Ciało współczujące

Co jakiś czas wraca do mnie temat ciała i ten tytuł, wymyślony pół roku temu. Nieraz bolące ciało daje znać: napisz o mnie.

Bolę

Ciało jest jednym wielkim mięśniem współczującym. Towarzyszy nam w codzienności, zwraca się ku nam z czułością i uwagą, wiernie służy. Czasem po wielkim wysiłku fizycznym myślę sobie: cała bolę. To nie ciało mnie boli. To ja sama. Dawniej może powiedziałoby się: „boleję” lub „ubolewam”, ale one chyba jednak znaczą coś trochę innego.

Podobno to, co w głowie, to i w ciele. Gdy w mojej głowie miesi się i kotłuje trudny temat, ramiona spinają się, a żołądek zwija się w pięść. Czasem można i gorączki dostać z tego całego zmartwienia. Emocje łupią w głowie razem ze wzburzonymi strugami krwi w zakolach tętnic. Albo klatka piersiowa zapada się ciężko i trudno się wtedy oddycha, jak z kamieniem na żebrach.

Ciało – ja

Jesteś swoim ciałem. Niektórzy się zadręczają (czasem chciałabym zapytać: czy głodziłabyś kogoś albo czy mówiłabyś o kimś, że jest gruby i obleśny? Więc dlaczego na litość boską robisz to sobie?). Niektórzy nie dbają, bo po co, ostentacyjnie lekceważąc sprawy ciała, przecież są ważniejsze rzeczy, wznioślejsze. Ciało się odwdzięcza… albo mści. Choruje albo niedomaga. Staje się słabe i kruche. Paznokcie, włosy, stan skóry, rozrzedzona krew, niepokojące sygnały.

Pisałam kiedyś o tym, jak ciało boli korektora. Boli też nauczyciela, dźwigającego po pierwsze stres początkującego, a prócz tego podręczniki, materiały, kserówki, testy i różne inne niezbędności w taszczonej torbie. A także prowiant i napitek na cały dzień. Bo przecież gardło i brak śliny. Prowiant można ruszyć dopiero po skończonych lekcjach, brzuch burczy zawsze w środku lekcji, a wtedy nie wypada wgryźć się łapczywie w kanapkę. Żołądek odzywa się z jękiem zawodu.

Nauczyciel perypatetyk odczuwa łydki i stopy.

Zdarzyło mi się, że ciało się rozgorączkowało, bo na głowę spadło o wiele za wiele. Bo ciało współodczuwa.

Podmiot i przedmiot

Czytałam niedawno książkę o ekspresji ciała. Jak reaguje na śpiew, na poezję, jak ciało się kurczy i odbiera bodźce. Jak się spina, jak się otwiera lub zamyka. Jak bardzo jest tożsame z uczuciami, jak wsłuchanie się w nie dużo mówi o nas samych.

body landscape

(Fot. Mariusz Bieniek)

Zdarza się, że wraz z moim ciałem czuję się jak przedmiot, obiekt do fotografowania. Chwilowe uprzedmiotowienie, na które się zgadzam, trochę z ufności, trochę z ciekawości, trochę dlatego, że mam nadzieję być częścią czegoś ważnego. Jak to jest – na czyjeś słowo zastygać, napinać mięśnie aż do drżenia, pokazywać bez wstydu wystające żyły, zakazane fałdki, swoją obłość, tętnice jak struny. Zesztywniały kark i oko, które ciut za długo czeka na mrugnięcie.

Pozowanie jako cichy akt oddania swojej decyzyjności.

Pozowanie jako odsłonięcie niedoskonałości i ograniczeń.

Obrażenia ciała

Miałam kiedyś zajęcia z ruchu rozwijającego Weroniki Sherborne. Jedne z najgorszych, jakie pamiętam. Nie że nudne, wręcz przeciwnie, bo wbiły mi się w pamięć. Polecono nam, żebyśmy dotykali się plecami i starali się dopasować, sprawdzić, z kim nam dobrze się dotyka, z kim czujemy się dobrze – a wiadomo, jak masz się dotykać z kimś plecami, to niestety czujesz jego pośladki.

Okropne, dojmujące doświadczenie. Moje ciało – moje granice. Nie chciałam tego tak samo, jak nie lubię pocałunków na przywitanie albo przytulania z kompletnie obcymi mi ludźmi.

Bardzo silnie strzeżone terytorium. Zdarzało mi się strząsać niechciane ręce z szyi, z pośladków, z karku. Noli me tangere, świnio. Zabieraj łapy.

Ciało może być obrażone nie tylko wtedy, gdy leje się krew.

