Podsumowanie wakacji

Zwykle planuję sobie mnóstwo rzeczy albo odpuszczam i wakacje przelatują przez palce. Tym razem wybrałam opcję nr 1, miałam rozbuchane, szalone i dalekosiężne plany. Co to ja miałam zrobić! Przerobić całą książkę do francuskiego włącznie ze wszystkimi nagraniami (prawie 90 20-minutowych nagrań, więc to byłoby wyzwanie!). Napisać powieść. Dobra, przyznaję, nie udało się zrobić wszystkiego, ale udało mi się zrobić bardzo dużo i było tak intensywnie, że pod koniec należał się odpoczynek (czyli w praktyce – oglądanie ciurkiem seriali i zwalnianie tempa). Szkoda byłoby o tym zapomnieć, stąd pomysł na podsumowanie. Ale po kolei.

Rozwój

Pojechałam na warsztaty introligatorskie, gdzie uszyłam, wykleiłam i oprawiłam własny notes, a do niego jeszcze dorobiłam etui. Teraz już wiem, jak się szyje i oprawia książki, wiem nawet, jak się robi złote zdobienia i co to jest szywnica. Tak że weekend był pełen wiedzy i nabywania umiejętności, jak to się mówi w żargonie nauczycielskim. Ale mam problem – robiłam notes dwa dni, teraz szkoda mi w nim pisać byle co.

Wzięłam udział w jednym mastermindzie i trzech wyzwaniach dla pisarzy, z których na swój użytek wyniosłam naukę, że jeśli mam pisać według zasad, to nie napiszę więcej ani zdania, więc muszę pisać kompletnie po swojemu i teraz próbuję dociec, jak to jest to „po swojemu”. Zadano mi parę trudnych pytań i jeszcze trudniejszych ćwiczeń, wytrącono z ogólnego dobrostanu. Poznałam metody, schematy, zasady zaintrygowania czytelnika, reguły, metody, i po tym wszystkim – póki co – utknęłam. Nie mówię, że jest to wina moich mentorów. Widocznie muszę sobie jeszcze głęboko przemyśleć, co i jak chcę napisać.

Namalowałam pierwszy w życiu obraz.

Wzięłam udział w lekcjach pływania pod czujnym okiem instruktora. Przepłynęłam sporo basenów, czasem było to szuranie po dnie, a czasem triumfalne wypływanie na powierzchnię. Mój głośny śmiech niósł się echem, gdy poznawałam technikę pływania żabką, śmiałam się również pod wodą, co znowu nie jest aż takie proste. Ale teraz już wiem, że naprawdę można w wodzie czuć się jak ryba.

Próbowałam wrócić do jazdy samochodem. Bilans za kierownicą: cztery godziny i dwa przepocone podkoszulki, milion skrzyżowań i mnóstwo strzałek warunkowych, tysiąc bon-motów mojej pani instruktorki. Pokonałam paraliżujący lęk, ale zostało sporo niepewności.

Przerobiłam co prawda tylko niewielką część podręcznika do francuskiego i może kilkanaście nagrań, ale za to teraz codziennie uczę się przez kwadrans. Podobno to lepsze niż nauka raz na jakiś czas, a potem długo nic.

Obejrzałam kilka dobrych seriali, „Glow” i „Człowiek z wysokiego zamku”, kończę „Opowieść podręcznej”.

Podróże i inne doświadczenia

Byłam na Mazurach nad małym i miłym jeziorkiem Ublik. Zdegustowałam się Mikołajkami, rozczuliłam Praniem, przepłynęłam kajakiem dwa jeziora i jeden tunel, widziałam kormorana, a on widział mnie. Byłam w Kazimierzu Dolnym, piłam wino nad Wisłą, jadłam pyszne lody w Olsztynie i w Warszawie. Opiekowałam się cudzym domem, kotami i kwiatami, spędzałam dni na tarasie.

Wyhodowałam własne pomidory z połówki zimowego bezsmakowego pomidora ze sklepu.

Byłam na maratonie zumby i na ćwiczeniach z ciężarami, robiłam pilates w ogrodzie na kocu.

