Pochwała uprzejmości

Społeczeństwo nam schamiało, drodzy Państwo. Kto ma pieniądze, ten ma władzę, tak mówią. Kto płaci, ten wymaga. Kto wymaga, ten nie musi być miły – wręcz przeciwnie, może być nawet i chamem. W mailu nie trzeba już pisać dzień dobry ani pozdrawiam/z poważaniem. Można napisać tak, że odbiorca poczuje się mały. W końcu powinien się tak poczuć, prawda? O to przecież chodzi.

Można napisać obraźliwy komentarz w internecie, podpisać się swoim nazwiskiem i nie wstydzić się tego. Można rzucać szowinistyczne żarty, można skrytykować, jak ktoś wygląda, wszystko można, a przecież dzień bez wbicia komuś szpilki za nic byłby dniem straconym.

Klasa nie jest ceniona. Kultura nie jest ceniona. Bohaterem jest ten, kto opanuje sztukę pyskówki i bez cienia żenady powie coś, co uderzy w rozmówcę.

A ja głoszę pochwałę uprzejmości i wciąż jeszcze wierzę, że dobrze jest szanować drugiego człowieka, czy to konserwator, czy to pani z okienka, czy znajomy, który nic nie może mi dać. Ja wciąż wierzę, że warto i dobrze jest zachowywać klasę, nawet jeśli to już niewiele znaczy. Wciąż uważam, że nie trzeba poniżać, by coś uzyskać. Nie trzeba poniżać i pomiatać, by poczuć się lepszym. Uprzejmość to nie wada.

Z całą mocą powtórzę za Różewiczem: Kochani ludożercy, nie zjadajmy się, dobrze?

Powinności polonistki

Przestałam czytać listy książek, które trzeba znać. Jestem polonistką, która nic nie musi.

***

Tak się składa, że jestem absolwentką filologii polskiej i mam wrażenie, że z tego tytułu wiele się ode mnie wymaga (może też być tak, że to ja wymagam sama od siebie, a ciężaru dokłada wieczne poczucie obowiązku. Być może te powinności wymyśliłam sobie sama i teraz to weryfikuję).
Jak to jest – co musi polonistka?

Kanon

Po pierwsze: przeczytać wszystkie arcydzieła literatury polskiej i światowej. To wymaganie jest trudne do spełnienia. Owszem, przeczytałam „Noce i dnie”, „Annę Kareninę”, „Panią Bovary”, „Nędzników”, dużo Prusa i jeszcze więcej Sienkiewicza – no, różne takie sztandarowe cuda. Za młodu, jeszcze przed maturą, przeczytałam większość Ważnych Lektur, ale cieszę się, że niektóre zostawiłam na czas po studiach. Dzięki temu dałam szansę „Chłopom” Reymonta – książce, która w liceum wydawała mi się nieciekawa. A tymczasem czytałam zachwycona. Rozsmakowywałam się słowami jak najlepszym jedzeniem.

szwabacha

Mam swoją prywatną listę. Na niektóre pozycje przychodzi dobra pora. Teraz odkrywam świat „Wojny i pokoju” – z wielką przyjemnością zagłębię się w te opasłe tomiska o pożółkłych stronach, wypożyczane po kolei z miejskiej biblioteki. Kto wie, może przyjdzie czas i na „Ulissesa”? (Choć wątpię.)

Być na bieżąco

Po drugie: przeczytać wszystkie bestsellery. Nie, nie, nie. Nie przeczytałam większości książek, o których się mówi. Najpierw niech opadnie pył i umilkną głosy, potem ewentualnie zdecyduję, czy chcę sięgnąć po coś tylko dlatego, że miało szałową akcję promocyjną albo szumną ekranizację. Nie przebrnęłam przez irytujący początek „Złodziejki książek”, ale za to z wielkim szacunkiem i atencją zmierzyłam się z 700-stronicowym reportażem pt. „Głód”. Czuję, że dobrze wybrałam.

Znać słowniki na pamięć

Po trzecie. Nie robić błędów, nigdy i nigdzie. Znać zasadę pisowni każdego słowa w języku polskim, a przy tym łączliwość, znaczenie, odmianę… Jak ja nie lubię, jak ktoś zaczyna pytanie: „A bo Ty jesteś polonistką… zastanawiałam się niedawno, jak się mówi/ jak się pisze…?”. Niestety nie znam na pamięć słowników, gdyż generalnie mam bardzo słabą pamięć. Nie muszę znać, ale muszę umieć znaleźć – a to różnica. Takie rozróżnienie daje więcej spokoju.

Co prawda boli mnie, jak ktoś po polonistyce nie rozróżnia „dziękuje” od „dziękuję”, ale cóż, ja nie rozróżniam „zaświecenia światła” od „włączenia światła” i po dziś dzień nie wiem, co jest poprawne. Ale może mnie ktoś oświecić.

(fot. Mariusz Bieniek)

Ciasto jako tekst kulturowy

Fascynuje mnie to, co można zrobić z mąką.

Jak zrobić doskonałe ciasto francuskie, półfrancuskie, chrust, filo i drożdżowe. Ile tajemnic musisz znać, jakie umiejętności posiąść, jakiej wprawy nabyć. Bo drożdżowe wyrabia się długo, do sprężystości. Jak naciśniesz ciepłą kulę, to wgłębienie ma powoli znikać. Do drożdżówki obowiązkowym dodatkiem jest anielska cierpliwość.