Dlaczego życie jest jak gra (albo serial)

Dzisiaj zdałam sobie sprawę, że od moich czasów licealnych minęło jakieś siedemnaście lat. Nie ma czego żałować, nie ma czego wspominać. Takie zamierzchłe, ledwo pamiętne czasy. Siedemnaście lat temu.

Ja się ciągle czuję na dwadzieścia jeden. Zawi(ch)rowanie czasoprzestrzeni.

Nie lubię wspominania starych dobrych czasów. Nie zaprzyjaźniłabym się ze sobą tamtą.

profilowe z Autostopem

(…chociaż to zdjęcie nawet lubię)

***

Studia, liceum, czasy nastoletnie czy dzieciństwo – były jak pierwsze sezony serialu kręconego w latach 90., gdzie bohaterowie są nieopierzeni, mają brzydkie fryzury i są jeszcze naiwnie prostolinijni, nie do końca napisani i dookreśleni.

Albo jak prolog rozbudowanej gry komputerowej (teraz na przykład gram w „Wiedźmina”, stąd skojarzenie). Początki. Uczysz się podstawowych narzędzi, dowiadujesz się, co możesz, a czego nie. Dopiero zbierasz umiejętności, zasoby, wiedzę. Po kilku rozdziałach będziesz rozwiniętym starym wygą. A potem zabije cię jakiś potwór.

W życiu to może być na przykład rak albo zawał.

Pozdrowienia z barłogu

Jutro znowu zacznę udawać kobietę sukcesu (kto mi uwierzy?). Założę jakieś schludne ubranie, uczeszę się i zrobię makijaż – pierwszy od tygodnia. Z (umyślnie nieskrywanym, choć trochę na wyrost) entuzjazmem przekroczę progi mojego miejsca pracy i z uśmiechem przywitam się z tymi, którzy tam będą.

Zacznę znowu mieć energię.

Zdejmę tę flanelową koszulę. Wyrzucę puste opakowania po lekach. Zaścielę łóżko, które służyło celom leczniczym, było mi pociechą, przystanią, barłogiem.

***

Niby zwykła choroba, normalna rzecz w okresie zimowych chorób. Wszak mamy całą plejadę zimowych chorób. Można śmiało diagnozować całe orkiestry kaszlu i kichania w autobusie, na przystanku, w szkole. W ciemno można diagnozować te malownicze chrypki, zakatarzone nosy wygrywające tubalnie swoje melodie.

***

Gorzka prawda jest taka, że nie jest łatwo odpuścić. Oddać swoje lekcje, swoje zadania komuś innemu. Zrezygnować z tego, na co się czekało. Na spektakl, na wspólny śpiew. Trzeba było poodwoływać. Nie byłoby łatwo oddawać kawałki życia, krok po kroku.

Chciałam we wszystkim uczestniczyć, bo chcę wierzyć, że beze mnie to nie będzie to samo. Ale zawsze da się zastąpić człowieka. Każdego da się zastąpić.

Oglądałam niedawno „Ostatnią rodzinę”, czytałam o Beksińskich. I jest tam taka scena, po której zrobiło mi się gorzko i smutno. Kobieta mająca świadomość zbliżającej się własnej śmierci uczy męża, jak się robi pranie i co ile zmienia się pościel czy firanki. Ale jej mąż zatrudni sobie sobie pomoc domową, która będzie się tym zajmowała. Jej mąż poradzi sobie bez swojej żony, która się nim tak pięknie zaopiekowała.

A mogła porobić w życiu coś innego, on by sobie i tak poradził. Albo nie zauważyłby różnicy.

***

Powoli zaczynam wracać do świata. Wychylam nos przez drzwi i niepewnie wącham mroźne powietrze – ale tylko przez chwilę, bo smog. Nikt nie chce go zapraszać do płuc. Sam się wprasza, ale to inna sprawa.

Zasiałam cytrynę i pomidory, czekam na szczypiorek. Teraz parapet i ja powoli bierzemy rozpęd, by znowu wziąć się za życie.

śpiąca i potargana

Len dla lepszych i paski dla zuchwałych, czyli 7 ciekawostek z historii mody

Kto nosił koronkowe spodenki, kto ubranie w paski i dlaczego spodnie to był gorszący pomysł? Dlaczego mężczyźni portretowali się w pończochach? Oto garść ciekawostek z historii mody i stroju.

Len dla lepszych

Starożytni Egipcjanie nabijali się z Żydów, pasterzy, którzy w upały chodzili owinięci w wełniane ubrania. Za to Egipcjanie latali prawie nago. Ich cienkie szatki okrywały biodra, właściwie wszystko było na wierzchu.
Dochodziła do tego symbolika. Uważano, że czysta biel to święty kolor, a roślinne pochodzenie lnu jest lepsze niż wełna ze śmierdzących owiec. Egipcjanie nie akceptowali wełny. Nie można było wchodzić w wełnie do świątyni czy grzebać w niej zmarłego.