Eksperymentowałam w kuchni. Zrobiłam suflet, kladdakę, czyli mokre i ciężkie ciasto czekoladowe ze Szwecji, olbrzymią chałkę z hojną ilością kruszonki, bułkę drożdżową w kolorze pomarańczowym, bo z dodatkiem dyni, aksamitny i puszysty (serio!) dżem z jeżyn, zupę cebulową czy krem warzywny ze świeżymi ziołami, ziemniaki z rozmarynem, cukinię z oregano, marchewkę z oliwą i tymiankiem, placki cukiniowe.

Wzięłam udział w sesji zdjęciowej w ramach projektu kochaj.się – świetna idea!

_DSC9209_DxO

(fot. Zosia LS)

Spotykałam się z ludźmi – w cudzych domach, mieszkaniach, w obcych miastach, w sąsiednich namiotach, w kawiarniach i pubach, na ćwiczeniach, spacerach, na ogniskach, grillach, spotykałam się, rozmawiałam, słuchałam. Rozmowy przez telefon, rozmowy na trawie i kocu, rozmowy przy stole. Deszcze przeczekane wspólnie pod namiotem. Lakoniczni okazywali się rozmowni, otwierały się tematy, wzniecały się dyskusje, wrażenia dzieliły się na wiele (osób), żarty były rzucane.

Podsumowanie

Cechy najpiękniejszego urlopu to – móc pół dnia czytać książkę, chodzić boso po trawie, głaskać wdzięcznego psa lub łaskawego kota, robić niespieszne dania i kawę jedną po drugiej, herbatę z miętą, wodę z melisą. Najpiękniejszy urlop, kiedy można jeść, jak się lubi, a nie, jak się musi, jeść z kimś, komu też smakuje i cieszyć się tym jedzeniem. Zanurzanie się po szyję w chłodnej wodzie, gdy upał dookoła.

Goszczenie ludzi i dawanie im przestrzeni. Omawianie życia, wymyślanie planów B, C i Ć, odważanie się do skoczenia w nieznane, do poznawania nowego. Inspirowanie się innymi, dzielenie się tym, co dla nas ważne i co nas porusza (czasem mi się wydaje, że tylko o tym warto rozmawiać). Wymaganie od siebie, inwestowanie w umiejętności, robienie kroku za krokiem, naprzód. Tam, gdzie jeszcze mnie nie było albo gdzie już dawno chciałam wrócić. Rozprawić się ze strachami i lękami, zrobić miejsce na nowe doświadczenia.

Czerpię i wchodzę w kolejny rok inna, mam wrażenie i mam nadzieję, że choć trochę dzielniejsza i odważniejsza. Przyda mi się.

Powinności polonistki

Przestałam czytać listy książek, które trzeba znać. Jestem polonistką, która nic nie musi.

***

Tak się składa, że jestem absolwentką filologii polskiej i mam wrażenie, że z tego tytułu wiele się ode mnie wymaga (może też być tak, że to ja wymagam sama od siebie, a ciężaru dokłada wieczne poczucie obowiązku. Być może te powinności wymyśliłam sobie sama i teraz to weryfikuję).
Jak to jest – co musi polonistka?

Kanon

Po pierwsze: przeczytać wszystkie arcydzieła literatury polskiej i światowej. To wymaganie jest trudne do spełnienia. Owszem, przeczytałam „Noce i dnie”, „Annę Kareninę”, „Panią Bovary”, „Nędzników”, dużo Prusa i jeszcze więcej Sienkiewicza – no, różne takie sztandarowe cuda. Za młodu, jeszcze przed maturą, przeczytałam większość Ważnych Lektur, ale cieszę się, że niektóre zostawiłam na czas po studiach. Dzięki temu dałam szansę „Chłopom” Reymonta – książce, która w liceum wydawała mi się nieciekawa. A tymczasem czytałam zachwycona. Rozsmakowywałam się słowami jak najlepszym jedzeniem.

szwabacha

Mam swoją prywatną listę. Na niektóre pozycje przychodzi dobra pora. Teraz odkrywam świat „Wojny i pokoju” – z wielką przyjemnością zagłębię się w te opasłe tomiska o pożółkłych stronach, wypożyczane po kolei z miejskiej biblioteki. Kto wie, może przyjdzie czas i na „Ulissesa”? (Choć wątpię.)

