Ciekawostki z lamusa NK

kwintesencja reklamy

Kiedy mieszkałam w Łodzi, zrobiłam to zdjęcie, uznając je za kwintesencję marketingu i reklamy. Nie było jeszcze wtedy Facebooka ani Instagrama, więc umieściłam je na naszej-klasie. A ponieważ NK jest już totalnie passé, pomyślałam, że odgrzebię i odkurzę obrazki i ciekawostki tam umieszczone.

foto

To też Łódź. Miałam na studiach zajęcia z fotografii, naciągnęłam pończochę na aparat i zaliczyłam semestr między innymi dzięki temu zdjęciu.

brama

Przecież to oczywiste, że bramy się nie otwiera.

opóźniony

Łódź Kaliska. Nieważne, dokąd jedzie pociąg i skąd przybywa. Jedno jest pewne: jest już opóźniony.

inkarnacja Hitlera

Moim zdaniem ten kot to inkarnacja Hitlera.

jeżyki

Mama Jeżowa i jej liczne potomstwo.

strach siadać

Nie wiem, dla kogo przeznaczono miejsce w tramwaju oznaczone taką naklejką, ale ja bym nie siadła.

 

Notatki z lektury: „Skandynawski raj. O ludziach prawie idealnych”

Subiektywny wybór cytatów na temat natury Skandynawów. Ponieważ nadal nurtuje mnie kwestia milczenia i mówienia oraz nienarzucania się, znowu będzie sporo na ten temat. Ale nie tylko.

Szyldy w pewnym duńskim miasteczku

Nad wejściem do fryzjera wisiał szyld z napisem "Włosy". Pub nazywał się po prostu "Pub". Sklep z ubraniami i butami ośmielał się przyciągać uwagę przechodniów krzykliwą nazwą "Odzież i obuwie". Księgarnia działała jako Bog Handler, czyli "Handel książkami". Jeden ze sklepikarzy, najwyraźniej oburzony bezwstydną autopromocją uprawianą przez sąsiada, wybrał dla swego sklepu niewyszukaną nazwę "Nr 16". Inny, w obawie przed oskarżeniami o pychę, umieścił na szyldzie zwięzły napis "Shoppen", czyli "Sklep". Właściciele tych wszystkich sklepów wykazali się nie tylko brakiem zdolności marketingowych – oni wręcz manifestacyjnie wyrzekli się wszystkiego, na czym w powszechnym mniemaniu opiera się sztuka sprzedaży.

Jeden tylko sklep wyłamał się z powszechnej anonimowości i szczycił się zuchwale imieniem swojej właścicielki: "Obuwie u Bettiny". "Uważaj, Bettino – pomyślałem, mijając wejście – tutaj nie przepadają za takim szpanem".

Pisząc o agencji antyreklamowej, również cytowałam M. Bootha. Podejście do reklamowania siebie chyba na całym terenie okołoskandynawskim jest podobne.

Osobni Norwegowie

Norwegowie (…) zawsze woleli się trzymać na uboczu. Nawet w obrębie własnych granic pozostają rozproszeni, tak jakby próbowali się oddalić od siebie na możliwie największą odległość. I nawet w tych ze wszech miar słusznie nagłaśnianych przypadkach, kiedy wykazując się imponującą odwagą i pomysłowością, wyprawiają się w daleki świat – jak Roald Amundsen, Fridtjof Nansen, Thor Heyerdahl i im podobni – wydaje się, że dokładają wszelkich starań, aby trasy ich wypraw wiodły do miejsc, gdzie prawdopodobieństwo spotkania innych ludzi jest nikłe lub wręcz zerowe (…).

Odniosłem (…) wrażenie, że Norwegowie, oczywiście, uprzejmie witają gości, lecz nie zachęcają ich otwarcie do odwiedzin i woleliby raczej, żeby byli tak dobrzy i nie schodzili z pokładu swoich statków wycieczkowych.

