Krótki wpis o obfitości

„Jeśli coś jest do wszystkiego, to jest do niczego”. Pamiętacie ten tekst babci z reklamy wybielacza? Kiedyś mój młodszy brat użył tego jako świetnej riposty i zamknął usta nauczycielce.

Otóż przywołuję dzisiaj to zamierzchłe stwierdzenie, by z nim popolemizować. Ponieważ się z nim nie zgadzam. Zwłaszcza jeśli mówimy o ludziach, nie o wybielaczach. Na temat wybielaczy nie mam zdania.

Imponuje mi obfitość – zainteresowań, działań, przestrzeni tworzenia. Imponuje mi, jeśli ktoś ma wiele zawodów. Imponuje mi twórca, który zajmuje się wieloma dziedzinami sztuki: Tove Jansson była malarką, pisarką, ilustratorką. Aga Kozak – dziennikarka, mentorka, kulturoznawczyni, terapeutka, amerykanistka… Długo by wymieniać. Zresztą to właśnie Aga Kozak mówi o obfitości. Tutaj. Do tej pory pamiętam panią, która prowadziła warsztaty dla nauczycieli, polonistka, która się przekwalifikowała i teraz zajmuje się głównie teatrem. Albo inny przykład: moja koleżanka, która skończyła malarstwo na ASP, przez długi czas projektowała torebki, a teraz robi świetne fotografie.

Zawsze trochę boję się sytuacji, kiedy to dana osoba robi wiele rzeczy, ale nic nie robi dobrze. Kiedy zajmuje się czymś po łebkach, bo łapała wiele srok za ogon. Czasem i tak bywa.
Ale ta obawa nie przeszkadza mi w podziwianiu tych, dla których jedna dziedzina i jedna etykietka – to za mało.

Albowiem szczęśliwi ci wszechstronnie utalentowani, a co więcej – ci, którzy odważą się mnożyć swoje talenty. Oni zajmują w moim serduszku specjalne miejsce.

Masz zadanie: napisz do kogoś list

Niedawno czytałam listy Mrożka. Podziwiam, że mimo swojej zajętości miał czas na pisanie listów do swoich przyjaciół. Musiał to robić – w tamtych czasach nie mógł ot tak, zadzwonić albo wysłać maila z wynurzeniami i szczegółowymi instrukcjami.

Zatęskniłam za tamtymi czasami. Teraz jest szybciej i wygodniej, ale czy dzięki temu piszemy do siebie więcej? Nie wydaje mi się.

***

Kilkanaście lat temu korespondowałam z moją kuzynką, która przyjeżdżała na wakacje. Zostały mi po niej listy związane gumką czy tasiemką, świadectwo tego, co zajmowało nasze myśli we wczesnej młodości. Nie tykam tego, bo to są po prostu wynurzenia nastolatek, ale świadczyły o pewnej zażyłości, więzi, staraniu.
Ale!
Miałam też listowny związek z pewnym chłopakiem, który mieszkał sto kilometrów dalej. Z bijącym sercem otwierałam kolejne koperty i czytałam jego epistoły. Pamiętam jego pismo do dziś.

***

Pisanie listu wymaga przygotowań i zachodu. Trzeba ładnie pisać (z tym mam zawsze problem!). Trzeba zaopatrzyć się w kartki i kopertę. Trzeba iść na pocztę. Stać w kolejce po znaczek.
A przecież można wysłać e-mail. Można. Ale przyznajcie, to nie jest to samo.
No bo spójrzmy, co tutaj się dzieje:
    • zastanawiamy się nad kartką papieru,
    • przelewamy myśli, a więc musimy je skonstruować,
    • decydujemy, co mamy do powiedzenia i napisania,
    • a w końcu – piszemy ręcznie (która to czynność jest bardzo wyzwalająca, serio).

Nie żebym była jakąś romantyczką, która marzy o otrzymywaniu pachnących kopert zasuszonymi kwiatkami. Bo listy pisane ręcznie kojarzą się chyba przede wszystkim w ten sposób. Niekoniecznie. Chodzi o samo napisanie do kogoś.

