Kobiety i zakupy, czyli trzy marcowe myśli

Ależ mi wyszedł kontrowersyjny tytuł! Żeby niby kobiety kojarzą się tylko z robieniem zakupów? Że wpis będzie lekki, łatwy i przyjemny? Niekoniecznie.
Ale do rzeczy.

Po pierwsze: O zakupach przez internet

Kiedy robię zakupy przez internet, chyba najbardziej irytują mnie zdjęcia chudych modelek. Ok, wiem, jak będzie wyglądała w tych ubraniach osoba z płaskim brzuchem. A ja? Jak to ubranie wygląda na osobie z fałdkami w okolicach brzucha? Kiedy oglądałam suknie ślubne, miałam ten sam dylemat. Żeby dany model dobrze na mnie leżał, musiałabym być pół raza wyższa niż jestem (zresztą podejrzewam, że tak jest z większością sukien ślubnych).

Tak więc postuluję o większą różnorodność modelek. Niech każda klientka zobaczy, jak naprawdę będzie wyglądała w tym ubraniu.

No dobrze, jeszcze bardziej irytuje mnie, kiedy przysyłają biały produkt zamiast czarnego, a przesyłka idzie dwa miesiące, bo na stronie napisali małym druczkiem, że tak może być, a ja nie doczytałam.

Po drugie: Jak to jest z tą przyjaźnią w serialach?

Oglądałam niedawno serial, w którym bohaterka zostaje wdową i zaprzyjaźnia się z kobietą, którą poznaje na spotkaniach dotyczących żałoby. Obie mają tylko siebie, co jest znaczące dla rozwoju akcji – jest to sytuacja dobra i zła jednocześnie.

Osoby po trzydziestce, czterdziestce – nie mają innych przyjaciół i znajomych, na których mogliby liczyć w trudnej sytuacji, pogadać, poprosić o przypilnowanie dzieci. Nie mają zaplecza. W chwili startu serialu zaczynają wszystko od początku. Trochę mnie to dziwi, bo uważam, że człowiek prócz związku powinien mieć jeszcze swoją grupę wsparcia. Dużo bardziej realistyczni są bohaterowie, którzy kogoś takeigo mają. No chyba że mają tak trudne charaktery, że nikt z nimi nie wytrzymał. Tak też w serialach bywa. I w życiu.

Po trzecie: O Dniu Kobiet

Mieliśmy ostatnio święto w szkole, przedstawienie, życzenia, kwiatki, czekoladki. Ciekawym zjawiskiem jest otrzymanie kwiatka tylko dlatego, że się urodziło jako osoba danej płci. Ani to moja wina, ani zasługa.

Zżymam się oczywiście na wszelką niesprawiedliwość dotyczącą płci, na paternalistyczne traktowanie kobiet i szowinizm. Boli mnie to, jak ktoś mówi, że kobiety są trochę głupsze. Albo kiedy się je pomija w narracji o świecie. Kiedy mężczyźni szli na wojnę czy brali udział w powstaniu i ginęli, to wdowy musiały podciągnąć rękawy i brać się do pracy (a ich edukacja pozostawiała przecież wiele do życzenia), żeby wyżywić osierocone dzieci i dać sobie radę z całym tym pozostawionym przez wojny bałaganem – ale bohaterami są tylko żołnierze. Dla mnie bohaterkami są również te wdowy. Przez wieki o nich nawet nie wspomniano.

Sytuacje, w której „mężczyźni tłumaczą mi świat” (jak pisała w swoim eseju i książce Rebecca Solnit). Albo przekonanie, że „kobiece” znaczy gorsze – gdy uważa się, że pisarki, poetki, reżyserki tworzą dla kobiet, a mężczyźni tworzą dla wszystkich. „Kobiecy biznes” to na pewno waciki, rękodzieło albo jakieś głupoty, a „kobieca literatura” to romans z kwiatkami na okładce i przesłodzonym zakończeniem. A najbardziej chyba boli mnie, kiedy w sprawach o molestowanie czy gwałt nie wierzy się skrzywdzonej kobiecie. Bo to tylko słowo, bo „mogła się mścić”, bo „można łatwo rzucić oskarżenie i zniszczyć człowieka” (tak jakby przemoc seksualna nie była niszczeniem człowieka).