Małomówność Finów

Żeby usłyszeć od Fina "kocham cię", trzeba czekać z 10 lat, ale wiadomo, że nie są to słowa rzucane na wiatr.

Fin w naszym towarzystwie może milczeć przez parę minut, a potem ni stąd, ni zowąd powie: "Daj mi tę kawę". Można by pomyśleć: "Kurczę, to było nieuprzejme", ale rzecz w tym, że jesteśmy przyjaciółmi i nie musimy wszystkiego werbalizować jak Anglicy z tymi ich okropnymi "Czy byłbyś łaskaw" i straszliwymi "Ależ proszę, dziękuję".

Rozumiem odpowiedzialność za słowo i bliżej mi do powściągliwości Finów niż do amerykańskiego zwyczaju mówienia w stylu "I love your muffins!".

I jeszcze słówko o znienawidzonym przeze mnie zwyczaju (przymusu?) prowadzenia rozmów zwanych small-talk. Na zadzierżgnięcie rozmowy np. na temat pogody odpowiadam zwykle błyskotliwym "Nooo…". Bo cóż tu można dodać. Pada, to pada. Jest ciepło, to jest ciepło. Tyle.

Finowie też tego nie umieją.

Największe wyzwanie stanowią dla nich niezobowiązujące rozmowy towarzyskie, pogaduszki o wszystkim i o niczym, coś, z czym radzą sobie nawet Norwegowie, jeśli tylko trochę się przyłożą.

(…) W tej części świata, gdzie skromność i równość cieszą się wielkim szacunkiem, nieśmiałość nie jest uważana za przejaw społecznego nieprzystosowania, lecz raczej za wyraz skromności, powściągliwości, gotowości do słuchania innych.

…i Szwedów

[Åke] Daun opisuje Szwedów jako nację samotników – z tych, co to podpierają ściany na potańcówkach – nękanych poczuciem niepewności; pisze, że wolą pójść schodami niż dzielić z kimś windę.

(…) Nie wiemy, jak rozmawiać z ludźmi, których nie znamy (…). To naprawdę ciekawe, bo większość ludzi lubi rozmawiać. W Europie południowej to najprzyjemniejsza rzecz w życiu. Mam koleżankę Francuzkę. Kiedy przyjechała do Szwecji, była przekonana, że rozmowy w autobusach są u nas surowo zabronione. Nie potrafiła znaleźć innego wytłumaczenia.

Pozawerbalne sposoby Finów na komunikowanie się

Wiemy już, że Skandynawowie nie są specjalnie rozmowni, ale to nie wszystko. Mają też tajemnicze, pozawerbalne sposoby komunikowania się. Niczym ultradźwięki emitowane przez nietoperze są one właściwie niesłyszalne dla reszty z nas. Jest to zbiór pozornie nic nieznaczących komunikatów niewerbalnych (…). Najpopularniejszym z nich jest krótki, ostry wdech połączony z lekkim chrząknięciem, który oznacza warunkową zgodę, coś w rodzaju "tak, ale". (…) Każda rasa i język ma swoje własne twierdzące "aha", enigmatyczne "hmmm" i inne krótkie sygnały werbalne, ale Skandynawowie uczynili z nich zasadniczy sposób komunikowania się.

Hit norweskiej telewizji

Jedną z oznak wyjątkowo silnego związku, jaki łączy Norwegów z ich środowiskiem naturalnym, jest oszałamiający sukces dwóch wstrząsająco nudnych programów telewizyjnych wyemitowanych w ostatnich latach. W pierwszym pokazywano w czasie rzeczywistym trwający siedem godzin przejazd pociągu przez góry z Oslo do Bergen. Obraz był przekazywany z kamery zainstalowanej po prostu na lokomotywie ciągnącej skład. Wyobrażam sobie, że tunele musiały być wyjątkowo pasjonujące.