Być na bieżąco

Po drugie: przeczytać wszystkie bestsellery. Nie, nie, nie. Nie przeczytałam większości książek, o których się mówi. Najpierw niech opadnie pył i umilkną głosy, potem ewentualnie zdecyduję, czy chcę sięgnąć po coś tylko dlatego, że miało szałową akcję promocyjną albo szumną ekranizację. Nie przebrnęłam przez irytujący początek „Złodziejki książek”, ale za to z wielkim szacunkiem i atencją zmierzyłam się z 700-stronicowym reportażem pt. „Głód”. Czuję, że dobrze wybrałam.

Znać słowniki na pamięć

Po trzecie. Nie robić błędów, nigdy i nigdzie. Znać zasadę pisowni każdego słowa w języku polskim, a przy tym łączliwość, znaczenie, odmianę… Jak ja nie lubię, jak ktoś zaczyna pytanie: „A bo Ty jesteś polonistką… zastanawiałam się niedawno, jak się mówi/ jak się pisze…?”. Niestety nie znam na pamięć słowników, gdyż generalnie mam bardzo słabą pamięć. Nie muszę znać, ale muszę umieć znaleźć – a to różnica. Takie rozróżnienie daje więcej spokoju.

Co prawda boli mnie, jak ktoś po polonistyce nie rozróżnia „dziękuje” od „dziękuję”, ale cóż, ja nie rozróżniam „zaświecenia światła” od „włączenia światła” i po dziś dzień nie wiem, co jest poprawne. Ale może mnie ktoś oświecić.

(fot. Mariusz Bieniek)

Trzy myśli o kobiecości

Kiedy idę do fryzjera lub kosmetyczki, muszę im się pokazać od najgorszej strony, czyli do jakiego stanu się dopuściłam, jak bardzo się zaniedbałam. Kosmetyczka włącza świdrujące lampy i przygląda się, a jej oku nic nie umknie. Fryzjerka rozczesuje włosy i obie widzimy ten obraz nędzy, rozdwojonych końcówek i odrostów.
Cokolwiek by nie zrobiły – i tak będzie lepiej. Wyjdę z odzyskanym poczuciem godności i atrakcyjności.
Starczy na jakiś czas.

***

Lubię czytać napisy na koszulkach, w szkole, na ulicy. Ze względów osobistych zdarza mi się oglądać w sklepach bluzki dla małych dziewczynek i oto mym zdumionym oczom ukazuje się na ten przykład głęboki napis „Yay!”. Dziewczynki mają być małymi błyszczącymi gwiazdkami, cieszyć oko, mają być słodkie i urocze jak króliczki. Chłopięce koszulki są na przykład z dinozaurami, które robią „rah rah”. Chłopcy nie muszą być małą ozdóbką domu. A nawet mogą być czasem troszeczkę groźni.

***

Kiedy się tak zastanawiam nad tym, które cechy są uznawane za męskie, a które kobiece, to wychodzi mi, że jak jestem uczuciowa, wrażliwa, płaczliwa, niezdecydowana, zależna, to jestem kobietą. A jak jestem silna fizycznie, zdecydowana, odważna, praktyczna, konkretna, to jestem jednak mężczyzną.

anathemicznie2

(No i teraz to już nie wiadomo. Fot. M. Bieniek)

Esencja

Gdy byłam mała, zaparzaliśmy w czajniczku granulowaną herbatę. Może i inni mówiliby na to imbryk, na przykład taki Andersen i jego tłumacze. W moim domu mówiliśmy: czajniczek. Czasem jeszcze widzę na półkach w sklepie herbatę granulowaną i myślę sobie o czajniczku z esencją na starym piecu w kuchni mojego dzieciństwa.
Granulki zalewało się gorącą wodą, prawie wrzątkiem, a na to kładło się małą pokrywkę. Potem można było wlewać go na dno szklanek i uzupełniać gorącą wodą.
Po dłuższym czasie na powierzchni tworzył się kożuszek o wielobarwnym połysku, który byłby może fascynujący, gdyby nie niepokojące podobieństwo do plam benzyny na drodze czy wodzie.
Do dzisiaj lubię rytuały związane z zaparzaniem herbaty czy kawy. Lubię czekać na wrzątek, na zaparzenie, lubię wypełniać kuchnię zapachami.
Słowo „esencja” oznacza nie tylko mocny wywar. To także najistotniejsza część, najważniejszy składnik, samo sedno. To, co jedynie prawdziwe i jedynie ważne.
Esencją naszych rozmów powinno być życie.