EgipcjanieAle Izraelici nie podążali za modą, wygodą czy religią egipską. Podążali za jąkającym się brodatym Mojżeszem okutanym w wełnę. Oglądacie czasem filmy o tematyce biblijnej? Ja nie mogę patrzeć na grube ubrania ludu wybranego, bo wyobrażam sobie, jak jest im gorąco.

Tylko barbarzyńca szyje ubrania z kawałków

Normalny, cywilizowany człowiek bierze trzy metry lekkiego, cienkiego materiału i układa na ciele, drapuje, przeplata, czasem spina. Czasem z pomocą służącej, bo sam się może zaplątać.
Krojone i szyte ubrania to był dla nich wulgarny i szokujący pomysł.
Rzymianie musieli być bardzo zdziwieni, kiedy zobaczyli, że można zszyć dwa kawałki materiału. Albo nosić spodnie…

Spodnie pomogły podbić Europę

No właśnie. Koczownicze ludy z Azji zamieszkujący stepy szerokie miały ten luksus, że jeździły konno w spodniach. Na pewno było im wygodniej tak jechać okrakiem. Codziennie. Konno.
Mijały wieki, a starożytny Zachód ciągle uważał noszenie spodni za nieprzyzwoite. Europejczycy trwali przy drapowanych ubraniach. W końcu upadło cesarstwo zachodniorzymskie, w końcu spodnie przyszły i do Europy. Były co prawda po drodze różne wynaturzenia…

Faceci w rajtuzach

w rajtuzachObcasy i kokardki, jedwabne pończochy i koronki. Propozycja na walentynki? Nie, to wzór męskości XVI i XVII wieku.
A było to tak. Najpierw noszono szarawary, potem nogawice. Ale w XVI w. zastąpiono je długimi jedwabnymi pończochami, które podkreślały umięśnione łydki. Kto miał pokazywać łydki, jak nie faceci? W końcu kobieca łydka to wynalazek XX wieku i Gombrowicza.
Na pończochy wkładano bufiaste krótkie spodenki szyte z tkanin krojonych w paski, żeby były szersze. Plus między nogami saczek (taka torebka czy kieszonka), aby podkreślić kształt męskich klejnotów. Niektórzy specjalnie podkreślali tę część stroju, niektórzy ją powiększali, a byli też tacy, którzy chowali tam miłosne listy, monety czy owoce – prezenty dla dam. „Mam coś dla Ciebie”, mówi, i wyjmuje jabłko spomiędzy nóg. Apetyczne? Romantyczne?

…i w koronkach

Wyobraźcie sobie krótkie bufiaste spodenki, do których przywiązywano kolorowe wstążki, kokardki i koronki. Do tego buty na małym obcasie, z klamerką lub kokardą. Kogo byście ubrali w taki strój? Klauna? Koleżankę bez gustu? Otóż możni panowie kilkaset lat temu nosili je bez obciachu. Tak, królowie też. A nawet pozwalali się w takim stroju portretować.

koronki

W zasadzie to nie powinniśmy się dziwić – w XVI i XVII wieku strój męski bez koronek był uznawany za nieelegancki. Zaś w II połowie XVII wieku przyszła moda na dziwaczne spodnie zwane rhingrave. Szyte z dużej ilości materiału, bardzo marszczone, wyglądały, jakby mężczyzna nosił ze sobą pufę do siedzenia. Do tego pończoszki. Sam seks.

Modna pani z gęsią skórką

Był czas, kiedy figura kobiety miała przypominać wysmukłą antyczną kolumnę. Czasy empire (lata 20. XIX wieku) to moda na cieniutkie i delikatne suknie odcinane pod biustem, z krótkim rękawkiem i sporym dekoltem. Trochę jak grecka tunika. Nie, nie przewiduje się wersji zimowej. Można założyć na ramiona szal, to wszystko.
Nic dziwnego, że powstawały karykatury wyśmiewające modne damy ze zmarzniętymi tyłkami.

