Moje 7 sposobów na nowe

Jeśli czujesz, że życie Cię nie jest w stanie niczym zaskoczyć, jeśli mówisz sobie codziennie: „Znowu to samo”, jeśli zjada Cię rutyna, schemat i monotonia, ten wpis jest dla Ciebie.

Jest wiele dróg, by odkrywać nowe. Inspiracje i niespodzianki mogą stać się istotną częścią Twojego życia. Zobacz, jak ja to robię, że nigdy się nie nudzę…

Ok, dość tego wstępu wyjętego z ust nieudacznych couchów. Do rzeczy. Co nowego (w ramach projektu „Ostatni rok”) odkrywam:

1. Nowe warzywo

Poznaję nowe warzywo i dodaję je do każdej potrawy. Zawsze myślałam, że nienawidzę selera. Potem zaczęłam lubić krem z białych warzyw. W tym roku ostrożnie i z pewną dozą nieśmiałości sięgnęłam po seler naciowy i przepadłam z kretesem, gdyż okazało się, że moja odwieczna tęsknota za chrupkością niekoniecznie musi się kończyć zjedzeniem batona z orzechami albo wafla. Może się skończyć zdrowiej i ciekawiej. Drobniutko pokrojony seler naciowy dodaję do wszystkich dań – warzywnych, mięsnych, zup, gulaszów, sosów. Wszędzie pasuje i wszędzie dobrze robi. Zwariowałam.

2. Nowe danie

Póki jesteśmy w kuchni, dodam jeszcze jeden punkt: co tydzień nowe danie. Bierzesz zakurzoną książkę kucharską, z której wszystkie fotografie znasz już na pamięć, i planujesz. Przyglądasz się. Sprawdzasz, na co masz ochotę. Ewentualnie możesz kupić nową książkę kucharską i wybierać, co chcesz ugotować. A potem to ugotuj. Może Ci posmakuje, może nie. Nie rozumiem, jak można jeść w kółko to samo.

3. Nowy cykl filmów

Postanowiłam pooglądać sobie francuskie komedie, żeby zobaczyć inaczej. Posłuchać języka, pooglądać innych aktorów niż zbyt dobrze znane holywoodzkie twarze. Trochę Francji, trochę stylu innego niż ten, do którego przywykliśmy. Inne spojrzenie, inne poczucie humoru. Samo dobro. Samo inne.

4. Nowe w literaturze

Dlaczego nie poznać lepiej tego, do czego jest się uprzedzonym? Nie przepadam za fantastyką i dlatego zaczęłam ją czytać.

Oczywiście, w autobusie czy przed konferencją dużo lepiej i szykowniej wyglądają eseje o literaturze czy translatoryce, ale czasem warto poczytać jakąś wciągającą historię z krzykliwą okładką (najgorzej), z nieźle skonstruowanymi bohaterami, dać się porwać ich losom, by potem myśleć o nich i o to, co dalej, co się dalej wydarzy? Jeśli postać siedzi w głowie i myślisz, co się z nią dzieje, kiedy Ty pracujesz, to już dużo.

Do tej pory sięgnęłam po Pilipiuka, po Wójtowicz, wreszcie po Anetę Jadowską (również ze względów osobistych, pamiętam ją z liceum i wspólnych kolonii nad morzem; ekscytuję się, że została całkiem dobrą pisarką).

5. Nowe aktywności, nowe doświadczenia

Gram w grę komputerową, poszłam z mężem w takie jedno miejsce, w którym zaopatrzeni w kamizelki i sprzęt strzelaliśmy do siebie z laserów. Nasze małżeństwo weszło na nowy poziom. Adrenalina razy tysiąc.

6. Nowe znajomości

Nie tylko poznawanie całkiem nowych ludzi, ale też głębsze poznawanie tych, z którymi jesteśmy na „Cześć” i mijamy się na drodze ku własnym obowiązkom. A tu można się zaskoczyć. Myślałeś, że łączy Cię z kimś jedynie miejsce pracy, a tu okazuje się, że wspólna pasja i patrzenie na świat, że te same tematy intrygują i inspirują. Z jednej strony wymiana doświadczeń, wzajemne ubogacanie, możesz się przed kimś odkryć i dostaniesz świetne rady, a z drugiej możesz komuś pomóc, nawet o tym nie wiedząc… Owszem, można się zamknąć przed innymi i uznać: „Ja się nie zaprzyjaźniam, nie ma fajnych ludzi wokół mnie”, tylko po co? Nie przegapmy tego, co może okazać się cenne.