brew-pot-ceramics-foter

(Czajniczek z Fotera)

Opinie bliskich się nie liczą

Sytuacja pierwsza.
Daję do przeczytania mężowi tekst przed wysłaniem na konkurs, bo jego opinia jest dla mnie ważna, a potem mówię komuś, że pochwalił pomysł i dał zielone światło do wysłania. Ktoś na to odpowiada: może po prostu nie chciał ci sprawić przykrości?
Nie, tak to u nas nie działa. Jeśli ktoś tak myśli, to nie zna mojego męża. Ja znam i wiem, że mogę liczyć na szczerą opinię – jeśli go pytam, to muszę być gotowa na odpowiedź, która mi się nie spodoba. Z drugiej strony on pokazuje mi swoje projekty i czeka na to, że otwarcie mu powiem, czy jest dobry albo co wygląda źle i dlaczego. Po to pytamy. Nie chcemy głaskania się po głowie i fałszywych grzecznościowych pochwał.

Sytuacja druga.
Idę obejrzeć spektakl autorstwa córki mojej koleżanki. Znam się na dykcji, umiem rozpoznać dobre aktorstwo, doceniam dobrze napisany scenariusz i profesjonalizm. Potrafię też rozpoznać słabiznę.
Szczęśliwie okazało się, że spektakl miał wiele zalet i nie omieszkałam o tym powiedzieć jego twórcom. I owszem, wszyscy cieszyli się z opinii osoby postronnej, ale tylko do momentu, w którym dowiedzieli się, że jestem koleżanką mamy.
No, skoro to koleżanka mamy, to jej opinia się nie liczy, bo na pewno pochwaliła z grzeczności.
Czyli rozumiem, że grzeczność jest pojmowana jako zakamuflowana nieszczerość. Opinie grzecznościowe mogę więc od razu wyrzucić do kosza – jeśli są nieszczere, to dla mnie są bezwartościowe.

Opinie bliskich się nie liczą, bo to bliscy i muszą tak mówić… W jakim świecie żyją ci, którzy w to wierzą? W lukrowany świat, w którym słyszy się tylko pochwały, a każda krytyka to oznaka chamstwa i hejtu? Osobiście chciałabym wiedzieć, co w mojej pracy można poprawić, co jest słabe, a co niezrozumiałe. Jeśli nie powie mi tego bliska osoba, to usłyszę to od obcej. A wolę od bliskiej.

Z drugiej strony szczera pochwała z ust osoby wymagającej naprawdę znaczy o wiele więcej niż opinia kogoś, kto i tak zawsze chwali, bo tak wypada.

Po pierwsze: nie wstydź się

To jest beznadziejne. Bez sensu. Ale kicz. Nikogo to nie interesuje.
Nie uda się. Po co to piszesz? Po co to robisz?
Jesteś żałosna. Daj sobie spokój.

