Len dla lepszych i paski dla zuchwałych, czyli 7 ciekawostek z historii mody

Kto nosił koronkowe spodenki, kto ubranie w paski i dlaczego spodnie to był gorszący pomysł? Dlaczego mężczyźni portretowali się w pończochach? Oto garść ciekawostek z historii mody i stroju.

Len dla lepszych

Starożytni Egipcjanie nabijali się z Żydów, pasterzy, którzy w upały chodzili owinięci w wełniane ubrania. Za to Egipcjanie latali prawie nago. Ich cienkie szatki okrywały biodra, właściwie wszystko było na wierzchu.
Dochodziła do tego symbolika. Uważano, że czysta biel to święty kolor, a roślinne pochodzenie lnu jest lepsze niż wełna ze śmierdzących owiec. Egipcjanie nie akceptowali wełny. Nie można było wchodzić w wełnie do świątyni czy grzebać w niej zmarłego.

EgipcjanieAle Izraelici nie podążali za modą, wygodą czy religią egipską. Podążali za jąkającym się brodatym Mojżeszem okutanym w wełnę. Oglądacie czasem filmy o tematyce biblijnej? Ja nie mogę patrzeć na grube ubrania ludu wybranego, bo wyobrażam sobie, jak jest im gorąco.

Tylko barbarzyńca szyje ubrania z kawałków

Normalny, cywilizowany człowiek bierze trzy metry lekkiego, cienkiego materiału i układa na ciele, drapuje, przeplata, czasem spina. Czasem z pomocą służącej, bo sam się może zaplątać.
Krojone i szyte ubrania to był dla nich wulgarny i szokujący pomysł.
Rzymianie musieli być bardzo zdziwieni, kiedy zobaczyli, że można zszyć dwa kawałki materiału. Albo nosić spodnie…

Spodnie pomogły podbić Europę

No właśnie. Koczownicze ludy z Azji zamieszkujący stepy szerokie miały ten luksus, że jeździły konno w spodniach. Na pewno było im wygodniej tak jechać okrakiem. Codziennie. Konno.
Mijały wieki, a starożytny Zachód ciągle uważał noszenie spodni za nieprzyzwoite. Europejczycy trwali przy drapowanych ubraniach. W końcu upadło cesarstwo zachodniorzymskie, w końcu spodnie przyszły i do Europy. Były co prawda po drodze różne wynaturzenia…

Faceci w rajtuzach

w rajtuzachObcasy i kokardki, jedwabne pończochy i koronki. Propozycja na walentynki? Nie, to wzór męskości XVI i XVII wieku.
A było to tak. Najpierw noszono szarawary, potem nogawice. Ale w XVI w. zastąpiono je długimi jedwabnymi pończochami, które podkreślały umięśnione łydki. Kto miał pokazywać łydki, jak nie faceci? W końcu kobieca łydka to wynalazek XX wieku i Gombrowicza.
Na pończochy wkładano bufiaste krótkie spodenki szyte z tkanin krojonych w paski, żeby były szersze. Plus między nogami saczek (taka torebka czy kieszonka), aby podkreślić kształt męskich klejnotów. Niektórzy specjalnie podkreślali tę część stroju, niektórzy ją powiększali, a byli też tacy, którzy chowali tam miłosne listy, monety czy owoce – prezenty dla dam. „Mam coś dla Ciebie”, mówi, i wyjmuje jabłko spomiędzy nóg. Apetyczne? Romantyczne?

…i w koronkach

Wyobraźcie sobie krótkie bufiaste spodenki, do których przywiązywano kolorowe wstążki, kokardki i koronki. Do tego buty na małym obcasie, z klamerką lub kokardą. Kogo byście ubrali w taki strój? Klauna? Koleżankę bez gustu? Otóż możni panowie kilkaset lat temu nosili je bez obciachu. Tak, królowie też. A nawet pozwalali się w takim stroju portretować.

koronki

W zasadzie to nie powinniśmy się dziwić – w XVI i XVII wieku strój męski bez koronek był uznawany za nieelegancki. Zaś w II połowie XVII wieku przyszła moda na dziwaczne spodnie zwane rhingrave. Szyte z dużej ilości materiału, bardzo marszczone, wyglądały, jakby mężczyzna nosił ze sobą pufę do siedzenia. Do tego pończoszki. Sam seks.

