Ważne filmy: „Fortepian”

Filmy częściej mi się nie podobają niż podobają.
Mam nawet taką obawę. Jak ktoś mi mówi: „Obejrzyj ten film, będzie ci się podobał” – to zawczasu myślę, jak ja mu to powiem, że jednak mi się nie podobał.

Czasem zastanawiam się, które filmy są dla mnie ważne i które uznaję za arcydzieła. Te, przy których płakałam? Te, o których nie mogę zapomnieć? Te, które mnie zmieniły?

„Fortepian” jest jednym z ważniejszych filmów w moim życiu. Obejrzałam go ponad dekadę temu i pamiętam, że wtedy tak strasznie, rozpaczliwie płakałam nad tą historią i nad sobą – bo nie umiałam mówić. Metaforycznie. O rzeczach ważnych. Nie umiałam się otworzyć. I zobaczyłam, że będzie źle, jeśli się tego nie nauczę.

Dzisiaj obejrzałam go ponownie. Trochę się bałam, że tym razem się rozczaruję. Ale nie. Ten film jest przepiękny wizualnie, muzycznie, symbolicznie; jest zmysłowy, pokazuje, jak ważny jest dotyk. Główna bohaterka jest wrażliwa, silna i dumna jednocześnie (czujecie, jak mocne to jest połączenie?).

Dziesięć lat później widzę więcej niż aleksytymię: patriarchat, który krzywdzi również mężczyzn (facet, który musi stosować przemoc, przypomina mi „Chama” Orzeszkowej, który nie chciał, ale przecież musiał bić żonę), zderzenie kultur (Anglicy gardzący Maorysami i bojący się ich „dzikości”), przemoc seksualna usankcjonowana przez… właściwie przez cokolwiek. Bo przecież ciało kobiety to jest własność męża albo kogoś, od kogo jest w jakiś sposób zależna. No i jeszcze ta ciasna kultura, ta opresyjna moda XIX wieku, która więzi nogi w klatce i tułów w gorsecie, co z kolei jest symbolem ról społecznych, oczekiwań. Nie pozwala wziąć oddechu pełną piersią i swobodnie się poruszać.

A ten film pokazuje, że w tym całym zawikłaniu można być wolnym.

piano

Szukam książki o miłości

Uwaga, uwaga! Ogłoszenie drobne!

Poszukiwana książka do czytania.
Musi spełniać kilka warunków:

  1. Nie powinna być zbyt romantyczna, ckliwa i sentymentalna, ale niech będzie o relacji.
  2. Muszę polubić oboje bohaterów i im kibicować.
  3. Żeby bohaterka nie była idiotką, którą trudno znieść, a ma się ochotę nią potrząsnąć. A facet żeby nie był ani bucowatym drwalem bez uczuć, ani sadystą.
  4. Książka ta nie powinna być zbyt przewidywalna.
  5. Powinna być tak pisana, bym nie mogła się od niej oderwać. Żeby trochę rozśmieszała, a czasem powodowała ciary i pozbawiała tchu. Żebym musiała oderwać wzrok, popatrzeć w sufit i pomyśleć: „No, rzeczywiście…” albo: „O jaaaa…”
  6. Lekka, ale do pomyślenia. Ładnie napisana, ale takim językiem, który nie przeszkadza, a czasem zachwyca.

Jeśli ktoś widział, czytał taką lub o takowej słyszał, proszę pisać w polu komentarza. Chętnie skorzystam z rad!

Czytelnicze podsumowanie 2020 roku

W 2020 czytałam tyle, ile miałam sił.
Nie miałam zbyt dużo sił w tym roku.
(Dobra, to trochę żart. Z liczbą książek zmieściłam się w swojej średniej statystycznej, a także w średniej facebookowych wyzwań; poza tym nie chodzi o to, ile, ale co).

***

Czytałam książki japońskie, estońskie, szwedzkie, norweskie, amerykańskie, szukając swojego Świętego Graala.
Czytałam zawodowo: jako polonistka poważne lektury typu „Balladyna”, „Quo vadis”, „Stary człowiek i morze”; jako redaktorka – kilka książek, nad którymi trzeba było trochę popracować (czytaj: namęczyć się i nagłowić, podsuwając rozwiązania).
Czytałam listy Szymborskiej (z Kulmową, Barańczakiem plus wspomnienia Rusinka), przekonując się raz za razem, jaka to ujmująca kobieta i artystka.