W drugim popularnym programie transmitowano na żywo podróż promu norweskich linii Hurtigruten z Bergen do Kirkenes na północy Norwegii. Przez sześć dni. Non stop.

[Program] stał się wyjątkowym zjawiskiem telewizyjnym i kulturowym, oglądała go bowiem połowa populacji. Ludzie urządzali imprezy towarzyskie połączone z oglądaniem Hurtigruten, tłumy wylegały na wybrzeże, żeby palić ogniska i machać z brzegu do przepływającego nieopodal promu (…). Jak się okazało, był jednym z najpopularniejszych norweskich programów telewizyjnych wszech czasów, a przecież realizatorzy pokazywali wyłącznie widoczki…

Ale jakie widoczki!

Może na przykład takie:

Tana Bru, autor zdjęcia Mariusz Bieniek.

Fińska siła sisu

Wszystko to prowadzi nas nieuchronnie do sisu, umiłowanego (przez Finów) i znienawidzonego (przez Szwedów) ducha wytrwałości, odporności i męskości. To pojęcie zawiera w sobie poczucie milczącej, zdecydowanej siły, pewności i niezawodności; oznacza zdolność do okazywania niezachwianej determinacji w obliczu przeszkód nie do pokonania, którą można by nazwać swego rodzaju aktywnym stoicyzmem. Kiedy psuje się autobus, duch sisu każe pasażerom wysiąść i pchać pojazd bez słowa skargi. Sisu jest szczytem aspiracji fińskiego mężczyzny, granitowym podłożem narodowej gleby. Czy jednak to samo sisu każe ci odmówić skorzystania z pomocy lekarskiej, kiedy po obaleniu flaszki wódki stolichnaya padasz twarzą w śnieg i odmrażasz sobie nos?

***

Autor na pewno potwierdza niektóre stereotypy, choć prawdą jest również, że w Skandynawii można spotkać gaduły i osoby z iście południowym temperamentem. Jej wartością jest na pewno błyskotliwość stylu, humor i ciepłe spojrzenie na (chłodnych?) Skandynawów, przyjrzenie się ich historii, kulturze i obyczajom, np. dlaczego Duńczycy uwielbiają umieszczać wszędzie swoją flagę, a Norwegowie przebierają się dziwacznie z powodu pewnego święta; dlaczego Finowie kochają chodzić do sauny, a Islandczycy spowodowali krach gospodarczy. I tak dalej.

Jak tak sobie czytam fragmenty lub chociażby spis treści, to mam ochotę przeczytać całą książkę raz jeszcze.

***

Michael Booth, Skandynawski raj. O ludziach prawie idealnych, Wydawnictwo UJ 2014, s. 88-89, 174, 189-190, 208, 215, 218, 226, 275-6.

 

 

Kilka słów o upomnieniu

Zacznę od klasyki cytatu:

Gdy brat twój zgrzeszy przeciw tobie, idź i upomnij go w cztery oczy (Mt 18,15).

Czasem sobie myślę, jak to pięknie na świecie byłoby, gdybyśmy tego przestrzegali. Ale wszyscy. Wobec każdego.

Z moich obserwacji wynika, że nie umiemy zwracać sobie uwagi prosto w oczy i unikamy konfrontacji. Ci, którzy umieją, są traktowani trochę na dystans: są tak bezpośredni, czasem tak ostrzy, że aż strach się z nimi zadawać. Bo nie lubimy też słuchać prawdy rzucanej między oczy. Łatwiej być wiecznie miłym, udawać, że nic się nie dzieje, chwalić. A ganić tylko za plecami.

Trochę to dziecinne.

