Tekst a ciało, czyli co boli korektora

Korektor zawiązuje z tekstem bardzo silną więź.

Poświęca mu każdą wolną chwilę. Przychodzi do domu i siada do komputera, bo tekst czeka, zaniedbany, wołający o uwagę. Korektor myślał o nim, gdy byli daleko od siebie.

Tekst wymaga czasu i uważności.

Czytam go jak w hipnozie. Najpierw jest pierwsza fascynacja i ciekawość, potem przychodzi znużenie, znudzenie monotonią, aż w końcu mam go dosyć. Ale nie mogę go zostawić. Muszę poświęcać mu dużo czasu, bo on tego ode mnie wymaga. Przypomina to trochę toksyczny romans: nie mogę spokojnie spać i jeść, tylko że ta relacja jest o tyle bardziej popaprana, że w grę wchodzą pieniądze.

Bywają noce, które spędzam z tekstem zamiast z mężem.

Tekst jest ważniejszy niż odczucia i potrzeby korektora. Nierzadko wszelkie plany i nadzieje trzeba odłożyć, bo TEKST wymaga. Czasem jest ważniejszy niż inni ludzie.

***

Tekst bywa zazdrosny i zaborczy. Niezdrowo przywiązuje do siebie, a czasem nawet boli.

Ciało po całodziennym i częściowo nocnym kontakcie z tekstem jest napięte i zastygłe od przyjmowania jednej pozycji. Po skończonym rozdziale wstaję, prostuję się i odkrywam na nowo krwiobieg, mięśnie, użyteczność i funkcjonalność kolan. Nadgarstki są niewymownie wdzięczne.

Tekst jest nieraz ważniejszy niż kręgosłup ("Zaraz wstanę i poćwiczę, tylko dokończę stronę. Nie chcę odrywać myśli i przerywać w połowie, bo potem muszę zaczynać od nowa").

Mój kręgosłup jest czasem zawinięty jak litera C, a kolana bolą jak po oddaniu wielogodzinnego wiernopoddańczego hołdu.

Tekst – cichy sprzymierzeniec rehabilitantów.

Umysł kołowacieje, oczy są otumanione. Kręci się w głowie od słów i konstrukcji, próbuję zrozumieć ogólny sens kolejnego zawiłego zdania, a tu literki płatają figle, zamieniając się miejscami z kolegami z jednej linijki. Trzpioty jedne. Nie zauważyłeś tego, powie klient.

Tekst jest ważniejszy od szczypiącego oka. Tu się toczy wielka walka o poprawność, jasność, sens. Oko, szczyp mnie kiedy indziej.

***

A potem nagle przerwa, podczas której odkrywam świat pozaliteracki i to zawsze tak bardzo zadziwia. Oczy rejestrują świat w oddali, horyzont, drzewa, góry, półki, ściany, twarze bliskich. Jest wiele rzeczy, o których zapomniałam tylko dlatego, że znajdują się dalej niż pół metra ode mnie.

Tekst – przyjaciel krótkowidzów. Nie patrzę na horyzont, za to dziesięć i czternaście godzin dziennie patrzę w litery, które są tak blisko.

Tekst woli okularników. Miłość przez szybę – z jednej strony (korektor) wierna, z drugiej (tekst) zaborcza.

***

Praca z tekstem niczym manichejska walka między ciałem a duchem. Umysł jest skupiony, napięty do granic niemożliwości, działa na najwyższych obrotach, a ciało czeka potulnie na swoją kolej.

"Za chwilę. Tylko dojadę do końca akapitu, strony, rozdziału. Zaraz zrobię przerwę. Tylko dokończę to zdanie."


(fotografia z unsplash.com)

Żona męża swego

Mój mąż stara się być szorstki i na dystans, ale tak naprawdę nie widzi poza mną świata.

Nie mówimy do siebie po imieniu, bo tak jest zabawniej: używać panieńskiego nazwiska, używać skrótu nazwiska, którego oboje używamy. Kpimy, przekomarzamy się.

Siedem lat temu weszłam na jego blog i pomyślałam: ładnie pisze, świetnie fotografuje, szkoda, że ma takie imię.

***

Długo byłam sama.

Znałam kiedyś chłopca, z którym po sprzeczce nie można było dojść do porozumienia. Tak jakbyśmy szli po równoległych liniach. Spotkanie i zrozumienie okazało się niemożliwe.