Tak więc jeden dzień, kiedy ktoś jest dla mnie milszy niż zwykle – nie załatwi tych wszystkich rzeczy, które wymieniłam powyżej.

***

Więcej o przyjaźni przeczytasz tutaj, o ciele, o zakupach też pisałam, bo nie lubię, o serialach, bo lubię.

Joanna Skrzypiec czyta fragment „Bielskich profesji”

Joanna Skrzypiec, dziennikarka radiowa o cudownym głowie, czyta fragment „Bielskich profesji”. Który wybrała? Jak go zinterpretowała?

Zapraszam do kliknięcia i odsłuchania:

(Przyznam, że nawet ja, znając niemalże ten tekst na pamięć, wzruszyłam się podczas słuchania).

Serialowe kobiety, które podziwiam

Ostatnio zdałam sobie sprawę, że w serialach bardzo zwracam uwagę na dobrze napisane postacie kobiece. Bohaterki, które są „jakieś”. Póki co mam swoje trzy ulubione kobiety z seriali:

Brienne z „Grace i Frankie”. Często zastanawiałam się, czy jestem bardziej jak Grace, czy Frankie i która w danym momencie mnie bardziej irytuje. Natomiast Brienne jest jedyna i niepowtarzalna. To postać doskonale napisaną. Ironiczna, inteligentna, pewna siebie, wredna, zadziorna.

Lagertha z „Wikingów”. Powiem tylko jedno: zdrada Lagerthy jest niewybaczalna, Ragnarze. Lagertha jest waleczna, silna i zwykle ma ładną fryzurę.

Rita – duńska nauczycielka z serialu o tym samym tytule. Bardzo bezpośrednia, pyskata i pewna siebie. Lubi swoją pracę i lubi dzieciaki. Pomaga wszystkim tym, które tego potrzebują, a uciera nosa zarozumiałym i rozpieszczonym. Załatwia sprawy niemożliwe, trudne przypadki to dla niej zadanie i nie spocznie, dopóki czegoś nie wymyśli. Nie rozkłada rąk. Nie załamuje. Nie wzdycha. Działa – i to jest w niej świetne; ale jest tam też Hjørdis, która z sezonu na sezon staje się coraz lepszą nauczycielką, asertywną i odważną i towarzyszenie jej w tej nauce jest wielką przyjemnością.

RitaJak widać, podziwiam kobiety o cechach, jakie sama chciałabym mieć. Imponują mi kobiety, którymi nie jestem albo nie widzę się taką.

Którą kobietę z serialu dopisalibyście do listy? Dlaczego?

 

Czytelnicze podsumowanie 2019 roku

Rok 2019 był ciężki, pracowity, pełen wzlotów i upadków, a także wypełniony różnymi rzeczami po brzegi, więc czytanie wymagało dużo samozaparcia. Przyznaję od razu, przeczytałam 61 książek. To mniej niż w tamtym roku, ale więcej niż w internetowych wyzwaniach, gdzie trzeba czytać jedną książkę tygodniowo, więc w sumie 52.

Czytam książki mądre i bzdurne, choć te drugie staram się ograniczać (niestety czasem dopiero w trakcie czytania okazuje się, że książka należy do tej drugiej kategorii).
Czytam powieści i poradniki.
Czytam książki naukowe i klasykę, zwaną czasem lekturami szkolnymi, chyba dla odstraszenia.
Czytanie mnie zmienia, poszerza mi myślenie i postrzeganie rzeczy, w tym także myślenie o literaturze i języku (o których lubię naprawdę dużo myśleć).

***

Polubiłam Kereta. Keret jest super. Podobnie jak Roland Topor – dziwny, groteskowy, ale pasuje mi ta dziwność. Rozczarowałam się Anną Gavaldą, która jest podobno gwiazdą literatury francuskiej, ale dla mnie na dwie dobre książki (mówię od razu: warto przeczytać „Lepsze życie” i „Po prostu razem”, resztę można sobie odpuścić) ma cztery słabe. Wiem, bo w tym roku przeczytałam sześć jej książek. Z nachalnych bestsellerów – pana Musso na pewno czytać nie warto.