***

  •    Najważniejsza książka 2020 roku? „27 śmierci Toby'ego Obeda”. Świetnie napisana i wstrząsająca.
  •    Ale też „Chrobot” – reportaż dający do myślenia. Nie mogłam się oderwać.
  •    Ważny był także reportaż „Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość”. Zadziwiający. Mówię Wam, ludzie, czytajcie reportaże!
  •    Klasyka na ten rok: Na wschód od Edenu (pisałam o niej tutaj). http://czeremchowa.pl/lipcowe-polecajki/
  •    Nadrobiłam jeszcze: „Niebezpieczne związki”, „Trzech panów w łódce (nie licząc psa)”, „Jądro ciemności”. Klasyka nie zawodzi. (Książki, które obecnie ogłasza się arcydziełami, zawodzą mnie częściej. Takie też czytałam, ale zapobiegawczo nie podam tytułów.)
  •    Coś pięknego: „Mądra Wasylisa” (mądre baśnie i piękne ilustracje).
  •    Książka, która kolejny raz przyprawiła mnie o gęsią skórkę: „Bracia Lwie Serce”. Cieszę się, że mogłam dać te wzruszenia klasie, z którą to omawialiśmy.
  •    Książka, do której wymykałam się zza świątecznego stołu, by czytać: „Nic zwyczajnego. O Wisławie Szymborskiej” Michała Rusinka.
  •    Książka, która mnie dużo nauczyła: „Cztery składniki” Samin Nosrat.

***

Tak jak mówię, nie chodzi o ilość, ale o doświadczenie. Życie jest zbyt krótkie, żeby zrezygnować z tych wszystkich gęsich skórek i tych „aha!”, „o, nie!” podczas czytania.

Literatura męska jest dla wszystkich, literatura kobieca jest dla kobiet

Mam problem z tak zwaną literaturą kobiecą. Mam problem z tą zwyczajową nazwą. Sama jestem kobietą i w sumie moje pisanie dociera przede wszystkim do kobiet, ale boję się łatki „kobiecego pisania”. W sumie różnych łatek się boję, choć już nie powinnam, bo jestem na to za stara.

Ale zauważcie. Nawet w sklepie z gazetami jest regał z prasą „kobiecą” i pozostałymi treściami. Bo my, kobiety, lubimy czytać plotki i o makijażach. Jasne. Dzięki za szufladkę.

***

Z zasady nie czytam książek z kwiatowymi, romantycznymi okładkami, egzaltowanymi albo patetycznymi tytułami złożonymi zbyt ozdobnym fontem. Rozwiane włosy, kwiaty, cukierkowe kolory. Na pewno nie sięgnę po taką książkę w bibliotece ani tym bardziej w księgarni.
Natomiast zdaję sobie sprawę, że takie książki są chętnie czytane. Trochę mnie to boli, a trochę przeszkadza jako filolożce. Taki snobizm pofilologiczny. Ale trochę już zaczynam odpuszczać i rozumieć, dlaczego ktoś to czyta. Powoli.

***

Tak zwana klasyka literatury jest zdominowana przez pisanie męskie. Istnieje niepisane przekonanie, że literatura pisana przez mężczyzn jest dla wszystkich. Mówi o odwiecznych problemach ludzkości. Literatura kobieca jest dla kobiet, i to niektórych, bo dla mnie na przykład (mam wrażenie) nie jest.

Czytałam kiedyś książkę poetycką o islandzkim miasteczku. Przepiękną książkę, delikatną, świetnie napisaną. W połowie lektury zerknęłam na okładkę. Czy pisze to kobieta? Jeśli tak, jej ocena spada o połowę (pomyślałam) – skoro to kolejna przepoetyzowana książka kobieca. Ale okazało się, że pisał to mężczyzna. Jeśli tak, to w porządku. Nadal jest to dobra książka.
Autosabotaż w głowie.
Tak przy okazji – lubię skandynawskie pisanie, takie chłodne i oszczędne. Zupełnie nie pasują mi książki latynoskie.

***

Ileż to już lat noszę w sobie myślenie, że nie jestem w stanie nic ciekawego przekazać czytelnikom.
Na studiach polonistycznych świadomie odrzucałam książki pisane przez kobiety. Nie podobało mi się skupienie na odczuciach, uczuciach, chciałam suchej narracji, tematów innych niż miłość i relacje.

