Masz nudne życie

Masz nudne życie, powiedziała mi moja bliska znajoma kilkanaście lat temu. Studiowałam wtedy filologię polską, nigdy w życiu tak dużo się nie uczyłam i tak dużo nie czytałam, ale byłam zafascynowana tym, co odkrywam. Chodziłam na wszystkie (!) zajęcia dodatkowe i z pasją rozczytywałam się w szwabachach i rękopisach. Ona na studiach przede wszystkim imprezowała (przynajmniej tak to wynikało z jej ówczesnych opowieści). Jej osąd mnie zabolał, więc pamiętam go do dzisiaj.

Masz fajne życie, powiedziała moja bliska znajoma kilka miesięcy temu, kiedy usłyszała, że wybieram się w podróż. Nie powiedziałam jej wielu rzeczy, które uważam za równie ciekawe.

***

Nikt nie ma prawa oceniać mojego życia. Jest nudne, kiedy ja chcę, i tak ciekawe, na ile je takim wymyślę.

Dla mnie jest takie w sam raz. Dla imprezowicza i odważnego ekstrawertyka będzie to nuda. Dla nieśmiałych osób zachowujących rezerwę wobec wszystkiego moje życie jest interesujące i może nawet nieco szalone. Co kto lubi.

***

Myślę, że najgorsze jest porównywanie się. Sama cierpiałam psychosomatycznie, oglądając z zadrością blogi podróżnicze. Dlatego ich już nie oglądam. Chciałabym podróżować więcej, ale chciałabym też mieć stabilizację zawodową i domową. Póki co wybieram to drugie.

Muszę wiedzieć, co mi odpowiada, co pasuje, co daje radość i poczucie bycia na miejscu. A mnie odpowiada spokój, czytanie, podróżowanie bez biura podróży, odpowiada mi podejmowanie nowych wyzwań (takie moje małe prywatne kroki poza strefę komfortu), odpowiada mi picie wina i oglądanie filmów wieczorem, pasuje mi ognisko w ogrodzie, teatr, galeria sztuki, granie w planszówki, pójście na ściankę i dźwiganie ciężarów, relaksuje mnie gotowanie, obieranie, krojenie, mieszanie.

Absolutnie nie odpowiadają mi imprezy, taniec, bycie w tłumie, oglądanie kabaretów, czysta wódka, zapach popcornu w kinie, upały czy słuchanie hip-hopu w autobusie, bo ktoś nie wie, że wynaleziono słuchawki. Nie lubię krzykliwości i efektu wow. Nie lubię sztuczności, udawania, męczy mnie wymuszony śmiech.

Dobrze to sobie uświadomić i nie zrównywać wszystkich do swoich standardów.

słoneczny KrakówNuda. Nic się nie dzieje.

Ponure myśli ze skrzynki odbiorczej

Nie tak całkiem dawno zdałam sobie sprawę, że nikt już nie pisze do mnie maili. Od jakiegoś czasu dostaję same wiadomości z wydawnictw oferujących podręczniki dla nauczycieli, zawiadomienia z paczkomatu i newslettery. Po przeglądzie mojej smutnej korespondencji wnoszę, że chyba muszę być bardzo samotna.

***

Dostałam mailem zawiadomienie, że wygrałam konkurs. Poszłam na spektakl, napisałam recenzję, zajęłam pierwsze miejsce i chyba dostanę bilet na następny spektakl – mam nadzieję. W końcu taka była stawka.

Tak bardzo bałam się, że znowu nic nie wygram. Tak bardzo się nie nastawiałam, że nawet się jeszcze nie cieszę. Napisałam do kilku najbardziej pozytywnych osób w moim otoczeniu, żeby ucieszyły się za mnie. Żeby mnie zaraziły tym ucieszeniem.

Przemknęła mi przez głowę myśl, że może mój tekst po prostu nie miał konkurencji i tylko dlatego wygrał. Tak jakbym nie mogła sobie powiedzieć, że był (chociaż) niezły.