Ciasto francuskie, bardzo maślane, wałkuje się w jedną stronę, składa w kopertę, mrozi i znowu wałkuje. I tak milion razy. Z pietyzmem. Z maniakalnym zacięciem. Jak szaleniec.

Każde ciasto to osobny temat. Albo masz ręce do kruchego (zawsze zimne, szybkie, bez niepotrzebnego roztkliwiania się), albo do drożdżowego (ciepłe, miłe, cierpliwe). Czy masz wyrabiać długo, czy krótko, jest czasem kwestią kluczową (błąd w sztuce i niewybaczalna nieumiejętność – niewyrośnięty drożdżowy gnot; twarde ciasto, które w zamyśle miało się kruszyć podczas ugryzienia…). Musisz przejść wtajemniczenie, czy dotykać ciepłym spodem dłoni, czy tylko nożem. Wałkować i składać, by powstały cienkie listki czy bić wałkiem, by napowietrzyć, bo wtedy faworki będą lekkie i puste w środku.

Za wszystkim tym kryje się tajemny przepis, przekazywany z pokolenia na pokolenie, udoskonalany. Rodzi się bólach nieudanych prób i dominujących gustów wyszukanych podniebień. Osadzony w konkretnej kulturze. Chaczapuri, biszkopt, bagietka, pita, ciasto filo, monkey bread, pancakes, chleb na sodzie… Każdy wypiek niesie w sobie jakiś konktekst. I dużą wiedzę, którą gromadzi i uzupełnia się przez lata.

Dlatego lubię czytać książki kucharskie Sophie Dahl. Każdy posiłek to jakaś historia, opowieść, skojarzenia. Dla mnie to jest zajmujące. Jestem zakochana w jedzeniu. Delektuję się nim, lubię o nim myśleć.

I uważam, choć boję się to przyznać (ot, takie filozofowanie dla ubogich), że ciasto niesie w sobie jakiś przekaz. Że niby zwykła bułka, a może być (nawet!) palimpsestem.

tarta

(Tarta z owocami jest dumna, że napisali o niej tekst)

Len dla lepszych i paski dla zuchwałych, czyli 7 ciekawostek z historii mody

Kto nosił koronkowe spodenki, kto ubranie w paski i dlaczego spodnie to był gorszący pomysł? Dlaczego mężczyźni portretowali się w pończochach? Oto garść ciekawostek z historii mody i stroju.

Len dla lepszych

Starożytni Egipcjanie nabijali się z Żydów, pasterzy, którzy w upały chodzili owinięci w wełniane ubrania. Za to Egipcjanie latali prawie nago. Ich cienkie szatki okrywały biodra, właściwie wszystko było na wierzchu.
Dochodziła do tego symbolika. Uważano, że czysta biel to święty kolor, a roślinne pochodzenie lnu jest lepsze niż wełna ze śmierdzących owiec. Egipcjanie nie akceptowali wełny. Nie można było wchodzić w wełnie do świątyni czy grzebać w niej zmarłego.

EgipcjanieAle Izraelici nie podążali za modą, wygodą czy religią egipską. Podążali za jąkającym się brodatym Mojżeszem okutanym w wełnę. Oglądacie czasem filmy o tematyce biblijnej? Ja nie mogę patrzeć na grube ubrania ludu wybranego, bo wyobrażam sobie, jak jest im gorąco.

Tylko barbarzyńca szyje ubrania z kawałków

Normalny, cywilizowany człowiek bierze trzy metry lekkiego, cienkiego materiału i układa na ciele, drapuje, przeplata, czasem spina. Czasem z pomocą służącej, bo sam się może zaplątać.
Krojone i szyte ubrania to był dla nich wulgarny i szokujący pomysł.
Rzymianie musieli być bardzo zdziwieni, kiedy zobaczyli, że można zszyć dwa kawałki materiału. Albo nosić spodnie…

Spodnie pomogły podbić Europę

No właśnie. Koczownicze ludy z Azji zamieszkujący stepy szerokie miały ten luksus, że jeździły konno w spodniach. Na pewno było im wygodniej tak jechać okrakiem. Codziennie. Konno.
Mijały wieki, a starożytny Zachód ciągle uważał noszenie spodni za nieprzyzwoite. Europejczycy trwali przy drapowanych ubraniach. W końcu upadło cesarstwo zachodniorzymskie, w końcu spodnie przyszły i do Europy. Były co prawda po drodze różne wynaturzenia…

Faceci w rajtuzach

w rajtuzachObcasy i kokardki, jedwabne pończochy i koronki. Propozycja na walentynki? Nie, to wzór męskości XVI i XVII wieku.
A było to tak. Najpierw noszono szarawary, potem nogawice. Ale w XVI w. zastąpiono je długimi jedwabnymi pończochami, które podkreślały umięśnione łydki. Kto miał pokazywać łydki, jak nie faceci? W końcu kobieca łydka to wynalazek XX wieku i Gombrowicza.
Na pończochy wkładano bufiaste krótkie spodenki szyte z tkanin krojonych w paski, żeby były szersze. Plus między nogami saczek (taka torebka czy kieszonka), aby podkreślić kształt męskich klejnotów. Niektórzy specjalnie podkreślali tę część stroju, niektórzy ją powiększali, a byli też tacy, którzy chowali tam miłosne listy, monety czy owoce – prezenty dla dam. „Mam coś dla Ciebie”, mówi, i wyjmuje jabłko spomiędzy nóg. Apetyczne? Romantyczne?