Znałam mężczyznę podobnego do George'a Clooneya i być może zostałabym może panią Clooneyową, gdyby nie to, że nie mieliśmy wspólnych tematów do rozmowy. Pamiętam jeden wieczór, bukiet kwiatów, długo wyczekiwana randka i rwące się wątki rozmów.

Pierwsza rozmowa z moim przyszłym mężem odbyła się w nocy i trwała cztery godziny.

Mój mąż czyta więcej ode mnie, a lista jego zainteresowań stale się wydłuża. Starannie i ładnie pisze. Stylizuje na poczekaniu. Wśród bogactw świata jemu dane jest w posiadanie bogate słownictwo. Wynajduje zapomniane słowa i wprowadza ponownie w obieg.

Potrafi zadzwonić do mechanika i zapytać:
 Dzień dobry, czy mógłbym Panu podrzucić samochód do oględzin?

Jest krytyczny jak nikt. Jak chwali, to znaczy, że naprawdę mu się podobało. Jest najbardziej szczerym i autentycznym człowiekiem, jakiego znam. Prostota przekazu, celność uwag. Autoironia.

***

Czasem zdarza mi się wysłać swoje cv w odpowiedzi na jakąś ofertę. Nie żebym oczekiwała odpowiedzi. Zwykle nikt nie odpowiada, ale wysłać można. Formularz wysyłania okazał się bardzo skomplikowany i szczegółowy. Aplikując, wiedziałam już, że mam raczej marne szanse, więc pisałam trochę poważnie, trochę niepoważnie.

Formularz: opisz krótko, kim jesteś.

Ja: polonistką, korektorką, żoną męża swego.

selfik maj 2015

Zawód

Niektórzy ludzie gorzknieją z czasem.

(dopisek mojego męża: niektórym ludziom czas gorzknieje)

***

Czasem zdarza mi się słyszeć, raz za razem:

"Ale jest gówno w tej telewizji".

"Ale z niej szkarada".

"Dzisiaj jest Dzień Życzliwości. Co za debilizm!"

"Znowu deszcz. Ależ się cieszę".

"– Nie zapowiada się ładna pogoda w weekend.

– Nie martw się, w poniedziałek znowu pójdziesz sobie do pracy i będzie pogoda. Pogoda jest dla bogaczy, nie dla biedaków".

***

Innym ludziom jest zawsze lepiej. Z takim podejściem nigdy nie ucieszysz się tym, co masz.

***

Przykro mi, że jesteś nieszczęśliwy. Chciałabym, żebyś nie musiał się tak czuć, ale obawiam się, że poniekąd sam tego chcesz.

Homonimy, synonimy: Zawód – zawód

Wykonywany zawód po wielu latach może stać się już tylko rozczarowaniem. Możesz przestać czuć się potrzebny. Możesz się wyeksploatować, możesz stwierdzić, że nigdy tak naprawdę nie chciałeś tego robić, tak wyszło i już zostało. Mogło Ci się kiedyś chcieć, ale już dawno przestało.

Małżeństwo rozczarowuje. Miłość się zakurzyła i wypłowiała jak zdjęcie. Ludzie bliscy są już tylko z nazwy. Z dzieci też można nie być dumnym, bo chciało się inaczej.

Inaczej sobie wyobrażaliśmy dorosłe życie. Mieliśmy spełniać marzenia i zmieniać świat.

Czasem w autobusie lub tramwaju mijam ludzi o zrezygnowanych twarzach.

Ludzie smutnieją i chodzą coraz bardziej rozgoryczeni.

Trudno to ukryć.

Trudno temu zaradzić.

ściana

(Źródło fotografii: tutaj)

Prezent

Wiadomo, że dając komuś prezent, najważniejsza jest radość (a czasem też zaskoczenie) danej osoby. Podczas kupowania prezentów i obdarowywania można przyjąć kilka strategii.

1. Daję to, co uważam, że będzie dla Ciebie najlepsze. Bo tak uważam.

Na przykład parasolka (dla osoby, która nie używa takich sprzętów) czy żółty szalik (dla kogoś, kto nie nosi żółtego). Kolejne rękawiczki, dresy, koszule, bo może się przydadzą (mężczyźnie).

2. Daję prezent kurtuazyjny. Każdemu się przyda, to i Tobie powinien, choć nie wiem na pewno, bo się nie wgłębiałem w temat.

Zestaw kosmetyków, świeczka, ramka, kalendarz.