Na początku roku szkolnego zwykle piszę do moich uczniów list i proszę o odpowiedź. Owszem, jest to zadanie z języka polskiego, ale oprócz tego to znacznie więcej. Okazja, by się lepiej poznać. Komunikacja jeden na jeden. Tworzenie więzi. Jest to coś osobistego, co daję i dostaję. Jest tajemnica korespondencji. Jest staranie i myślenie o tej drugiej osobie.
W tym roku też to zrobię.

***

Wstydliwie przyznaję, że codziennie zaglądam do skrzynki pocztowej. Codziennie. Dostanie paczuszki, koperty ze znaczkiem kojarzy mi się niezwykle pozytywnie. I bardzo mi tego brakuje.

Prawa i obowiązki bezdzietnej kobiety

Jestem mężatką i nie mam dzieci.

Co czujesz, kiedy to czytasz? Współczujesz mi? Zazdrościsz? Masz do mnie żal? Jest Ci mnie żal?
Czy może masz dla mnie jakieś rady?

***

Nie mam zamiaru omawiać z każdym mojej sytuacji rodzinnej, ale są rzeczy, które mimo wszystko słyszę. I czuję, że powinnam. Coraz bardziej znam swoje prawa i obowiązki.

Oczywiście powinnam mieć dzieci. W końcu po to jestem kobietą, żeby mieć dzieci. Jeśli ich nie mam, to tak, jakbym nie do końca zasługiwała na to miano. Trochę jakbym była kobietą drugiej kategorii. Czasem wręcz czuję, że muszę udowadniać, że hej! ja też robię w życiu coś pożytecznego. Hej, nie jestem pasożytem. Hej, może i ja wam się do czegoś przydam, może zasłużę na „szklankę wody na starość”?

Mam prawo do tego, by nie traktowano mnie poważnie. W końcu jestem jeszcze dzieciakiem, który nic nie wie o życiu. Bo nie mam dzieci. Jestem taką trochę podstarzałą nastolatką. Trochę żałosną.

Nie mam prawa narzekać, że jestem zmęczona. Nigdy nie byłam zmęczona, bo nie wiem, co to są nieprzespane noce z powodu noworodka, dwójki dzieci, trójki… Zmęczenie z jakiegokolwiek innego powodu, zmęczenie psychiczne, zmęczenie po kilkunastu godzinach pracy, zmęczenie z powodu hałasu, wysiłku, stresu, nadmiaru obowiązków – to się nie liczy.

Nie mogę powiedzieć niczego, co jest związane z wychowywaniem, bo przecież się nie znam. Bo „każdemu, kto nie ma dzieci, tak łatwo się mówi”. Rozumiem, że jeśli ktoś rozmawia ze mną na tematy wychowawcze, to moją rolą jest tylko wysłuchać. Nie mogę skomentować, bo przecież ja się nie znam (wierzcie mi, nie jestem osobą, która się wtrąca do wychowania i mówi innym, jak mają żyć i wychowywać swoje dzieci). Mogę tylko pytać. Mogę wysłuchiwać historii. Może niech to będzie dla mnie namiastką – rozmowa o cudzych dzieciach. Dobre i to, prawda?

Mam prawo do ludzkiej oceny. Skoro nie mam dzieci, to mogę przyjąć na siebie ludzką pogardę. Na pewno jestem wygodnicką egoistką, której się nie chciało. Jeśli powód był inny, oni powinni go poznać. I ewentualnie mogą zmienić swoją ocenę. Lub nie. Może powód był niewystarczający. Może niedostatecznie się starałam.

Mam prawo wysłuchać rad na temat in vitro i adopcji. Mam prawo odpowiadać na ich pytania.

Nie, nie mam prawa do intymności. Kobiece ciało jest wartością wspólną, wartością nas wszystkich. Należy do mojego państwa, do mojej religii. Czyż to nie święty Paweł mówi, że kobieta zbawi się przez rodzenie dzieci? A co z resztą? Jak mam się czuć, wychowana według nauki Kościoła, którego chciałam być wierną córką? (Podpowiem: jak odpad, ktoś odsunięty na bok, bo nie spełnił swojej roli. Patrz: punkt pierwszy). Jak mam się czuć, wychowywana w tradycyjnej rodzinie, jeśli nie podtrzymuję tej tradycji? (Podpowiem: jak wyrzutek. Ktoś troszeczkę gorszy i niepełny).