…i w koronkach

Wyobraźcie sobie krótkie bufiaste spodenki, do których przywiązywano kolorowe wstążki, kokardki i koronki. Do tego buty na małym obcasie, z klamerką lub kokardą. Kogo byście ubrali w taki strój? Klauna? Koleżankę bez gustu? Otóż możni panowie kilkaset lat temu nosili je bez obciachu. Tak, królowie też. A nawet pozwalali się w takim stroju portretować.

koronki

W zasadzie to nie powinniśmy się dziwić – w XVI i XVII wieku strój męski bez koronek był uznawany za nieelegancki. Zaś w II połowie XVII wieku przyszła moda na dziwaczne spodnie zwane rhingrave. Szyte z dużej ilości materiału, bardzo marszczone, wyglądały, jakby mężczyzna nosił ze sobą pufę do siedzenia. Do tego pończoszki. Sam seks.

Modna pani z gęsią skórką

Był czas, kiedy figura kobiety miała przypominać wysmukłą antyczną kolumnę. Czasy empire (lata 20. XIX wieku) to moda na cieniutkie i delikatne suknie odcinane pod biustem, z krótkim rękawkiem i sporym dekoltem. Trochę jak grecka tunika. Nie, nie przewiduje się wersji zimowej. Można założyć na ramiona szal, to wszystko.
Nic dziwnego, że powstawały karykatury wyśmiewające modne damy ze zmarzniętymi tyłkami.

gęsia skórka

Rządy katolickie a głębokość dekoltu

Najpierw Bizancjum, potem średniowiecze i barokowa hegemonia Hiszpanów. Co jakiś czas w modzie przeplata się ciało rozebrane i szczelnie zakryte. hiszpańska zbroja IIAntyk, zwłaszcza grecki, nie bał się nagości. Sportowcy biegali bez strojów, ciała odznaczały się pod cienkim ubraniem. Z kolei Bizancjum było bardzo cnotliwe. Ciała przykrywano od stóp do głów sztywnymi materiałami. W średniowieczu – wiadomo, długie suknie, długie rękawy, Bóg, grzech, pokusy. Potem przyszedł trochę bardziej rozebrany renesans, dekolty, bujne i zdrowe ciała.
Ale XVII wiek to rządy katolickiej Hiszpanii. Kontrreformacja, inkwizycja, przyhamowanie swobody obyczajów – surowa Hiszpania zaczęła nadawać ton chrześcijańskiemu światu. Strój nie musi być wygodny, mówili, ale powinien całkowicie zakrywać ciało.
Kojarzycie portrety kobiet, na których suknie wyglądają jak sztywne zbroje? To właśnie ten czas. Nie pokazuje się szyi, nadgarstka, kostki. Nie wypada. Ramię? Zaznaczenie, że kobieta ma piersi? Tfu, nie wolno!
(A potem przyszło oświecenie, rokoko i przyjmowanie gości w prześwitujących szlafroczkach. Zmiany, zmiany, zmiany…)

Paski dla zuchwałych

…(oraz galerników i kuglarzy).
W średniowieczu paski były przeznaczone tylko dla wykluczonych: Żydów, błaznów, kuglarzy, trędowatych, katów, prostytutek, bękartów, skazańców, niewolników. W ikonografii w paski ubrany jest wiarołomny rycerz Okrągłego Stołu, Judasz, szaleniec z Biblii.
Do XVIII w. paski były elementem degradującym, pejoratywnym, diabelskim. Zakłócały ład społeczny. Kto nosił paski, z tym było coś nie tak. A już najgorsze były paski w żywych, mieniących się kolorach. Najgorsze.
Potem się to oczywiście zmieniało, ale musiały minąć wieki, zanim noszenie ubrania w paski nie jest odbierane jako prowokacyjne, niejednoznaczne lub chociaż jako zuchwałe.

***

Ps. O świecie dawnej mody i urody pisałam też w tym wpisie.

Bibiliografia:
Golińska Dorota, „Kanony kobiecej urody”, Buchmann, Warszawa 2014.
Łoszewski Krzysztof, „Od spódnicy do spodni. Historia mody męskiej”, Wydawnictwo BOSZ, Olszanica 2014.
Pastoreau Michel, „Diabelska materia. Historia pasków i tkanin w paski”, Oficyna Naukowa, Warszawa 2004.
„Żony modne. Historia mody kobiecej od starożytności do współczesności”, red. A. Sieradzka, Wydawnictwo Naukowo-Techniczne, Warszawa 1993.
Toussaint-Samat Maguelonne, „Historia stroju”, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 1998.

