Przywidzenia, przemyślenia i inne skrawki

Szczyt miłości bliźniego

Kiedy teść w przyjemne sobotnie popołudnie głośno zapodaje grecką muzykę ludową z nagrania wyjątkowo paskudnej jakości i każdy utwór brzmi jak "Suliko" Eleni, a Ty mu NIC NIE MÓWISZ.

O imponowaniu kobiecie

Mała rzecz, a jednak za każdym razem zadziwia: jeśli ktoś potrafi otworzyć zakapslowaną butelkę widelcem.

***

Tak czułam, że najlepszy wybór to poślubić kogoś kreatywnego. Mój mąż wymyślił nowy liczebnik: pisiąc.

Przywidzenia

Czasem źle coś przeczytam. Mam takie przywidzenia – przejęzyczenia w głowie.
Na przykład Uroczy Kongres Bibliotekarzy (zamiast Uroczysty).
Uprzejmie bezrobotni (zamiast: uprzednio).
Albo odważniejszy przykład:
Obrazy malowane sutkiem (zamiast: smutkiem).

***

Oglądam jakieś instastories. Ktoś wrzuca cytat. Czytam:
"Z Twoją osobowością nigdzie się nie nadajesz".
Ekhm.
Czytam raz jeszcze.
"Z Twoją osobowością nigdy się nie zestarzesz".
Tak lepiej.

O szkole

Dzisiaj na lekcji o poezji powiedziałam: wyobraźcie sobie, że jestem mgłą.
Te dzieci będą spaczone.

***

Dziś podczas rozmowy telefonicznej moje ucho przełączyło mi strefę czasową. Pół dnia próbowałam dociec, czemu mój plan w kalendarzu google zrobił się dziwaczny – lekcje ciągną się przez dwa dni: zaczynają przed północą, kończą po.
Dziękuję Ci, ucho.
Piękna wizja.

***

Jestem z tych, którzy częstowani nie odmawiają.
Częstowana przez uczniów, na ich pytanie: "Chce Pani?" zwykle odpowiadam entuzjastycznie: "No pewnie!"
Ale przychodzi następny rocznik, następne pokolenie, które dopiero się uczy i jeszcze pewnych rzeczy nie wie.
Oto na przykład dziś pewien czwartoklasista na przerwie wyciąga do mnie pojemnik z ciasteczkami ręcznie robionymi, rumianymi, pyszniutkimi, pytając: "Poczęstuje się Pani?", a piątoklasistka obok prycha: "Też pytanie!"
Wychowuję sobie swoją prywatną lożę szyderców.
I nawet nie jest mi głupio.

***

Czytam wypracowania dziesięciolatków.
Wypociny. Bzdury totalne. Błąd na błędzie. Estetyka leży. Sens i logika również.
Zmierzam do końca jednego z ostatnich, a w zakończeniu uczeń pisze mi tak (pisownia oryginalna):
"Więdz to już koniec. Myśle żę pani się to bedzię się Fajnie czytać".
Żartowniś.

***

Jest taki program "Szkoła". I tak sobie myślę, że zamiast tych wszystkich intryg i niestworzonych historii twórcy powinni edukować i pokazywać, jak szkoła wygląda naprawdę (jeżdżę z licealistami autobuem, słucham ich porannych rozmów, to wiem).
Malwina – uczyła się cały wieczór, a na kartkówce i tak pomyliła estry z tłuszczami.
Kasia – w autobusie miejskim nie zdążyła nauczyć się słówek z Unitu 16.
Bartek – zapomniał napisać rozprawkę w domu, więc na przerwie próbuje znaleźć trzeci argument na poparcie swojej tezy.
Kuba – pomylił "Dziady" z "Chłopami".
To są dramaty.

***

Mój 11-letni uczeń zaproponował mi w listopadzie, że zamiauczy mi hymn Polski. Najlepsze, że zaczął to robić: "Miau miau miau miau miau miau miauuuuuuuu".

O moim tacie

A teraz położę głowę na poduszce, mówi tata. Bardzo mi się podobają tak sformułowane plany.