3. Daję to, co może być dla Ciebie zaskoczeniem, ale na pewno się ucieszysz.

Drzewo do zasadzenia, album ze wspólnymi zdjęciami, zebrane cytaty o Tobie. Wycieczka-niespodzianka. Puzzle z ulubionym obrazem.

4. Daję to, czego sobie życzysz, a co aprobuję.

Książka o Skandynawii lub typografii, garnek do gotowania na parze.

5. Daję to, co lubisz dostawać, choć zupełnie nie rozumiem, dlaczego chcesz to dostać.

Np. kwiaty, kolejny notatnik czy karteczki samoprzylepne, pudełko na drobiazgi.

6. Daję to, czego potrzebujesz, tylko jeszcze tego nie wiesz.

Myszka do komputera, klawiatura ergonomiczna, termos.

7. Daję to, co uważam, za słuszne, mimo że prawdopodobnie chciałabyś coś innego.

"Nie dam Ci kwiatów na Dzień Kobiet, bo uważam to za zbędny i niepraktyczny prezent, więc proszę: czekoladki".

Ja akurat nie mam nic przeciwko kwiatom. 

Ani drzewom, książkom, myszkom i termosom.

Jak już mówiłam, chodzi o radość.

kaboompics.com_Little Christmas Gift on the Plate

(Tak dla niepoznaki: prezent świąteczny. Malusieńki. Wzięłam go stąd)

Skrawki rozmów: rodzina

Fragmenty dialogów z życia mojej rodziny.

Dziadek

Dziadek (93 lata, wdowiec, ojciec szóstki dzieci, dziadek i pradziadek naprawdę sporej gromady): Wyszedłem na spacer poszukać jakiejś niewiasty, ale żadnej nie było.

***

– Ile dają na dziecko? 500 zł? Odmłódźcie mnie tylko, a zaraz się tym zajmę.

Rodzice

Mama, podając tacie żołądek i serce kury z rosołu: Dałam Ci serce? Dałam.

***

Rodzice oglądają w tv galę rozdania nagród. Kamera uchwyciła wśród publiczności pewnego jegomościa w nakryciu głowy.
Tata: A czemu on nie zdjął czapki?
Mama: Bo on jest wielki artysta śpiewak.

***

Tata i mama oglądają występ aktora i piosenkarki, którzy śpiewają energetyczną piosenkę.
W pewnym momencie tata mówi:
– Wystarczy.

***

Siedzimy w kuchni z rodzicami, trwa produkcja drożdżówek.
Mama: Jeszcze się nie upiekły.
Tata: To idę.
Mama: Ale kawa już jest.
Tata: To nie idę.

***

Mama (o ofertach z sieci komórkowej): dzwonił do mnie, proponował telefon, promocje, dopiero, jak mu powiedziałam, ile ja dzwonię (50 zł mi starcza na 3 miesiące), to się uspokoił.

***

Finał "Jeden z dziesięciu": odpadli konkurenci, gra ostatni uczestnik z jedną szansą. Pierwsze pytanie dla niego – nie zgadł.
Mama: No widzisz? aleś się nagrał.

Mąż

– Jesteś kaszalotem.

– A Ty jesteś ryżolotem.

***

– …i tak nazywano Demeter.

– A nawet Decentymeter.

***

– Nie da się ukryć, że Wenus z Milo to Ty nie jesteś.
– Bo mam ręce.
– No właśnie.

***

– Jak się nazywa ten zespół, często leci w Antyradiu, imię i coś tam.

(ktoś wie?)

– Florence + The Machine.

– No właśnie.

(tym sposobem wygrałam konkurs na czytanie w myślach)

***

Mąż pokazuje mi zdjęcia w afrykańskiej rzeczywistości. W roli głównej zwierzęta.

– O, a tutaj lion.

– Lionel.

– Lionel Ryczy.

Każdy człowiek się kiedyś sprzeda. Wystarczy podać cenę

– Mam nowy zawód. Zostałam copywriterem.

– A co dokładnie robisz?

– Piszę teksty na zlecenie.

– Każdego człowieka można kupić.

– ???

– Każdy się kiedyś sprzeda, wystarczy podać odpowiednią cenę.

Czyli rozumiem, że pisanie na zamówienie jest hańbiące. Moją umiejętność pisania po polsku zamieniłam na niegodny zarobek. Wymyślanie i formułowanie za tych, którzy tego nie potrafią, nie mają czasu, ale mogą za to zapłacić – jest nie do przyjęcia.