***

Od stycznia wysyłam moją książkę do wydawnictw i czekam na odpowiedź. Pusta skrzynka odbiorcza to i w tym przypadku oznaka porażki.

Ucz mnie siebie

Mówi się, że w przyjaźni można się nie widzieć miesiącami, a podczas spotkania nie będzie się czuło tego upływu czasu. „Rozmawia się nam tak, jakbyśmy się wczoraj widzieli…” – słyszy się nieraz. Albo że przyjaciel rozumie bez słów, że w połowie rozpoczętego zdania już wie, jaki będzie koniec. Że zawsze rozumie.
Niestety nie zawsze tak to działa. I to nie dlatego, że ktoś nie jest przyjacielem.

***

Mam bliską osobę, która mieszka daleko. Czasem ta osoba ma kłopoty i coś przeżywa – jak każdy. Pamiętam takie rozmowy telefoniczne, kiedy myślałam, że potrzebuje rozśmieszenia i dodania otuchy w głupkowaty sposób, a ona potrzebowała zgoła innych słów albo nawet nie słów, bycia solidarną, rozumiejącą, uważną. Rozłączyła się szybko, a ja zostałam z oszołomieniem i poczuciem wstydu za siebie. Nie widziałam reakcji, nie wiedziałam, co mam zrobić i co mówić. Mówiłam nie to, co trzeba. Nie widziałam mimiki, nie mogłam przytulić i pogłaskać. Nie wiedziałam, że moje głupie słowa doprowadziły do płaczu.
Nadal nie wiem, jak z lakonicznej treści smsa wyczuć, czy ktoś po drugiej stronie płacze, czy przeżywa, czy pisze ot tak, lekko. Odbieram tekst jako dziarski, dzielny i pogodny, a następnego dnia dowiaduję się, że było naprawdę źle. I nijak nie umiem się tego domyślić.
Nie wiem, czy mam podtrzymywać kontakt, pisząc o głupotach i nieistotnych sprawach, tak dla rozrywki i odstresowania, czy pytać codziennie, czy już lepiej, czy dać czas bez obawy, że dana osoba poczuje się opuszczona i sama. Jak dobrać słowa, które mają wspierać, a nie dołować. W delikatnej materii ludzkich uczuć poruszam się jak słoń w składzie porcelany.
Jak zrozumieć, czego ktoś w danym momencie potrzebuje, jeśli nie mam żadnych wskazówek?

***

I czasem mam ochotę zaapelować, żebyśmy się siebie nawzajem uczyli. Mówili: teraz potrzebuję od Ciebie pociechy i wysłuchania. Żebyś mi napisała, że będzie dobrze i wszystko się ułoży (mój mąż nauczył mnie, że absolutnie nie chce słyszeć takich tekstów i dobrze, teraz wiem, żeby jemu tak nigdy nie mówić). Ucz mnie i uświadamiaj w stylu: teraz nie mów mi takich rzeczy, nie pisz do mnie, chcę być sama. Teraz potrzebuję totalnej troski i skupienia na mnie. Teraz jest mi bardzo źle. Teraz jest mi dobrze i chcę się tym z Tobą podzielić. Ten tekst był głupi, nie mów tak do mnie więcej. Ten tekst był nie na miejscu. Wiem, że chcesz dobrze, ale Ci to nie idzie.
Ucz mnie siebie – jak sztubaka, jak początkującego, jak ucznia, dzieciaka. Jak mistrz. Jesteś najlepszym specjalistą od samego siebie. Odkryj mi tajniki, tajemnice, sporządź instrukcję obsługi siebie. Czego potrzebujesz. Czego Ci trzeba. Jak powinnam się teraz zachować.
Chciałabym, żeby ktoś mnie nauczył, jak być lepszą przyjaciółką, jak być wsparciem, jak rozumieć telepatycznie, jak czytać między lakonicznymi wierszami. Często oblewam ten egzamin i jest mi wstyd, zupełnie jak na studiach.