7. Nowe wyzwanie.

Zorganizować przyjęcie urodzinowe? Nigdy tego nie robiłam. Czy sobie poradzę? Nie przekonam się, dopóki tego nie sprawdzę. Zaplanować menu i opracować listę gości trzy miesiące wcześniej? Zrobić listę w Wunderlist, wysłać ręcznie robione zaproszenia, kupić serwetki i niezbędne produkty, wydrukować pamiątkowe zdjęcia z przyjaciółmi, ustalić warunki lokalowe, wymyślić wszystko, a potem spędzić osiem godzin w kuchni? Nie ma sprawy. Zadanie wykonane, teraz czas na większe wyzwania, jak piszą mi czasem w „Wiedźminie”.

Krótko mówiąc, czerp, inspiruj się, sięgaj po nowe.

05 (Fot. Mariusz Bieniek)

Projekt „Ostatni rok”

Skoro blogerzy wszystkie swoje aktywności nazywają projektami, to ja też to tak chwytliwie nazwę. (Nie żebym się uważała za blogerkę… Nigdy tak o sobie nie powiedziałam, ale również nie mówię, że jestem nauczycielką, choć od sześciu lat pracuję w szkole. Jak już kiedyś wspominałam, mam problem z samookreśleniem się.)

Pamiętam ten styczniowy poranek po sylwestrze. Cudze jasne mieszkanie. Książki, drewniany stół, najwygodniejszy fotel świata, w którym równie dobrze siedzi się w poprzek, wzdłuż i na skos (sprawdziłam wszystkie opcje). Duże okna, miły cudzy kot. Choinka w doniczce.

Pomyślałam, że to takie dziwne – przychodzi 2017 i staje się faktem, a do niedawna był przecież mrzonką, ułudą, niepojętym. Niedoścignionym.

Mam mentalność niekredytową, więc z trudem myślę o tym, że będzie kiedyś rok 2018, 2019, 2020. Nawet nie próbuję wyobrazić sobie siebie wtedy, świata wtedy. Nie mam odwagi, nie mam ochoty, nie czuję takiej potrzeby.

I chyba z tego wynika moje myślenie, że ten rok chcę przeżyć, jakby był ostatni. Chcę spróbować wszystkiego, co się da i o czym myślałam, a nie miałam odwagi, czasu, impulsu. Nie chcę już odkładać, nie chcę unikać. Dążę uparcie do spełnienia największego marzenia. Sięgam po te mniejsze, zmęczona ciągłym odkładaniem na kolejny rok, na później, na kiedy indziej. Kiedy?

Chcę być odważna i silna. Chcę mówić „tak”, gdy nie jestem pewna, ale czuję, że to może przynieść coś dobrego (są o tym filmy, pisała o tym ostatnio Kameralna; mocno wierzę, że takie podejście ma sens i że otwiera na życie). Robię coś z myślą: „Zobaczymy, co się stanie”. Nie muszę się wiecznie wszystkiego bać. Nie muszę wyobrażać sobie najgorszego. Mogę na życie spojrzeć z ciekawością. Kto wie, co się może stać.

Zdaję sobie sprawę, że jedna diagnoza, jeden wypadek – mogą zmienić wszystko. Gdzieś to przeczytałam i utkwiło w głowie: „Mamy mniej czasu niż się wydaje”. I jeśli tu i teraz nie przeżyję wszystkiego na 100%, to będzie to tylko moja strata.

011

(Fot. Mariusz Bieniek)

Wiosna w trzech aktach

Akt pierwszy – zziębnięte dłonie

Koniuszek nosa swą temperaturą przypominał grożącą wiadomość od zimy: „Jeszcze tu wrócę”. Opuszki palców jak odwilż z gałęzi.