***

Znasz to? Czy tylko ja tak mam? Z tego, co czytam i się orientuję, to nie tylko ja. W książkach o twórczości nazywają to Wewnętrznym Krytykiem. Siedzi nam w głowie i knuje, psuje i zniechęca. Uzewnętrznia nasze obawy przed odrzuceniem, niezrozumieniem, przed słuszną krytyką.
Tymczasem może warto z nim powalczyć. Albo przynajmniej go zignorować i robić swoje, mimo wstydu i lęku.
Miałam ostatnio okazję wygłosić publicznie mowę. Dziesięć minut na wybrany temat, bez kartki, czyli z głowy. Oczywiście przygotowywałam się wcześniej, ale co innego mówić do wycieranych naczyń, a co innego do odbiorców z krwi i kości. Ludzi, którzy patrzą i słuchają. Mam dziesięć minut ich uwagi i autentycznego zainteresowania. Postrzegam to jako luksus i jako zobowiązanie.
Doskonale wiem, jak słabym jestem mówcą. Nie czuję się dobrze, mówiąc. Brakuje mi potrzebnych słów, urwane ciągi myśli nagminnie łatam wyrafinowaą wstawką „yyy”, nie patrzę na publikę, tylko w sufit, a prócz tego cały czas walczę z pokusą schowania rąk w kieszeniach.
A mimo to doświadczam ogromnej otwartości i życzliwości. Jestem w stanie podać o wiele więcej moich wad niż te, które wyszły w trakcie omawiania wystąpienia. Okazuje się, że zalety mowy przysłoniły większość wad. Nie wszystkie. Większość.
Okazuje się, że ktoś widzi w moim działaniu więcej dobrego i nie skupia się na punktowaniu niedociągnięć. To ja widzę przede wszystkim niedociągnięcia. Inni widzą ciekawą historię albo zabawną puentę i to im zostaje w głowie. Nie moje ręce walczące o dostęp do kieszeni i nie moje „yyy”.
Okazuje się, że samo podjęcie się trudnego zadania uskrzydla. Powiedzenie o swoich pomysłach, pokazanie projektów, wysłanie tekstu, podzielenie się linkiem swojego bloga – przynosi dobre skutki i zamiast skopania krytyką, dostaję wiele życzliwości i słów zachęty.
Bronię się przed powiedzeniem: „Ja bym tak nie mogła. Ja bym się wstydziła to zrobić. Ja bym się bała”. A co, jeśli sama sobie nie postawię takiej granicy w mojej głowie? A co, jeśli jestem już inna niż te moje wyobrażenia? A co, jeśli moje wyobrażenia o swoich ograniczeniach są już przestarzałe i pokryte szadzią niczym przeterminowane czekoladki z bombonierki?

***

Podziwiam ludzi, którzy pokazują innym swoje dzieło, swoją pracę. Mają pomysły i tak po prostu je realizują, a potem – no właśnie – nie chowają do szuflady, tylko wysyłają w świat. Chwalą się tym, pokazują, mówią o tym.
Co się może stać? Ktoś skrytykuje, ktoś zignoruje, ale na pewno komuś się spodoba, kogoś poruszy, komuś zmieni sposób widzenia albo zmusi do refleksji. I choćby dla tych paru osób warto to zrobić. No i oczywiście dla siebie – szkoda czasu na strach i wstydzenie się.
Tak więc pokaż innym, co robisz, czym się zajmujesz, co jest Twoją pasją. Może się boisz krytyki, ale podejrzewam, że nikt nie potraktuje Cię gorzej niż Twój Wewnętrzny Krytyk.
Więc może po prostu nie wstydź się o tym komuś powiedzieć.

Magazyn spóźnionych ripost

Nie będę oryginalna. Nie tylko ja mam z tym problem. Riposty wymyślone po czasie, bo najpierw mnie zatkało i nie wiedziałam, co powiedzieć.

Sporo wpisów powstało po rozmowie, po usłyszeniu czyjegoś zdania, po kilkudniowym przemyśleniu sprawy. Na przykład ten o dbaniu o siebie, o tym, że każdego można kupić czy że mam nudne życie.

Ostatnio na przykład rozmawiałam z kimś o tym, że dużo chodzę pieszo. Mam swoje powody – jest ekologicznie (dlaczego nikt mi nie wierzy, że stan środowiska jest dla mnie naprawdę ważny?), chcę mieć codzienną dawkę ruchu i dbać o kondycję, nie mam zamiaru szukać miejsc parkingowych czy stać w korkach. A moja rozmówczyni na to: „Teraz tak mówisz, ale zobaczysz za kilka lat. Przestanie Ci się chcieć. Zobaczysz, zobaczysz…”

Jak ja nie lubię tego proroczego „Zobaczysz, zobaczysz…”. Orędownicy prawd, że jak się ma 30 lat, to się chce, a jak się ma 40, to już nie.

Ale ja sobie przyznałam prawo, żeby nie słuchać cudzych rad i nie próbować żyć według nich. Mam prawo uczyć się na swoich błędach, podejmować swoje decyzje i patrzeć, co się stanie. Mam wreszcie prawo zmieniać zdanie, kiedy ja o tym zdecyduję. Dochodzić do wniosków w swoim czasie. Dojrzewać do zmian. To mają być zmiany w moim życiu i przede wszystkim mnie dotyczą. Nie muszę nikogo zadowalać. Nie muszę żyć pod czyjeś dyktando.