10 myśli na zimny maj

Im paskudniejsza pogoda, tym ładniej się ubieram. Jeśli nie mogę czuć się dobrze z powodu tego, co na zewnątrz, muszę sama sobie stworzyć powody do ucieszenia. Im trudniejszy dzień, tym bardziej się stroję. Ładne rzeczy dodają mi trochę pewności.
Im zimniej i bardziej ponuro, tym intensywniej myślę o pomadce, eleganckiej sukience, broszce, szpilkach.

***

Kiedy już ubiorę się tak elegancko, że nawet i buty na obcasach, zwykle w połowie drogi na przystanek autobusowy zaczynam zazdrościć mijanym dziewczynom w trampkach.

***

A potem w pracy jestem zmuszona odpowiadać na pytania, skąd ta elegancja. Trochę głupio mówić,  że to przez zimny maj. Napisać tutaj to nic w porównaniu z opowiadaniem o tym poważnym współpracownikom, serio.

***

(Znowu o butach!) W taki maj jak ten zaczynam wątpić w sens kupowania sandałów. Zaczynam wątpić w to, że kiedykolwiek przyjdzie lato. Tracę wiarę.

Autosave-File vom d-lab2/3 der AgfaPhoto GmbH

(fot. Mariusz Bieniek)

***

Zwykle o tej porze i o tej temperaturze przypomina mi się piosenka Maanamu pod bardzo celnym tytułem „Wyjątkowo zimny maj”. Tylko że wyjątek powoli staje się regułą. To jest wielce niepokojące.

***

Nie zrozumcie mnie źle. Nie czekam na upały. Czekam na dni, kiedy będzie można założyć sweter lub żakiet zamiast kurtki. Kiedy będzie można wyjść w cienkich rajstopach. Nie że od razu 30 stopni, bez przesady.

***

Ostatnimi laty mam wrażenie, że w Polsce pogoda gra va banque, zamiast wyśrodkować. Mam taki postulat: zorganizować nam tutaj, Polakom, porządną wiosnę, a potem ciepłą jesień. Tych pór roku mi najbardziej brakuje.

***

Szybko wskoczyliśmy niemal w środek maja. Czuję się wrzucona jak żaba we wrzątek – w topiel obowiązków, terminów i załatwiania spraw wszelakich. Najlepiej na już, na natychmiast albo na wczoraj. Bo przecież uciekły nam niemal dwa tygodnie! Uciekły i trzeba nadgonić!

***

Gdyby nie to, że długi weekend spędziłam ze wszech miar korzystnie, inspirująco i komfortowo, mogłabym zastanawiać się teraz, gdzie się podziały te dni, wyłączone z normalnego czasu pracy. Jak to się stało, że tak szybko przeminęły.

***

Na szczęście byłam we Włoszech. Tam było cieplej. Tam była wzorowa wiosna.

wschód słońca Lido Di Jesolo11

(Dowód na istnienie słońca)

Mam to w genach

Jestem częścią sporej społeczności. Nazwijcie to jak chcecie: więzy krwi, wspólny gen. Moi dziadkowie od strony mamy i taty mieli po sześcioro dzieci, te dzieci mają po dwoje, troje, czworo. Plus prawnuki, następne pokolenie, które idzie po mnie, po nas.
Wśród moich krewnych (lubię to słowo) jest programista i doktor informatyki, jest założyciel sieci restauracji, właścicielka kwiaciarni, malarka. Kuzynka utworzyła prywatne przedszkole, a kuzyn pracownię mebli. Ludzie z mojego rodu (to słowo też lubię) zamieszkują Wyspy Brytyjskie i Półwysep Iberyjski. Moi wujkowie hodowali nutrie, mają szklarnie, krzewy winogron, działki.
Zaradni, pracowici i obrotni, trochę zamknięci w sobie, niektórzy mają bardziej cięty język niż inni, a niektórzy są wesołkowaci. Wszyscy bez wyjątku są gościnni.
Może nie ze wszystkimi mam kontakt, ale czuję, że w ogólnym porządku wszechświata nie jestem sama. W praktyce wygląda to tak, że jeśli byłabym w jakimś miejscu, w którym mieszka ktoś z mojej rodziny, wiem, że byłabym serdecznie przyjęta, ugoszczona i nakarmiona. W imię pokrewieństwa.