Ciekawe i intrygujące były:
„Trawa śpiewa” Doris Lessing, „Lektor z pociągu 6.27” Jeana-Paula Didierlaurenta, „Nieczułość” Martyny Bundy, „Próba” Eleonore Catton.
Wstrząsająca: „Bogowie na balkonie” Anji Snellman.

Przepiękne:
„Miłość i inne nieszczęścia” Oliviera Bourdeauta, „Nazywam się Cukinia” Gilles’a Paris’a, „Córka rzeźbiarza” Tove Jansson, „Miasteczko w Islandii” Guðmundura Andri Thorssona.

Dające do myślenia:
„Brakująca połowa dziejów. Historia kobiet na ziemiach polskich” Anny Kowalczyk, „Poza schematem” Malcolma Gladwella, „Boskie zwierzęta” Szymona Hołowni.

Pouczające:
korespondencja Erwina Axera i Sławomira Mrożka oraz „Jak oni pracują 2” Agaty Napiórskiej. Może ktoś niekoniecznie interesuje się tym, jak pracują artyści, czy rano, czy wieczorem, i czy piją kawę, czy wodę, ale dla mnie wszystkie wywiady były bardzo zajmujące i dużo zrozumiałam podczas ich lektury.

Żeby być przygotowaną na serial, przeczytałam „Opowieści o Wiedźminie” i „Sezon burz” Sapkowskiego. W tym roku będę czytać dalej o Wiedźminie.
Na 2020 przeszły książki zaczęte (a zaczynam zwykle 3-4, kończę w zależności od nastroju), a i mam stosik wypożyczonych. Tylko żeby mieć spokojną głowę do czytania. Tego sobie życzę.

Paulina Nawrocka czyta fragment „Bielskich profesji”!

Paulina Nawrocka to dziennikarka, która tworzy bardzo ciekawy podcast Zabawy jedzeniem oraz blog o tej samej nazwie. Czy domyślacie się już, jaką profesję wybrała do przeczytania?

Posłuchajcie, jak to świetnie brzmi!

Listopadowe polecajki

Z roku na rok jesienie stają się coraz trudniejsze, a chęć zapadnięcia w sen zimowy coraz to przemożniejsza. Jak tak dalej pójdzie, to za rok mnie chyba nie dobudzicie.
Ale do rzeczy.

Po pierwsze podcasty Okuniewskiej. Dowcipne, mądre, czasem tak zadziwiające, że otwieram buzię szeroko, a czasem parskam śmiechem albo myślę sobie: kurcze, też tak mam i dlaczego całe życie myślałam o sobie źle z tego powodu. Najpiew słuchałam „Tu Okuniewska”, potem miałam drugie podejście do „Moich przyjaciółek idiotek”, które kiedyś nie zachwyciły, a teraz a i owszem. Przede mną jeszcze „Dziewczyny z sąsiedztwa”. Dobrze, że nagrała tego tak dużo, mam czego słuchać!

Po drugie: pójście do teatru na coś nieoczywistego. Ja ostatnio poszłam na „Ballady i romanse”. Mimo niechęci do Mickiewicza i romantyzmu. I dobrze, że poszłam, gdyż wyszłam tak zachwycona i pod wrażeniem, że brakowało mi nawet słów zachwytu. Teatr jest zawsze dobry, jak się chce trochę zaczarować swoje zwykłe życie.

Po trzecie: przeczytanie książki w jeden dzień. Uwiera mnie niemożność czytania tyle, ile bym chciała, i to czytania tego, co niekoniecznie chcę kolejny raz czytać (lektury szkolne), bo otem brakuje mi czasu na czytanie dla przyjemności. I książek dla dorosłych, jakkolwiek by to nie brzmiało. Tak przynajmniej tłumaczę, dlaczego wolę przeczytać kolejną powieść o Islandii, Annę Gavaldę, reportaże albo eseje niż cykl o Percym Jacksonie albo Harrym Potterze. Tak więc przeczytałam przepięknie napisane „Miasteczko w Islandii” (okładka obiecała, że to najpiękniejsza książka, jaką przeczytam w tym roku. Poprzeczka wisiała wysoko. Może nie była to książka najpiękniejsza, ale przyznaję, zajmuje górną półkę. Tyle że nie jest tam sama. Może gdybym ją przeczytała w styczniu albo maju…

Po czwarte: czytanie śmiesznych wierszyków. Na przykład polecono mi „Błysk rewolwru” Szymborskiej i rzeczywiście czytałam z uśmieszkiem albo i nawet chichotałam. A chichot jesienną porą jest zawsze mile słyszany.