Wracając do cytatu: jakie to jest proste z założenia – załatwiać sprawy między sobą. Podpadłam Ci – przyjdź i mi powiedz. Nie pozwól, bym dowiedziała się od obcych albo usłyszała niechcący, przechodząc. Nie idź z tym do innych, a już stanowczo – nie idź najpierw do innych. Moja szefowa też nie musi wiedzieć pierwsza, że ja zrobiłam coś nie tak. Warto najpierw zwrócić uwagę mnie, bo może uda się załatwić to w cztery oczy. Może obejdzie się bez rozlewu krwi.

Tylko że to jest cholernie trudne do zrobienia.

Według mnie miarą dojrzałości jest to, czy i jak zaznaczamy swoje terytorium, swoje możliwości, czy i jak umiemy zwrócić uwagę – zrobię to, nie zrobię tego, nie dam rady, to mi się podoba, to nie, to mi sprawiło przykrość, a to zdenerwowało, wkurza mnie Twoje podejście.

Druga rzecz: przyjmowanie krytyki. Jeśli poczuwam się do winy, przepraszam, obiecuję poprawę i już, tyle. Bez obwiniania się i mieszania z błotem, kajania i przepraszania po wielokroć, bez rozpamiętywania. Sobie też trzeba umieć wybaczyć, a potem już nie wracać do tego.

A czasem już to, że ktoś zwróci uwagę, wystarczy.

***

Dalej w ewangelii jest o tym, że jeśli upomnienie w cztery oczy nie poskutkuje, trzeba wziąć jeszcze jedną lub dwie mądre osoby i pogadać, a jeśli nie, dopiero wtedy można publicznie ogłosić czyjąś winę, nieprawość, uchybienie, wadę. Bo miał powiedziane, a nie poprawił, mimo upomnień.

Według mnie jest to całkiem życiowa rada.

Moc słowa

Jestem głęboko przekonana, że to, co mówimy dziecku, ma wpływ na jego samoocenę. Podkreślanie jego dokonań, zalet i umiejętności sprawia, że ono rośnie również w swoich oczach. Etykietowanie w stylu: "Oczywiście, znowu Ty", "Zawsze jesteś niegrzeczny", "Tylko przyszedłeś i już jest głośno (nieporządek, bójki, kłótnie, cokolwiek)" – przyczepia mu łatkę tego gorszego, niegrzecznego, tego, który psuje i odstaje od reszty.

Bo właściwie co to znaczy niegrzeczne dziecko? Jeśli energiczne, rozgadane, śmiałe, to absolutnie nie zgadzam się z nazwaniem go niegrzecznym. Owszem, życie w społeczeństwie nauczy go, kiedy słuchać innych, kiedy milczeć, a kiedy wtrącać swoje trzy grosze, kiedy odezwać się (w czyjejś lub swojej obronie) – ale nie brońmy mu być energicznym i śmiałym. To mu się przyda w życiu.

***

Dziewczynki, które słyszały przez całe dzieciństwo, że są ładne, jako kobiety nie będą miały kompleksów na tym punkcie. Przyjmą po prostu, że nadal są ładne. Dzieci, które słyszą, że są głupie i nigdy nic nie wiedzą, będą próbowały udowodnić, że to nieprawda, będą się zakrywać za kolejnymi fakultetami – albo nie będą nic udowadniać, tylko uwierzą i pogodzą się z tym, co usłyszeli.

***

Jestem przekonana, że słowa mają moc: potrafią wynosić pod niebiosa i rzucać w otchłań.

Jeśli ktoś chwali się sukcesem, można powiedzieć: "Świetnie, zasłużyłeś na to", "Ciężko na to pracowałeś", "Wreszcie robisz to, co lubisz". Ale można też skomentować to w stylu: "Dobrze, że chociaż tyle, że chociaż to ci się udało", "Fajnie, że to ci się trafiło".

Jest różnica?

Niewymuszone

Lakoniczność może być formą obrony przed zagadaniem.

Internet jest przegadany.

Ogrom blogów, stron, artykułów i treści, za którymi nie nadążam.

Nie chcę mówić zbyt wiele.