gęsia skórka

Rządy katolickie a głębokość dekoltu

Najpierw Bizancjum, potem średniowiecze i barokowa hegemonia Hiszpanów. Co jakiś czas w modzie przeplata się ciało rozebrane i szczelnie zakryte. hiszpańska zbroja IIAntyk, zwłaszcza grecki, nie bał się nagości. Sportowcy biegali bez strojów, ciała odznaczały się pod cienkim ubraniem. Z kolei Bizancjum było bardzo cnotliwe. Ciała przykrywano od stóp do głów sztywnymi materiałami. W średniowieczu – wiadomo, długie suknie, długie rękawy, Bóg, grzech, pokusy. Potem przyszedł trochę bardziej rozebrany renesans, dekolty, bujne i zdrowe ciała.
Ale XVII wiek to rządy katolickiej Hiszpanii. Kontrreformacja, inkwizycja, przyhamowanie swobody obyczajów – surowa Hiszpania zaczęła nadawać ton chrześcijańskiemu światu. Strój nie musi być wygodny, mówili, ale powinien całkowicie zakrywać ciało.
Kojarzycie portrety kobiet, na których suknie wyglądają jak sztywne zbroje? To właśnie ten czas. Nie pokazuje się szyi, nadgarstka, kostki. Nie wypada. Ramię? Zaznaczenie, że kobieta ma piersi? Tfu, nie wolno!
(A potem przyszło oświecenie, rokoko i przyjmowanie gości w prześwitujących szlafroczkach. Zmiany, zmiany, zmiany…)

Paski dla zuchwałych

…(oraz galerników i kuglarzy).
W średniowieczu paski były przeznaczone tylko dla wykluczonych: Żydów, błaznów, kuglarzy, trędowatych, katów, prostytutek, bękartów, skazańców, niewolników. W ikonografii w paski ubrany jest wiarołomny rycerz Okrągłego Stołu, Judasz, szaleniec z Biblii.
Do XVIII w. paski były elementem degradującym, pejoratywnym, diabelskim. Zakłócały ład społeczny. Kto nosił paski, z tym było coś nie tak. A już najgorsze były paski w żywych, mieniących się kolorach. Najgorsze.
Potem się to oczywiście zmieniało, ale musiały minąć wieki, zanim noszenie ubrania w paski nie jest odbierane jako prowokacyjne, niejednoznaczne lub chociaż jako zuchwałe.

***

Ps. O świecie dawnej mody i urody pisałam też w tym wpisie.

Bibiliografia:
Golińska Dorota, „Kanony kobiecej urody”, Buchmann, Warszawa 2014.
Łoszewski Krzysztof, „Od spódnicy do spodni. Historia mody męskiej”, Wydawnictwo BOSZ, Olszanica 2014.
Pastoreau Michel, „Diabelska materia. Historia pasków i tkanin w paski”, Oficyna Naukowa, Warszawa 2004.
„Żony modne. Historia mody kobiecej od starożytności do współczesności”, red. A. Sieradzka, Wydawnictwo Naukowo-Techniczne, Warszawa 1993.
Toussaint-Samat Maguelonne, „Historia stroju”, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 1998.

Źródło zdjęć: Pinterest.

empire(Pani Récamier już ma pierwsze objawy przeziębienia)

Wizja przyszłości: świat jedynaków

Co by było, gdyby na świecie istnieli sami jedynacy? Wiadomo, koniec 500+, bo nie miałoby sensu. Demografia leci na łeb na szyję. Samotne dziecko w piaskownicy. Mniejsze klasy w szkołach, gdzie każdy uczeń to pępek świata ("Jestem rozpuszczona, bo jestem jedynaczką" – słyszeliście kiedyś takie hasło? Bo ja tak). Koniec konfliktów o spadek. Wiadomo.

tryptyk helsiński1

(Samotny miś samotnego dziecka, fot. Mariusz Bieniek)

Ale przychodzą mi do głowy jeszcze dwie bardzo istotne konsekwencje. Powiedziałabym, kulturowe.

1. Zaginęłaby instytucja szwagra.
A także bratowej, cioci i wujka. Kuzyna i kuzynki. I tak dalej.
„Szwagier zrobi za pisiont złotych”, „rodzinny interes” i „wąsaty wujek na weselu” – te sformułowania odeszłyby do lamusa, a w książkach byłyby oznaczane gwiazdką i wyjaśniane przez troskliwego redaktora w przypisie na dole strony.

2. Przestałyby istnieć rodzinne zespoły muzyczne. Bee Gees, Anathema, bracia Hanson, niezliczone rodzeństwo The Kelly Family, Sepultura, The Corrs, Sistars, Pectus, Salk (bardzo polecam!). Nikt nie grałby z bratem w garażu. Nawet ja grałam z bratem w garażu.

***

Miałam niedawno zamysł takiej lekko apokaliptycznej książki, ale trudno mi wyobrazić sobie cały spójny świat pełen jedynaków. Ciekawa jestem, co byście dopisali? Jakie byłyby długofalowe konsekwencje – dobre i złe?

