieją i chodzą coraz bardziej rozgoryczeni.

Trudno to ukryć.

Trudno temu zaradzić.

ściana

(Źródło fotografii: tutaj)

Prezent

Wiadomo, że dając komuś prezent, najważniejsza jest radość (a czasem też zaskoczenie) danej osoby. Podczas kupowania prezentów i obdarowywania można przyjąć kilka strategii.

1. Daję to, co uważam, że będzie dla Ciebie najlepsze. Bo tak uważam.

Na przykład parasolka (dla osoby, która nie używa takich sprzętów) czy żółty szalik (dla kogoś, kto nie nosi żółtego). Kolejne rękawiczki, dresy, koszule, bo może się przydadzą (mężczyźnie).

2. Daję prezent kurtuazyjny. Każdemu się przyda, to i Tobie powinien, choć nie wiem na pewno, bo się nie wgłębiałem w temat.

Zestaw kosmetyków, świeczka, ramka, kalendarz.

3. Daję to, co może być dla Ciebie zaskoczeniem, ale na pewno się ucieszysz.

Drzewo do zasadzenia, album ze wspólnymi zdjęciami, zebrane cytaty o Tobie. Wycieczka-niespodzianka. Puzzle z ulubionym obrazem.

4. Daję to, czego sobie życzysz, a co aprobuję.

Książka o Skandynawii lub typografii, garnek do gotowania na parze.

5. Daję to, co lubisz dostawać, choć zupełnie nie rozumiem, dlaczego chcesz to dostać.

Np. kwiaty, kolejny notatnik czy karteczki samoprzylepne, pudełko na drobiazgi.

6. Daję to, czego potrzebujesz, tylko jeszcze tego nie wiesz.

Myszka do komputera, klawiatura ergonomiczna, termos.

7. Daję to, co uważam, za słuszne, mimo że prawdopodobnie chciałabyś coś innego.

"Nie dam Ci kwiatów na Dzień Kobiet, bo uważam to za zbędny i niepraktyczny prezent, więc proszę: czekoladki".

Ja akurat nie mam nic przeciwko kwiatom. 

Ani drzewom, książkom, myszkom i termosom.

Jak już mówiłam, chodzi o radość.

kaboompics.com_Little Christmas Gift on the Plate

(Tak dla niepoznaki: prezent świąteczny. Malusieńki. Wzięłam go stąd)

Skrawki rozmów: rodzina

Fragmenty dialogów z życia mojej rodziny.

Dziadek

Dziadek (93 lata, wdowiec, ojciec szóstki dzieci, dziadek i pradziadek naprawdę sporej gromady): Wyszedłem na spacer poszukać jakiejś niewiasty, ale żadnej nie było.

***

– Ile dają na dziecko? 500 zł? Odmłódźcie mnie tylko, a zaraz się tym zajmę.

Rodzice

Mama, podając tacie żołądek i serce kury z rosołu: Dałam Ci serce? Dałam.

***

Rodzice oglądają w tv galę rozdania nagród. Kamera uchwyciła wśród publiczności pewnego jegomościa w nakryciu głowy.
Tata: A czemu on nie zdjął czapki?
Mama: Bo on jest wielki artysta śpiewak.

***

Tata i mama oglądają występ aktora i piosenkarki, którzy śpiewają energetyczną piosenkę.
W pewnym momencie tata mówi:
– Wystarczy.

***

Siedzimy w kuchni z rodzicami, trwa produkcja drożdżówek.
Mama: Jeszcze się nie upiekły.
Tata: To idę.
Mama: Ale kawa już jest.
Tata: To nie idę.

***

Mama (o ofertach z sieci komórkowej): dzwonił do mnie, proponował telefon, promocje, dopiero, jak mu powiedziałam, ile ja dzwonię (50 zł mi starcza na 3 miesiące), to się uspokoił.

***

Finał "Jeden z dziesięciu": odpadli konkurenci, gra ostatni uczestnik z jedną szansą. Pierwsze pytanie dla niego – nie zgadł.
Mama: No widzisz? aleś się nagrał.

Mąż

– Jesteś kaszalotem.

– A Ty jesteś ryżolotem.

***

– …i tak nazywano Demeter.

– A nawet Decentymeter.

***

– Nie da się ukryć, że Wenus z Milo to Ty nie jesteś.
– Bo mam ręce.
– No właśnie.

***

– Jak się nazywa ten zespół, często leci w Antyradiu, imię i coś tam.

(ktoś wie?)

– Florence + The Machine.

– No właśnie.

(tym sposobem wygrałam konkurs na czytanie w myślach)

***

Mąż pokazuje mi zdjęcia w afrykańskiej rzeczywistości. W roli głównej zwierzęta.

– O, a tutaj lion.

– Lionel.

– Lionel Ryczy.

Każdy człowiek się kiedyś sprzeda. Wystarczy podać cenę

– Mam nowy zawód. Zostałam copywriterem.

– A co dokładnie robisz?

– Piszę teksty na zlecenie.

– Każdego człowieka można kupić.

– ???

– Każdy się kiedyś sprzeda, wystarczy podać odpowiednią cenę.

Czyli rozumiem, że pisanie na zamówienie jest hańbiące. Moją umiejętność pisania po polsku zamieniłam na niegodny zarobek. Wymyślanie i formułowanie za tych, którzy tego nie potrafią, nie mają czasu, ale mogą za to zapłacić – jest nie do przyjęcia.

Copywriter – zawód sprzedajny. Ktoś jeszcze?