Źródło zdjęć: Pinterest.

empire(Pani Récamier już ma pierwsze objawy przeziębienia)

Książki, które przeczytałam w 2016

Policzyłam książki, które przeczytałam w 2016 roku. Postanowiłam przyjrzeć się mojemu czytaniu, zapisywać przeczytane i czytać więcej. Po prostu. Zamiast tępego siedzenia w internecie i marnowania czasu – czytać, sięgać po kolejne książki i (mam nadzieję) trochę mądrzeć.

Tytułem wstępu

Zawsze lubiłam czytanie. Nie wyobrażam sobie życia i mojej profesji bez książek, ale także przestrzeni bez tychże, podróży bez co najmniej jednej lektury (najgorsze podróże: kiedy książka skończy się za szybko), domu czy rozwoju (tutaj pisałam o tym szerzej). Na studiach filologicznych czytanie klasyki literatury to była czynność tak naturalna i oczywista jak „sen czy trawienie”, że zacytuję poetę. Nigdy w życiu nie czytałam tak wiele i nie uczyłam się tak dużo, jak tam. Ale potem studia się skończyły.

Kończ waść

Liczenie przeczytanych książki miało mi też dać motywację, by kończyć to, co zaczęłam. Czasem jednak nie dawałam rady – o tym wspominam na końcu.

Plany na wakacje już mam. #ksiazka #books #booklover #ksiazki #czytam #czytambolubie #czytambolubię

A post shared by Magdalena Bieniek (@magdalena.bieniek) on

Zapraszam do przejrzenia mojej listy przeczytanych książek 2016. Pogrupowałam książki w bardzo intuicyjne kategorie, żeby było łatwiej. Może się jednak okazać, że zrobiło się trudniej.

Kategoria pierwsza: non-fiction

Książki o Skandynawii. Dla mnie to osobny dział: „Skandynawski raj” (o którym pisałam tu), „81:1. Opowieści z Wysp Owczych” (Wydawnictwo Czarne gwarancją jakości. Aż zazdrość bierze, jak się pomyśli o autorach i krajobrazach). Prócz tego „Co Finowie mają w głowie” oraz „Islandzkie zabawki. Zapiski z wyspy wulkanów” – przeczytałam ze względu na temat, bo literacko nie były porywające.

Książki o innych krajach lub krainach: „Zrób sobie raj” (Szczygieł o Czechach), „Hajer na kraj Indii” – zabawne przygody pewnego sprytnego śląskiego podróżnika. „Klątwa gruzińskiego tortu” (byłam), „Wiza do Iranu” Artura Orzecha (nie byłam), „Światu nie mamy czego zazdrościć” (wstrząsająca książka o Korei Północnej). I jeszcze Pałkiewicz i jego wyzwanie: „Syberia. Wyprawa na biegun zimna”.

Coś z pogranicza ekonomii i filozofii: „Pracuj (za grosze) i nie przeżyj” (amerykański eksperyment: jak sobie poradzi dziennikarka, jeśli przez trzy miesiące będzie pracować jako sprzątaczka czy kelnerka). I jeszcze rozważania „24/7. Późny kapitalizm i koniec snu”. Myślałam, że będzie więcej o śnie (że jest nieopłacalny), a było więcej o kapitalizmie.

Biografie i wywiady: „Życie na pełnej petardzie” wywiad z księdzem Kaczkowskim. Anegdoty o zakonniku Leonie Knabicie. „Czesałam ciepłe króliki” (dziarska staruszka opowiada o tym, jak zachować radość w obozie koncentracyjnym), „Mama muminków. Biografia Tove Jansson” (o której pisałam tu) oraz „The Cure. Poletko pana Boba” po koncercie The Cure w Łodzi.

„Podróżniczki” – książka historyczna, ale poruszająca też wątki społeczne. Bardzo polecam. Na pewno poszerza spojrzenie na to, jak podróżowało się dawniej, dlaczego kobietom było trudniej wybrać się w samotną podróż i eksplorować nieznane krainy. Kobiety dzielne i głupiutkie. Takie, które poświęciły swoje życie np. dla społeczności afrykańskiej wioski i takie, które poświęciły życia innych, bo zechciały wejść na himajalski szczyt. Przepraszam. Być wniesione na plecach. W końcu po co mają je boleć nogi. Niektóre bohaterki są godne podziwu, inne wkurzające. Ale i tak warto przeczytać.

Tak samo jak „Wilki” Adama Wajraka. Teraz inaczej patrzę na watahy.

Kategoria druga: zawód

Książki o języku, typografii: „Ciemne typki” (ciekawa, jeśli ktoś lubi myśleć o interpunkcji. Ja lubię), „Pokaż język” (ciekawa, jeśli ktoś lubi etymologię pomieszaną z bluzgami i obrażaniem wszystkich naokoło. Ja tak średnio).

Druga rzecz: lektury szkolne. Głupio mi bazować na wiedzy sprzed kilkunastu lat, kiedy mam przed sobą grupę dzieciaków. A więc odświeżyłam w tym roku takie hity jak: „Pinokio”, „Przygody Tomka Sawyera” i „Sposób na Alcybiadesa”.

Kolejna: moje korekty, czyli książki, które przeczytałam jeszcze przed drukiem, w wersji elektronicznej, poprawiając to i owo i czepiając się, gdzie się da. W tamtym roku od początku do końca przeczytałam pięć książek w Wordzie – trzy naukowe: o narkomanii, profilaktyce AIDS oraz pracę z dziedziny antropologii, a także dwie fabularne: pewien baaaardzo zryty horror oraz słabą powieść właściwie o niczym.