***

A jak to jest ze mną? Jestem podobna (fizycznie) do moich ciotek – och, mam wielką nadzieję, że tak samo jak one zatrzymam czas i zawsze będę wyglądać młodo. Nie jestem może zbyt obrotna i zaradna, ale za to staram się żyć bardzo twórczo i coś po sobie zostawić, coś namacalnego. Zwykle mam sporo do zrobienia, łapię różne zlecenia, organizuję sobie dodatkowe aktywności (śpiewanie, ściankę, ćwiczenia). Jestem też zdyscyplinowana i zwykle bardzo przykładam się do moich obowiązków i prac.
Mam to w genach. Mogę być z tego dumna.

***

A jak jest z Wami? Czy utożsamiacie się ze swoimi krewnymi. Czy widzicie podobieństwa, czy same różnice? Czy więzi z dalszą rodziną mają dla Was znaczenie?

Kiedy przestajemy się zaprzyjaźniać?

Przyjaciółka z podstawówki – dziś dobra koleżanka, zajęta swoimi sprawami. Gdy przychodzę do niej pogadać, obok siada jej mąż i też chce. Tak jakby nie rozumiał, co to znaczy babskie gadanie.
Lokatorka w akademiku, bliska przyjaciółka, bratnia dusza – nieporozumienie, rozczarowanie, koniec przyjaźni, koniec kontaktu, zdawkowe przywitanie przy spotkaniu. Zgrzyt.
Przyjaciółka od spraw sercowych, od kłopotów i lęków – dziś zabiegana mama gromadki dzieci, rzadko odpisująca, rzadko inicjująca kontakt. Wiadomo.
Kiedy jest czas na zaprzyjaźnianie? W szkole i na studiach? Czy wtedy jesteśmy najbardziej otwarci na nowe znajomości? Czy jeszcze wtedy ufamy i wierzymy, że to na zawsze?

***

Ja już się nie zaprzyjaźniam, myślałam sobie niedawno z pewną beznadzieją. Nie wychodzi mi to. Zadzierżgnęłam więź z kilkoma najbliższymi mi osobami i tyle. Koniec. Nic więcej się nie zdarzy. Żadnej więcej bliskości z kimś spoza tego kręgu.
Są ludzie, z którymi mogłabym się zaprzyjaźnić, bo myślę, że mamy podobne spojrzenie na świat, poczucie humoru aż do sarkazmu, że po prostu byśmy się dogadali. Ale te osoby nawet nie wiedzą o moim pragnieniu. Ludzie, z którymi zaiskrzyło, ale nie było okazji lub wystarczającej chęci, by to pociągnąć, pogłębić. Znam sporo ludzi, z którymi mogłoby coś wyjść. Ale nie wyszło.

***

Od lat jestem w stałym związku przyjaźni. Pierwsze zauroczenia, kryzysy, oddalenia i zbliżania, ważne momenty. Wspólne przeżycia.
Przyjaźń to inwestycja. Poświęcasz czas, dzielisz się swoim życiem. Dajesz, bierzesz. Naprawiasz, coś popsuł, przepraszasz i przebaczasz. Rozumiesz bez słów i czytasz między wierszami. A jak nie, to zawsze możesz dopytać, czy dobrze interpretujesz.

***

Może już się nie zaprzyjaźniam, ale na nowo odkrywam przyjemność poznawania nowych ludzi. Poszłam na ściankę, gdzie co zajęcia ktoś inny mnie asekuruje. Poszłam na spotkanie kobiet, gdzie uczymy się przemawiania i mówienia bez przygotowania. Jadę na wycieczkę, idę na spacer, na zakupy, na wschód słońca w towarzystwie.

Świadomie wchodzę w relacje z kimś, kto mnie inspiruje. Chcę się spotykać, chcę doświadczać, chcę czerpać z mądrości, piękności i twórczości innych ludzi (ostatnio wyjątkowo często spotykam takie osoby). Jak na introwertyka to bardzo dużo.