Akt drugi – ubłocone buty

Nikt mi nie kazał kupować białych. Nikt mi nie kazał chodzić na skróty ścieżką pod wiaduktem. Sama chciałam. Ścieżki na skróty – jak można się temu oprzeć? Toż to kwintesencja dzieciństwa na wsi, wolności i chodzenia swoimi drogami.

Akt trzeci – oddech

Niechże już pierzcha ten szwarccharakter von (woń) Smog, myślałam sobie. No dobrze, przyznaję, nie myślałam aż tak poetycko, ale przekaz jest ten sam. Płuca żądają dostępu do wiosennego świeżego powietrza.

Kwietniu, dobrze, że jesteś.

195

(Oj, będzie zielono)

Ciasto jako tekst kulturowy

Fascynuje mnie to, co można zrobić z mąką.

Jak zrobić doskonałe ciasto francuskie, półfrancuskie, chrust, filo i drożdżowe. Ile tajemnic musisz znać, jakie umiejętności posiąść, jakiej wprawy nabyć. Bo drożdżowe wyrabia się długo, do sprężystości. Jak naciśniesz ciepłą kulę, to wgłębienie ma powoli znikać. Do drożdżówki obowiązkowym dodatkiem jest anielska cierpliwość.

Ciasto francuskie, bardzo maślane, wałkuje się w jedną stronę, składa w kopertę, mrozi i znowu wałkuje. I tak milion razy. Z pietyzmem. Z maniakalnym zacięciem. Jak szaleniec.

Każde ciasto to osobny temat. Albo masz ręce do kruchego (zawsze zimne, szybkie, bez niepotrzebnego roztkliwiania się), albo do drożdżowego (ciepłe, miłe, cierpliwe). Czy masz wyrabiać długo, czy krótko, jest czasem kwestią kluczową (błąd w sztuce i niewybaczalna nieumiejętność – niewyrośnięty drożdżowy gnot; twarde ciasto, które w zamyśle miało się kruszyć podczas ugryzienia…). Musisz przejść wtajemniczenie, czy dotykać ciepłym spodem dłoni, czy tylko nożem. Wałkować i składać, by powstały cienkie listki czy bić wałkiem, by napowietrzyć, bo wtedy faworki będą lekkie i puste w środku.

Za wszystkim tym kryje się tajemny przepis, przekazywany z pokolenia na pokolenie, udoskonalany. Rodzi się bólach nieudanych prób i dominujących gustów wyszukanych podniebień. Osadzony w konkretnej kulturze. Chaczapuri, biszkopt, bagietka, pita, ciasto filo, monkey bread, pancakes, chleb na sodzie… Każdy wypiek niesie w sobie jakiś konktekst. I dużą wiedzę, którą gromadzi i uzupełnia się przez lata.

Dlatego lubię czytać książki kucharskie Sophie Dahl. Każdy posiłek to jakaś historia, opowieść, skojarzenia. Dla mnie to jest zajmujące. Jestem zakochana w jedzeniu. Delektuję się nim, lubię o nim myśleć.

I uważam, choć boję się to przyznać (ot, takie filozofowanie dla ubogich), że ciasto niesie w sobie jakiś przekaz. Że niby zwykła bułka, a może być (nawet!) palimpsestem.

tarta

(Tarta z owocami jest dumna, że napisali o niej tekst)

Kobieto! Uciesz się z komplementu!

Kobieto.

Jak Ci mówię komplement, przyjmij go z wdzięcznością. Uciesz się do cholery.

Nie mówię Ci go po to, byś się ze mną kłóciła. Nie kryguj się. Ani to miłe, ani urocze.

Czy to jest aż tak wstydliwe czy niepoprawne – wdzięczność i radość z tego, że ktoś Cię chwali? Już nie mówię o tym, byś przyznała mi rację, ale podziękuj i daj mi spokój z tym wiecznym: a, nie, jednak nie, wydaje ci się, to złudzenie…

Czy aż tak skromni musimy być? W imię czego? Czy naprawdę myślisz o sobie tak źle, że nawet nie dopuszczasz do siebie myśli, że może mam rację?