Poczytałam też o designie i sztuce: „Jak przestałem kochać design” (zabawne, świetnie napisane, gorzkie w wymowie), a także dwie książki Bożeny Fabiani (polecam bardzo, jak ktoś chce się zakochać w malarzach), „Dalsze gawędy o sztuce. XVI-XX w.” i „Dalsze gawędy o sztuce. XVII w.” – zupełnie nie rozumiem, dlaczego czytam ten cykl od końca. Muszę przyznać, że gawędy dały mi to, czego żaden sztywniacki album o sztuce mi nie dał. Nie tylko jeśli chodzi o biografie malarzy i tło epoki, ale przede wszystkim świeże, wnikliwe, inteligentne patrzenie na obrazy. Tzn. autorka takie ma. Ja dopiero się uczę.

Kategoria trzecia: rozrywka

czyli książki czytane dla zabawy, z sentymentu i właściwie nie wiadomo, dlaczego. Na przykład cienkie czytadło „Nie dla mięczaków” (żeby stwierdzić po raz kolejny, że Szwaja to nie jest dla mnie wzór pisania), „Feblik” i „Wnuczka do orzechów” – żeby się przekonać ze smutkiem, że Musierowicz nie pisze już tak, jak dawniej. Wracam do starych dobrych znajomych, ale okazuje się, że nie jest mi już z nimi tak przyjemnie.

Kolejne: „Blog osławiony między niewiastami” (Artura Andrusa, więc lekkie i przyjemne), „Zdesperowane kobiety postępują desperacko” książka o czeskiej kobiecie, zawierająca podobno wątki autobiograficzne. No i była niewielkich rozmiarów, więc mieściła się nawet w pełnym plecaku.

„Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął”. O, to była bardzo przyjemna, dowcipna i zaskakująca lektura. Zupełnie jak tytuł.

Kategoria czwarta: rozwój

Nie cierpię tego sformułowania, ale go tu użyję. Kategoria: rozwój osobisty. Nie da się inaczej nazwać książek, które sprawiły, że coś się we mnie „rozwinęło”. Otóż:

„Droga artysty” to książka z ćwiczeniami dla artystów, niezależnie w jakiej dziedzinie próbują tworzyć. Pozwala na rozwój kreatywności i troszeczkę, ociupinkę chociaż – na zmniejszenie wymagań wobec siebie (co jest dobre zwłaszcza dla totalnych perfekcjonistów, których lęk przed niedoskonałością ich dzieł blokuje i zamyka).

„Pride and prejudice” – opracowanie dla uczących się. Cóż, streszczenie nie wywołuje takich emocji jak oryginał czy przekład, ale przynajmniej nauczyłam się słów typu „disdain” oraz „sharply”, które, jak wiadomo, są wręcz niezbędne w komunikacji.

„Superskuteczne strategie opanowania języków obcych. Twój prywatny coach”. Tak, tak, brzmi zabawnie, jeśli ktoś się śmieje z kołczów. Ale niektóre pomysły na naukę języka były zupełnie trafione, inne całkiem odkrywcze.

Kategoria piąta: tak zwana klasyka

„Wielki Gatsby” i „Buszujący w zbożu” dobrze znać. Lepiej późno niż wcale.

„Ciemno, prawie noc” Joanny Bator (laureatka Nike). Dobrze się zapowiadała, a potem okazało się, że nie jest tak świetnie, jak by się mogło wydawać, choć opisywana historia była naprawdę niezła.

„Pióropusz” Mariana Piłata (laureat Nike) – no dobra, lubię eksperymenty w warstwie językowej, ale tu było to niemalże nie do przejścia.

„Miasto ślepców”. Dobra książka, smutna. Lubię antyutopie i snucie różnych takich wizji, jak to człowiek zachowałby się w sytuacjach skrajnych. Dodatkowo losy autora dają wielką nadzieję na to, że na pisanie nigdy nie jest za późno. Na Nobla również.

„Głód” Hamsuna. Spodziewałam się czegoś innego, ale jak ktoś chce poczytać o tym, jak bohater był głodny i pisał filozoficzne rozprawy za pieniądze, to jak najbardziej niech sięga.

Podsumowanie

Wyszło 47 (o ile dobrze policzyłam). Czytałam też książki na skraju roku, ale zapisuję je już po słonecznej stronie 2017.

Z niedokończonych książek: próbowałam ambitnie czytać pracę „Homo ludens” Huizingi, ale okazało się, że nie byłam aż taka „ludens”, czytając ją. Bardziej mnie nudziła niż bawiła.

„Historia naturalna i moralna jedzenia”. Z Maguelonne Toussaint-Samat w ogóle mam problem. Czytałam kiedyś jej historię stroju i też – mimo arcyciekawego tematu! – czytało się ciężko. Liczne dygresje, brak faktów i poukładania, skupianie się na jednym szczególe, rozwlekłość. O jedzeniu doczytałam do połowy.

„Pierwsza pomoc w typografii” – dla przypomnienia, zostało mi parę rozdziałów, ale zarzuciłam.