Modna pani z gęsią skórką

Był czas, kiedy figura kobiety miała przypominać wysmukłą antyczną kolumnę. Czasy empire (lata 20. XIX wieku) to moda na cieniutkie i delikatne suknie odcinane pod biustem, z krótkim rękawkiem i sporym dekoltem. Trochę jak grecka tunika. Nie, nie przewiduje się wersji zimowej. Można założyć na ramiona szal, to wszystko.
Nic dziwnego, że powstawały karykatury wyśmiewające modne damy ze zmarzniętymi tyłkami.

gęsia skórka

Rządy katolickie a głębokość dekoltu

Najpierw Bizancjum, potem średniowiecze i barokowa hegemonia Hiszpanów. Co jakiś czas w modzie przeplata się ciało rozebrane i szczelnie zakryte. hiszpańska zbroja IIAntyk, zwłaszcza grecki, nie bał się nagości. Sportowcy biegali bez strojów, ciała odznaczały się pod cienkim ubraniem. Z kolei Bizancjum było bardzo cnotliwe. Ciała przykrywano od stóp do głów sztywnymi materiałami. W średniowieczu – wiadomo, długie suknie, długie rękawy, Bóg, grzech, pokusy. Potem przyszedł trochę bardziej rozebrany renesans, dekolty, bujne i zdrowe ciała.
Ale XVII wiek to rządy katolickiej Hiszpanii. Kontrreformacja, inkwizycja, przyhamowanie swobody obyczajów – surowa Hiszpania zaczęła nadawać ton chrześcijańskiemu światu. Strój nie musi być wygodny, mówili, ale powinien całkowicie zakrywać ciało.
Kojarzycie portrety kobiet, na których suknie wyglądają jak sztywne zbroje? To właśnie ten czas. Nie pokazuje się szyi, nadgarstka, kostki. Nie wypada. Ramię? Zaznaczenie, że kobieta ma piersi? Tfu, nie wolno!
(A potem przyszło oświecenie, rokoko i przyjmowanie gości w prześwitujących szlafroczkach. Zmiany, zmiany, zmiany…)

Paski dla zuchwałych

…(oraz galerników i kuglarzy).
W średniowieczu paski były przeznaczone tylko dla wykluczonych: Żydów, błaznów, kuglarzy, trędowatych, katów, prostytutek, bękartów, skazańców, niewolników. W ikonografii w paski ubrany jest wiarołomny rycerz Okrągłego Stołu, Judasz, szaleniec z Biblii.
Do XVIII w. paski były elementem degradującym, pejoratywnym, diabelskim. Zakłócały ład społeczny. Kto nosił paski, z tym było coś nie tak. A już najgorsze były paski w żywych, mieniących się kolorach. Najgorsze.
Potem się to oczywiście zmieniało, ale musiały minąć wieki, zanim noszenie ubrania w paski nie jest odbierane jako prowokacyjne, niejednoznaczne lub chociaż jako zuchwałe.

***

Ps. O świecie dawnej mody i urody pisałam też w tym wpisie.

Bibiliografia:
Golińska Dorota, „Kanony kobiecej urody”, Buchmann, Warszawa 2014.
Łoszewski Krzysztof, „Od spódnicy do spodni. Historia mody męskiej”, Wydawnictwo BOSZ, Olszanica 2014.
Pastoreau Michel, „Diabelska materia. Historia pasków i tkanin w paski”, Oficyna Naukowa, Warszawa 2004.
„Żony modne. Historia mody kobiecej od starożytności do współczesności”, red. A. Sieradzka, Wydawnictwo Naukowo-Techniczne, Warszawa 1993.
Toussaint-Samat Maguelonne, „Historia stroju”, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 1998.