***

Kiedyś mąż zrobił mi ładne zdjęcie. Spodobało się wielu naszym znajomym, ale ja w komentarzu napisałam, że och, to nic takiego, to tylko magia Photoshopa. Mój mąż powiedział mi wtedy, że to trochę niesprawiedliwa reakcja, bo postprodukcja to nie wszystko. On sam, kiedy jest chwalony za zdjęcie, po prostu dziękuje. Wie, że jest dobre, bo zdjęcia, które nie są według niego dobre, po prostu nie mają szansy ujrzeć światła dziennego. Nie mówi: Nie, nie, to beznadzieja”. I chwała mu za to.

***

Bardzo sobie cenię autentyczność w rozmowach. Jeśli mi się coś nie podoba, nic nie mówię, ale jeśli już chcę coś pochwalić, to znaczy, że naprawdę tak uważam. Wiem, możesz uznać, że to komplement grzecznościowy, ale wiedz, że nie kłamię z grzeczności. Taką mam prostą zasadę.

Więc, skoro tak uważam i nawet Ci to powiem, proszę o jedno. Nie zbywaj mnie żartem, ironią, odwracaniem kota ogonem czy znajdywaniem drugiego dna, wcale nie tak przyjemnego. Nie wiesz, jak zareagować? Głupio Ci? Dam Ci prostą radę: podziękuj i uśmiechnij się. Zapamiętaj sobie ten komplement, bo może on kiedyś poprawi Ci nastrój.

No bo pomyśl sama. Ja chcę Ci sprawić przyjemność, a Ty uparcie odmawiasz tej przyjemności – sobie i mnie. Bez sensu.

***

Ps. Już kiedyś pisałam o kobietach i krytycznym spojrzeniu na siebie. O, tutaj.

Ciało współczujące

Co jakiś czas wraca do mnie temat ciała i ten tytuł, wymyślony pół roku temu. Nieraz bolące ciało daje znać: napisz o mnie.

Bolę

Ciało jest jednym wielkim mięśniem współczującym. Towarzyszy nam w codzienności, zwraca się ku nam z czułością i uwagą, wiernie służy. Czasem po wielkim wysiłku fizycznym myślę sobie: cała bolę. To nie ciało mnie boli. To ja sama. Dawniej może powiedziałoby się: „boleję” lub „ubolewam”, ale one chyba jednak znaczą coś trochę innego.

Podobno to, co w głowie, to i w ciele. Gdy w mojej głowie miesi się i kotłuje trudny temat, ramiona spinają się, a żołądek zwija się w pięść. Czasem można i gorączki dostać z tego całego zmartwienia. Emocje łupią w głowie razem ze wzburzonymi strugami krwi w zakolach tętnic. Albo klatka piersiowa zapada się ciężko i trudno się wtedy oddycha, jak z kamieniem na żebrach.

Ciało – ja

Jesteś swoim ciałem. Niektórzy się zadręczają (czasem chciałabym zapytać: czy głodziłabyś kogoś albo czy mówiłabyś o kimś, że jest gruby i obleśny? Więc dlaczego na litość boską robisz to sobie?). Niektórzy nie dbają, bo po co, ostentacyjnie lekceważąc sprawy ciała, przecież są ważniejsze rzeczy, wznioślejsze. Ciało się odwdzięcza… albo mści. Choruje albo niedomaga. Staje się słabe i kruche. Paznokcie, włosy, stan skóry, rozrzedzona krew, niepokojące sygnały.

Pisałam kiedyś o tym, jak ciało boli korektora. Boli też nauczyciela, dźwigającego po pierwsze stres początkującego, a prócz tego podręczniki, materiały, kserówki, testy i różne inne niezbędności w taszczonej torbie. A także prowiant i napitek na cały dzień. Bo przecież gardło i brak śliny. Prowiant można ruszyć dopiero po skończonych lekcjach, brzuch burczy zawsze w środku lekcji, a wtedy nie wypada wgryźć się łapczywie w kanapkę. Żołądek odzywa się z jękiem zawodu.