Copywriter – zawód sprzedajny. Ktoś jeszcze?

Zaraz, może się mylę, ale czy ludziom nie powinno się płacić za wykonywanie swojej pracy? Może nazwiemy sprzedajnymi wszystkich, którzy robią cośkolwiek za pieniądze? Fryzjer, mechanik, hydraulik sprzedaje swoje umiejętności i wiedzę. Nauczyciel sprzedaje swój wolny czas i energię na sprawdzanie klasówek i stanie przy tablicy przed obcymi dziećmi, a może wolałby w tym czasie pobyć ze swoją rodziną. Może tłumacz chętnie spędziłby większość swoich dni jedynie na czytaniu, bez konieczności przekładania przeczytanych stron na inny język? Ale ponieważ musi zapłacić rachunki i kupić jedzenie, musi robić coś, za co mu zapłacą. Malarz sprzedaje obrazy, a pisarz książki – efekty swojej pracy. Jak każdy.

Każdy się kiedyś sprzeda

Sama byłam ostatnio zmuszona wstać o piatej rano i pojechać do pracy na zastępstwo. Sprzedałam kilka godzin z mojego życia, bo mi zapłacili. Wstyd. Powinnam była odmówić i nie przyjechać? A może przyjechać, odpracować swoje, a następnie odmówić płacy? Niejeden pracodawca byłby zachwycony takim stanem rzeczy.

Ocieramy się tutaj o niezły absurd: praca dla idei, co niemalże prowadzi do głodowania w poczuciu szlachetności i bycia lepszym od innych.

Czy lubisz swoją pracę?

Kiedyś spytano mnie, czy gdybym nie musiała pracować, nadal robiłabym to, co robię. Tak, chodziłabym spotykać moje fajne szkolne dzieci i bawilibyśmy się przedziwnym fioletowym jednorożcem ("jednorożkiem"), układalibyśmy wiersze metodą dada, gralibyśmy w państwa-miasta.

Ale to nie koniec. Nadal sprawdzałabym teksty i pisałabym, bo to lubię, a przecież dobrze jest robić coś na tyle często, by stawać się w tym coraz lepszym. Dobrze jest stawiać sobie wyzwania, a permanentne uczenie się i rozwijanie swoich umiejętności to coś, co nie tylko gwarantuje mi moja praca, ale – tak szczerze – mnie to po prostu jara, kręci, daje kopa. Nie tylko cieszy, ale wręcz ekscytuje.

No to chyba jestem tutaj wygrana, co?

Pisanie na zlecenie

Jestem początkująca w zawodzie, ale wydaje mi się, że mogę odmówić, jeśli zlecenie mi nie odpowiada. Nie napisałabym artykułu, w którym musiałabym ewidentnie skłamać lub napisać coś wbrew moim przekonaniom. Nie widzę żadnych przeciwskazań na temat używania kołder, więc chyba mogę o nich napisać tekst na stronę internetową. No chyba że nie mogę, bo to mi uwłacza. Naprawdę?

Zamiast rozważać etyczny wymiar pisania na zlecenie, wolę cieszyć się, że ktoś mi płaci za moją pasję, a ja się rozwijam, robiąc ciągle rzeczy nowe i dowiadując się coraz więcej. Ucząc się, czytając, ubogacając słownictwo i pojęcie o świecie. Nie czuję się sprzedajna, najpierw czytając o CNC, a potem pisząc o tym w miarę interesujący tekst. Czuję dumę, że dałam radę to zrobić, że mogę ćwiczyć, jak napisać ciekawie o rzeczy mi nieznanej i być może nawet – na pierwszy rzut oka – nieciekawej.

Poza tym gdyby ktoś umiał lub miał wystarczająco dużo czasu, by napisać sobie teksty na stronę, to by to zrobił. Nie ma nic złego w zlecaniu innym rzeczy, o ile kogoś na to stać. Zlecanie innym tego, co oni robią lepiej.

laptop_hires-jeshu-john-designerpics

(Narzędzie niegodnej, bo płatnej pracy. Źródło zdjęcia: ta strona)

Luksus zarabiania na pasji

Zarabianie na pasji to marzenie wielu. To luksus. Wielu fotografów chciałoby pokazywać swoje zdjęcia w galeriach, wydawać albumy, sprzedawać fotografie do gazet. Wielu poetów, dziennikarzy, pisarzy chciałoby utrzymać się z tego, co robią najlepiej. Nic w tym złego.