Po piąte: kulinarne dogadzanie sobie. Na przykład zjedzenie świeżego pączka (byle nie z lukrem, lukier jest okropny!) albo croissanta na ciepło.

Po szóste: pojechanie na jakieś ciekawe warsztaty. Konfrontacja z ludźmi, którzy lubią to samo, którzy mają podobne poczucie humoru, a jednocześnie pozwalają wyrwać się z Byłam więc na warsztatach pisania nieoczywistych form literackich (limeryki, moskaliki, epitafia, ideanonsy, lepieje itp.) organizowanych przez „Przekrój”. Pisanie śmiesznych wierszyków też oczywiście polecam.

Dobrego listopada, drodzy Państwo!

Jak ukryć ciało?

Tytuł brzmi jak z kryminału?
I bardzo dobrze.

***

Kiedy przeglądam gazety dla kobiet, najbardziej interesuje mnie moda. Czytam różne porady i czego się dowiaduję? Na przykład, jak ukryć wystający brzuch. Jak ukryć fałdki. Jak ukryć szerokie ramiona. Jak ukryć obfity biust. Albo za mały. Jak ukryć szerokie biodra. Albo brak talii.
Dostrzegasz pewną prawidłowość?

Jak ukryć swoje ciało.
Bo masz go za dużo, mówi Ci gazeta. Mówią Ci wszystkie gazety.
Jest Cię za dużo. Ukryj się.
Nie chodź w tej spódnicy, bo wydajesz się duża. Tak jakby rolą kobiety było bycie małą, filigranową.

Przykro mi za te wszystkie kobiety, które są po prostu duże. Wysokie. Szerokie. Chwilowo tu nie pasują. Może niech się zgarbią, zakryją szerszymi ubraniami, niech coś ze sobą zrobią. Bo samym swoim widokiem niepokoją, zniesmaczają innych.

***

„Zbyt często nadaje się wymiar moralny wyglądowi zewnętrznemu, przypisując kobiecie dobro lub zło zależnie od tego, czy jej wymiary, wzrost, sylwetka czy sposób poruszania są zgodne z jednym obowiązującym ideałem” – pisze Clarissa Pinkola Estes. Ta Meksykanka o bujnych kształtach opisuje, jak pewnego razu pojechała na Przesmyk Tehuantepec odnaleźć swoich przodków, którzy „w swoim plemieniu mieli same tęgie, silne, zalotne kobiety potężnych rozmiarów. Poklepywały mnie i poszczypywały, zauważając, że jestem za chuda. Może za mało jem? Może jestem chora? Muszę się lepiej starać, bo kobieta to przecież La Tierra, ma być okrągła jak ziemia, bo ziemia tak wiele musi unieść”.

Zupełnie inne spojrzenie, prawda? Ciało, które jest akceptowane, które ma wiele do zrobienia. Ciało, które wiele wycierpiało, które się starzeje, które dźwigało dzieci, chorowało – zmienia się, wygląda inaczej, ale nadal jest warte kochania i opieki.

***

Ostatnio usłyszałam, jak pewna kobieta żartowała ze swojego ciała, mówiąc, że wygląda jak maszkaron. Taki żart, że niby ma dystans do siebie i do starzenia się.
Zawsze sobie wtedy myślę: czy nazwałabyś tak swoją przyjaciółkę? Dlaczego traktujesz siebie najgorzej?
Szanuj osobę, którą jesteś. Każdy jest wartościowy. Różnorodność nie jest wadą.

I przestań się ukrywać.

***

Ps. Cytaty pochodzą z książki pt. Biegnąca z wilkami (s. 218 i 221). To taka książka, którą chwali wiele osób, a ja nie mogę przez nią przebrnąć, ale ostatnio przeglądam rozdziały i czasem natrafiam na coś, co bardzo do mnie trafia.