***

Szukam artystek, pisarek, malarek, odkrywczyń, badaczek i kobiet zajmujących się nauką, które nie miały dzieci. Bo są takie, które nie miały. Szukam ich, bo muszę jakoś zasłużyć na swoje bycie na tym świecie. Gdybym miała dzieci, to byłabym usprawiedliwiona. Wszystko byłoby ok. Czyż nie?
Artyści, pisarze, malarze, odkrywcy, badacze, naukowcy, którzy nie mieli dzieci, jakoś nie musieli się przed nikim tłumaczyć.

Dlatego tak zachłannie czytam „Opowieści na dobranoc dla młodych buntowniczek”. Żeby ktoś mi powiedział: możesz być, kim chcesz. Nawet jeśli nie jesteś matką. Albo mimo to.
Bez tłumaczenia się.

13 marzeń

Ostatnio w telewizji natknęłam się na kolejnego młodego polskiego artystę, który wyśpiewywał, że marzenia się spełniają, tylko trzeba mocno w nie wierzyć.
Internet na to odpowiada, że marzenia się nie spełniają. Marzenia się spełnia.
Zdrowy rozsądek dodaje, że prócz wiary potrzebne jest jeszcze działanie.

***

Już nawet samo słowo jest wyświechtane. Marzenia. No, jeszcze miłość. Spłycane, wyświechtane pojęcia. Jak nie wiesz, o czym napisać i zaśpiewać, to zawsze możesz o tym, że marzenia się spełniają, tylko trzeba… i tak dalej.
Dobra, to może nie marzenia. Nazwijmy to celami do osiągnięcia. Albo listą rzeczy do zrobienia (przed śmiercią). Wishlist. To-do-list. Before I die.
Moja prywatna lista jest dość długa i nie do końca realna, ale tutaj mogę się podzielić 13 rzeczami, które chciałam albo które bym chciała.

Oto moje 13 marzeń.

1. Wydać książkę.
Zaczynam od tego, bo to było koronne marzenie. Zawsze na pierwszym miejscu. W sumie trwało to kilka lat. Starałam się o to, dopracowywałam tekst, szukałam wydawnictw, konsultowałam się z Ludźmi, Którzy Się Znają, pisałam maile, przypominałam się, wchodziłam na grupy pisarskie, potem współpraca z moim wydawcą również była pełna przygód i wyzwań. No i mam. Wydałam książkę. Myślałam o tym, że po czymś takim to już można umierać, spełnione życie i wszystko, ale teraz przemyślałam sprawę i jednak może jeszcze chwilę pożyję. Jest jeszcze parę rzeczy do napisania.

2. Nauczyć się pływać.
Myślałam sobie, że się nie nauczę, ale dostałam prezent – karnet i lekcje z instruktorem, który był taaak cierpliwy i utalentowany dydaktycznie, że wziął i mnie nauczył. Sama pewnie bym się nie odważyła.

3. Nauczyć się robić suflet.
Zrobiłam, ale nie mogę powiedzieć, że umiem go robić. Opadł. Opadły i mi ręce. Ale może kiedyś się uda. Widzicie, marzenia do spełnienia to nie tylko wielkie rzeczy typu dostanie Nobla. To też na przykład taki suflecik, który nie opadnie.

4. Jechać do Prania.
Byłam! Teraz zawsze podczas lekcji o poezji Gałczyńskiego wspominam uczniom o tym muzeum i o samej leśniczówce z czerwonej cegły, pokazuję zdjęcia, opowiadam o jeziorze, drzewach, pomniku gęsi i samego poety. Bardzo miłe miejsce. Nic dziwnego, że Gałczyński lubił tam przebywać i że tam pisał jak zawzięty.

5. Ścianka wspinaczkowa.
Marzyłam o tym dobre kilka lat. Okazało się, że to jest (na ten moment) nie dla mnie. Mam lęk wysokości i więcej było z tego stresu niż satysfakcji. Ale spróbowałam.

6. Posadzić drzewo.
Najpierw dostałam drzewko i posadziłam je w ogródku. Potem posadziłam cały las. A rok później jeszcze jeden. Za każdym razem, kiedy słyszę o jakiejś bezsensownej wycince, boli mnie w środku, więc robię coś, by bilans drzew się zgadzał. Zostawię po sobie drzewa i książkę. Mi pasuje.