***

Tata ogląda "Jeden z dziesięciu". Nie odpowiada na żadne pytanie, ale każdą porażkę uczestnika kwituje żywiołowym okrzykiem: "Aleś głąb!"

O podróży pociągiem

Przedział w pociągu. Mężczyzna kończy rozmowę telefoniczną:
– Ale niech to zostanie między nami.
I nami, pomyśleli wspolpasażerowie.

***

Sepleniące dziecko rozmawia przez telefon:
– Powiedz tacie, ze dam sobie lade… Ze dam sobie lade!!!

***

I tym pozytywnym i dzielnym akcentem kończę. Tego typu skrawki zbieram na fanpage'u Czeremchowej, który polecam Waszej uwadze.

Zapiski po podróży

Za nami dziesięciodniowa podróż po pięciu krajach (wspomniałam o tym na fanpage'u). W kolejności alfabetycznej były to: Austria, Chorwacja, Słowacja, Słowenia, Węgry. W każdym nocowaliśmy, objeżdżaliśmy lub obchodziliśmy okolicę, robiliśmy zdjęcia, czerpaliśmy i chłonęliśmy to, co nieznane, nowe.

Gwiazdą tego wyjazdu wydaje się być Słowenia – uroczy, niewielki kraj w zasadzie w zasięgu ręki, kraj, w którym jest wszystko (morze, góry, wodospady, jeziora, wąwozy, jaskinie, winnice), a który nie jest jeszcze zadeptany przez turystów.

No i na przykład taka Stara Fužina (Słowenia). Dojeżdżamy na miejsce nocą, krętymi wąskimi dróżkami. Absolutna ciemność, aż strach, że gdzieś wypadniemy. Następnego dnia rano po odsłonięciu rolet ukazują się nam Alpy – w swej okazałości i chwale. Jezioro Bohinj każe na siebie zaczekać, aż postanowi wynurzyć się z mgły.

Siedzieliśmy nad jeziorem Bohinj mroźnym i chłodnym wieczorem, a nad nami cichy rój gwiazd.

Byliśmy też w Piranie na pysznym obiedzie i w Lublanie (choć osobiście mnie się bardziej podoba bardziej miękka wersja, Ljubljana) na kawie i ciastku. Obie miejscowości odwiedziliśmy w asyście nielichego deszczu, ale za to jak miło schronić się gdzieś w przytulnym miejscu, ogrzać się i zjeść coś pachnącego i cieplutkiego. To zawsze cieszy.

W Austrii byliśmy w ruinach zamku i w futurystycznym hotelu, który wyglądał jak klatka dla chomika, tylko bez kołowrotka. Byliśmy też w piwniczce winiarza, od którego zakupiliśmy szlachetny trunek.

Na Węgrzech, nad jeziorem Balaton, przyjęła nas gospodyni, z którą komunikowaliśmy się mieszaniną języka angielskiego, rosyjskiego i polskiego, a ona odpowiadała nam po niemiecko-rosyjsko-węgiersku.

Na Słowacji patrzyliśmy przez okno na fajerwerki, a zaraz potem poszliśmy spać i o takie zwyczajne i niehuczne sylwestry będę postulowała w kolejnych latach.

Chorwację znaleźliśmy odludną i zwyczajną (forma „jak to znajdujesz?” podoba mi się zarówno w polskim, jak i angielskim wydaniu). O ile zwyczajnym można nazwać starożytne miasto Krk otoczone murami, no i te wąskie uliczki ze spacerującymi kotami. Wąskie uliczki to coś, czym miasto zawsze mnie uwodzi, byleby nie było tam zbyt wielu ludzi, a podczas mijania nie trzeba było ich dotykać. Jeśli są tam tylko koty, to tym lepiej.

Zjeździliśmy wyspę Krk, puste plaże Baški i Starej Baški, tysiącletnie kościoły gdzieś w środku lasu, ruiny i pozostałości forum…

Robiłam sporo zdjęć, ale wiadomo, co specjalista, to specjalista. Zostawiam Was z jeziorem Bohinj i kotami z Krk.

Mariusz Bieniek zrobił.

Bohinj

krk koty

Czytelnicze podsumowanie 2017 roku

W 2017 roku przeczytałam mniej książek niż w 2016 i zdecydowanie mniej niż bym sobie życzyła. Życzyłabym sobie setkę, a naliczyłam czterdzieści trzy.