Zaraz, może się mylę, ale czy ludziom nie powinno się płacić za wykonywanie swojej pracy? Może nazwiemy sprzedajnymi wszystkich, którzy robią cośkolwiek za pieniądze? Fryzjer, mechanik, hydraulik sprzedaje swoje umiejętności i wiedzę. Nauczyciel sprzedaje swój wolny czas i energię na sprawdzanie klasówek i stanie przy tablicy przed obcymi dziećmi, a może wolałby w tym czasie pobyć ze swoją rodziną. Może tłumacz chętnie spędziłby większość swoich dni jedynie na czytaniu, bez konieczności przekładania przeczytanych stron na inny język? Ale ponieważ musi zapłacić rachunki i kupić jedzenie, musi robić coś, za co mu zapłacą. Malarz sprzedaje obrazy, a pisarz książki – efekty swojej pracy. Jak każdy.

Każdy się kiedyś sprzeda

Sama byłam ostatnio zmuszona wstać o piatej rano i pojechać do pracy na zastępstwo. Sprzedałam kilka godzin z mojego życia, bo mi zapłacili. Wstyd. Powinnam była odmówić i nie przyjechać? A może przyjechać, odpracować swoje, a następnie odmówić płacy? Niejeden pracodawca byłby zachwycony takim stanem rzeczy.

Ocieramy się tutaj o niezły absurd: praca dla idei, co niemalże prowadzi do głodowania w poczuciu szlachetności i bycia lepszym od innych.

Czy lubisz swoją pracę?

Kiedyś spytano mnie, czy gdybym nie musiała pracować, nadal robiłabym to, co robię. Tak, chodziłabym spotykać moje fajne szkolne dzieci i bawilibyśmy się przedziwnym fioletowym jednorożcem ("jednorożkiem"), układalibyśmy wiersze metodą dada, gralibyśmy w państwa-miasta.

Ale to nie koniec. Nadal sprawdzałabym teksty i pisałabym, bo to lubię, a przecież dobrze jest robić coś na tyle często, by stawać się w tym coraz lepszym. Dobrze jest stawiać sobie wyzwania, a permanentne uczenie się i rozwijanie swoich umiejętności to coś, co nie tylko gwarantuje mi moja praca, ale – tak szczerze – mnie to po prostu jara, kręci, daje kopa. Nie tylko cieszy, ale wręcz ekscytuje.

No to chyba jestem tutaj wygrana, co?

Pisanie na zlecenie

Jestem początkująca w zawodzie, ale wydaje mi się, że mogę odmówić, jeśli zlecenie mi nie odpowiada. Nie napisałabym artykułu, w którym musiałabym ewidentnie skłamać lub napisać coś wbrew moim przekonaniom. Nie widzę żadnych przeciwskazań na temat używania kołder, więc chyba mogę o nich napisać tekst na stronę internetową. No chyba że nie mogę, bo to mi uwłacza. Naprawdę?

Zamiast rozważać etyczny wymiar pisania na zlecenie, wolę cieszyć się, że ktoś mi płaci za moją pasję, a ja się rozwijam, robiąc ciągle rzeczy nowe i dowiadując się coraz więcej. Ucząc się, czytając, ubogacając słownictwo i pojęcie o świecie. Nie czuję się sprzedajna, najpierw czytając o CNC, a potem pisząc o tym w miarę interesujący tekst. Czuję dumę, że dałam radę to zrobić, że mogę ćwiczyć, jak napisać ciekawie o rzeczy mi nieznanej i być może nawet – na pierwszy rzut oka – nieciekawej.

Poza tym gdyby ktoś umiał lub miał wystarczająco dużo czasu, by napisać sobie teksty na stronę, to by to zrobił. Nie ma nic złego w zlecaniu innym rzeczy, o ile kogoś na to stać. Zlecanie innym tego, co oni robią lepiej.

laptop_hires-jeshu-john-designerpics

(Narzędzie niegodnej, bo płatnej pracy. Źródło zdjęcia: ta strona)

Luksus zarabiania na pasji

Zarabianie na pasji to marzenie wielu. To luksus. Wielu fotografów chciałoby pokazywać swoje zdjęcia w galeriach, wydawać albumy, sprzedawać fotografie do gazet. Wielu poetów, dziennikarzy, pisarzy chciałoby utrzymać się z tego, co robią najlepiej. Nic w tym złego.

Mogę robić więcej niż praca w szkole. Niż korekta. Cały czas dążę do tego, by pisać coraz lepiej. Jeśli nie rozwija tego redagowanie, copywriting i blog, to co mogę jeszcze zrobić? Pisać do szuflady? To nic nie da. Nie rozwija. Zatrzymanie tekstu dla siebie nie pomoże mi w przekonaniu się, czy tekst spełnił swoją funkcję, czy trafił, czy poruszył, czy był mocny, ciekawy, zabawny, słaby, nijaki. Czy był chociaż niezły.

Wolne wnioski

Dobrze więc. Niesprzedajni są tylko ci, którzy wykonywaliby swoją pracę nawet wtedy, kiedy by nie musieli. Którzy nie brukają swojej działalności korzyściami finansowymi, ale robią to za darmo. Zaraz – ja piszę też za darmo. Np. tutaj. Spędzam dość sporo czasu, układając zdania, które być może przeczyta kilkanaście osób. I właściwie nic by się nie stało, gdyby nie zostały napisane.

Wnioskuję więc, że przynajmniej na blogu się nie sprzedaję. Mam taką nadzieję, bo to jednak jest trochę jakby obelga.

1 11 12 13 14 15 17