7. Wykąpać się zimą w morzu. Iść do fińskiej sauny i potem wskoczyć do jeziora.
Pociągają mnie takie ekstremalne przeżycia, chociaż jak mam zmienić strumień wody pod prysznicem z ciepłej na lodowatą, to już nie jestem takim chojrakiem.

8. Nauczyć się rozpalać ognisko.
Dobra, wstydliwe wyznanie. Nie umiem rozpalać ognisk. Uczestniczę w ogniskach co najmniej raz w miesiącu, ale od rozpalania ognia mam w moim domu specjalistę. Kiedyś też się tego nauczę.

9. Przejechać Green Velo (Wschodnim Szlakiem Rowerowym).
Popatrzcie sobie na te szlaki. Jak można nie chcieć tamtędy pojechać???

10. Tydzień na żaglach albo spływ kajakowy.
Jeziora działają na mnie uspokajająco, a kręta rzeka jest zawsze sporym wyzwaniem. Kilkudniowa wyprawa albo spływ to musi być świetna przygoda!

11. Oddać szpik.
Co może być lepszego niż uratowanie komuś życia? Jeśli chcecie dołączyć do bazy dawców szpiku, to tutaj są szczegóły.

12. Wystąpić w radiu.
Owszem, stresowe sytuacje powodują u mnie zapominanie słów, ale chciałabym wejść do studia i zobaczyć, jak się nagrywa program. Porozmawiać przy mikrofonie na jakiś miły temat albo chociaż coś przeczytać. Spróbuję coś w tym kierunku zrobić, może się uda. Chciałabym.

13. Litwa, Łotwa i Estonia.
Jestem tam teraz. Pozdrawiam!

Raport z połowy lipca

Otóż, moi Drodzy, mogłabym napisać, że nuda i nic się nie dzieje. W głowie pustka, pomysły na wpisy i kolejne książki przychodzą i odchodzą, skrytykowane przez wściekłego krytyka w mojej własnej głowie.

Dwa lata temu miałam chyba najbardziej inspirujące wakacje w życiu, ale – muszę przyznać – w tym też się dzieje.
No bo popatrzcie sami:

  • Pracuję – opiekuję się cudzymi tekstami i cudzymi dziećmi (w tym: jeżdżę na wycieczki, łażę po kopalniach, bibliotekach, pałacykach, muzeach).
  • Codziennie rysuję jeden rysunek.
  • Odkrywam miasto na nowo. Oprowadzam po nim i jestem oprowadzana. Mogę się zachwycić, spojrzeć oczami przybysza i dowiedzieć się więcej.
  • Spotykam inspirujących ludzi, wolnych wewnętrznie i otwartych na nowe wyzwania. Spotykam też zamkniętych w swoich poglądach, ale liczę na to, że się kiedyś otworzą. Albo że przynajmniej nie będę musiała z nimi często rozmawiać.
  • Czytam zachłannie. Książka o lektorze z metra, ratującym skrawki książek przed recyklingiem; książka o Cukinii – chłopcu z przytułka, który chciał zastrzelić niebo, ale zastrzelił mamę; książka o węgierskim Żydzie, który przyjechał do pracy, a trafił do Auschwitz. Jedna po drugiej, póki mam czas, póki nic innego nie zabiera myśli.
  • Oglądam seriale. Stranger things 3 jest jak spotkanie ze starymi znajomymi, którzy trochę urośli i przechodzą właśnie mutację. The act jest jak najlepszy thriller, bo z życia wzięty. Good place jest jak odskocznia od myślenia (też potrzebna).
  • Przechodzę przyspieszony kurs promocji książki. O, na przykład założyłam jej profil.

Na razie tyle. To dopiero jedna czwarta wakacji, zaledwie połowa lipca. Z chęcią dopiszę do tej listy punkt pod tytułem: podróżuję.

Nie każ mi tańczyć

Spójrzmy prawdzie w oczy, taniec jest nudny.
Zwykle jest tak, że mniej więcej po pierwszym refrenie zaczynam się nudzić i marzę o zejściu z parkietu. Bo ileż można się gibać?