Źródło zdjęć: Pinterest.

empire(Pani Récamier już ma pierwsze objawy przeziębienia)

Książki, które przeczytałam w 2016

Policzyłam książki, które przeczytałam w 2016 roku. Postanowiłam przyjrzeć się mojemu czytaniu, zapisywać przeczytane i czytać więcej. Po prostu. Zamiast tępego siedzenia w internecie i marnowania czasu – czytać, sięgać po kolejne książki i (mam nadzieję) trochę mądrzeć.

Tytułem wstępu

Zawsze lubiłam czytanie. Nie wyobrażam sobie życia i mojej profesji bez książek, ale także przestrzeni bez tychże, podróży bez co najmniej jednej lektury (najgorsze podróże: kiedy książka skończy się za szybko), domu czy rozwoju (tutaj pisałam o tym szerzej). Na studiach filologicznych czytanie klasyki literatury to była czynność tak naturalna i oczywista jak „sen czy trawienie”, że zacytuję poetę. Nigdy w życiu nie czytałam tak wiele i nie uczyłam się tak dużo, jak tam. Ale potem studia się skończyły.

Kończ waść

Liczenie przeczytanych książki miało mi też dać motywację, by kończyć to, co zaczęłam. Czasem jednak nie dawałam rady – o tym wspominam na końcu.

Plany na wakacje już mam. #ksiazka #books #booklover #ksiazki #czytam #czytambolubie #czytambolubię

A post shared by Magdalena Bieniek (@magdalena.bieniek) on

Zapraszam do przejrzenia mojej listy przeczytanych książek 2016. Pogrupowałam książki w bardzo intuicyjne kategorie, żeby było łatwiej. Może się jednak okazać, że zrobiło się trudniej.

Kategoria pierwsza: non-fiction

Książki o Skandynawii. Dla mnie to osobny dział: „Skandynawski raj” (o którym pisałam tu), „81:1. Opowieści z Wysp Owczych” (Wydawnictwo Czarne gwarancją jakości. Aż zazdrość bierze, jak się pomyśli o autorach i krajobrazach). Prócz tego „Co Finowie mają w głowie” oraz „Islandzkie zabawki. Zapiski z wyspy wulkanów” – przeczytałam ze względu na temat, bo literacko nie były porywające.

Książki o innych krajach lub krainach: „Zrób sobie raj” (Szczygieł o Czechach), „Hajer na kraj Indii” – zabawne przygody pewnego sprytnego śląskiego podróżnika. „Klątwa gruzińskiego tortu” (byłam), „Wiza do Iranu” Artura Orzecha (nie byłam), „Światu nie mamy czego zazdrościć” (wstrząsająca książka o Korei Północnej). I jeszcze Pałkiewicz i jego wyzwanie: „Syberia. Wyprawa na biegun zimna”.

Coś z pogranicza ekonomii i filozofii: „Pracuj (za grosze) i nie przeżyj” (amerykański eksperyment: jak sobie poradzi dziennikarka, jeśli przez trzy miesiące będzie pracować jako sprzątaczka czy kelnerka). I jeszcze rozważania „24/7. Późny kapitalizm i koniec snu”. Myślałam, że będzie więcej o śnie (że jest nieopłacalny), a było więcej o kapitalizmie.

Biografie i wywiady: „Życie na pełnej petardzie” wywiad z księdzem Kaczkowskim. Anegdoty o zakonniku Leonie Knabicie. „Czesałam ciepłe króliki” (dziarska staruszka opowiada o tym, jak zachować radość w obozie koncentracyjnym), „Mama muminków. Biografia Tove Jansson” (o której pisałam tu) oraz „The Cure. Poletko pana Boba” po koncercie The Cure w Łodzi.