***

Mam duży problem z pisaniem powieści o kobietach i dla kobiet. Kobiety to połowa świata. W Polsce czyta więcej kobiet niż mężczyzn.
Piszę i omawiam się, czy będzie to książka, którą będzie chciał przeczytać mój mąż, kuzyn, bracia, tata. Jeśli przeczytają to moje koleżanki, bratowe, to za mało – takie myślenie mam w głowie i jest to – uważam, myślenie bardzo rozpowszechnione. Doświadczenia kobiety, ich wrażliwość i ich punkt widzenia nie są gorsze, mniej ważne.

Dlatego cieszy mnie, że kolejna kobieta dostaje literackiego Nobla.
Czy jest to literatura kobieca? Nie. Jest uniwersalna.

„Kobieta” to nie jest obelga

Przez wieki różnie nazywano kobietę. „Niewiasta”, bo nie wie. „Białogłowa”, bo mężatki nosiły białą chustkę na głowie. „Kobieta”… cóż, kob to dawna nazwa chlewu czy koryta. Dzisiaj jest to słowo neutralne, kiedyś było obelgą.
Kiedyś?

***

Jest wiele naleciałości językowych związanych z tym tematem. Rodzaj niemęskoosobowy, zbierający hurtem „wszystkie istoty niebędące dorosłymi mężczyznami”, czyli kobiety, dzieci, zwierzęta i rzeczy mieszczą się w jednej kategorii gramatycznej. Za każdym razem, kiedy omawiam ten temat na lekcji, wspólnie z uczennicami i uczniami zżymamy się na to gramatyczne nieporozumienie.

„Człowiek” to domyślne określenie mężczyzny. Nazwisko ojca, które po ślubie można zmienić na nazwisko męża. Język jest skostniały, więc pokazuje, że kobietę uznawano za podgatunek człowieka, istotę bezwolną. W dekalogu słowa „nie pożądaj kobiety” zaczynają litanię: ani zwierząt, wołu, osła, rzeczy swojego bliźniego.

***

Znam matki, które mówią córkom, że chłopcom się żyje lepiej. Przy czym one same się do tego dokładają, inaczej traktując syna, a inaczej córkę. Znam matki, które otwarcie cieszą się, że mają tylko synów i uważają, że chłopcy lepiej umieją rozwiązać swoje sprawy. Nawet jeśli statystycznie chłopcy są bardziej skłonni do rywalizacji, a dziewczyny do współpracy.

***

Historia pełna jest dzielnych kobiet, które zakasywały ręce i dźwigały ten kraj i ten świat. Nadal to robią. Samotnie wychowujące dzieci, wdowy po wojnie, dziewczyny ciągnące całą rodzinę, rozwożące po zajęciach dodatkowych, ćwiczące z nimi, gotujące po nocach, koszące trawę, zajmujące się remontami, wszystkim i wszystkimi. Często doświadczam, że to kobiety mają więcej empatii, czułości, samozaparcia, są niebywale pracowite i zorganizowane, a przy tym potrafią się dogadać, rozmawiać, wspierać. Podziwiam takie kobiety. Podziwiam wszystkie kobiety, które dają sobie radę. Znam takich mnóstwo.

***

Kobieta ma dobrze wyglądać. Ocenianie na podstawie wyglądu to dla nas chleb powszechni. Kobiety, które zajmują się polityką czy nauką, są krytykowane za to, jak wyglądają, przy czym to akurat nie ma żadnego znaczenia w tych zawodach. W mało których ma.

To aż niepojęte, ale zakrywając twarz maseczką, poczułam ulgę. Nikt nie patrzył na moją twarz. Poczułam się niewidzialna i dobrze mi z tym było, bo to ja o tym decydowałam.

***

Niedawno była akcja robienia sobie zdjęć w szpilkach, teoretycznie mająca wspomóc jakiś charytatywny cel. Szpilki to nie są buty do chodzenia, tylko do wyglądania. Mam wrażenie, że szpilki mają na celu spowolnienie kobiety. Są nienaturalne i przeszkadzające w normalnym egzystowaniu. Ja codziennie śmigam w trampkach i różnych płaskich butach. Życie jest za krótkie na chodzenie w niewygodnych butach.

***

Rozmawiam z czteroletnią bratanicą.
– Ola, jesteś super.
– Wiem, Madzia.
Taką kobietą trzeba być.