Poradnik pogromcy fochów

Foch to wredna bestia. Jak zaatakuje, to potrafi trzymać długo i zawzięcie. Fochate infekcje są niebezpieczne dla zdrowia psychicznego zarówno nosiciela, jak osób z otoczenia.
Ale jest nadzieja! Poniżej przedstawiamy Państwu cztery rewolucyjne metody na rozbrojenie focha. I Ty możesz stać się pogromcą fochów!

Kwarantanna

Nasza rada: omijać z daleka, czekać, aż bestia zdechnie. Nie zwracać uwagi. W końcu ile można nosić focha, który nie działa, nikogo nie karze, nikogo nie wpędza w poczucie winy i co najgorsze – nikogo nie obchodzi? Toż to zmarnowanie wrogiego potencjału. Zignorowany foch idzie popłakać w kącie. Zignorowany foch jest bez sensu.

Rozśmieszanie

Foch karmi się urażoną dumą, gniewem i złością. Rozśmieszanie pozwala rozbić wrogi mur. Rzuć w focha miśkiem. Pokaż pieseła z internetu. Przypomnij hasło z serialu, najgłupsze, jakie pamiętasz. Niech foch pęknie ze śmiechu. Niech foszasta mina zostanie rozbrojona.

Łagodzenie

Zagłaskany foch może stać się miłym foszkiem, a stąd już krok do uzdrowienia (relacji). Traktuj go delikatnie i łagodnie. Głaszcz zarazę, pokazuj, że nie straszne Ci jej ataki. Złą minę przezwycięż dobrem, pięknem, szlachetnością. Tak traktowany foszek staje się bezbronny, łagodnieje, maleje, aż niknie zupełnie.

Foch fochem

Czyli tak zwana foszasta homeopatia. Klin klinem. Ktoś obraził się na Ciebie? Ty obraź się na niego! Wielka bitwa fochów! Kto da więcej? Kto wytrzyma dłużej? W końcu któryś padnie w walce, a drugi będzie na tyle osłabiony, że i on zniknie. Do następnego razu…

***

A jak Wy radzicie sobie z fochem?

148

(Gratisowa owca do walki z fochem)

Książki, które przeczytałam w 2016

Policzyłam książki, które przeczytałam w 2016 roku. Postanowiłam przyjrzeć się mojemu czytaniu, zapisywać przeczytane i czytać więcej. Po prostu. Zamiast tępego siedzenia w internecie i marnowania czasu – czytać, sięgać po kolejne książki i (mam nadzieję) trochę mądrzeć.

Tytułem wstępu

Zawsze lubiłam czytanie. Nie wyobrażam sobie życia i mojej profesji bez książek, ale także przestrzeni bez tychże, podróży bez co najmniej jednej lektury (najgorsze podróże: kiedy książka skończy się za szybko), domu czy rozwoju (tutaj pisałam o tym szerzej). Na studiach filologicznych czytanie klasyki literatury to była czynność tak naturalna i oczywista jak „sen czy trawienie”, że zacytuję poetę. Nigdy w życiu nie czytałam tak wiele i nie uczyłam się tak dużo, jak tam. Ale potem studia się skończyły.

Kończ waść

Liczenie przeczytanych książki miało mi też dać motywację, by kończyć to, co zaczęłam. Czasem jednak nie dawałam rady – o tym wspominam na końcu.

Plany na wakacje już mam. #ksiazka #books #booklover #ksiazki #czytam #czytambolubie #czytambolubię

A post shared by Magdalena Bieniek (@magdalena.bieniek) on

Zapraszam do przejrzenia mojej listy przeczytanych książek 2016. Pogrupowałam książki w bardzo intuicyjne kategorie, żeby było łatwiej. Może się jednak okazać, że zrobiło się trudniej.

Kategoria pierwsza: non-fiction

Książki o Skandynawii. Dla mnie to osobny dział: „Skandynawski raj” (o którym pisałam tu), „81:1. Opowieści z Wysp Owczych” (Wydawnictwo Czarne gwarancją jakości. Aż zazdrość bierze, jak się pomyśli o autorach i krajobrazach). Prócz tego „Co Finowie mają w głowie” oraz „Islandzkie zabawki. Zapiski z wyspy wulkanów” – przeczytałam ze względu na temat, bo literacko nie były porywające.

Książki o innych krajach lub krainach: „Zrób sobie raj” (Szczygieł o Czechach), „Hajer na kraj Indii” – zabawne przygody pewnego sprytnego śląskiego podróżnika. „Klątwa gruzińskiego tortu” (byłam), „Wiza do Iranu” Artura Orzecha (nie byłam), „Światu nie mamy czego zazdrościć” (wstrząsająca książka o Korei Północnej). I jeszcze Pałkiewicz i jego wyzwanie: „Syberia. Wyprawa na biegun zimna”.