Częściej rezygnowałam z czytania albo odkładałam nieprzeczytane książki na później (np. „Opowieść podręcznej”, „Biegnąca z wilkami”) lub na nigdy („Pokój”, „Szelmostwa niegrzecznej dziewczyny”). Niektóre książki czytałam bardzo, bardzo długo (za długo).

Półka z Poważnymi Rzeczami

Można uogólnić, że niemal całą półkę zajmuje Wydawnictwo Czarne.

Bo tak: reportaż „Pod sztandarem nieba. Wiara, która zabija” o mormonach. Koziołek i „Dobrze się myśli literaturą”. „Wanna z kolumnadą” Springera, „W królestwie Monszatana. GMO, gluten i szczepionki”… Ale po kolei.

Kiedy przeczytałam ”Wannę z kolumnadą” Springera, pomyślałam, że zorganizować ładną, estetyczną przestrzeń publiczną to jednak nie jest taka prosta sprawa. Czasem oczy bolały i serce, kiedy poznawałam kolejne koszmary architektury i kolejne machloje.

O mormonach historia jest wstrząsająca, jest fanatyczna wiara, morderstwo, porwania i mentalność ofiary sekty.

„Głód” Caparrosa czytało się, czując wściekłość i ból, wiele razy odkładałam tę książkę z niechęcią i do niej wracałam. Siedemset stron niesprawiedliwości i krzywdy, ale też problem pokazany z różnych punktów widzenia. Jak mawia moja mama, „nie jest to wszystko takie proste”.

Wywiad ze Stasiukiem „Życie to jednak strata jest” – sam tytuł pokazuje nastrój tej rozmowy. Dla mnie super.

Fascynująca książka o Czechach to „Gottland” Mariusza Szczygła. Przekonuje mnie jego zachwyt nad mentalnością naszych południowych sąsiadów, a historia o spadochroniarzach to najbardziej rozczulający motyw. Pamiętam do dziś, więc to chyba o czymś świadczy.

Bardzo wciągnęła mnie książka Agaty Napiórskiej „Jak oni pracują”. Rozmowy ze znanymi twórcami o tym, o której wstają i ile piją kaw, o dziwo, potrafią być fascynujące.

Ciekawe rozmowy Olgi Drendy i Bartłomieja Dobroczyńskiego spisane w książce „Czyje jest nasze życie”, między innymi o tym, czy Bóg jest obrażalski albo czy faktycznie zależymy tylko od siebie. Do pomyślenia. Podobnie jak „Śmiertelność” Christophera Hitchensa.

„W królestwie Monszatana” pokazuje, jak tworzą się mity i nieporozumienia. Naukowe kwestie napisane prostym językiem.
„Gawędy o sztuce. XIII-XV w.” Bożenę Fabiani niezmiennie uwielbiam, kocham i polecam.

Półka czytacza

Czasem bardzo dotkliwie i namacalnie tęsknię za fikcją. Chodzę po domu, przeglądam półki i mruczę: „Potrzebuję przeczytać jakąś fikcję”. Więc idę do biblioteki i wracam z czytadłami i powieściami.

„Dziewczyna z perłą” o powstaniu obrazu Vermeera. Tego malarza akurat bardzo lubię, więc chętnie przeczytałam.

Ota Pavel i „Śmierć pięknych saren” – zabawna, ale trochę nierówna. Lubię absurdalne poczucie humoru.

Kiedyś bardzo lubiłam czytać Izabelę Sowę, ale ostatnie jej książki kompletnie do mnie nie przemawiają. Na przykład „Powrót” jest zgrzytliwy i nieprzyjemny.

Zawsze chciałam przeczytać „Wojnę i pokój”, no bo jak można nie wiedzieć, kto to jest Andrzej Bołkoński? No więc teraz już wiem, znam całą sprawę. Bardziej mi przypadła do gustu „Anna Karenina”, ale szanuję zamysł.