***

Jestem dumna, że jestem kobietą.

Lipcowe polecajki

Były polecajki listopadowe i kwietniowe, zapraszam więc na lipcowe. Dzielę się dobrem:

  • Daði Freyr. To bardzo pozytywny twórca – nie można się nie uśmiechnąć, oglądając ten teledysk. Albo ten koncert dla krów. Tak, dla krów. Prawie biły brawo. Lubię też jego covery, z domu, z amatorskiego studia, do mikrofonu przyklejonego taśmą klejącą. To taki człowiek-orkiestra. Bardzo żałuję, że w tym roku Eurowizja (której zwykle nie oglądam) została odwołana. Oglądałabym tylko dla „Think about things”.
  • Czytanie klasyki. Polecam szczególnie „Na wschód od Edenu” Steinbecka. Niech nikogo nie przerazi niemal 800 stron. Saga rodzinna, Stany Zjednoczone na przełomie wieków, problem dobra i zła, zasługiwania na miłość rodzica i kwestia zazdrości (analogie do historii Kaina i Abla). I czy zło można zwyciężyć, jak się jest po prostu ufnym, dobrym, naiwnym człowiekiem?
  • Serial „Kidding” z Jimem Carreyem (HBO). I znowu – czy zło można zwyciężyć dobrem? Serial jest tragikomiczny, smutny, kiedy trzeba, a czasem zaskakujący tak, że paskam śmiecham albo otwieram buzię ze zdziwienia. No i ma świetną, animowaną czołówkę, za każdym razem inną.
  • Podcast Niedźwiedzka o zmierzchu – w wielkim skrócie: o seksie i emocjach. Pouczający.
  • Podcast Historyczny – często miałam gęsią skórkę, słuchając. Bardzo polecam, zwłaszcza odcinek o Murze Berlińskim.
  • Profil Marcina Orlińskiego. Szanuję poczucie humoru, błyskotliwość oraz umiłowanie słowa (wszak poeta, redaktor).

Z rzeczy pozainternetowych:

  • nurkowanie w jeziorze z zatopioną koparką. To akurat nie ja, ale ktoś bliski. Ja byłam świadkiem tych emocji. Niesamowita przygoda.
  • pływanie kajakiem po Nidzie
  • jazda rowerem
  • chodzenie na dobre lody
  • jedzenie dobrych pomidorów polanych ostrą, drapiącą w gardło, aromatyczną oliwą
  • bycie uprzejmym dla ludzi, w tym także dla całkiem obcych, np. w autobusie albo na przystanku. Ostatnio koleżanka opowiadała mi o pyskówce w autobusie. Ludzie potrafią się pokłócić, zwyzywać, poniżać publicznie – po co to? Żeby udowodnić swoje wyszczekanie? (Nie ma się czym chwalić) Żeby się wyżyć? Dlaczego na obcym człowieku? Dlaczego w ogóle na kimś? Dlaczego w ogóle?

Tymi pytaniami bez odpowiedzi zakończę. Miłego lipca!

Kobiety i zakupy, czyli trzy marcowe myśli

Ależ mi wyszedł kontrowersyjny tytuł! Żeby niby kobiety kojarzą się tylko z robieniem zakupów? Że wpis będzie lekki, łatwy i przyjemny? Niekoniecznie.
Ale do rzeczy.

Po pierwsze: O zakupach przez internet

Kiedy robię zakupy przez internet, chyba najbardziej irytują mnie zdjęcia chudych modelek. Ok, wiem, jak będzie wyglądała w tych ubraniach osoba z płaskim brzuchem. A ja? Jak to ubranie wygląda na osobie z fałdkami w okolicach brzucha? Kiedy oglądałam suknie ślubne, miałam ten sam dylemat. Żeby dany model dobrze na mnie leżał, musiałabym być pół raza wyższa niż jestem (zresztą podejrzewam, że tak jest z większością sukien ślubnych).

Tak więc postuluję o większą różnorodność modelek. Niech każda klientka zobaczy, jak naprawdę będzie wyglądała w tym ubraniu.

No dobrze, jeszcze bardziej irytuje mnie, kiedy przysyłają biały produkt zamiast czarnego, a przesyłka idzie dwa miesiące, bo na stronie napisali małym druczkiem, że tak może być, a ja nie doczytałam.

Po drugie: Jak to jest z tą przyjaźnią w serialach?