Coś z pogranicza ekonomii i filozofii: „Pracuj (za grosze) i nie przeżyj” (amerykański eksperyment: jak sobie poradzi dziennikarka, jeśli przez trzy miesiące będzie pracować jako sprzątaczka czy kelnerka). I jeszcze rozważania „24/7. Późny kapitalizm i koniec snu”. Myślałam, że będzie więcej o śnie (że jest nieopłacalny), a było więcej o kapitalizmie.

Biografie i wywiady: „Życie na pełnej petardzie” wywiad z księdzem Kaczkowskim. Anegdoty o zakonniku Leonie Knabicie. „Czesałam ciepłe króliki” (dziarska staruszka opowiada o tym, jak zachować radość w obozie koncentracyjnym), „Mama muminków. Biografia Tove Jansson” (o której pisałam tu) oraz „The Cure. Poletko pana Boba” po koncercie The Cure w Łodzi.

„Podróżniczki” – książka historyczna, ale poruszająca też wątki społeczne. Bardzo polecam. Na pewno poszerza spojrzenie na to, jak podróżowało się dawniej, dlaczego kobietom było trudniej wybrać się w samotną podróż i eksplorować nieznane krainy. Kobiety dzielne i głupiutkie. Takie, które poświęciły swoje życie np. dla społeczności afrykańskiej wioski i takie, które poświęciły życia innych, bo zechciały wejść na himajalski szczyt. Przepraszam. Być wniesione na plecach. W końcu po co mają je boleć nogi. Niektóre bohaterki są godne podziwu, inne wkurzające. Ale i tak warto przeczytać.

Tak samo jak „Wilki” Adama Wajraka. Teraz inaczej patrzę na watahy.

Kategoria druga: zawód

Książki o języku, typografii: „Ciemne typki” (ciekawa, jeśli ktoś lubi myśleć o interpunkcji. Ja lubię), „Pokaż język” (ciekawa, jeśli ktoś lubi etymologię pomieszaną z bluzgami i obrażaniem wszystkich naokoło. Ja tak średnio).

Druga rzecz: lektury szkolne. Głupio mi bazować na wiedzy sprzed kilkunastu lat, kiedy mam przed sobą grupę dzieciaków. A więc odświeżyłam w tym roku takie hity jak: „Pinokio”, „Przygody Tomka Sawyera” i „Sposób na Alcybiadesa”.

Kolejna: moje korekty, czyli książki, które przeczytałam jeszcze przed drukiem, w wersji elektronicznej, poprawiając to i owo i czepiając się, gdzie się da. W tamtym roku od początku do końca przeczytałam pięć książek w Wordzie – trzy naukowe: o narkomanii, profilaktyce AIDS oraz pracę z dziedziny antropologii, a także dwie fabularne: pewien baaaardzo zryty horror oraz słabą powieść właściwie o niczym.

Poczytałam też o designie i sztuce: „Jak przestałem kochać design” (zabawne, świetnie napisane, gorzkie w wymowie), a także dwie książki Bożeny Fabiani (polecam bardzo, jak ktoś chce się zakochać w malarzach), „Dalsze gawędy o sztuce. XVI-XX w.” i „Dalsze gawędy o sztuce. XVII w.” – zupełnie nie rozumiem, dlaczego czytam ten cykl od końca. Muszę przyznać, że gawędy dały mi to, czego żaden sztywniacki album o sztuce mi nie dał. Nie tylko jeśli chodzi o biografie malarzy i tło epoki, ale przede wszystkim świeże, wnikliwe, inteligentne patrzenie na obrazy. Tzn. autorka takie ma. Ja dopiero się uczę.

Kategoria trzecia: rozrywka

czyli książki czytane dla zabawy, z sentymentu i właściwie nie wiadomo, dlaczego. Na przykład cienkie czytadło „Nie dla mięczaków” (żeby stwierdzić po raz kolejny, że Szwaja to nie jest dla mnie wzór pisania), „Feblik” i „Wnuczka do orzechów” – żeby się przekonać ze smutkiem, że Musierowicz nie pisze już tak, jak dawniej. Wracam do starych dobrych znajomych, ale okazuje się, że nie jest mi już z nimi tak przyjemnie.

Kolejne: „Blog osławiony między niewiastami” (Artura Andrusa, więc lekkie i przyjemne), „Zdesperowane kobiety postępują desperacko” książka o czeskiej kobiecie, zawierająca podobno wątki autobiograficzne. No i była niewielkich rozmiarów, więc mieściła się nawet w pełnym plecaku.

„Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął”. O, to była bardzo przyjemna, dowcipna i zaskakująca lektura. Zupełnie jak tytuł.

Kategoria czwarta: rozwój

Nie cierpię tego sformułowania, ale go tu użyję. Kategoria: rozwój osobisty. Nie da się inaczej nazwać książek, które sprawiły, że coś się we mnie „rozwinęło”. Otóż:

„Droga artysty” to książka z ćwiczeniami dla artystów, niezależnie w jakiej dziedzinie próbują tworzyć. Pozwala na rozwój kreatywności i troszeczkę, ociupinkę chociaż – na zmniejszenie wymagań wobec siebie (co jest dobre zwłaszcza dla totalnych perfekcjonistów, których lęk przed niedoskonałością ich dzieł blokuje i zamyka).

„Pride and prejudice” – opracowanie dla uczących się. Cóż, streszczenie nie wywołuje takich emocji jak oryginał czy przekład, ale przynajmniej nauczyłam się słów typu „disdain” oraz „sharply”, które, jak wiadomo, są wręcz niezbędne w komunikacji.

„Superskuteczne strategie opanowania języków obcych. Twój prywatny coach”. Tak, tak, brzmi zabawnie, jeśli ktoś się śmieje z kołczów. Ale niektóre pomysły na naukę języka były zupełnie trafione, inne całkiem odkrywcze.

Kategoria piąta: tak zwana klasyka

„Wielki Gatsby” i „Buszujący w zbożu” dobrze znać. Lepiej późno niż wcale.

„Ciemno, prawie noc” Joanny Bator (laureatka Nike). Dobrze się zapowiadała, a potem okazało się, że nie jest tak świetnie, jak by się mogło wydawać, choć opisywana historia była naprawdę niezła.

„Pióropusz” Mariana Piłata (laureat Nike) – no dobra, lubię eksperymenty w warstwie językowej, ale tu było to niemalże nie do przejścia.

„Miasto ślepców”. Dobra książka, smutna. Lubię antyutopie i snucie różnych takich wizji, jak to człowiek zachowałby się w sytuacjach skrajnych. Dodatkowo losy autora dają wielką nadzieję na to, że na pisanie nigdy nie jest za późno. Na Nobla również.

„Głód” Hamsuna. Spodziewałam się czegoś innego, ale jak ktoś chce poczytać o tym, jak bohater był głodny i pisał filozoficzne rozprawy za pieniądze, to jak najbardziej niech sięga.

Podsumowanie

Wyszło 47 (o ile dobrze policzyłam). Czytałam też książki na skraju roku, ale zapisuję je już po słonecznej stronie 2017.

Z niedokończonych książek: próbowałam ambitnie czytać pracę „Homo ludens” Huizingi, ale okazało się, że nie byłam aż taka „ludens”, czytając ją. Bardziej mnie nudziła niż bawiła.

„Historia naturalna i moralna jedzenia”. Z Maguelonne Toussaint-Samat w ogóle mam problem. Czytałam kiedyś jej historię stroju i też – mimo arcyciekawego tematu! – czytało się ciężko. Liczne dygresje, brak faktów i poukładania, skupianie się na jednym szczególe, rozwlekłość. O jedzeniu doczytałam do połowy.

„Pierwsza pomoc w typografii” – dla przypomnienia, zostało mi parę rozdziałów, ale zarzuciłam.

Zaczęłam czytać „Milion lat w jeden dzień”, ale przerwałam i do dziś leży na półce.

Czytałam rozdziały z podręczników, z których korzystam, jakieś fragmenty na lekcje, artykuł, który miałam poprawić, a okazał się cały plagiatem, kilka rozdziałów „Harrego Pottera” w oryginale. Wiadomo, skrawki.

Plan na wakacje się trochę zmienił. #books #booklover #reading #czytam #ksiazki #książki #czytambolubię #czytambolubie

A post shared by Magdalena Bieniek (@magdalena.bieniek) on

Chciałam wiedzieć, ile tak naprawdę czytam. Na pewno więcej niż tak zwany przeciętny Polak (moi znajomi jednak czytają, a mąż czyta więcej ode mnie), ale mniej niż jedną książkę tygodniowo (słynne wyzwanie: przeczytać 52 książki). Na pewno mniej niż niektórzy chwalący się w internecie (słyszałam o kimś, kto przeczytał 120 książek w tamtym roku).

Czytaliście coś z tej listy? Może coś Was zainteresowało albo z czymś się w ogóle nie zgadzacie?

O zupie

Z zupami mam pod górkę.