Mogę robić więcej niż praca w szkole. Niż korekta. Cały czas dążę do tego, by pisać coraz lepiej. Jeśli nie rozwija tego redagowanie, copywriting i blog, to co mogę jeszcze zrobić? Pisać do szuflady? To nic nie da. Nie rozwija. Zatrzymanie tekstu dla siebie nie pomoże mi w przekonaniu się, czy tekst spełnił swoją funkcję, czy trafił, czy poruszył, czy był mocny, ciekawy, zabawny, słaby, nijaki. Czy był chociaż niezły.

Wolne wnioski

Dobrze więc. Niesprzedajni są tylko ci, którzy wykonywaliby swoją pracę nawet wtedy, kiedy by nie musieli. Którzy nie brukają swojej działalności korzyściami finansowymi, ale robią to za darmo. Zaraz – ja piszę też za darmo. Np. tutaj. Spędzam dość sporo czasu, układając zdania, które być może przeczyta kilkanaście osób. I właściwie nic by się nie stało, gdyby nie zostały napisane.

Wnioskuję więc, że przynajmniej na blogu się nie sprzedaję. Mam taką nadzieję, bo to jednak jest trochę jakby obelga.

Piekła i nieba ludzi

"Nie wiemy, jakie są piekła i nieba ludzi mijanych na ulicy" – te słowa Czesława Miłosza przeczytałam na ścianie Muzeum Etnograficznego w Krakowie. Była taka wystawa, nie wiem, czy jeszcze jest. Ważne jest, jak ten cytat jest ciągle ważny i aktualny. Ostatnio miałam okazję posłuchać kilku historii z życia znajomych i co chwila powtarzałam sobie w myślach: "nie wiemy, jakie są piekła i nieba…, nie wiemy…"

piekła i nieba

O, naiwna! Jak bardzo nie wiesz! Nie zdajesz sobie nawet sprawy, co się kryje w człowieku. Myślisz, że rozumiesz, dlaczego się tak zachowuje i oceniłaś, jaki on jest.

Ktoś mieszka w maleńkim mieszkanku. Nigdy w życiu nie weźmie kredytu, tak na niego wpłynęła pewna diagnoza usłyszana dziewięć lat temu. Pogodna, serdeczna, ciepła kobieta, kilka lat temu zdradzona i upokorzona, zostawiona sama sobie. Korpulentna znajoma – nie wiesz, nie masz pojęcia, że ona zajadała smutki i tragedie, których miała niespodziewanie wiele jak na jej poczucie humoru. Aż się nie spodziewasz.

Na wielu twarzach nie widać, jak na nich wpłynęła śmierć rodzica, pożar domu czy choroba dziecka; problemy z niepłodnością i niespełnione pragnienie macierzyństwa, konflikty z bliskimi, zdrada męża, depresja poporodowa. Jak bardzo zmienia życie nowotwór, który zachwiał pewnością siebie i sprawił, że ten ktoś już zawsze będzie czuł strach, idąc po wyniki badań kontrolnych. Jak cholernie trudno było wyjść ze smutku. Jak trudno schować to wszystko i iść do pracy, a tam robić swoje.

A może właśnie to jest lekarstwo i wybawienie. Wyjść z łóżka i z domu, iść i spotkać ludzi, którzy nie wiedzą, nie litują się i nie wzdychają. Traktują ich jakby nic się nie stało i pozwalają na chwilę zapomnieć. Może to jest wyjście.

***

Jak bardzo nie wiemy, a jak łatwo oceniamy.

Wielki hołd dla Was, moi Bliscy i Dalsi, dzielni i pogodni mimo tego, co Was spotkało i co tworzy Waszą trudną historię. Ten wpis jest wyrazem mojego wielkiego szacunku. Musiałam to napisać.

„Zwiększ czułość”: zalety bycia żoną fotografa

Jak można wywnioskować z poprzednich wpisów, jestem językoznawcą, korektorem, polonistką. Zajmuję się słowem i przez ten pryzmat spoglądam i analizuję rzeczywistość. Od siedmiu lat jestem z fotografem, którzy patrzy i myśli obrazami, ma w głowie gotowe kadry. Widzę, jak jego pasja rozwija go, ale też w jakiś sposób zmienia moje postrzeganie świata.

Oto zalety bycia żoną (dziewczyną, partnerką) fotografa.