Oglądałam niedawno serial, w którym bohaterka zostaje wdową i zaprzyjaźnia się z kobietą, którą poznaje na spotkaniach dotyczących żałoby. Obie mają tylko siebie, co jest znaczące dla rozwoju akcji – jest to sytuacja dobra i zła jednocześnie.

Osoby po trzydziestce, czterdziestce – nie mają innych przyjaciół i znajomych, na których mogliby liczyć w trudnej sytuacji, pogadać, poprosić o przypilnowanie dzieci. Nie mają zaplecza. W chwili startu serialu zaczynają wszystko od początku. Trochę mnie to dziwi, bo uważam, że człowiek prócz związku powinien mieć jeszcze swoją grupę wsparcia. Dużo bardziej realistyczni są bohaterowie, którzy kogoś takiego mają. No chyba że mają tak trudne charaktery, że nikt z nimi nie wytrzymał. Tak też w serialach bywa. I w życiu.

Po trzecie: O Dniu Kobiet

Mieliśmy ostatnio święto w szkole, przedstawienie, życzenia, kwiatki, czekoladki. Ciekawym zjawiskiem jest otrzymanie kwiatka tylko dlatego, że się urodziło jako osoba danej płci. Ani to moja wina, ani zasługa.

Zżymam się oczywiście na wszelką niesprawiedliwość dotyczącą płci, na paternalistyczne traktowanie kobiet i szowinizm. Boli mnie to, jak ktoś mówi, że kobiety są trochę głupsze. Albo kiedy się je pomija w narracji o świecie. Kiedy mężczyźni szli na wojnę czy brali udział w powstaniu i ginęli, to wdowy musiały podciągnąć rękawy i brać się do pracy (a ich edukacja pozostawiała przecież wiele do życzenia), żeby wyżywić osierocone dzieci i dać sobie radę z całym tym pozostawionym przez wojny bałaganem – ale bohaterami są tylko żołnierze. Dla mnie bohaterkami są również te wdowy. Przez wieki o nich nawet nie wspomniano.

Sytuacje, w której „mężczyźni tłumaczą mi świat” (jak pisała w swoim eseju i książce Rebecca Solnit). Albo przekonanie, że „kobiece” znaczy gorsze – gdy uważa się, że pisarki, poetki, reżyserki tworzą dla kobiet, a mężczyźni tworzą dla wszystkich. „Kobiecy biznes” to na pewno waciki, rękodzieło albo jakieś głupoty, a „kobieca literatura” to romans z kwiatkami na okładce i przesłodzonym zakończeniem. A najbardziej chyba boli mnie, kiedy w sprawach o molestowanie czy gwałt nie wierzy się skrzywdzonej kobiecie. Bo to tylko słowo, bo „mogła się mścić”, bo „można łatwo rzucić oskarżenie i zniszczyć człowieka” (tak jakby przemoc seksualna nie była niszczeniem człowieka).

Tak więc jeden dzień, kiedy ktoś jest dla mnie milszy niż zwykle – nie załatwi tych wszystkich rzeczy, które wymieniłam powyżej.

***

Więcej o przyjaźni przeczytasz tutaj, o ciele, o zakupach też pisałam, bo nie lubię, o serialach, bo lubię.

Joanna Skrzypiec czyta fragment „Bielskich profesji”

Joanna Skrzypiec, dziennikarka radiowa o cudownym głowie, czyta fragment „Bielskich profesji”. Który wybrała? Jak go zinterpretowała?

Zapraszam do kliknięcia i odsłuchania:

(Przyznam, że nawet ja, znając niemalże ten tekst na pamięć, wzruszyłam się podczas słuchania).

Serialowe kobiety, które podziwiam

Ostatnio zdałam sobie sprawę, że w serialach bardzo zwracam uwagę na dobrze napisane postacie kobiece. Bohaterki, które są „jakieś”. Póki co mam swoje trzy ulubione kobiety z seriali:

Brienne z „Grace i Frankie”. Często zastanawiałam się, czy jestem bardziej jak Grace, czy Frankie i która w danym momencie mnie bardziej irytuje. Natomiast Brienne jest jedyna i niepowtarzalna. To postać doskonale napisaną. Ironiczna, inteligentna, pewna siebie, wredna, zadziorna.