Za każdym razem, gdy mi nie wyjdzie, jem ją z zażenowaniem i zastanawiam się, czy to już jest nagorsza zupa, jaką jadłam w życiu. I za każdym razem wydaje mi się, że to właśnie ta, Królowa Najgorszych Zup Mojego Podniebienia, a potem gotuję jeszcze gorszą.

Między najgorszymi zupami świata zdarzają mi się też świetne – rosół, jarzynowa, krupnik, zupa ze słodkiej kapusty, krem z białych warzyw, marchewkowa, caldo verde z jarmużem, pomidorowa z soczewicą, krem brokułowy czy dyniowy, wyśmienity chowder z kalafiora i kukurydzy czy kapuśniak tak kwaśny, jaki mi się tylko spodoba.

Wiem, na jakie wyżyny może wznieść się sztuka zupotwórcza i właśnie dlatego porażki zawsze tak ciężko przełknąć.

soup-unsplash-com-cala

(Są różne zupy. Unsplash)

Szklana kula, czyli kim będziesz, kiedy dorośniesz?

Natknęłam się ostatnio w internecie na znajome nazwisko. Pisarka fantastyki. Owszem, znałam kiedyś taką dziewczynę, chodziłam z nią do liceum w małym miasteczku, mówiłyśmy sobie "Cześć". Jak ja zaczynałam średniowiecze, to ona siedziała na schodach z pozytywizmem i się zaczytywała.

Tak, to ona.

Są jeszcze inne przykłady. Znajoma fotografka, redaktorka, znajomy tłumacz. Ich nazwiska na czwórce redakcyjnej, zdjęcia w gazecie, w książce, na okładce płyty. Znajoma dziennikarka w telewizji. Znajomy muzyk ze swoim zespołem na festiwalu. Projekt okładki autorstwa mojego męża. Jest się czym chwalić. Jest nad czym pracować.

***

Czasem lubię sobie o tym myśleć – nie wiemy, kto z naszych znajomych czymś zasłynie. A jeszcze lepiej – które z dzieciaków, obecnie zajmujących szkolną ławkę i ganiających po korytarzu – które z nich zawojuje świat lub chociaż jego mały kawałek.

A zatem – kibicuję wam, przyszła pisarko, malarko, aktorko, przyszły piłkarzu. Ty, która marzysz o byciu dziennikarką, która piszesz od przedszkola, tworzysz książki, ilustrujesz, wymyślasz światy i ćwiczysz pióro. Kto będzie miał tyle doświadczenia, zacięcia i determinacji, co Ty? Może któreś z Was, moich uczniów lub młodych znajomych, stworzy aplikację, wymyśli wynalazek, który coś zmieni, pomoże, ulepszy. Może na kogoś z Was będę mogła w przyszłości głosować. Przeczytam Waszą książkę, obejrzę Wasz film. Usłyszę o Tobie i o tym, co robisz.

***

Nie imponuje mi, że ktoś jest znany. Imponuje mi, kiedy robi coś fajnego, kiedy się spełnia, kiedy jest szczęśliwy. Imponuje mi, gdy ktoś jest kreatywny, gdy tworzy, zmienia świat, wprowadzając do niego coś swojego (chociażby Włóczykija i Małą Mi. To wystarczy).
Czasem jedno zdjęcie, jedno zdanie czy jeden wiersz mogą zmienić życie. To, co robimy, też może. Przynajmniej chcę w to wierzyć.

kieliszek-wegry

(Nie mam zdjęcia szklanej kuli, ale jest kieliszek, a jutro sylwester, więc chyba się liczy, no nie?)

Zapiski księżycowe

Często wychodzę z domu, gdy jeszcze jest ciemno. Tylko księżyc łypie okiem, otoczony fałszywą łuną, pożyczonym światłem, oszust jeden.

ksiezyc1

W te dni łatwiej zobaczyć księżyc niż słońce. Łatwiej zobaczyć gwiazdę niż błękit nieba.

***

Wykradam się dniowi. To taka sztuczka, żeby mnie zobaczyli już gotową, obudzoną. A ja jeszcze przez dwie godziny snuję się niemrawo po korytarzach, myśli powoli przybierają w głowie całkiem nowy kształt.

***

Zdarza się, że księżyc towarzyszy moim powrotom. Czasem tylko (szczęściarz) obraca się na drugi bok. Z chlubą weterana wojennego pokazuje mi swój ugryziony kawałek, chude oblicze – ale jak wiadomo, fortuna kołem się toczy, więc bywa, że księżyc chwali się swoją rozpasaną miesięczną krągłością.

ksiezyc(fotografie: Mariusz Bieniek)

1 2 3 4 5 11