A jak Wy myślicie? Czy po trzydziestce można się z kimś zaprzyjaźnić?

Ścianka i lina, czyli przemyślenia z wysokości

Podczas przeglądania starego notatnika uzmysłowiłam sobie, że mniej więcej od 2014 roku marzyłam o wybraniu się na ściankę wspinaczkową. A w 2015 roku to już koniecznie. W 2016 miałam nawet odłożone pieniądze. Poszłam w 2017 (w końcu to ostatni rok, nie?).

„Zawsze chciałem to zrobić”, „Marzę o tym”, „O, chciałbym też tego spróbować”. Więc jeśli tylko możesz, to spróbuj, odpowiadam, kiedy tylko mam okazję. Ale tu się powtarzam, więc opowiem, jak to było u mnie ze ścianką.

***

Po pierwszym treningu wracałam z poczuciem porażki i dziwnym odkryciem – czego się boję? Czyżbym miała lęk wysokości? Co się może stać, jeśli odpadnę? Dlaczego te uchwyty są takie małe? Jak się utrzymać? Jak dojść na szczyt???

Po drugim treningu wracałam z poczuciem porażki i bardzo rozczarowana sobą. Dlaczego jestem najgorsza w grupie? Czy jestem aż tak słaba? Ileż można się bać? Odpadłam i cóż się stało? Powisiałam w powietrzu, pohuśtałam się na linie, ot, wielka mi rzecz. Obiłam kolano, raz weszłam na samą górę, raz nie weszłam, raz trzęsły mi się nogi, raz ślizgały dłonie.

Po trzecim treningu wracałam z silnym zmęczeniem i ledwo włócząc nogami, ale za to z zadowoloną głową. Bo okazuje się, że długie utrzymanie się na ścianie to oznaka siły. Że wejście na szczyt nie zawsze jest tak ważne jak sama walka, czasem zaciekła. Że przecież na początku zawsze jest trudno, a nieraz bywa tak, że i potem jest trudno, ale warto się starać. Czasem muszę być wściekle wytrwała, a czasem muszę umieć odpuścić. No, życie.

Albo wiszę jak pająk na ścianie, albo jak małpa na linie.

***

Trzy dni po trzecim treningu, gdy sięgam po coś, ubieram się, prostuję plecy czy zginam nadgarstki, czuję bolące mięśnie i to jest dobry ból. Bo przypomina mi o cholernie dobrym doświadczeniu.

Głupio tak być szczęśliwym

Niedawno napisałam komuś, że ostatnio czuję się obłędnie szczęśliwa i momentalnie zrobiło mi się strasznie głupio. A potem zrobiło mi się głupio z powodu czucia się głupio. No bo jak to, naprawdę głupio być tak po prostu szczęśliwym? I jeszcze o tym komuś powiedzieć… A co, jeśli ten ktoś nie jest szczęśliwy i to moje szczęście odbierze jako cios w plecy? Albo jeśli mi powie: „Jesteś szczęśliwa? Do czasu”. Doprawdy, świetna odpowiedź.

Ostatnio mówiłam w towarzystwie o tym, że mój mąż jest świetnym człowiekiem i że małżeństwo jest bardzo spoko – i usłyszałam: „Poczekaj, aż…”. To ja dziękuję za takie dobre rady. Nie potrzebuję tego. Nie muszę tego wysłuchiwać.

Nie potrzebuję martwić się dziś, kiedy coś się zepsuje. Kiedy stanie się coś złego. Kiedy przestanę się czuć szczęśliwa.

***

Mam wrażenie, że łatwiej i jakoś tak naturalniej opowiadać, że nie mamy humoru, że znowu coś nie wyszło – albo być po prostu zachować postawę zdystansowaną, ot, norma. Ani szczęśliwa, ani nieszczęśliwa. Cholerni stoicy.