Fotografie

Zawsze masz ładne zdjęcia profilowe i wszystkie inne (minęły czasy selfie z telefonu, zdjęć robionych kamerą, pikselozy i fotografii, na których niemalże nie widać twarzy).

profilowe 2007 i 2016

(2007 po lewej i 2016 po prawej)

Zaczynasz zauważać, kiedy ktoś ma ładne zdjęcie profilowe.

Od czasu do czasu stajesz się modelką i muzą. Oglądasz siebie na zdjęciach, które uwypuklają twoje zalety, a więc patrzysz na siebie łaskawiej, a większość kompleksów gdzieś czmycha.

Podczas oglądania zdjęć potrafisz wskazać, które jest złe technicznie i dlaczego. Na wystawy fotograficzne chodzisz świadomie, patrząc na kompozycję, światło, ziarno i ogólny zamysł. Oburzają cię zdjęcia robione przed lustrem z użyciem lampy błyskowej.

Wiesz, kiedy jest złota i niebieska godzina (chociaż czasem to mylisz).

Jeśli chcesz zilustrować wpis, zawsze masz jakieś ciekawe zdjęcie do dyspozycji.

Bliskość

Zawsze jesteś potrzebna, np. trzymasz holder (subtelny pleonazm!) lub filtry.

Dumnie dzierżysz statyw podczas każdej podróży (możesz nosić też torbę fotograficzną, ale wierz mi, wolisz statyw).

Wspierasz go w jego pracy, wykonując czynności drugorzędne, ale niezbędne: odganiasz komary (z jakichś niezrozumiałych powodów do niego lgną bardziej), całym ciałem chronisz przed halnym fotografa i chwiejący się statyw z aparatem. W razie wyjątkowo sprzyjających okoliczności po prostu trzymasz holder lub filtry…

Jesteś blisko swojego mężczyzny, gdy wykonuje swoją pracę ("chodź ze mną na wschód słońca, będzie fajnie, zobaczysz")…

…co z kolei gwarantuje często niezapomniane przeżycia: sterczycie razem w nocy, wpatrując się w niebo, czekacie na wyjście księżyca zza chmury, brodzicie w porannej rosie czy jesiennym szronie, czekacie na ukazanie się słońca ("O, popatrz, pierwszy promień już się przedostał!"). Popędzacie słońce, by szybciej wyszło zza horyzontu – jest w tym coś mitycznego.

Wspominałam już o tym wcześniej, ale powtórzę: dzięki uważnemu fotografowi przy boku zaczynasz dostrzegać barwne niuanse nieba nad ranem.

Kiedy zza obiektywu mruczy "Muszę zwiększyć czułość…", bierzesz to za dobrą monetę. No, chyba, że czułości masz aż nadto, wówczas jęczysz tylko: "Znowu???"

Ciekawostki z lamusa NK

kwintesencja reklamy

Kiedy mieszkałam w Łodzi, zrobiłam to zdjęcie, uznając je za kwintesencję marketingu i reklamy. Nie było jeszcze wtedy Facebooka ani Instagrama, więc umieściłam je na naszej-klasie. A ponieważ NK jest już totalnie passé, pomyślałam, że odgrzebię i odkurzę obrazki i ciekawostki tam umieszczone.

foto

To też Łódź. Miałam na studiach zajęcia z fotografii, naciągnęłam pończochę na aparat i zaliczyłam semestr między innymi dzięki temu zdjęciu.

brama

Przecież to oczywiste, że bramy się nie otwiera.

opóźniony

Łódź Kaliska. Nieważne, dokąd jedzie pociąg i skąd przybywa. Jedno jest pewne: jest już opóźniony.

inkarnacja Hitlera

Moim zdaniem ten kot to inkarnacja Hitlera.

jeżyki

Mama Jeżowa i jej liczne potomstwo.

strach siadać

Nie wiem, dla kogo przeznaczono miejsce w tramwaju oznaczone taką naklejką, ale ja bym nie siadła.

 

Notatki z lektury: „Skandynawski raj. O ludziach prawie idealnych”

Subiektywny wybór cytatów na temat natury Skandynawów. Ponieważ nadal nurtuje mnie kwestia milczenia i mówienia oraz nienarzucania się, znowu będzie sporo na ten temat. Ale nie tylko.