Lepiej pozostawić niedosyt, niedopowiedzenie. Kiedy doczytasz do końca wpisu, może pojawić się myśl, że jeszcze można by coś dopisać, uzupełnić. Zapraszam do tego. Dopisz. Skomentuj. Dodaj coś od siebie, by ten tekst był pełniejszy.

Ja nie muszę Cię przesycić słowami. Nie chcę Cię zagadywać, Czytelniku. Twój czas jest zbyt cenny.

Bardzo odpowiada mi milczenie, które można dopełnić.

***

Słowa niewymuszone to najlepsze ze słów.

calmness

Fotografia stąd.

Zrób sobie piekło. Krótki poradnik, jak zatruć życie sobie i innym

Wszyscy dookoła mają lepiej niż Ty? Nie narzekają, są uśmiechnięci i cieszą się tym, co mają? Wydają się szczęśliwi? Nie można tego dłużej tolerować. Oto kilka wskazówek, jak dokopać ludziom i popsuć im dobry humor.

Bądź zawistny

Ktoś, kto ma lepiej, na pewno sobie na to nie zasłużył. To Ty sobie zasłużyłeś, a nie masz. Ten ktoś na pewno ukradł, skombinował albo ma znajomości, układy. Takiej osobie należy się tylko Twoja nienawiść i pogarda.

Obśmiewaj wygląd

Ktoś ma nadwagę albo zeza – to świetny temat do żartów. Patrz na osobę przez pryzmat jej dużego tyłka i nie traktuj jej poważnie. W końcu jak szanować kogoś z dużym tyłkiem albo zezem? No właśnie.

Deprecjonuj innych. W końcu jesteś od nich lepszy i ładniejszy.

Używaj tylko silnych, pogardliwych inwektyw

Koleżanka z pracy to zdzira i podła suka. Nie lubisz jej, więc masz prawo ją obrażać za jej plecami. Tak właśnie robią dorośli ludzie.

Dokuczaj, rób na złość

Ktoś Ci podpadł? Podłóż mu nogę, nie odpowiedz na "Dzień dobry", ignoruj, zrób jakieś świństwo. Zapamiętaj mu to. Niech wie, że z Tobą nie ma żartów.

Zawsze spodziewaj się po ludziach tylko najgorszego

Bo tacy właśnie są ludzie. Najgorsi.

Zwracaj uwagi głównie na wady. Zalety są dla słabych.

***

Udało się? Możesz sobie pogratulować. Właśnie uczyniłeś świat gorszym miejscem.

Agencja antyreklamowa

Mogłabym pracować w agencji antyreklamowej. Nie lubię zachwalać, przekonywać, a wciskać komuś czegoś na siłę – tego wręcz nie cierpię. Słaba jestem w argumentowaniu. Uważam, że produkt powinien bronić się sam. Jeśli jest Ci potrzebny, to bierz. W przeciwnym razie nie zawracaj sobie głowy. Wiem, wiem, to tak nie działa w dzisiejszym świecie.

Po lekturze książki o Skandynawii czuję się duchową siostrą wszystkich skromnych i małomównych Finów, którzy nie mają w zwyczaju się chwalić ani zbytnio się rozwodzić na temat zalet jakiejś rzeczy.

Weźmy na przykład śrubkę. Amerykanin, prezentując tę śrubkę, powiedziałby coś w stylu: "Ta śrubka odmieni twoje życie. Uczyni cię szczęśliwym człowiekiem. Jest to najlepsza śrubka na świecie", a potem rozwodziłby się dwie i pół godziny na temat technicznych detali jej budowy. Fin powie po prostu "Masz tu śrubkę" (Michael Booth, Skandynawski raj, s. 218).