Nauczyciel perypatetyk odczuwa łydki i stopy.

Zdarzyło mi się, że ciało się rozgorączkowało, bo na głowę spadło o wiele za wiele. Bo ciało współodczuwa.

Podmiot i przedmiot

Czytałam niedawno książkę o ekspresji ciała. Jak reaguje na śpiew, na poezję, jak ciało się kurczy i odbiera bodźce. Jak się spina, jak się otwiera lub zamyka. Jak bardzo jest tożsame z uczuciami, jak wsłuchanie się w nie dużo mówi o nas samych.

body landscape

(Fot. Mariusz Bieniek)

Zdarza się, że wraz z moim ciałem czuję się jak przedmiot, obiekt do fotografowania. Chwilowe uprzedmiotowienie, na które się zgadzam, trochę z ufności, trochę z ciekawości, trochę dlatego, że mam nadzieję być częścią czegoś ważnego. Jak to jest – na czyjeś słowo zastygać, napinać mięśnie aż do drżenia, pokazywać bez wstydu wystające żyły, zakazane fałdki, swoją obłość, tętnice jak struny. Zesztywniały kark i oko, które ciut za długo czeka na mrugnięcie.

Pozowanie jako cichy akt oddania swojej decyzyjności.

Pozowanie jako odsłonięcie niedoskonałości i ograniczeń.

Obrażenia ciała

Miałam kiedyś zajęcia z ruchu rozwijającego Weroniki Sherborne. Jedne z najgorszych, jakie pamiętam. Nie że nudne, wręcz przeciwnie, bo wbiły mi się w pamięć. Polecono nam, żebyśmy dotykali się plecami i starali się dopasować, sprawdzić, z kim nam dobrze się dotyka, z kim czujemy się dobrze – a wiadomo, jak masz się dotykać z kimś plecami, to niestety czujesz jego pośladki.

Okropne, dojmujące doświadczenie. Moje ciało – moje granice. Nie chciałam tego tak samo, jak nie lubię pocałunków na przywitanie albo przytulania z kompletnie obcymi mi ludźmi.

Bardzo silnie strzeżone terytorium. Zdarzało mi się strząsać niechciane ręce z szyi, z pośladków, z karku. Noli me tangere, świnio. Zabieraj łapy.

Ciało może być obrażone nie tylko wtedy, gdy leje się krew.

Dlaczego życie jest jak gra (albo serial)

Dzisiaj zdałam sobie sprawę, że od moich czasów licealnych minęło jakieś siedemnaście lat. Nie ma czego żałować, nie ma czego wspominać. Takie zamierzchłe, ledwo pamiętne czasy. Siedemnaście lat temu.

Ja się ciągle czuję na dwadzieścia jeden. Zawi(ch)rowanie czasoprzestrzeni.

Nie lubię wspominania starych dobrych czasów. Nie zaprzyjaźniłabym się ze sobą tamtą.

profilowe z Autostopem

(…chociaż to zdjęcie nawet lubię)

***

Studia, liceum, czasy nastoletnie czy dzieciństwo – były jak pierwsze sezony serialu kręconego w latach 90., gdzie bohaterowie są nieopierzeni, mają brzydkie fryzury i są jeszcze naiwnie prostolinijni, nie do końca napisani i dookreśleni.

Albo jak prolog rozbudowanej gry komputerowej (teraz na przykład gram w „Wiedźmina”, stąd skojarzenie). Początki. Uczysz się podstawowych narzędzi, dowiadujesz się, co możesz, a czego nie. Dopiero zbierasz umiejętności, zasoby, wiedzę. Po kilku rozdziałach będziesz rozwiniętym starym wygą. A potem zabije cię jakiś potwór.

W życiu to może być na przykład rak albo zawał.

Pozdrowienia z barłogu

Jutro znowu zacznę udawać kobietę sukcesu (kto mi uwierzy?). Założę jakieś schludne ubranie, uczeszę się i zrobię makijaż – pierwszy od tygodnia. Z (umyślnie nieskrywanym, choć trochę na wyrost) entuzjazmem przekroczę progi mojego miejsca pracy i z uśmiechem przywitam się z tymi, którzy tam będą.