Szyldy w pewnym duńskim miasteczku

Nad wejściem do fryzjera wisiał szyld z napisem "Włosy". Pub nazywał się po prostu "Pub". Sklep z ubraniami i butami ośmielał się przyciągać uwagę przechodniów krzykliwą nazwą "Odzież i obuwie". Księgarnia działała jako Bog Handler, czyli "Handel książkami". Jeden ze sklepikarzy, najwyraźniej oburzony bezwstydną autopromocją uprawianą przez sąsiada, wybrał dla swego sklepu niewyszukaną nazwę "Nr 16". Inny, w obawie przed oskarżeniami o pychę, umieścił na szyldzie zwięzły napis "Shoppen", czyli "Sklep". Właściciele tych wszystkich sklepów wykazali się nie tylko brakiem zdolności marketingowych – oni wręcz manifestacyjnie wyrzekli się wszystkiego, na czym w powszechnym mniemaniu opiera się sztuka sprzedaży.

Jeden tylko sklep wyłamał się z powszechnej anonimowości i szczycił się zuchwale imieniem swojej właścicielki: "Obuwie u Bettiny". "Uważaj, Bettino – pomyślałem, mijając wejście – tutaj nie przepadają za takim szpanem".

Pisząc o agencji antyreklamowej, również cytowałam M. Bootha. Podejście do reklamowania siebie chyba na całym terenie okołoskandynawskim jest podobne.

Osobni Norwegowie

Norwegowie (…) zawsze woleli się trzymać na uboczu. Nawet w obrębie własnych granic pozostają rozproszeni, tak jakby próbowali się oddalić od siebie na możliwie największą odległość. I nawet w tych ze wszech miar słusznie nagłaśnianych przypadkach, kiedy wykazując się imponującą odwagą i pomysłowością, wyprawiają się w daleki świat – jak Roald Amundsen, Fridtjof Nansen, Thor Heyerdahl i im podobni – wydaje się, że dokładają wszelkich starań, aby trasy ich wypraw wiodły do miejsc, gdzie prawdopodobieństwo spotkania innych ludzi jest nikłe lub wręcz zerowe (…).

Odniosłem (…) wrażenie, że Norwegowie, oczywiście, uprzejmie witają gości, lecz nie zachęcają ich otwarcie do odwiedzin i woleliby raczej, żeby byli tak dobrzy i nie schodzili z pokładu swoich statków wycieczkowych.

Małomówność Finów

Żeby usłyszeć od Fina "kocham cię", trzeba czekać z 10 lat, ale wiadomo, że nie są to słowa rzucane na wiatr.

Fin w naszym towarzystwie może milczeć przez parę minut, a potem ni stąd, ni zowąd powie: "Daj mi tę kawę". Można by pomyśleć: "Kurczę, to było nieuprzejme", ale rzecz w tym, że jesteśmy przyjaciółmi i nie musimy wszystkiego werbalizować jak Anglicy z tymi ich okropnymi "Czy byłbyś łaskaw" i straszliwymi "Ależ proszę, dziękuję".

Rozumiem odpowiedzialność za słowo i bliżej mi do powściągliwości Finów niż do amerykańskiego zwyczaju mówienia w stylu "I love your muffins!".

I jeszcze słówko o znienawidzonym przeze mnie zwyczaju (przymusu?) prowadzenia rozmów zwanych small-talk. Na zadzierżgnięcie rozmowy np. na temat pogody odpowiadam zwykle błyskotliwym "Nooo…". Bo cóż tu można dodać. Pada, to pada. Jest ciepło, to jest ciepło. Tyle.

Finowie też tego nie umieją.

Największe wyzwanie stanowią dla nich niezobowiązujące rozmowy towarzyskie, pogaduszki o wszystkim i o niczym, coś, z czym radzą sobie nawet Norwegowie, jeśli tylko trochę się przyłożą.

(…) W tej części świata, gdzie skromność i równość cieszą się wielkim szacunkiem, nieśmiałość nie jest uważana za przejaw społecznego nieprzystosowania, lecz raczej za wyraz skromności, powściągliwości, gotowości do słuchania innych.

…i Szwedów

[Åke] Daun opisuje Szwedów jako nację samotników – z tych, co to podpierają ściany na potańcówkach – nękanych poczuciem niepewności; pisze, że wolą pójść schodami niż dzielić z kimś windę.

(…) Nie wiemy, jak rozmawiać z ludźmi, których nie znamy (…). To naprawdę ciekawe, bo większość ludzi lubi rozmawiać. W Europie południowej to najprzyjemniejsza rzecz w życiu. Mam koleżankę Francuzkę. Kiedy przyjechała do Szwecji, była przekonana, że rozmowy w autobusach są u nas surowo zabronione. Nie potrafiła znaleźć innego wytłumaczenia.