I drugi PS. Polecam też mój nieco starszy wpis o kobiecie przed lustrem.

Kwietniowe polecajki

Pierwszy kwietnia spędzam przed komputerem, opracowując swoje plany zawodowe, czytając branżową książkę, jednym uchem słuchając słuchowiska, jedną ręką robiąc pranie, zerkając do słowników z zamiarem napisania wpisu o słowach i do notatek z zamiarem ruszenia powieści.

Ale zanim to wszystko nastąpi, podzielę się nowymi internetowymi odkryciami:

Zacznę od słuchowiska (podcastu) „Piąte: nie zabijaj”, którego miałam nie słuchać. Dość, że kryminały, których nie lubię, to jeszcze prawdziwe historie, a do tego wszystkiego rzecz dzieje się w Polsce, czasem nawet w moim województwie. Niestety wciąga.

Po drugie, newslettery Dutkowskiej. Miałam napisać, że dają powera, ale może bardziej po polsku: dodają poczucia mocy i sprawczości, inspirują, zasypują pomysłami, skłaniają do myślenia i działania, a przede wszystkim budzą we mnie nieśmiałą myśl, że i ja mogę się kiedyś zająć biznesem. Udowadniają, że kobiece biznesy mają prawo się udać i często się udają. Cała Latająca Szkoła jest zresztą dowodem i źródłem inspiracji. Zawsze w sobotę od rana czekam na ten list, serio.

Po trzecie, słuchowisko pt. „Zabawy jedzeniem”. Lubię czytać i słuchać o jedzeniu, poznawać historie różnych produktów czy analizować potrawy pod kątem kulturowym (sama nawet napisałam wpis o cieście jako tekście). Nic dziwnego, że i Zabawy jedzeniem trafiły w mój gust!

Po czwarte, aplikacja do nauki języków. Są ćwiczenia na słuchanie, budowanie wypowiedzeń, jest rozbudowywanie słownictwa. Przeszłam kiedyś przez Duolingo i sporo mi dało, a teraz polecam Fun Easy Learn.

Po piąte, książka pt. „Zawód artystka” z tej strony. Wwłaśnie jestem w połowie pracy z podręcznikiem i jest tu sporo treści do przetrawienia, przepracowania, zastanowienia się.

Po szóste, serial „Bodyguard”. Sześć godzin zleciało jak z bicza strzelił, a wrażenia niemałe. W niektórych momentach siadałam na łóżku, bo nie dało się oglądać na leżąco.

***

Z odkryć nieinternetowych, analogowych, online, dotykalnych i namacalnych:

  1.     dużo kwiatów doniczkowych w domu. Mieć zielony parapet to naprawdę fascynująca i miła sprawa!
  2.     wyjazd nad morze poza sezonem;
  3.     urodziny spędzane wśród lubianych ludzi;
  4.     żółty kolor na sukience i bluzce;
  5.     czerwona szminka mocy, czyli jak kolor ust robi robotę!

Dobrego dnia!

Po co się uczyć, czyli wagary, FOMO i wiedza bezużyteczna

Najbardziej znienawidzonym hasłem moich studiów pedagogicznych była idea Jacques'a Delorsa o uczeniu się przez całe życie. I tytuł jego raportu: Edukacja: jest w niej ukryty skarb. Wypowiadany podniosłym tonem, choć niemalże na kolanach. Ceremonialnie, pompatycznie. Pamętam ten ton do dziś. Szumne idee zza katedry i wykształceni ludzie, którzy tylko teoretyzują, myślałam, notując co trzecie słowo.

Aż tu niedawno przyszła do mnie zdradziecka myśl: panie Delors, jestem zwolenniczką Pańskiej idei niemal przez całe życie. Jak to możliwe, że znienawidzone hasło zza zakurzonej katedry jest jednocześnie czymś, co mnie określa i w co wierzę niemal od początku mojej ścieżki edukacji?

Zdałam sobie z tego sprawę, kiedy uświadomiłam sobie, dlaczego w liceum nie chodziłam na wagary.