Zaczęłam czytać „Milion lat w jeden dzień”, ale przerwałam i do dziś leży na półce.

Czytałam rozdziały z podręczników, z których korzystam, jakieś fragmenty na lekcje, artykuł, który miałam poprawić, a okazał się cały plagiatem, kilka rozdziałów „Harrego Pottera” w oryginale. Wiadomo, skrawki.

Plan na wakacje się trochę zmienił. #books #booklover #reading #czytam #ksiazki #książki #czytambolubię #czytambolubie

A post shared by Magdalena Bieniek (@magdalena.bieniek) on

Chciałam wiedzieć, ile tak naprawdę czytam. Na pewno więcej niż tak zwany przeciętny Polak (moi znajomi jednak czytają, a mąż czyta więcej ode mnie), ale mniej niż jedną książkę tygodniowo (słynne wyzwanie: przeczytać 52 książki). Na pewno mniej niż niektórzy chwalący się w internecie (słyszałam o kimś, kto przeczytał 120 książek w tamtym roku).

Czytaliście coś z tej listy? Może coś Was zainteresowało albo z czymś się w ogóle nie zgadzacie?

Anegdotka literacko-sklepowa

W sklepie kolejki do dwóch kas. Dłuższa kolejka to więcej produktów w wózkach, mniej klientów. Krótsza, więcej klientów, mniejsze zakupy, za to dodawanie przy kasie rzeczy ze stoiska (słodycze na wagę, ale alkohol, Drodzy Państwo, przede wszystkim alkohol).

Mając na uwadze prawo Murphy'ego, wybieram dłuższą kolejkę. Gdy wybieram krótszą, to i tak stoję dłużej, więc może tym razem się uda oszukać fatum, przeznaczenie, okrutnie drwiący los, oszczędzić czas (bo przecież nie pieniądze) etc.

W końcu ileż można kasować zakupy dwóch osób.

Ano, można długo. Na przykład kwadrans, bo dlaczego nie.

Klientka gubi kartę lojalnościową. Szuka. Produkty piętrzą się i niemal bezwstydnie mnożą na taśmie. Ale to jeszcze nic, bo w tym wszystkim najlepsza jest ekspedientka. Przepraszam, doradca klienta.

Kobieta imponuje mi swoim powolnym tempem i ruchami mimozy. Nie dla niej stresy w pracy, nerwowość, popędzanie, wyrabianie normy. Ona ma czas zrobić przegląd paznokci, porozmawiać z koleżanką z kasy obok, przy okazji jakieś klatki przesunie, doradzi klientce. Podoba mi się, że nie daje się popędzać. Ona ma czas. Nie dajmy się zwariować. Piątek wieczór, po co ma się spieszyć? Czy zbawi przez to świat? Bez przesady.

Mój odjeżdżający autobus jej kompletnie nie interesuje. Nie musi. To nie jej problem, to mój.

Pełna szacunku oglądam jej natapirowane włosy, pełne usta zwinięte w rozkoszną minkę. Beżowy lakier na wymuskanych paznokciach.

Spoglądam na plakietkę.

Wszystko jasne.

Doradca klienta, Izabela Ł.

Notatki z wystawy (sztuki współczesnej)

Postanowiłam obejrzeć wystawę sztuki współczesnej.

Przez duże okna galerii zaciekawiony przechodzień może zauważyć, jak z zadziwieniem i pewną dozą niepokoju oglądam:

rajstopę
akryl z włosami
kawałki tkaniny i ściereczki kuchenne
kolorowe lampki
drewniane listewki
szprychy koła od roweru
kopczyk ziemi
masło roślinne wymieszane z barwnikiem i rozciągnięte po dywanie.

Abstrahując od znaczeń i kontekstów, bo te niewątpliwie są tu ważne i wręcz kluczowe, by co nieco zrozumieć. Ale ja nie o tym.

Chce mi się z siebie śmiać. A jednocześnie czuję niepokój. Artysta wtłacza mnie w sytuację dla mnie nieswoją, nieprzyjemną.

Dziwna wystawa. Wytrąca z poczucia oczywistości. Ze schematów myślenia – że jak malarstwo, to tylko takie, że jeśli rzeźba, to tylko taka. Pokazuje wyraźnie: you're not so smart.

***

Wtem wchodzi pani z odkurzaczem i zaczyna sprzątać. Bezlitośnie sunie rurą tuż obok okruchów masła z pigmentem.

galeria

(Ot, galeria z Fotera)

5 rzeczy, których nauczyłam się od Tove Jansson

Biografia Tove Jansson jest obszerna i pękata – historia tej niezwykle pracowitej artystki zajmuje pięćset stron. A ponieważ pisałam już kiedyś, że przeczytane książki zmieniają nasze myślenie, także i z tej lektury wyciągnęłam coś dla siebie. Poniżej znajdziecie 5 myśli, spostrzeżeń i ciekawostek zaczerpniętych z książki o Tove Jansson, suto okraszone ilustracjami spod jej zdolnej ręki.