Lagertha z „Wikingów”. Powiem tylko jedno: zdrada Lagerthy jest niewybaczalna, Ragnarze. Lagertha jest waleczna, silna i zwykle ma ładną fryzurę.

Rita – duńska nauczycielka z serialu o tym samym tytule. Bardzo bezpośrednia, pyskata i pewna siebie. Lubi swoją pracę i lubi dzieciaki. Pomaga wszystkim tym, które tego potrzebują, a uciera nosa zarozumiałym i rozpieszczonym. Załatwia sprawy niemożliwe, trudne przypadki to dla niej zadanie i nie spocznie, dopóki czegoś nie wymyśli. Nie rozkłada rąk. Nie załamuje. Nie wzdycha. Działa – i to jest w niej świetne; ale jest tam też Hjørdis, która z sezonu na sezon staje się coraz lepszą nauczycielką, asertywną i odważną i towarzyszenie jej w tej nauce jest wielką przyjemnością.

RitaJak widać, podziwiam kobiety o cechach, jakie sama chciałabym mieć. Imponują mi kobiety, którymi nie jestem albo nie widzę się taką.

Którą kobietę z serialu dopisalibyście do listy? Dlaczego?

 

Czytelnicze podsumowanie 2019 roku

Rok 2019 był ciężki, pracowity, pełen wzlotów i upadków, a także wypełniony różnymi rzeczami po brzegi, więc czytanie wymagało dużo samozaparcia. Przyznaję od razu, przeczytałam 61 książek. To mniej niż w tamtym roku, ale więcej niż w internetowych wyzwaniach, gdzie trzeba czytać jedną książkę tygodniowo, więc w sumie 52.

Czytam książki mądre i bzdurne, choć te drugie staram się ograniczać (niestety czasem dopiero w trakcie czytania okazuje się, że książka należy do tej drugiej kategorii).
Czytam powieści i poradniki.
Czytam książki naukowe i klasykę, zwaną czasem lekturami szkolnymi, chyba dla odstraszenia.
Czytanie mnie zmienia, poszerza mi myślenie i postrzeganie rzeczy, w tym także myślenie o literaturze i języku (o których lubię naprawdę dużo myśleć).

***

Polubiłam Kereta. Keret jest super. Podobnie jak Roland Topor – dziwny, groteskowy, ale pasuje mi ta dziwność. Rozczarowałam się Anną Gavaldą, która jest podobno gwiazdą literatury francuskiej, ale dla mnie na dwie dobre książki (mówię od razu: warto przeczytać „Lepsze życie” i „Po prostu razem”, resztę można sobie odpuścić) ma cztery słabe. Wiem, bo w tym roku przeczytałam sześć jej książek. Z nachalnych bestsellerów – pana Musso na pewno czytać nie warto.

Ciekawe i intrygujące były:
„Trawa śpiewa” Doris Lessing, „Lektor z pociągu 6.27” Jeana-Paula Didierlaurenta, „Nieczułość” Martyny Bundy, „Próba” Eleonore Catton.
Wstrząsająca: „Bogowie na balkonie” Anji Snellman.

Przepiękne:
„Miłość i inne nieszczęścia” Oliviera Bourdeauta, „Nazywam się Cukinia” Gilles’a Paris’a, „Córka rzeźbiarza” Tove Jansson, „Miasteczko w Islandii” Guðmundura Andri Thorssona.

Dające do myślenia:
„Brakująca połowa dziejów. Historia kobiet na ziemiach polskich” Anny Kowalczyk, „Poza schematem” Malcolma Gladwella, „Boskie zwierzęta” Szymona Hołowni.

Pouczające:
korespondencja Erwina Axera i Sławomira Mrożka oraz „Jak oni pracują 2” Agaty Napiórskiej. Może ktoś niekoniecznie interesuje się tym, jak pracują artyści, czy rano, czy wieczorem, i czy piją kawę, czy wodę, ale dla mnie wszystkie wywiady były bardzo zajmujące i dużo zrozumiałam podczas ich lektury.

Żeby być przygotowaną na serial, przeczytałam „Opowieści o Wiedźminie” i „Sezon burz” Sapkowskiego. W tym roku będę czytać dalej o Wiedźminie.
Na 2020 przeszły książki zaczęte (a zaczynam zwykle 3-4, kończę w zależności od nastroju), a i mam stosik wypożyczonych. Tylko żeby mieć spokojną głowę do czytania. Tego sobie życzę.

1 2 3 5