***

Nie byłam nastolatką, która oczekuje dyskotek szkolnych. Raczej wiedziałam, że nie będę się tam dobrze bawić. Szłam z obawą. Jak na ścięcie. Tak samo czułam się przed studniówką.
Największa ironia losu: gdy idę na wesele albo urodziny z tańcami, a ktoś mi mówi na odchodnym: „Baw się dobrze” albo jeszcze lepiej: „Wybaw się tam”.
Dlatego też sama nie miałam wesela. Jeszcze tego brakowało, żebym chciała wyjść z własnej imprezy.

***

Przekonywanie innych, że nie, dziękuję, nie mam ochoty, nie tańczę, nie lubię tańczyć… powoduje zwykle zdziwienie i niedowierzanie. Najczęściej rozmówca myśli, że powinien mnie przekonać.
I to jest pierwszy punkt zapalny.

Mam wrażenie, że jak kobieta powie „nie”, to pierwszego razu nikt nie słyszy. Albo nie traktuje poważnie. Albo sądzi, że to kokieteria. Co jest w ogóle niepokojące, bo jeśli w takiej głupiej kwestii jak taniec, ktoś ignoruje słowo „nie”, to co dopiero w sytuacjach bardziej intymnych? Aż boję się myśleć, co sobie myśli taki nachalny typek. Do czego daje sobie prawo?

No i to opresyjne ciągnięcie za rękę. Rady, bym się wyluzowała (dzięki, jestem wyluzowana na siedząco). Brak uszanowania tego, że nie, nie lubię, nie chcę, dziękuję. Wolę posiedzieć. Mam prawo. Nie chcę być zmuszana. W imię czego? Uszczęśliwiania na siłę? Uszczęśliwiania innych?
Ileż razy można mówić nie?

***

Drugi punkt zapalny: pokutuje myślenie, że jak chłopak nie tańczy, to znaczy, że nie chce, a jak dziewczyna nie tańczy, to znaczy, że nikt nie chciał z nią tańczyć. Nikt jej nie poprosił. Jest żałosna jak sucha panna w lany poniedziałek. Jak dziewczynka bez walentynki w skrzynce pocztowej. Jak brzydka siostra Kopciuszka na balu.
Jakoś nie zakłada się, że dziewczyna też może nie chcieć.

***

Żeby być uczciwą, dodam: są wyjątki. Imprezy, na których tańczę, bo mam akurat taki nastrój i ochotę. Jest odpowiednie towarzystwo, ulubione piosenki, dobry humor. Nie zdarza się to często, ale się zdarza.
Tańczę, kiedy chcę. Kiedy to ja czuję się swobodnie. Ja decyduję.

Ekologia jest ważna

Był grudzień, kiedy czytałam „Błękit” Mai Lunde. Historię o tym, jak za kilkadziesiąt lat będziemy szukali wody, usychając ze spiekoty i pragnienia. Bohater jest spocony, klejący i cały czas chce mu się pić. Wtedy ten obraz wydawał mi się daleki. W ostatnim czasie staje się niepokojąco bliski.

Woda może się skończyć. Śmieci mogą nas zasypać i zatruć wszystko. Gatunki zwierząt mogą wyginąć, a wtedy spotkają nas srogie konsekwencje.

Przeraża mnie nonszalancja ludzi, którzy nie dbają o środowisko. Osoby pozostawiające w lesie telewizory i fotele, wypluwające gumę do żucia w krzaki, wieszające na krzakach siatki ze śmieciami – gratuluję wam głupoty. Za tę głupotę zapłacę ja, ale zapłacicie również i wy. I to zapewne już niedługo.

***

Co mogę zrobić? Niewiele, ale zawsze coś.

Do pracy jeżdżę autobusami, a jednym z powodów jest to, by nie stać w korkach i nie powodować większego zanieczyszczenia powietrza. Jeden samochód mniej. Zawsze to coś.

W sklepie patrzę na towary i zastanawiam się, który jest bardziej opakowany, a który wygeneruje mniej śmieci. Mogę wybrać twaróg w jednej folii albo w folii i w papierku. Mogę wybrać pomidory w plastikowym pudełku i folii albo zapakować je w torebkę jednorazową. Marzę o powrocie papierowych toreb, jak w sklepie z mojego dzieciństwa.

Noszę ze sobą torbę z tkaniny albo zakupy pakuję w plecak i to jest jedna z kilku rzeczy, które mogę zrobić. Być może nie ma to żadnego znaczenia. Ja jednak mam nadzieję, że nawet taka mała rzecz się liczy, a gdyby każdy zrobił coś, to by mogło coś zmienić. Cokolwiek.