Tymczasem od jakiegoś czasu czuję nadmiar szczęśliwości, pasji, radości i energii (nie, nie ma to nic wspólnego z hormonami). Rozpiera mnie od środka, czasem aż czuję, że to zaraz eksploduje. Czasem muszę znaleźć ujście. Napisać sześć wpisów pod rząd, nagotować potraw, iść na bardzo intensywny trening, po którym już nie mam siły, ale mam satysfakcję i czuję się jeszcze szczęśliwsza (endorfiny, wiadomo). Zrobić coś intensywnego, na 100%, zmęczyć się, wyeksploatować.

Świadomie wybieram to, co mnie cieszy, nie skupiam się na tym, co mnie denerwuje i drażni. Na wiele rzeczy nie mam wpływu, ale jeśli mam wybór, to wybieram tak, by się nie denerwować. Po co mi to. Po co te nerwy? Owszem, mogłabym skupić się na wadach męża, małżeństwa, miejsca, w którym mieszkam i pracy, do której chodzę. Mogłabym, ale nie chcę. Wybieram to, co dobre i tym staram się ucieszyć.

Można posiedzieć przed telewizorem i ponarzekać na rząd, ale ja wolę wyłączyć telewizor, biorę prysznic, otulam się w miękki szlafrok i pachnące masło do ciała. I już się robi jakoś milej. Można obejrzeć francuską komedię zamiast kryminału. Napisać do kogoś i dostać list w odpowiedzi. Zrobić coś dobrego do jedzenia i zaprosić przyjaciół, by razem posiedzieć przy stole. Można cieszyć się z nowego samochodu albo martwić się, że jak coś się zepsuje, to zapłacę za naprawę. Świadomie wybieram rzeczy dobre.

Jak ktoś wybiera bycie malkontentem, to jego wybór, mnie nic do tego. Ja wybieram radość.

18

(Fot. Dorota Koperska)

Imponują mi kobiety, którymi nie jestem

Są połączenia cech, które mnie wyjątkowo ujmują. Kiedyś sobie wymarzyłam męża: podróżnika – artystę z poczuciem humoru, otwartego na świat. Człowieka, który czyta i nie śmieci w lesie. Jeśli wiem, co podziwiam w innych, wiem też, do czego mogę dążyć.

***

Podobają mi się kobiety silne i jednocześnie kreatywne. Kobiety, które mówią: dam sobie radę. Zrobię to. Kto jak nie ja? Załatwię to.
Kobiety znające swoją wartość. Które nie myślą w sposób opresyjny, lękowy, są wolne i radosne. Które są niezależne, ale umieją się zaprzyjaźniać, ufają innym i mają bliskich. Mają dla nich czas, dobre słowo i uśmiech, ale też są szczere i wymagające, motywujące, inspirujące.

10331634_10152155911712725_80500671_n

(Fot. Dorota Koperska)

Kreatywne – dają innym wiele z siebie, bo na tym polega ich praca i powołanie. Kreatywne, bo czynią świat lepszym miejscem. Bo rozmowa z nimi jest kojąca i inspirująca tak, że jest Ci lepiej. Czujesz się lepszym człowiekiem, odważnym i gotowym na zmianę. Czujesz, że to, co w sobie nosisz, to Twój dar i niepowtarzalność, że możesz i powinieneś dzielić się pasją. Kobiety, które potrafią zapalić do działania. Zróbmy coś dobrego, fajnego, ciekawego.

Kobiety odważne, szalone, ryzykujące, myślące rozsądnie, mające plan na życie. Idące swoją drogą, mimo mozołów. Wymyślające sobie zawód, konsekwentnie realizujące swój plan. Kobiety walczące, wydeptujące ścieżki, osiągające cel, nieustające. Walczące o nowe przygody, doznania i doświadczenia.

Kobiety, które w chwilach nieszczęścia wiedzą, jak się zachować, co mówić albo po prostu są blisko. Kobiety troskliwe i tworzące atmosferę akceptacji, bycia na swoim miejscu.

Kobiety, które umieją słuchać i wiedzą, co powiedzieć, a kiedy lepiej milczeć.