Jeśli chodzi o zakupy, jestem zwolenniczką minimalizmu i rozwagi posuniętej do granic ostatecznych. Najpierw pytam sama siebie, czy jest mi to niezbędne. Czy jestem w stanie wydać na to tyle pieniędzy. Jeśli jest to ubranie, musi pasować do kilku innych ubrań (robię w myśli szybki przegląd, tworząc kilka zestawów niczym z Szafy Minimalistki). Musi być w odpowiednim dla mnie kolorze (bazę mam w głowie), podkreślać i zakrywać to, co trzeba. Muszę się w tym dobrze, wygodnie czuć. Musi mi być potrzebne. Po spełnieniu tych licznych warunków odkładam rzecz na miejsce i wychodzę, żeby dać sobie jeszcze trochę czasu na ostateczną decyzję.

***

Mogę odradzić komuś kupno jakiejś rzeczy. Właściwie mogłabym pracować jako zakupowy odradzacz. Pytałabym:

Na pewno tego potrzebujesz?

Po Co ci to? Przecież masz już coś podobnego.

Czy to na pewno jest w Twoim stylu?

Czy jesteś absolutnie pewien, że będziesz tego używał?

Użyjesz raz i rzucisz w kąt.

Masz tyle miejsca w szafie/w pokoju/na półce?

***

Mogę też sięgnąć po ostateczny argument: czymże jest ta kolejna rzecz wobec wieczności? Ewentualnie wersja dla ateistów: i tak wszyscy umrzemy, po co ci to?

Galeria muzealnych ciekawostek

Słyszałam, że Instagram służy przede wszystkim do fotografowania jedzenia. Jeszcze nie odważyłam się pokazać światu mojego śniadania i nie wiem, czy i kiedy to nastąpi. To narzędzie służy mi raczej do dokumentowania rozmaitych ciekawostek, rzeczy, które zwróciły uwagę, zachwyciły, rozczuliły czy zdumiały. Jakoś tak się dziwnie składa, że spora część z nich pochodzi z muzeów.

Kto jeszcze nie widział, zapraszam.

dentysta

Witamy u dentysty (Muzeum w Raciborzu)

 

podręcznik

Dentysta ów uczył się pilnie, np. z takiego podręcznika (Racibórz ponownie)

szkłoOszklone eksponaty muzeum w Uppsali. Gra świateł

miś czy cośNiedźwiedź? Kosmita? Nie, to kolędnik z Muzeum w Raciborzu!

krzesłoTo raczej galeria niż muzeum: w hostelu w Sztokholmie napotkaliśmy krzesło van Gogha, tylko bez fajki

mamuciTrzy mamucie zęby (Muzeum w Raciborzu)

siekierkaGroźna para (Szczepan Mucha, "Maślara", "Drwal", Muzeum Etnograficzne w Krakowie)

buciki samaBuciki małego Saama. Nordiska Museet w Sztokholmie (mogłabym tam zamieszkać)

frasobliwi          Jezusowie frasobliwi (Muzeum Etnograficzne w Krakowie) stołek piesStołek-pies nieco obrażon (Nordiska Museet)

łapkaWIelce gustowny świecznik (Nordiska Museet)

realnośćRealność została osierocona (Muzeum Etnograficzne w Krakowie)

piesekPiesek o (o)błędnym spojrzeniu. Maska kolędnika z Muzeum w Raciborzu

misiek wkurzonyTen niedźwiedź albo się rozzłościł, albo tańczy (Muzeum Etnograficzne w Krakowie)

raciczkaIdealny prezent pod choinkę według Szwedów: świńska raciczka; jest nawet liścik (Nordiska Museet)

kopytko Fragmenty mioceńskich zwierzątek (zamek w Dobczycach)

zasmucn misiekMisiek zasmucony (Nordiska Museet)

konewka na lisyI na końcu coś, co wydaje mi się najbardziej zadziwiające. Konewka na lisy z Muzeum Etnograficznego w Krakowie. Jak to brzmi! Konewka! Na lisy!