1. Trzeba pilnie, najlepiej od młodych lat, pracować na swoje nazwisko. Jeśli mamy jakiś talent, róbmy coś z tym i dajmy się poznać. Tove zaczęła publikować grafiki zarobkowo w wieku 14 lat. Obecnie moją misją jest opowiadanie o tym fenomenie uzdolnionym nastolatkom. Niech próbują! Może kiedyś będę miała satysfakcję, że jakaś znana pisarka czy ilustratorka to jedna z moich byłych uczennic?

tove-i-mumin-pinterest

(Tove i Muminek)

2. Etat to nie zawsze jest wybawienie. Są tacy, którzy traktują go jako zło konieczne.

Początkowo potrzebowała pieniędzy, zaciągnęła przecież poważny kredyt na mieszkanie. "Etat – pierwszy raz w życiu…" – zanotowała ze strachem w czerwcu 1962 roku.

Ciekawe to podejście, dziwne, zupełnie inne niż tych wszystkich, którzy mnie otaczają. Przecież etat jawi się jako bezpieczna przystań. A tu proszę. Tove jest typowym wolnym ptakiem, ale jednocześnie pracuje przez całe życie niezwykle intensywnie.

tove-i-magiczny-swiat-pinterest

(Czarowny, a jednocześnie niepokojący świat z wyobraźni Tove)

3. A ta jej niezwykła pracowitość przynosi niezwykłe efekty. Jedna fenomenalna postać, krucha kobietka o wnikliwym umyśle i dziwnej wyobraźni, samotniczka. Przez całe życie tworzyła: ilustracje, grafiki, obrazy, komiksy, pisała książki, dramaty, słuchowiska, scenariusze. Podziwiam!

Tove musi pracować, nic innego dla niej nie istnieje. Tęsknota do wyrażenia siebie cały czas nie daje jej spokoju.

tove-ilustruje-hobbita-pinterest(Tove ilustruje "Hobbita")

4. Osobność razem.

[Tooti] lubi budować, zupełnie jak Tove, a kiedy dużo później szuka nowego miejsca do pracy, znajduje wolne mieszkanie przy ulicy Kaserngata 26C, tuż za rogiem i w tym samym budynku co atelier ukochanej. Zamieszkały w tym samym miejscu, lecz każda u siebie – właśnie tak, jak Tove wyobrażała sobie kombinację sztuki i uczucia.

Praca i tworzenie obok siebie, przebywanie razem, a jednak w swoich światach, to stan, który osobiście bardzo mi odpowiada.

tove-ilustruje-fajnych-bohaterow-pinterest

(Włóczykij i Mała Mi już płyną do Ciebie)

5. Kolejna myśl z serii: doceniać ciszę. A gdyby zastąpić słowo mówione pisanym…

Żeby w ciszy wymieniać się wiadomościami zapisanymi na karteczce z notesu. […] Słowa wypowiedziane zaraz, bez zastanowienia, domagające się natychmiastowej odpowiedzi. Musi […] istnieć jakiś margines na zastanowienie. Czas, jaki oferuje tekst, niema informacja, mogłoby stworzyć miejsce do rozmyślań. Niemalże wszystko, co sobie mówimy, cechują pośpiech, rutyna, panika i potrzeba imponowania.

Ciekawe spostrzeżenie. Może niekoniecznie mamy od razu zamieniać się w człowieka z napisami, ale może bardziej należy zwracać uwagę na to, co mówimy. Bo w pośpiechu nie słuchamy i zapominamy. A przynajmniej ja tak mam, niestety. Przepraszam, mężu.

tove-wloczykij-mi-i-mumin

(Włóczykij i Muminek na mostku; Mała Mi już coś psoci)

***

Cytaty zaczerpnięte z książki Boel Westin pt. "Tove Jansson. Mama Muminków", Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2012, s. 261, 287, 430, 434. Ilustracje z Pinteresta.

tove-wloczykij

(Włóczykij odchodzi)

11 luźnych myśli na temat czytania

Czytanie przy kimś to nie jest dowód buractwa, wręcz przeciwnie: zaufania i poczucia komfortu. Wyciągnięcie książki mówi: "Dobrze się przy tobie czuję, więc przy tobie czytam. Nie oburzaj się na to. Pozwól mi".

***

A najlepiej sam sobie też weź jakąś książkę. Poczytajmy razem. To bardzo zbliża. Tajemne porozumienie, milczące bycie obok.

***

Kiedy widzisz kogoś z książką, daj mu spokój i pozwól poczytać. Nie zagaduj, nie zagłuszaj, nie przeszkadzaj (on wolałby nie przerywać po to, by podać tytuł i autora czy wręcz streszczać akcję).

***

A już na pewno nie pytaj: "Po co się uczysz? Po co to czytasz?" To są wyjątkowo głupie pytania, bardzo nie na miejscu.

***

Rozterka podróżnika, który nie ma czytnika: najgorzej, gdy nazajutrz wyjeżdżam, a jestem w połowie książki. Nie opłaca się brać jej ze sobą, bo przeczytam za szybko, może jeszcze w drodze, i potem będę tę przeczytaną książkę niepotrzebnie wozić ze sobą. Albo można wziąć dwie książki w podróż. Albo przestać czytać, zrobić przerwę na czas wyjazdu, dokończyć po powrocie, a wziąć inną – takie rozwiązanie też nie jest dobre, bo przecież będę myśleć o tej książce, której czytanie przerwałam. Jest też inne rozwiązanie: spędzić cały przedwyjazdowy dzień na dokończeniu tej. Co w sumie nie brzmi źle.