Postanowiłam zapoznać się z fantastyką, więc przeczytałam „Załatwiaczkę” i „Podatek” Mileny Wójtowicz. Czytadła autobusowe, łatwe do pochłonięcia i stworzone dla rozrywki. Czasem tego mi trzeba i nie ma co się wstydzić i udawać, że jest inaczej.

Do tego spisu mogę też dodać trzy książki Anety Jadowskiej „Złodziej dusz”, „Bogowie muszą być szaleni” i „Zwycięzca bierze wszystko”. Dalej mi się nie chciało czytać, choć Dora Wilk jeszcze działała w kolejnych trzech. Już nie mówiąc o następnych cyklach. Dla mnie wystarczy.

Próbowałam Pilipiuka, ale zdołałam przebrnąć przez jeden tom książki pt. „Oko jelenia. Droga do Nidaros”. Mogłabym czterysta stron streścić w trzech zdaniach, a więc szkoda mi czasu na taką epickość, ekhm, rozwlekłość.

Dwie powieści obyczajowe, których akcja toczy się w Sztokholmie: „Najlepsza książka na świecie” i „Żółte cytrynki”. To miasto bardzo mnie oczarowało, więc miło się czyta perypetie Szwedów mieszkających w stolicy. A to jeszcze nie koniec. Półka z literaturą szwedzką w miejskiej bibliotece aż się ugina.

Półka korektora

Pod nieco innym kątem czytałam publikacje naukowe, doktoraty i powieści. Na przykład książkę o ekspresji ruchu, przestrzeniach muzycznych w teatrze czy aktywnym szukaniu pracy… Była też pewna powieść, którą wolałabym odprzeczytać, bo była niemal zupełnie o niczym, napisana złym stylem, ale autorka zżymała się na każdy komentarz redaktora i korektora, więc nie wiem, co ostatecznie poprawiła. Mam nadzieję, że wszystko.

Półka nauczyciela

Z klasyki dziecięcej przypomniałam sobie takie hity jak „Opowieści z Narnii. Lew, czarownica i stara szafa”, „Mikołajek i inne chłopaki”, „Mikołajek ma kłopoty”, „Sposób na Alcybiadesa” (znowu?!), „Spotkanie nad morzem”, „Akademia Pana Kleksa”, „Bracia Lwie Serce” i
„Chłopcy z Placu Broni”. Te dwie ostatnie to niezłe wyciskacze łez. Zwłaszcza bohaterstwo małego Nemeczka.

Półka „Jak żyć, jak pisać?”

Okazuje się, że „Bycie miłym to przekleństwo”. Okazuje się, że pisanie, natchnienie i wystawianie się na działanie weny to w istocie „Wielka magia” (ta książka Gilbert jest chyba biblią aspirujących pisarzy). Bardzo dobrą książką dla piszących jest też „Magia słów”, przystępna, pomocna, klarowna. Pomaga w ćwiczeniu warsztatu.

Półka: „Gdzie to położyć?”

Z głupot i książek bardzo lekkich przeczytałam Garance Dore „Love, style, life”. Co prawda więcej tam fotografii i szkiców, ale czytając Garance, czułam się jak bohaterki „Seksu w wielkim mieście”. Taaaaka światowa.

Dołożyłam sobie też „Musierowicz na gwiazdkę”, trochę cytatów, trochę przepisów, trochę zwyczajów świątecznych. Czytam trochę z rozpędu, bo ta autorka już dawno mnie nie porwała.

***

Tyle. Znacie którąś z tych książek? Co ciekawego czytaliście ostatnio i polecacie?

Ostatni rok – podsumowanie

Ostatni rok mojego życia – nowszych nie pamiętam. Ten „ostatni rok” był dobry. Zaczął się w cudzym, ale miłym mieszkaniu, kończy się podróżą.