Adwent w cieniu choinki

Kultury ludowe i obrzędy religijne pozwalają wyodrębnić pewne okresy przygotowywania się do czegoś ważnego. Rytuały przejścia mają na celu danie trochę czasu na przejście z jednego stanu do drugiego. Potrzebuje tego i ten konkretny człowiek, i cała społeczność. Na przykład narzeczeństwo ma na celu między innymi przygotowanie do zmiany statusu społecznego, ale też przyzwyczajanie rodziny i otoczenia do tego, że zmiana nadchodzi. Ciąża jako przemyślenie czy "przetrawienie" w sobie odmiennego stanu i przygotowanie na przełom, który nastąpi. W Kościele katolickim: adwent jako przygotowanie do Bożego Narodzenia i wielki post prowadzący do Wielkanocy.

Tylko mam wrażenie, że ten adwent jest trochę stłumiony. W wielkim poście przez sześć tygodni nie godzi się zaśpiewać pieśni wielkanocnej czy ostentacyjnie się bawić, bo taka osoba jest (przynajmniej w kręgach kościelnych) piętnowana. W adwencie kolędy słyszy się niemal tak samo często, jak pieśni adwentowe, których w ogóle jest chyba mniej i nie są aż tak dobrze znane.

Adwent ma swoje pieśni, swoje charakterystyczne cechy i atrybuty (roraty, lampiony, kalendarze, fioletowy kolor podczas liturgii), a mimo to – jeszcze zanim nastanie i już w trakcie trwania – słychać kolędy i ckliwe piosenki o śniegu, miłości i jemiole, już nam się pcha przed oczy choinki, bombki, mniej lub bardziej udane reprodukcje Mikołaja. Ten czas świętowania przesuwa się coraz dalej, rozrasta się. Trzeba się pilnować, by w ogóle poczuć cokolwiek z oczekiwania, skoro to wszystko jest niemal już, teraz, na wyciągnięcie ręki (najlepiej od razu z portfelem w dłoni).

Osobiście nie przepadam za nadmiarem i natłokiem zarówno dekoracji świątecznych, jak i wszechobecnością kolęd. Dzwonienie dzwonków preferuję raczej w szkole, sanie, renifery i czerwononosy Mikołaj mnie nie rozczulają, podobnie jak reklamowe obrazy szczęśliwych rodzin przy błyszczącej choince, odpakowujących kolejne prezenty. Nachalność retoryki bożonarodzeniowej grubo przed czasem jest dla mnie męcząca. Adwent wycisza, kieruje uwagę na to, że to jeszcze nie już i że czasem czekanie też jest ważne.

drzwi

Fot. Mariusz Bieniek.

Notatki z lektury: „Historia śmierci”

Skończyłam niedawno czytać książkę o historii śmierci. Postanowiłam podzielić się tutaj kilkoma ciekawostkami i myślami wartymi przeanalizowania.

Związek między osadnictwem a religiami

Społeczności myśliwsko-zbierackie musiały podróżować "lekko" – zarówno w sensie ekwipunku, jak i w znaczeniu kulturowym. Ich życie wewnętrzne mogło być bogate, ale nie czuli potrzeby uzewnętrzniania go i celebrowania. Złożone kosmologie wielkiego świata religii zostały stworzone przez społeczności osiadłe, które miały ku temu warunki – wyznaczonych kapłanów, cechy kreatywnych rzemieślników i artystów i tak dalej.

Postrzeganie pracy w zaświatach

Okazuje się, że według wyobrażeń starożytnego Egiptu na tamtym świecie ktoś jednak musi pracować. Ktoś, ale najlepiej nie ja. Jak się da, to trzeba się starać tej pracy unikać.

Ci, którzy mogli sobie na to pozwolić, zabierali w zaświaty swoich służących szabti, aby wyręczani przez nich, mogli tam beztrosko spędzać czas. Niektórzy zmarli byli też uzbrojeni w zaklęcia, które pozwalały im uniknąć obowiązku pracy. Jedno z takich zaklęć pokazywało, "jak nie sczeznąć po śmierci i nie pracować". Krótką formułę zapisaną na skrawku papirusu umieszczano przy ciele zmarłego lub wsuwano między bandaże mumii.