„Podróżniczki” – książka historyczna, ale poruszająca też wątki społeczne. Bardzo polecam. Na pewno poszerza spojrzenie na to, jak podróżowało się dawniej, dlaczego kobietom było trudniej wybrać się w samotną podróż i eksplorować nieznane krainy. Kobiety dzielne i głupiutkie. Takie, które poświęciły swoje życie np. dla społeczności afrykańskiej wioski i takie, które poświęciły życia innych, bo zechciały wejść na himajalski szczyt. Przepraszam. Być wniesione na plecach. W końcu po co mają je boleć nogi. Niektóre bohaterki są godne podziwu, inne wkurzające. Ale i tak warto przeczytać.

Tak samo jak „Wilki” Adama Wajraka. Teraz inaczej patrzę na watahy.

Kategoria druga: zawód

Książki o języku, typografii: „Ciemne typki” (ciekawa, jeśli ktoś lubi myśleć o interpunkcji. Ja lubię), „Pokaż język” (ciekawa, jeśli ktoś lubi etymologię pomieszaną z bluzgami i obrażaniem wszystkich naokoło. Ja tak średnio).

Druga rzecz: lektury szkolne. Głupio mi bazować na wiedzy sprzed kilkunastu lat, kiedy mam przed sobą grupę dzieciaków. A więc odświeżyłam w tym roku takie hity jak: „Pinokio”, „Przygody Tomka Sawyera” i „Sposób na Alcybiadesa”.

Kolejna: moje korekty, czyli książki, które przeczytałam jeszcze przed drukiem, w wersji elektronicznej, poprawiając to i owo i czepiając się, gdzie się da. W tamtym roku od początku do końca przeczytałam pięć książek w Wordzie – trzy naukowe: o narkomanii, profilaktyce AIDS oraz pracę z dziedziny antropologii, a także dwie fabularne: pewien baaaardzo zryty horror oraz słabą powieść właściwie o niczym.

Poczytałam też o designie i sztuce: „Jak przestałem kochać design” (zabawne, świetnie napisane, gorzkie w wymowie), a także dwie książki Bożeny Fabiani (polecam bardzo, jak ktoś chce się zakochać w malarzach), „Dalsze gawędy o sztuce. XVI-XX w.” i „Dalsze gawędy o sztuce. XVII w.” – zupełnie nie rozumiem, dlaczego czytam ten cykl od końca. Muszę przyznać, że gawędy dały mi to, czego żaden sztywniacki album o sztuce mi nie dał. Nie tylko jeśli chodzi o biografie malarzy i tło epoki, ale przede wszystkim świeże, wnikliwe, inteligentne patrzenie na obrazy. Tzn. autorka takie ma. Ja dopiero się uczę.

Kategoria trzecia: rozrywka

czyli książki czytane dla zabawy, z sentymentu i właściwie nie wiadomo, dlaczego. Na przykład cienkie czytadło „Nie dla mięczaków” (żeby stwierdzić po raz kolejny, że Szwaja to nie jest dla mnie wzór pisania), „Feblik” i „Wnuczka do orzechów” – żeby się przekonać ze smutkiem, że Musierowicz nie pisze już tak, jak dawniej. Wracam do starych dobrych znajomych, ale okazuje się, że nie jest mi już z nimi tak przyjemnie.

Kolejne: „Blog osławiony między niewiastami” (Artura Andrusa, więc lekkie i przyjemne), „Zdesperowane kobiety postępują desperacko” książka o czeskiej kobiecie, zawierająca podobno wątki autobiograficzne. No i była niewielkich rozmiarów, więc mieściła się nawet w pełnym plecaku.

„Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął”. O, to była bardzo przyjemna, dowcipna i zaskakująca lektura. Zupełnie jak tytuł.

Kategoria czwarta: rozwój

Nie cierpię tego sformułowania, ale go tu użyję. Kategoria: rozwój osobisty. Nie da się inaczej nazwać książek, które sprawiły, że coś się we mnie „rozwinęło”. Otóż:

„Droga artysty” to książka z ćwiczeniami dla artystów, niezależnie w jakiej dziedzinie próbują tworzyć. Pozwala na rozwój kreatywności i troszeczkę, ociupinkę chociaż – na zmniejszenie wymagań wobec siebie (co jest dobre zwłaszcza dla totalnych perfekcjonistów, których lęk przed niedoskonałością ich dzieł blokuje i zamyka).