***

Pewnego roku w liceum miałam 100% frekwencję, co oznaczało nie tylko świetne zdrowie, ale przede wszystkim zero wagarów. Moje podejście wynikało z tzw. FOMO (Fear of Missing Out) – coś ciekawego wydarzy się na lekcji, a ja to przegapię. Dowiem się czegoś ciekawego, nauczę się, zrozumiem albo wybiorę łazęgę bez sensu.

Ja za ciekawe uważałam wtedy: analizę wierszy, omawianie lektur, części mowy i zdania, opowieści o jerach i historii języka, matematyczną logikę, całą fizykę, angielski, znaczną część biologii i kawałek geografii fizycznej.

Za nieciekawe uważałam natomiast: wf, lekcje historii (same daty i wojny!), chemię (mniej więcej od masy molowej) i geografię gospodarczą oraz uczenie się cyklu Krebsa na biologii. Którą później zdawałam na maturze.

***

Dlaczego na pierwszym roku studiów polonistycznych chodziłam na wszystkie zajęcia dodatkowe, jakie tylko były?
Dlaczego postanowiłam nauczyć się języka starogreckiego, francuskiego i fińskiego z aplikacji i pojąć ideę map myśli oraz rozwijania kreatywności?
Dlaczego ciągle czytam o historii ludzkości, antropologii, obyczajowości, historii jedzenia, o kanonach piękna i estetyki, o sztuce, języku i jego kontekstach?
Dlaczego ciągle brakuje mi półek i czasu na te wszystkie książki, dlaczego lista książek do przeczytania ciągle się wydłuża? Dlaczego ciągle chcę więcej wiedzieć?

Prawda jest brutalna i banalna jednocześnie.

Ponieważ jestem zwolenniczką idei uczenia się przez całe życie. Tak jak moi profesorowie, z którymi się nie zgadzałam. Powiem więcej – tylko to nas rozwija, zmienia, sprawia, że jesteśmy mądrzejsi, bardziej otwarci, bardziej refleksyjni, bardziej znośni (no, wiedza plus sztuka, ale o tym już pisałam).

O, jak ja nie cierpię zapiekłych w swoim zdaniu uparciuchów, którzy nie zauważyli, że świat się zmienia i ludzie wraz z nim. Że dawniej było inaczej, nie zawsze lepiej, ale też nieraz dużo gorzej. Jeśli masz wiedzę, nie zadajesz głupich pytań. Zadajesz tylko mądre i chcesz zmieniać świat na lepsze. Tak, Twój świat i Twój światopogląd też się w to wlicza.

***

Lubię się uczyć, ale ponieważ szybko zapominam, to ten proces nie ma końca. I owszem, przyznaję, mnóstwa rzeczy, których się nauczyłam, zapomniałam (większość z teorii pedagogiki, język hiszpański).
Mnóstwa rzeczy się po prostu nie nauczyłam (greckie akcenty, język francuski, rosyjski).
Mnóstwo rzeczy, których się uczyłam, okazało się niepotrzebne i już o tym dawno zapomniałam.
Mnóstwo rzeczy, których się uczyłam, służyło tylko po to, by ćwiczyć techniki zapamiętywania: wymień osiem czynników? Proszę bardzo, rysuję wykres na karteczce, tabelkę, schemat, układam czynniki alfabetycznie, uczę się poprzez grupowanie, skojarzenia, powtarzam w każdej wolnej chwili, na egzaminie przypominam sobie system ich kojarzenia, zaliczam, zapominam.

Ale muszę przyznać jedno.

Wiedza bezużyteczna czasem robi wrażenie.
Czasem przydaje się w najbardziej nieoczekiwanych okolicznościach. Czasem moi uczniowie pytają, po co się muszą czegoś uczyć, a ja im odpowiadam, że może teraz jeszcze nie wiedzą, do czego im się to przyda, ale może im się kiedyś przydać coś, czego się kompletnie nie spodziewają.