To dla mnie wielka ulga – przyznać sobie prawo do błędów i porażek, a przede wszystkim dać sobie czas.

A to, że nie jestem tak prędka w ripostach, ma swoje dobre strony. Na przykład jest pretekstem do kolejnego wpisu.

time to grow

(Grafika z tej strony dzięki uprzejmości Julity Michalskiej)

Masz nudne życie

Masz nudne życie, powiedziała mi moja bliska znajoma kilkanaście lat temu. Studiowałam wtedy filologię polską, nigdy w życiu tak dużo się nie uczyłam i tak dużo nie czytałam, ale byłam zafascynowana tym, co odkrywam. Chodziłam na wszystkie (!) zajęcia dodatkowe i z pasją rozczytywałam się w szwabachach i rękopisach. Ona na studiach przede wszystkim imprezowała (przynajmniej tak to wynikało z jej ówczesnych opowieści). Jej osąd mnie zabolał, więc pamiętam go do dzisiaj.

Masz fajne życie, powiedziała moja bliska znajoma kilka miesięcy temu, kiedy usłyszała, że wybieram się w podróż. Nie powiedziałam jej wielu rzeczy, które uważam za równie ciekawe.

***

Nikt nie ma prawa oceniać mojego życia. Jest nudne, kiedy ja chcę, i tak ciekawe, na ile je takim wymyślę.

Dla mnie jest takie w sam raz. Dla imprezowicza i odważnego ekstrawertyka będzie to nuda. Dla nieśmiałych osób zachowujących rezerwę wobec wszystkiego moje życie jest interesujące i może nawet nieco szalone. Co kto lubi.

***

Myślę, że najgorsze jest porównywanie się. Sama cierpiałam psychosomatycznie, oglądając z zadrością blogi podróżnicze. Dlatego ich już nie oglądam. Chciałabym podróżować więcej, ale chciałabym też mieć stabilizację zawodową i domową. Póki co wybieram to drugie.

Muszę wiedzieć, co mi odpowiada, co pasuje, co daje radość i poczucie bycia na miejscu. A mnie odpowiada spokój, czytanie, podróżowanie bez biura podróży, odpowiada mi podejmowanie nowych wyzwań (takie moje małe prywatne kroki poza strefę komfortu), odpowiada mi picie wina i oglądanie filmów wieczorem, pasuje mi ognisko w ogrodzie, teatr, galeria sztuki, granie w planszówki, pójście na ściankę i dźwiganie ciężarów, relaksuje mnie gotowanie, obieranie, krojenie, mieszanie.

Absolutnie nie odpowiadają mi imprezy, taniec, bycie w tłumie, oglądanie kabaretów, czysta wódka, zapach popcornu w kinie, upały czy słuchanie hip-hopu w autobusie, bo ktoś nie wie, że wynaleziono słuchawki. Nie lubię krzykliwości i efektu wow. Nie lubię sztuczności, udawania, męczy mnie wymuszony śmiech.

Dobrze to sobie uświadomić i nie zrównywać wszystkich do swoich standardów.

słoneczny KrakówNuda. Nic się nie dzieje.

Ponure myśli ze skrzynki odbiorczej

Nie tak całkiem dawno zdałam sobie sprawę, że nikt już nie pisze do mnie maili. Od jakiegoś czasu dostaję same wiadomości z wydawnictw oferujących podręczniki dla nauczycieli, zawiadomienia z paczkomatu i newslettery. Po przeglądzie mojej smutnej korespondencji wnoszę, że chyba muszę być bardzo samotna.

***

Dostałam mailem zawiadomienie, że wygrałam konkurs. Poszłam na spektakl, napisałam recenzję, zajęłam pierwsze miejsce i chyba dostanę bilet na następny spektakl – mam nadzieję. W końcu taka była stawka.

Tak bardzo bałam się, że znowu nic nie wygram. Tak bardzo się nie nastawiałam, że nawet się jeszcze nie cieszę. Napisałam do kilku najbardziej pozytywnych osób w moim otoczeniu, żeby ucieszyły się za mnie. Żeby mnie zaraziły tym ucieszeniem.