Kiedyś nie cierpiałam sylwestra i tych wszystkich mecyj związanych z końcem roku. Tymczasem okazuje się, że jeśli rok potraktować jako przestrzeń do zagospodarowania planami (nie: marzeniami. Planami), właściwie to jak nieustającą (ekhm) pracę domową – to wychodzi na to, że i sylwester ma jakiś swój urok.

zima1

(Urokliwa zima jako tymczasowy przerywnik; fot. Mariusz Bieniek)

Tak więc w 2017 zrobiłam następujące rzeczy:

  • stawiałam sobie wyzwania – nauka pływania i samotne zmagania z językiem francuskim, ścianka wspinaczkowa, malowanie obrazu, przyjęcie urodzinowe, próby powrotu do jazdy samochodem,
  • zmieniłam miejsce pracy, co było dla mnie trudne, ale chyba konieczne,
  • nauczyłam się odpoczywać w wakacje (nareszcie! Dla pracoholika definiującego się przez pracę to doprawdy powód do radości),
  • zapisałam się do różnych ciekawych grup internetowych, gdzie mogłam się uczyć, dyskutować i inspirować,
  • na ściance zrozumiałam, że to, o czym tak długo myślałam, niekoniecznie jest dla mnie,
  • przeżyłam czas bardzo długiego przygnębienia, ale i powolne zesmutnychwstawanie,
  • odpuściłam wiele spraw, na których mi nie zależało, przestałam się zadręczać i spuściłam z tonu (wymagań). Polubiłam siebie bardziej, bo cóż to za korzyść – nie lubić siebie?

Niedawno natknęłam się na pytanie: czego chcesz się nauczyć w następnym roku? I powoli przemyśliwuję odpowiedź.
A Ty?

W listopadzie można przebudzić się do życia

Listopad okazał się miesiącem, w którym można przebudzić się do życia.
Ubrać się w kolorowe rzeczy, pomalować paznokcie i policzki (niekoniecznie tym samym kosmetykiem).
Nabrać poczucia humoru w płuca, uśmiechnąć się do nowego dnia albo do wolnego popołudnia, które obiecuje wiele (nie wszystkiego dotrzyma, ale któżby się gniewał na takie przyjemne obiecujące wolne popołudnie?).
Można porozmawiać z nieznajomymi – a nuż spotkamy na przykład Łemka (serio, spotkałam dziś Łemka!).
Zacząć tworzyć na nowo, z większym rozmachem i mniejszą zachowawczością.
Znajdować czas na swoje własne prywatne milutkie sprawy, a nie tylko te, które się powinno – te sprawy są kanciaste i sztywniackie i o tym w ogóle nie należy długo rozprawiać.
Zacząć traktować lęki i obawy z przymrużeniem oka albo z kopnięciem w tyłek – no, krótko mówiąc, należy pozwolić im pójść w lekkie chwilowe zapomnienie.
To są cenne lekcje po trzymiesięcznym przygnębieniu. Całkiem zgrabny morał listopadowej opowieści.

19

(Najbardziej kolorowe ze zdjęć, fot. Dorota Koperska)

6 myśli o kawie

Sobotnie poranne „Pozdrawiamy znad kawy!” brzmi niemal tak dobrze jak „Pozdrawiamy znad morza” czy „z podróży”.

***

Nawet nie chodzi o smak czy zapach kawy. Chodzi o chwilę, która jest zawsze miła i spokojna jak mrucząca kotka. Chwila wykrojona, wysupłana z codzienności. Wyjątkowe celebrowanie tych dziesięciu minut. Oddech wśród zawirowań świata.

***

Dziesięć minut góra. Kawę, która nie jest za gorąca, piję haustami, gdyż nie mogę się nauczyć picia drobnymi łyczkami. Ten sposób wydaje mi się bez sensu, bo przecież jaki jest sens dopijania zimnej kawy na spodzie kubka? Jeszcze na dodatek z nędznym kożuszkiem śmietanki?

***

Moment polubienia kawy kojarzy mi się z inicjacją – zaliczeniem do grona dorosłych. Na studiach miałam praktyki w małej wiejskiej szkole, w której sama się niegdyś uczyłam. Nauczycielki, które kiedyś mnie uczyły, siedziały w pokoju nauczycielskim tajemniczo zasnute dymem papierosowym (oj, naprawdę były to dawne czasy) i przy szklankach fusiastej czarnej kawy. Częstowały, ja nie chciałam, a one wtedy mówiły: „Jeszcze polubisz”. Owszem, polubiłam, choć w mojej wersji. Kawa tak, ale nie czarna, nie w szklance i nie z fusami.