Nie zapomnę, jaką mieli minę, kiedy przy okazji jakiejś prezentacji przeczytałam im tekst po grecku, a potem go przetłumaczyłam.
Albo sytuacja, kiedy robię korektę i poprawiam literówki w hiszpańskich słowach. Nie znam dobrze hiszpańskiego, ale akurat wiem, jak się pisze churros. I akurat, o dziwo, właśnie to słowo się przydało.
Albo przeczytam rosyjski napis. Albo nieświadomie korzystam z technik śpiewu białego, gdy muszę coś głośniej powiedzieć. Albo na lekcji wchodzę w dygresje o tym, dlaczego takie słowo wygląda tak, a nie inaczej, albo skąd pochodzi. Albo czasem ktoś pyta o coś i ja akurat to wiem. Częściej zapomnę albo pomylę, ale czasem po prostu wiem.

Bardzo szanuję ludzi, którzy mają rozległą wiedzę (chwała Wam, uczestnicy Jeden z dziesięciu) i głęboką mądrość. Uważam i zauważam, że im więcej człowiek wie, tym bardziej jest pokorny wobec tego, czego jeszcze nie wie. Nie jestem mądrzejsza od innych, ale dążę do tego, by sporo wiedzieć.

I ten apetyt wcale nie słabnie.

***

Jestem wielką zwolenniczką posiadania dużej wiedzy i uzupełniania jej zasobów. Jasne, część ulatuje, część się zapomina, część się dezaktualizuje. Ale wiedza to coś naprawdę bezcennego i tutaj się zgadzamy, panie Delors.

Proszę, nie proponuj mi kapci

Czasem mam w głowie tylko tytuł. Ten powyższy siedzi w mojej głowie od dawna i co jakiś czas powraca. Na przykład wtedy, kiedy jestem u kogoś i część ludzi nosi kapcie, a część nie. Podział jest bardzo wyraźny. Kapcie mają swoich zwolenników i przeciwników, którzy potrafią o tym rozprawiać, przerzucając się argumentami. Albo napisać o tym banalny wpis.

***

Zacznę literacko. Chodzenie w kapciach uważam za ekwiwalent upupiania u Gombrowicza. Przyziemne upupianie, upupianie w warunkach domowych, upupianie od dołu. Traktowanie kogoś niepoważnie, ujmowanie atrakcyjności, niezależności, wciskanie w ramy. Trudno mówić z mocą w kapciach na stopach, trudno być pociągającym, kiedy ma się na sobie jakiś śmieszny element o równie śmiesznej nazwie. Trudno inspirować, zachwycać, wzbudzać szacunek. Wyobraź sobie kogoś, kogo podziwiasz: aktora, mówcę, osobę publiczną. A teraz w wyobraźni dodaj jej kapcie. Od razu gorzej.

***

Moim zdaniem w kapciach ludzie są mniej atrakcyjni, a bardziej poskromieni, mieszczańscy, zbyt ostrożni. Wskakiwanie w kapcie oznacza przejście w tryb domowy, przytulny, ale też kojarzy mi się z rozmemłaniem, z potulnością, wycofywaniem się w prywatną przestrzeń. Ludzie w grubych skarpetach, ale boso, są bardziej naturalni, prawdziwi i szczerzy niż ludzie w skarpetach i kapciach. Najsilniejsze skojarzenie to – niestety – pan Dulski na fotelu. Powolna zamiana w Felicjana Dulskiego.

***

Chodzenie boso ma w sobie dzikość i naturalność (naturalizm?). To organiczny kontakt z podłogą, z naturą, z podłożem, z tym, po czym stąpamy i – jak to mówią – skąd pochodzimy. Kapcie służą poskramianiu tej natury i robią to w bardzo złym stylu. Jeszcze nie widziałam ładnych domowych kapci.

Ktoś mi powie, że ma w domu zimne płytki. Ja też mam. Chodzenie po zimnych płytkach uważam za mały codzienny heroizm i hartowanie. Za branie życia takiego, jakim jest. Bez izolowania. Stąpanie twardo po ziemi niezależnie od jej temperatury.

Chodzenie boso po trawie to jedna z największych tak zwanych prostych przyjemności. Podobno jest to również zdrowe. Można o tym poczytać, ale ja i tak czuję się przekonana.

***

Gdyby się tak nad tym zastanowić, to opozycja chodzenie w kapciach a chodzenie boso jest takim podręcznym (a raczej przyziemnym) przykładem opozycji kultura versus natura.

1 2 3 4