Zacznę znowu mieć energię.

Zdejmę tę flanelową koszulę. Wyrzucę puste opakowania po lekach. Zaścielę łóżko, które służyło celom leczniczym, było mi pociechą, przystanią, barłogiem.

***

Niby zwykła choroba, normalna rzecz w okresie zimowych chorób. Wszak mamy całą plejadę zimowych chorób. Można śmiało diagnozować całe orkiestry kaszlu i kichania w autobusie, na przystanku, w szkole. W ciemno można diagnozować te malownicze chrypki, zakatarzone nosy wygrywające tubalnie swoje melodie.

***

Gorzka prawda jest taka, że nie jest łatwo odpuścić. Oddać swoje lekcje, swoje zadania komuś innemu. Zrezygnować z tego, na co się czekało. Na spektakl, na wspólny śpiew. Trzeba było poodwoływać. Nie byłoby łatwo oddawać kawałki życia, krok po kroku.

Chciałam we wszystkim uczestniczyć, bo chcę wierzyć, że beze mnie to nie będzie to samo. Ale zawsze da się zastąpić człowieka. Każdego da się zastąpić.

Oglądałam niedawno „Ostatnią rodzinę”, czytałam o Beksińskich. I jest tam taka scena, po której zrobiło mi się gorzko i smutno. Kobieta mająca świadomość zbliżającej się własnej śmierci uczy męża, jak się robi pranie i co ile zmienia się pościel czy firanki. Ale jej mąż zatrudni sobie sobie pomoc domową, która będzie się tym zajmowała. Jej mąż poradzi sobie bez swojej żony, która się nim tak pięknie zaopiekowała.

A mogła porobić w życiu coś innego, on by sobie i tak poradził. Albo nie zauważyłby różnicy.

***

Powoli zaczynam wracać do świata. Wychylam nos przez drzwi i niepewnie wącham mroźne powietrze – ale tylko przez chwilę, bo smog. Nikt nie chce go zapraszać do płuc. Sam się wprasza, ale to inna sprawa.

Zasiałam cytrynę i pomidory, czekam na szczypiorek. Teraz parapet i ja powoli bierzemy rozpęd, by znowu wziąć się za życie.

śpiąca i potargana

Len dla lepszych i paski dla zuchwałych, czyli 7 ciekawostek z historii mody

Kto nosił koronkowe spodenki, kto ubranie w paski i dlaczego spodnie to był gorszący pomysł? Dlaczego mężczyźni portretowali się w pończochach? Oto garść ciekawostek z historii mody i stroju.

Len dla lepszych

Starożytni Egipcjanie nabijali się z Żydów, pasterzy, którzy w upały chodzili owinięci w wełniane ubrania. Za to Egipcjanie latali prawie nago. Ich cienkie szatki okrywały biodra, właściwie wszystko było na wierzchu.
Dochodziła do tego symbolika. Uważano, że czysta biel to święty kolor, a roślinne pochodzenie lnu jest lepsze niż wełna ze śmierdzących owiec. Egipcjanie nie akceptowali wełny. Nie można było wchodzić w wełnie do świątyni czy grzebać w niej zmarłego.

EgipcjanieAle Izraelici nie podążali za modą, wygodą czy religią egipską. Podążali za jąkającym się brodatym Mojżeszem okutanym w wełnę. Oglądacie czasem filmy o tematyce biblijnej? Ja nie mogę patrzeć na grube ubrania ludu wybranego, bo wyobrażam sobie, jak jest im gorąco.