***

Podziwiam ludzi, który rozpoznają w kawie posmak cytrusów, owoców leśnych czy gorzkiej czekolady. Dla mnie istnieje kryterium: za mocna – dobra – za słaba. Tyle.

***

Najpiękniejsze wyznanie miłości: „Zmieliłem Ci kawę”. Mamy ręczny młynek, więc takie wyznanie to naprawdę nie byle co.

IMG_3348

O zbyt długim czekaniu

Zbyt długo wyczekiwane przyjemności już tak nie cieszą. Albo może inaczej – cieszą pro forma, racjonalnie i trochę z obowiązku.

Wczoraj przed snem wpadłam na fantastyczny pomysł, świetne posunięcie w mojej karierze, stanowcze zbliżenie się do pracy marzeń, poczucie świeżego twórczego powiewu. Nawet nie mogłam zasnąć (a jak wiemy, ze snem akurat nie mam najmniejszych problemów).
Dzisiaj od rana zrobiłam dwadzieścia notatek w Wunderliście, w których zawarłam wszystkie szczegóły. Pomysł pęcznieje w głowie jak drożdżowy zaczyn w kubeczku. Coraz bardziej się zapalam, emocjonuję, coraz więcej kwestii się klaruje. Jest pięknie. Dobry pomysł nie trafia się codziennie. Wyrywam się z marazmu i przygnębienia, znowu mam cel w życiu.

A ponieważ mój pomysł wymaga współpracy z pewną instytucją i różnymi Ważnymi Ludźmi, piszę do jednej takiej znajomej Osoby z propozycją nie do odrzucenia.
I czekam. Ona nie odbiera, nie odpisuje.
Nie daje odpowiedzi.
Kolejne godziny czekania.
Cała jestem czekaniem.
Po kilku godzinach emocje zdążą opaść, a wewnętrzny krytyk popastwi się nad fantastycznym pomysłem, do głosu dojdą różne wątpliwości i wahania. Jeśli jeszcze będę się z tego cieszyła, to moja radość stanie się powściągliwa, wyważona. Jeśli ta Ważna Osoba zgodzi się na propozycję, może nawet się tak bardzo nie podekscytuję, bo te wszystkie emocje i ekscytacje już się przeterminowały. Miały zbyt krótki termin ważności.

***

Wysłałam kiedyś fragment mojej książki do wydawnictw. Po jakimś czasie przyszedł mail z prośbą o przesłanie całego tekstu. Gdy dostałam tę wiadomość, ciśnienie krwi podniosło się do dwustu dwudziestu, ja z wypiekami na twarzy i bijącym wściekle sercem obdzwoniłam bliskich, napisałam do jeszcze kilku wtajemniczonych, a potem zaczęło się czekanie na odpowiedź. To było w lipcu. W listopadzie jeszcze nie zdecydowali. Zdążyłam przejść przez etap nachalnego przypominania o sobie i pukania do drzwi, zniechęcenia, żalu, smutku, upokorzenia i wreszcie zapomnienia. Krótko mówiąc, postawiłam krzyżyk na tym projekcie.

To trochę tak, jak marzyć o czymś i dostać to kilka lat później. Nie zawsze to cieszy tak samo. Czasem z marzeń się wyrasta, a czasem po prostu człowiek już nie wytrzymuje się napięcia czekania i daje sobie spokój.

Wypaleni

Co się dzieje z ludźmi wypalonymi? Czy egzystują gdzieś wśród nas jak kulawe sprzęty? Wypalone główki zapałek?

Wypaleni żyją z przetrąconymi marzeniami i kręgosłupami. Ze straconymi ideałami. Oczy zapomniały o niegdysiejszym blasku.
Wypaleni prowadzą życie duchowych zombie. Ich codzienną przyprawą jest gorycz(ka), a wyraz „porażka” w ich ustach nie jest bynajmniej zdrobnieniem.
Pozbyli się złudzeń, a przy okazji również stracili nadzieję.

Wypalenie zawodowe, wypalenie prywatne, spalanie się w działaniu, walce czy staraniach. Ktoś się stara za bardzo i przeżywa za bardzo, a to go niszczy. Skoro organizuje się warsztaty chroniące przed wypaleniem, więc to znaczy, że trzeba się starać, by się nie dać temu żywiołowi, który pochłania i pożera.