***

Imponują mi kobiety, którymi nie jestem. Nie jestem moją mamą z jej wielką mądrością i miłością do nas wszystkich. Nie jestem moją przyjaciółką z jej odwagą, rozsądkiem i ciepłem, nie jestem dobrą koleżanką, która z twórczości uczyniła plan na życie, czy znajomą, która zmienia świat wokół siebie, bo chce i czuje, że musi to robić.

Jeśli kiedyś się taka stanę, to będę przeszczęśliwa (i – mam nadzieję – ludzie dookoła mnie). To moja wielka i niekończąca się praca domowa.

10345016_10152155905652725_1686482480_n

(Fot. Dorota Koperska)

Jak „Wiedźmin” zmienił moje życie?

Wspominałam już dwakroć, że gram w „Wiedźmina”. Miałam już przemyślenia dotyczące tego, jak gra komputerowa przypomina ludzki los (albo odwrotnie). Dziś ciąg dalszy. Bo otóż okazało się, że granie w kultową polską grę zmienia moje życie. Serio.

Urosłam

Urosłam w oczach mojego męża. Gramy (znowu) razem. Dawno temu graliśmy w cudowną „Syberię” i najgenialniejszą grę na świecie, „Myst”. To doświadczenie łączy. Zawsze mogę mu opowiedzieć, że mam problem z graveirami w piwnicy, że muszę uprowadzić krowę (!) albo że zabiła mnie kikomora wojownik i on rozumie.

Co więcej, urosłam w jego miejscu pracy. Jestem tą legendarną żoną, która gra w „Wiedźmina”. Podobno się mną chwali, nie wiem, nie byłam, wierzę na słowo.

Dalej: urosłam w oczach moich uczniów. +25 do fajności (mam nadzieję, że chociaż tyle).

Lepiej rozumiem

Lepiej rozumiem, jak w książce fantazy ktoś ginie od miecza, a ktoś ma magiczną moc. Widzę te gesty, ruchy, czuję zagrożenie.

Uderzyłeś w szczękę wszystkich moich wrogów. Swego wroga złupiłem doszczętnie. Jeśli się kto nie nawróci, miecz swój On naostrzy. Wrogowie moi się cofają, padają, giną. Występni krążą dookoła. Okrążają mnie teraz ich kroki. Powstań, o Panie, wystąp przeciw niemu i powal go, swoim mieczem wyzwól moje życie. Ścigam moich wrogów i ich dopadam, a nie wracam, póki nie zginą. Starłem ich, nie mogli się podnieść, upadli pod moje stopy. Cofnąłeś jego miecz przed napastnikiem, nie pozwoliłeś mu ostać się w walce…

To cytaty z psalmów.

Wiem, co to znaczy być otoczonym i zwyciężyć zgraję przeciwników. Wiem, co to znaczy zostawić za sobą trupy. Miecz jest moim narzędziem i moją obroną. Muszę o niego dbać. Widzę te wszystkie obrazy, jest to niemalże namacalne. Jakkolwiek by to nie zabrzmiało, gra w jest moją pokrętną drogą do pobożności (sic!) i do głębszego przeżywania literatury.

Nie tylko obrona

To doświadczenie bardzo osobiste. Po pierwsze – niezwykłe poczucie siły. Po drugie – Wiedźmin nie ucieka. On idzie na spotkanie z niebezpieczeństwem, ma świadomość swojej mocy, swoich eliksirów, swojej siły, wytrzymałości.

Imponuje mi ta moc, bo ja taka nie jestem. A przynajmniej nie czuję się silna. Wchodząc w skórę tak mocarnego wojownika, mam wrażenie, że część jego myślenia przechodzi na mnie. Konfrontacje z wrogami to nie tylko obrona, unikanie. Wiedźmin mówi: wolę polować. I idzie mu to świetnie.

„Nie mam czasu, gram w grę”

Mistrzyni prokrastynacji. Robię, co niezbędne, najlepiej i najszybciej jak umiem, przesuwam to, na co mam jeszcze czas, a potem zasiadam do gry.

Tak że przepraszam Was bardzo, ale jak to mój mąż mi powtarza, w Wyzimie mnie potrzebują.

1 2 3 4 11