Tylko barbarzyńca szyje ubrania z kawałków

Normalny, cywilizowany człowiek bierze trzy metry lekkiego, cienkiego materiału i układa na ciele, drapuje, przeplata, czasem spina. Czasem z pomocą służącej, bo sam się może zaplątać.
Krojone i szyte ubrania to był dla nich wulgarny i szokujący pomysł.
Rzymianie musieli być bardzo zdziwieni, kiedy zobaczyli, że można zszyć dwa kawałki materiału. Albo nosić spodnie…

Spodnie pomogły podbić Europę

No właśnie. Koczownicze ludy z Azji zamieszkujący stepy szerokie miały ten luksus, że jeździły konno w spodniach. Na pewno było im wygodniej tak jechać okrakiem. Codziennie. Konno.
Mijały wieki, a starożytny Zachód ciągle uważał noszenie spodni za nieprzyzwoite. Europejczycy trwali przy drapowanych ubraniach. W końcu upadło cesarstwo zachodniorzymskie, w końcu spodnie przyszły i do Europy. Były co prawda po drodze różne wynaturzenia…

Faceci w rajtuzach

w rajtuzachObcasy i kokardki, jedwabne pończochy i koronki. Propozycja na walentynki? Nie, to wzór męskości XVI i XVII wieku.
A było to tak. Najpierw noszono szarawary, potem nogawice. Ale w XVI w. zastąpiono je długimi jedwabnymi pończochami, które podkreślały umięśnione łydki. Kto miał pokazywać łydki, jak nie faceci? W końcu kobieca łydka to wynalazek XX wieku i Gombrowicza.
Na pończochy wkładano bufiaste krótkie spodenki szyte z tkanin krojonych w paski, żeby były szersze. Plus między nogami saczek (taka torebka czy kieszonka), aby podkreślić kształt męskich klejnotów. Niektórzy specjalnie podkreślali tę część stroju, niektórzy ją powiększali, a byli też tacy, którzy chowali tam miłosne listy, monety czy owoce – prezenty dla dam. „Mam coś dla Ciebie”, mówi, i wyjmuje jabłko spomiędzy nóg. Apetyczne? Romantyczne?

…i w koronkach

Wyobraźcie sobie krótkie bufiaste spodenki, do których przywiązywano kolorowe wstążki, kokardki i koronki. Do tego buty na małym obcasie, z klamerką lub kokardą. Kogo byście ubrali w taki strój? Klauna? Koleżankę bez gustu? Otóż możni panowie kilkaset lat temu nosili je bez obciachu. Tak, królowie też. A nawet pozwalali się w takim stroju portretować.

koronki

W zasadzie to nie powinniśmy się dziwić – w XVI i XVII wieku strój męski bez koronek był uznawany za nieelegancki. Zaś w II połowie XVII wieku przyszła moda na dziwaczne spodnie zwane rhingrave. Szyte z dużej ilości materiału, bardzo marszczone, wyglądały, jakby mężczyzna nosił ze sobą pufę do siedzenia. Do tego pończoszki. Sam seks.

Modna pani z gęsią skórką

Był czas, kiedy figura kobiety miała przypominać wysmukłą antyczną kolumnę. Czasy empire (lata 20. XIX wieku) to moda na cieniutkie i delikatne suknie odcinane pod biustem, z krótkim rękawkiem i sporym dekoltem. Trochę jak grecka tunika. Nie, nie przewiduje się wersji zimowej. Można założyć na ramiona szal, to wszystko.
Nic dziwnego, że powstawały karykatury wyśmiewające modne damy ze zmarzniętymi tyłkami.

gęsia skórka

Rządy katolickie a głębokość dekoltu

Najpierw Bizancjum, potem średniowiecze i barokowa hegemonia Hiszpanów. Co jakiś czas w modzie przeplata się ciało rozebrane i szczelnie zakryte. hiszpańska zbroja IIAntyk, zwłaszcza grecki, nie bał się nagości. Sportowcy biegali bez strojów, ciała odznaczały się pod cienkim ubraniem. Z kolei Bizancjum było bardzo cnotliwe. Ciała przykrywano od stóp do głów sztywnymi materiałami. W średniowieczu – wiadomo, długie suknie, długie rękawy, Bóg, grzech, pokusy. Potem przyszedł trochę bardziej rozebrany renesans, dekolty, bujne i zdrowe ciała.
Ale XVII wiek to rządy katolickiej Hiszpanii. Kontrreformacja, inkwizycja, przyhamowanie swobody obyczajów – surowa Hiszpania zaczęła nadawać ton chrześcijańskiemu światu. Strój nie musi być wygodny, mówili, ale powinien całkowicie zakrywać ciało.
Kojarzycie portrety kobiet, na których suknie wyglądają jak sztywne zbroje? To właśnie ten czas. Nie pokazuje się szyi, nadgarstka, kostki. Nie wypada. Ramię? Zaznaczenie, że kobieta ma piersi? Tfu, nie wolno!
(A potem przyszło oświecenie, rokoko i przyjmowanie gości w prześwitujących szlafroczkach. Zmiany, zmiany, zmiany…)