***

Cudowny plan na wieczór i poranek: gdy mam jeszcze 100 stron książki, więc skończę ją dziś, a jutro zaczynam następną. Wybieranie następnej książki do czytania.

***

Obowiązowym pytaniem osoby rekrutującej na stanowisko umysłowe (a już zwłaszcza związane z kulturą) powinno być: "Co pan/pani teraz czyta?".

***

Błogosławię mój błędnik. Co prawda mogę zwymiotować w zbyt ciepłym samochodzie i na serpentynach, ale za to mogę czytać bez najmniejszego problemu. Dzięki umiejętności czytania w autobusach, pociągach, tramwajach i samochodach osobowych zdawałam egzaminy z literatury, a teraz odhaczam kolejne pozycje z listy książek do przeczytania i generalnie nie dłuży mi się czas.

***

Ostatnio ktoś zapytał mnie o to, czy za korzystanie z biblioteki, wypożyczanie i przedłużanie książek, się płaci. To jest najpiękniejsze w bibliotece: darmowy dostęp, duży wybór, brak ukrytych opłat, jasne zasady.

***

Nigdy, pod żadnym pozorem nie przeglądaj książki, którą właśnie czytasz. Nie patrz na ostatnie zdanie, nie kartkuj, nie czytaj fragmentów ze środka. ZAWSZE natrafisz na kluczową informację w stylu: ktoś umarł. Ktoś zdradził. Ktoś jednak przeżył. I po co ci to?

***

Daj sobie spokój z nudnymi książkami. Satysfakcja z powodu skończenia książki, która ci nie odpowiada, może być mniejsza niż gorzkie poczucie zmarnowanego czasu.

Próbuję przejść na etat czytacza

Co byś robił, gdybyś nie musiał zarabiać pieniędzy? Ja robiłabym mniej więcej to samo co teraz, czyli pracowałabym z tekstami oraz w tak zwanej oświacie (tylko w szkole darowałabym sobie wszystkie niepotrzebne papierologie). Po prostu bawiłabym się z młodszymi dziećmi i uczyłabym starsze, co to jest onomatopeja.

Ale znam takich, którzy czytaliby całymi dniami.

Znam to. Obecnie mam trochę wolnego czasu i próbuję się przestawić na etat czytacza. Nawet czasami mi się udaje, np. dostaję pieniądze za przeczytanie książki i znalezienie w niej błędów i nielogiczności. Niestety nie mam jeszcze tak znanego nazwiska, żeby ktoś mi zapłacił za dwuzdaniową recenzję i podpisanie się jako autorytet. Prawdę mówiąc, w ogóle nie mam znanego nazwiska. Jeszcze.

Niestety tego typu robota nie jest ceniona w społeczeństwie. Trudno zauważyć, co się zmieniło przed i po. Trudno udowodnić, że to całodzienne siedzenie przed komputerem to nie jest po prostu "granie na komputerze" albo "siedzenie na fejsie".

Nazwisko na czwórce redakcyjnej nie mówi o tym, że się dwa miesiące siedziało nad zawiłymi akapitami, próbując rozsupłać sensy albo że z bólem serca czytało się bardzo złą powieść o niczym. Że zmieniało się kursywę na kapitaliki albo przerabiało całą bibliografię na inną modłę. Że się trzy razy czytało książkę, nawet wtedy, kiedy się już nie chciało jej czytać. Że się wstrzymywało ziewanie, że się nad nią zasypiało, a kręgosłup myślał, że zwariuje.

***

Problem z czytaniem na etacie polega na tym, że trudno to robić przez osiem godzin. Po jakimś czasie włącza się myślenie: "Dobra, starczy tej rozrywki. Pora porobić coś konkretnego". Tylko że czytanie jest czymś konkretnym. Jest inwestycją. Jest zmianą.

Po książce o Korei Północnej już nie będę taka, jak przed tą książką – wiem więcej, tracę złudzenia, jestem wstrząśnięta, żal mi ludzi i oburza mnie skurwysyństwo. Po książkach o typografii i składzie mogę się zająć korektą techniczną, a to jest coś, czego nie robiłam wcześniej, więc plus do umiejętności. Po książce o mówieniu i słuchaniu zupełnie niepostrzeżenie zaczęłam inaczej mówić do dzieci i dorosłych. Po książce przeczytanej w innym języku niż polski mam większą śmiałość językową i pewność, że zrozumiem – może nie wszystko, ale sporo. Książki o Wyspach Owczych, Skandynawach i życiu na Spitsbergenie rozbudziły do szaleństwa moje pragnienia: nie mogę umrzeć, zanim nie zobaczę całej Skandynawii, bo to, co widziałam, to stanowczo za mało. Po książce o bliznach po ewolucji i o pochodzeniu człowieka myślę sobie inaczej o człowieku i jego budowie, a także o tym, jak zorganizował sobie świat.

Kilkaset książek później jestem innym człowiekiem.

A praca nad sobą to robota na cały etat, z nadgodzinami, bez emerytury.

books-foter-com

(To jest praca na cały etat, zdjęcie z Fotera)

1 2