Czasem mam wrażenie, że otaczają nas sami wypaleni, zmęczeni i rozczarowani. I tylko czasem można u nich zobaczyć tę iskrę w oku, ale trzeba starannie ją podtrzymać, by nie zgasła.

Z pamiętnika narkoleptyka

Nie mam problemu z zasypianiem – i w tym właśnie tkwi problem.

Pomijam oczywiste okazje: podczas czytania czy wieczornego oglądania serialu powieki postanawiają zbliżyć się nieco do siebie i tak zbliżają się i zbliżają, aby w końcu skleić się… i drzemka gotowa. Budzę się na napisach końcowych.

Zdarzyło mi się zasnąć na kazaniu. Ktoś powie: nic dziwnego, kazania bywają nudne, a ton głosu mówiącego – monotonny. Dni czasem są senne, a głowa ciężka, więc podpieram ją ręką. Nic mi więcej nie trzeba, już mam komfortowe warunki do snu.

Zdarzyło mi się zasnąć w kinie, na przykład na filmie grozy albo wojennym, przy akompaniamencie wybuchających bomb i serii strzałów. Mnie hałas nie przeszkadza, serio.

Przyznaję ze wstydem – nie raz i nie dwa zasnęłam w teatrze. I to nie jest tak, że zasypiam, bo sztuka jest nudna. Potrafię zasnąć podczas oglądania sztuki ciekawej, ekspresywnej, mocnej, głośnej (w obu znaczeniach tego słowa). Szczerze mówiąc, teraz trochę boję się chodzić do teatru, mimo że bardzo lubię oglądać przedstawienia.  Mój organizm – wbrew mej woli, niestety – może obrazić aktorów i współwidzów zbyt głośnym posapywaniem lub co gorsza! chrapaniem.

Potrafię zasnąć podczas koncertu. Powiem więcej – potrafię zasnąć podczas spotkania z podróżnikiem, który pokazuje fotografie i opowiada anegdoty, co rusz przerywane salwami śmiechu publiczności. Dodam tylko, że podczas pewnego spotkania przekroczyłam swoje granice i zasnęłam na stojąco.

***

Mogę wzruszyć ramionami, zaakceptować swoją ułomność i znowu powiedzieć sobie, że sen mnie potrzebuje. Ale z drugiej strony – nie chciałabym przespać całego życia. Jak to rubasznie mawiają niektórzy, podobno wyśpimy się w trumnie.

05-u Caterine

(Łóżka są dla słabych. Fot. Mariusz Bieniek)

Ubranie na otuchę

Czasem muszę ubrać się na otuchę. Czasem muszę dodać nieco szyku w myśl zasady: „Czego się nie umie, to się dowygląda”.

Ubieram się w sukienki jak w zbroje.

Zakładam na siebie najulubieńsze rzeczy, by się pocieszyć, by dodać sobie odwagi na trudny dzień. Opatulam się w swetrzysko z kieszeniami, gdy chciałabym się schować, a muszę wyjść do ludzi. Zakładam trampki i spodenki, kiedy chcę poczuć się młodziej i głupiej (na lekcję o Mikołajku), a żakiet i ołówkową spódnicę za kolano, żeby poczuć się starzej i mądrzej (na zebranie z rodzicami).

Chcę być profesjonalna – zakładam koszulę. Chcę poczuć się pewniej – ubranie musi mieć kieszenie. I tak dalej. Czasem jest to szary kamuflaż, a czasem fuksjowa energia. Do każdego stroju jest jakiś klucz.

Czasem ubranie może pomóc. Każdego dnia moje ubranie jest kluczem do interpretacji tego, co w mojej głowie, jest pomocą, zestawem pocieszenia, dodatkiem do mocy. Niby można założyć cokolwiek, ale w czymkolwiek będę się czuła jakkolwiek. A wolałabym, by mój nastrój nie był jakikolwiek.

16

(Już dawno nie było mi tak kolorowo. Fot. Dorota Koperska)

1 2 3 4 5 14