Paski dla zuchwałych

…(oraz galerników i kuglarzy).
W średniowieczu paski były przeznaczone tylko dla wykluczonych: Żydów, błaznów, kuglarzy, trędowatych, katów, prostytutek, bękartów, skazańców, niewolników. W ikonografii w paski ubrany jest wiarołomny rycerz Okrągłego Stołu, Judasz, szaleniec z Biblii.
Do XVIII w. paski były elementem degradującym, pejoratywnym, diabelskim. Zakłócały ład społeczny. Kto nosił paski, z tym było coś nie tak. A już najgorsze były paski w żywych, mieniących się kolorach. Najgorsze.
Potem się to oczywiście zmieniało, ale musiały minąć wieki, zanim noszenie ubrania w paski nie jest odbierane jako prowokacyjne, niejednoznaczne lub chociaż jako zuchwałe.

***

Ps. O świecie dawnej mody i urody pisałam też w tym wpisie.

Bibiliografia:
Golińska Dorota, „Kanony kobiecej urody”, Buchmann, Warszawa 2014.
Łoszewski Krzysztof, „Od spódnicy do spodni. Historia mody męskiej”, Wydawnictwo BOSZ, Olszanica 2014.
Pastoreau Michel, „Diabelska materia. Historia pasków i tkanin w paski”, Oficyna Naukowa, Warszawa 2004.
„Żony modne. Historia mody kobiecej od starożytności do współczesności”, red. A. Sieradzka, Wydawnictwo Naukowo-Techniczne, Warszawa 1993.
Toussaint-Samat Maguelonne, „Historia stroju”, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 1998.

Źródło zdjęć: Pinterest.

empire(Pani Récamier już ma pierwsze objawy przeziębienia)

Wizja przyszłości: świat jedynaków

Co by było, gdyby na świecie istnieli sami jedynacy? Wiadomo, koniec 500+, bo nie miałoby sensu. Demografia leci na łeb na szyję. Samotne dziecko w piaskownicy. Mniejsze klasy w szkołach, gdzie każdy uczeń to pępek świata ("Jestem rozpuszczona, bo jestem jedynaczką" – słyszeliście kiedyś takie hasło? Bo ja tak). Koniec konfliktów o spadek. Wiadomo.

tryptyk helsiński1

(Samotny miś samotnego dziecka, fot. Mariusz Bieniek)

Ale przychodzą mi do głowy jeszcze dwie bardzo istotne konsekwencje. Powiedziałabym, kulturowe.

1. Zaginęłaby instytucja szwagra.
A także bratowej, cioci i wujka. Kuzyna i kuzynki. I tak dalej.
„Szwagier zrobi za pisiont złotych”, „rodzinny interes” i „wąsaty wujek na weselu” – te sformułowania odeszłyby do lamusa, a w książkach byłyby oznaczane gwiazdką i wyjaśniane przez troskliwego redaktora w przypisie na dole strony.

2. Przestałyby istnieć rodzinne zespoły muzyczne. Bee Gees, Anathema, bracia Hanson, niezliczone rodzeństwo The Kelly Family, Sepultura, The Corrs, Sistars, Pectus, Salk (bardzo polecam!). Nikt nie grałby z bratem w garażu. Nawet ja grałam z bratem w garażu.

***

Miałam niedawno zamysł takiej lekko apokaliptycznej książki, ale trudno mi wyobrazić sobie cały spójny świat pełen jedynaków. Ciekawa jestem, co byście dopisali? Jakie byłyby długofalowe konsekwencje – dobre i złe?

1 2 3 4 5 11