Zabijanie przedmiotów

Ewenowie, hodowcy reniferów w północnej Syberii, praktykują osobliwy zwyczaj: zabijanie przedmiotów po śmierci danej osoby. To musi wyglądać przejmująco.

Odwiedzenie współczesnych grobów Ewenów oznacza zmierzenie się twarzą w twarz z pełnym grozy milczeniem potrzaskanych przedmiotów, złożonych w mogile lub rozrzuconych wokół niej. Wszystkie one zostały symbolicznie "zabite", tak aby również mogły przejść do innego świata. Butelki z wódką zostały rozbite, papierosy – przełamane na pół, drewniane sanie – pogruchotane, puszki – pogniecione, a rury instalacji sanitarnych – podziurawione. Na grobach dzieci poniewierają się rozdarte zabawki i okaleczone lalki.

Zjadacze grzechów

Jeszcze bardziej osobliwa była wiara w to, że z kromką chleba można zjeść grzechy zmarłej osoby.

W hrabstwie Hereford był stary zwyczaj związany z pogrzebem: opłacania ubogich, którzy przejmowali na siebie wszystkie grzechy popełnione przez zmarłego. (…) Zwyczajem było, że gdy ciało zmarłego zostało wyniesione z domu i umieszczone na katafalku, przynoszono bochenek chleba i wręczano go zjadaczowi grzechów nad ciałem zmarłego. Otrzymywał on również (…) puchar z piwem (…) oraz sześć szylingów jako potwierdzenie przyjęcia na siebie wszystkich grzechów zmarłego w celu ochronienia go przed ewentualnością błąkania się na ziemi już po śmierci.

Procederu dokonywali m.in. angielscy chrześcijanie (źródło), teoretycznie przekonani o odkupieniu i zgładzeniu grzechów przez Jezusa, ale może pomyśleli, że warto się dodatkowo zabezpieczyć.

Sziwa i wspomnienia o zmarłym

Pierwsza faza żałoby w judaizmie, sziwa (dosłownie "siedem"), trwa zgodnie ze zwyczajem siedem dni. (…) Żałobnicy powinni pozostać przez cały ten czas w jednym miejscu. (…) Podczas sziwy nie mogą się kąpać ani brać prysznicu [sic!], nosić skórzanych butów czy biżuterii. Mężczyźni nie mogą się golić, wszystkie lustra należy szczelnie zasłonić. Żałobnicy powinni siedzieć na podłodze lub na niskich stołkach, aby pokazać, jak przytłoczeni są odejściem zmarłego. W trakcie sziwy odwiedzają ich krewni i przyjaciele, którzy dzielą się z nim wspomnieniem o zmarłym.

Bardzo mi się podoba ten ostatni aspekt żałoby. Chciałabym, żeby po mojej śmierci znajomi zbierali się, prawili i gwarzyli: "pamiętasz, jak Magda…?" Mogliby przytaczać żenujące, rozśmieszające i wzruszające historyjki. Sama bym ich chętnie posłuchała.

A na koniec urocza ciekawostka z Indii:

Najczęściej stało tam murowane palenisko z płyt kamiennych, które sprzątano przed ceremonią kremacji; wyrazem najwyższej troski o zmarłego było oczyszczenie takiego paleniska łajnem świętych krów.

***

Cytaty zaczerpnięte z książki M. Kerrigana pt. "Historia śmierci. Zwyczaje i rytuały pogrzebowe od starożytności do czasów współczesnych", tłum. S. Klimkiewicz, Bellona, Warszawa 2009, s. 24, 50, 76, 165, 197, 204.

1 11 12 13 14 15 16