Pozawerbalne sposoby Finów na komunikowanie się

Wiemy już, że Skandynawowie nie są specjalnie rozmowni, ale to nie wszystko. Mają też tajemnicze, pozawerbalne sposoby komunikowania się. Niczym ultradźwięki emitowane przez nietoperze są one właściwie niesłyszalne dla reszty z nas. Jest to zbiór pozornie nic nieznaczących komunikatów niewerbalnych (…). Najpopularniejszym z nich jest krótki, ostry wdech połączony z lekkim chrząknięciem, który oznacza warunkową zgodę, coś w rodzaju "tak, ale". (…) Każda rasa i język ma swoje własne twierdzące "aha", enigmatyczne "hmmm" i inne krótkie sygnały werbalne, ale Skandynawowie uczynili z nich zasadniczy sposób komunikowania się.

Hit norweskiej telewizji

Jedną z oznak wyjątkowo silnego związku, jaki łączy Norwegów z ich środowiskiem naturalnym, jest oszałamiający sukces dwóch wstrząsająco nudnych programów telewizyjnych wyemitowanych w ostatnich latach. W pierwszym pokazywano w czasie rzeczywistym trwający siedem godzin przejazd pociągu przez góry z Oslo do Bergen. Obraz był przekazywany z kamery zainstalowanej po prostu na lokomotywie ciągnącej skład. Wyobrażam sobie, że tunele musiały być wyjątkowo pasjonujące.

W drugim popularnym programie transmitowano na żywo podróż promu norweskich linii Hurtigruten z Bergen do Kirkenes na północy Norwegii. Przez sześć dni. Non stop.

[Program] stał się wyjątkowym zjawiskiem telewizyjnym i kulturowym, oglądała go bowiem połowa populacji. Ludzie urządzali imprezy towarzyskie połączone z oglądaniem Hurtigruten, tłumy wylegały na wybrzeże, żeby palić ogniska i machać z brzegu do przepływającego nieopodal promu (…). Jak się okazało, był jednym z najpopularniejszych norweskich programów telewizyjnych wszech czasów, a przecież realizatorzy pokazywali wyłącznie widoczki…

Ale jakie widoczki!

Może na przykład takie:

Tana Bru, autor zdjęcia Mariusz Bieniek.

Fińska siła sisu

Wszystko to prowadzi nas nieuchronnie do sisu, umiłowanego (przez Finów) i znienawidzonego (przez Szwedów) ducha wytrwałości, odporności i męskości. To pojęcie zawiera w sobie poczucie milczącej, zdecydowanej siły, pewności i niezawodności; oznacza zdolność do okazywania niezachwianej determinacji w obliczu przeszkód nie do pokonania, którą można by nazwać swego rodzaju aktywnym stoicyzmem. Kiedy psuje się autobus, duch sisu każe pasażerom wysiąść i pchać pojazd bez słowa skargi. Sisu jest szczytem aspiracji fińskiego mężczyzny, granitowym podłożem narodowej gleby. Czy jednak to samo sisu każe ci odmówić skorzystania z pomocy lekarskiej, kiedy po obaleniu flaszki wódki stolichnaya padasz twarzą w śnieg i odmrażasz sobie nos?

***

Autor na pewno potwierdza niektóre stereotypy, choć prawdą jest również, że w Skandynawii można spotkać gaduły i osoby z iście południowym temperamentem. Jej wartością jest na pewno błyskotliwość stylu, humor i ciepłe spojrzenie na (chłodnych?) Skandynawów, przyjrzenie się ich historii, kulturze i obyczajom, np. dlaczego Duńczycy uwielbiają umieszczać wszędzie swoją flagę, a Norwegowie przebierają się dziwacznie z powodu pewnego święta; dlaczego Finowie kochają chodzić do sauny, a Islandczycy spowodowali krach gospodarczy. I tak dalej.

Jak tak sobie czytam fragmenty lub chociażby spis treści, to mam ochotę przeczytać całą książkę raz jeszcze.

***

Michael Booth, Skandynawski raj. O ludziach prawie idealnych, Wydawnictwo UJ 2014, s. 88-89, 174, 189-190, 208, 215, 218, 226, 275-6.

 

 

1 12 13 14 15 16 18