Wpis na cześć minionej dekady

Godziny wspólnie obejrzanych seriali, kilometry przejechanych dróg, przechodzonych ścieżek, tysiące wysłuchanych taktów. Czytane sobie cytaty.
Ej, zobacz, to ciekawe. Przeczytaj. Obejrzyj. Obejrzymy razem?

Jesteśmy entuzjastycznymi świadkami i towarzyszami wzajemnego dojrzewania, zmian, rozwoju, odważnych decyzji. Ręka w rękę. Ja zmieniam pracę, Ty zmieniasz. Ja się uczę czegoś nowego, Ty stwierdzasz, że to nie to i szukasz innej drogi. Szukamy więc, otwieramy się na nowe możliwości i odkrywamy w sobie oceany pasji, zaangażowania, chęci nauczenia się czegoś nowego.

Bo i on uczy się przez całe życie, a im więcej wiedzy posiadł, tym więcej rzeczy go ciekawi.

***

Zastygnięte pozy, bo robimy zdjęcie. Wstawanie o czwartej rano, bo poranne mgły. Czekanie na słońce. Czekanie na odprawę. Czekanie na koncert zespołu.

Dziesięć lat temu oboje byliśmy inni, ale na tyle podobni, że wzajemnie zwróciliśmy na siebie uwagę. Mieliśmy wspólne zainteresowania: podobały mi się jego fotografie, podróżowanie, muzyka, wrażliwość i twarde stąpanie po ziemi.

***

Bywamy niepoważni, bywamy patologiczni, śmieszni jak drugoplanowi bohaterowie z filmów Curtisa (kojarzycie tych nieudaczników? To my własnie). Nie należy brać nas serio.

Gniewamy się i godzimy. Obrażamy i obnażamy. Jesteśmy najbardziej prawdziwi przy sobie, najgorsi i najlepsi. Najbardziej odsłonięci.
Patrzymy z błyskiem. Wyznajemy miłość staropolszczyzną. Uczymy się szczerości do głębi i totalnego zaufania. Najgłębszej przyjaźni.

***

Dziesięć lat temu poznałam człowieka, który siedem lat temu został moim mężem.
Niczego nie żałuję.

Dziadek

Tydzień temu zmarł mi dziadek.
Specjalnie napisałam, że zmarł mi. To moja osobista strata, moja prywatna pustka i dziura.
Wiem, że tak samo może powiedzieć i pewnie powie liczna gromada jego wnuków i prawnuków.
Dziadek zawsze był.

Miał 97 lat.
Jeszcze w tym roku porąbał sobie drwa na zimę.
Jeszcze miesiąc temu widziałam u niego ten szelmowski błysk w oku i Boże, jak mi tego będzie brakowało.

O byciu mentalnym emerytem

Słyszeliście o tym, że ktoś jest mentalnym emerytem? Od razu powiem, że nie lubię tego określenia. Spotykam je czasem w internecie, gdzie ludzie na znak dystansu do swojego wizerunku wrzucają zdjęcia kwiatków i robótek ręcznych i piszą, że są wewnętrznymi/mentalnymi emerytami.

Z tego, co zauważyłam, do zachowań emeryckich należą:
    • robienie na drutach,
    • zajmowanie się kwiatkami doniczkowymi,
    •  wychodzenie z imprez o 23, żeby się wyspać.
Do zachowań ludzi młodych należy natomiast:
    • chodzenie w trampkach,
    • żartowanie z siebie i świata,
    • wydawanie niedojrzałych opinii,
    • zarywanie nocy.

Otóż deklaruję stanowczo, że sen to towar ważny i niedoceniany.
Że szalik i czapkę z wełny robiłam sobie na studiach, a znam studentki, które potrafiły przyjść z drutami na wykłady.
Że śmieją się również ludzie starsi (i takich nazywa się młodymi duchem).
Że kwiatki doniczkowe zaczyna się cenić wcześniej niż po sześćdziesiątce. Albo też wcale. Nie świadczy to o zmianie mentalności, a jedynie o zainteresowaniu kwiatkami lub nie.
Że niedojrzałe opinie można mieć nawet po sześćdziesiątce.

1 2 3 4 19