Przemknęła mi przez głowę myśl, że może mój tekst po prostu nie miał konkurencji i tylko dlatego wygrał. Tak jakbym nie mogła sobie powiedzieć, że był (chociaż) niezły.

***

Od stycznia wysyłam moją książkę do wydawnictw i czekam na odpowiedź. Pusta skrzynka odbiorcza to i w tym przypadku oznaka porażki.

Ucz mnie siebie

Mówi się, że w przyjaźni można się nie widzieć miesiącami, a podczas spotkania nie będzie się czuło tego upływu czasu. „Rozmawia się nam tak, jakbyśmy się wczoraj widzieli…” – słyszy się nieraz. Albo że przyjaciel rozumie bez słów, że w połowie rozpoczętego zdania już wie, jaki będzie koniec. Że zawsze rozumie.
Niestety nie zawsze tak to działa. I to nie dlatego, że ktoś nie jest przyjacielem.

***

Mam bliską osobę, która mieszka daleko. Czasem ta osoba ma kłopoty i coś przeżywa – jak każdy. Pamiętam takie rozmowy telefoniczne, kiedy myślałam, że potrzebuje rozśmieszenia i dodania otuchy w głupkowaty sposób, a ona potrzebowała zgoła innych słów albo nawet nie słów, bycia solidarną, rozumiejącą, uważną. Rozłączyła się szybko, a ja zostałam z oszołomieniem i poczuciem wstydu za siebie. Nie widziałam reakcji, nie wiedziałam, co mam zrobić i co mówić. Mówiłam nie to, co trzeba. Nie widziałam mimiki, nie mogłam przytulić i pogłaskać. Nie wiedziałam, że moje głupie słowa doprowadziły do płaczu.
Nadal nie wiem, jak z lakonicznej treści smsa wyczuć, czy ktoś po drugiej stronie płacze, czy przeżywa, czy pisze ot tak, lekko. Odbieram tekst jako dziarski, dzielny i pogodny, a następnego dnia dowiaduję się, że było naprawdę źle. I nijak nie umiem się tego domyślić.
Nie wiem, czy mam podtrzymywać kontakt, pisząc o głupotach i nieistotnych sprawach, tak dla rozrywki i odstresowania, czy pytać codziennie, czy już lepiej, czy dać czas bez obawy, że dana osoba poczuje się opuszczona i sama. Jak dobrać słowa, które mają wspierać, a nie dołować. W delikatnej materii ludzkich uczuć poruszam się jak słoń w składzie porcelany.
Jak zrozumieć, czego ktoś w danym momencie potrzebuje, jeśli nie mam żadnych wskazówek?

***

I czasem mam ochotę zaapelować, żebyśmy się siebie nawzajem uczyli. Mówili: teraz potrzebuję od Ciebie pociechy i wysłuchania. Żebyś mi napisała, że będzie dobrze i wszystko się ułoży (mój mąż nauczył mnie, że absolutnie nie chce słyszeć takich tekstów i dobrze, teraz wiem, żeby jemu tak nigdy nie mówić). Ucz mnie i uświadamiaj w stylu: teraz nie mów mi takich rzeczy, nie pisz do mnie, chcę być sama. Teraz potrzebuję totalnej troski i skupienia na mnie. Teraz jest mi bardzo źle. Teraz jest mi dobrze i chcę się tym z Tobą podzielić. Ten tekst był głupi, nie mów tak do mnie więcej. Ten tekst był nie na miejscu. Wiem, że chcesz dobrze, ale Ci to nie idzie.
Ucz mnie siebie – jak sztubaka, jak początkującego, jak ucznia, dzieciaka. Jak mistrz. Jesteś najlepszym specjalistą od samego siebie. Odkryj mi tajniki, tajemnice, sporządź instrukcję obsługi siebie. Czego potrzebujesz. Czego Ci trzeba. Jak powinnam się teraz zachować.
Chciałabym, żeby ktoś mnie nauczył, jak być lepszą przyjaciółką, jak być wsparciem, jak rozumieć telepatycznie, jak czytać między lakonicznymi wierszami. Często oblewam ten egzamin i jest mi wstyd, zupełnie jak na studiach.

1 2 3 4 5 13