„Pride and prejudice” – opracowanie dla uczących się. Cóż, streszczenie nie wywołuje takich emocji jak oryginał czy przekład, ale przynajmniej nauczyłam się słów typu „disdain” oraz „sharply”, które, jak wiadomo, są wręcz niezbędne w komunikacji.

„Superskuteczne strategie opanowania języków obcych. Twój prywatny coach”. Tak, tak, brzmi zabawnie, jeśli ktoś się śmieje z kołczów. Ale niektóre pomysły na naukę języka były zupełnie trafione, inne całkiem odkrywcze.

Kategoria piąta: tak zwana klasyka

„Wielki Gatsby” i „Buszujący w zbożu” dobrze znać. Lepiej późno niż wcale.

„Ciemno, prawie noc” Joanny Bator (laureatka Nike). Dobrze się zapowiadała, a potem okazało się, że nie jest tak świetnie, jak by się mogło wydawać, choć opisywana historia była naprawdę niezła.

„Pióropusz” Mariana Piłata (laureat Nike) – no dobra, lubię eksperymenty w warstwie językowej, ale tu było to niemalże nie do przejścia.

„Miasto ślepców”. Dobra książka, smutna. Lubię antyutopie i snucie różnych takich wizji, jak to człowiek zachowałby się w sytuacjach skrajnych. Dodatkowo losy autora dają wielką nadzieję na to, że na pisanie nigdy nie jest za późno. Na Nobla również.

„Głód” Hamsuna. Spodziewałam się czegoś innego, ale jak ktoś chce poczytać o tym, jak bohater był głodny i pisał filozoficzne rozprawy za pieniądze, to jak najbardziej niech sięga.

Podsumowanie

Wyszło 47 (o ile dobrze policzyłam). Czytałam też książki na skraju roku, ale zapisuję je już po słonecznej stronie 2017.

Z niedokończonych książek: próbowałam ambitnie czytać pracę „Homo ludens” Huizingi, ale okazało się, że nie byłam aż taka „ludens”, czytając ją. Bardziej mnie nudziła niż bawiła.

„Historia naturalna i moralna jedzenia”. Z Maguelonne Toussaint-Samat w ogóle mam problem. Czytałam kiedyś jej historię stroju i też – mimo arcyciekawego tematu! – czytało się ciężko. Liczne dygresje, brak faktów i poukładania, skupianie się na jednym szczególe, rozwlekłość. O jedzeniu doczytałam do połowy.

„Pierwsza pomoc w typografii” – dla przypomnienia, zostało mi parę rozdziałów, ale zarzuciłam.

Zaczęłam czytać „Milion lat w jeden dzień”, ale przerwałam i do dziś leży na półce.

Czytałam rozdziały z podręczników, z których korzystam, jakieś fragmenty na lekcje, artykuł, który miałam poprawić, a okazał się cały plagiatem, kilka rozdziałów „Harrego Pottera” w oryginale. Wiadomo, skrawki.

Plan na wakacje się trochę zmienił. #books #booklover #reading #czytam #ksiazki #książki #czytambolubię #czytambolubie

A post shared by Magdalena Bieniek (@magdalena.bieniek) on

Chciałam wiedzieć, ile tak naprawdę czytam. Na pewno więcej niż tak zwany przeciętny Polak (moi znajomi jednak czytają, a mąż czyta więcej ode mnie), ale mniej niż jedną książkę tygodniowo (słynne wyzwanie: przeczytać 52 książki). Na pewno mniej niż niektórzy chwalący się w internecie (słyszałam o kimś, kto przeczytał 120 książek w tamtym roku).

Czytaliście coś z tej listy? Może coś Was zainteresowało albo z czymś się w ogóle nie zgadzacie?

Anegdotka literacko-sklepowa

W sklepie kolejki do dwóch kas. Dłuższa kolejka to więcej produktów w wózkach, mniej klientów. Krótsza, więcej klientów, mniejsze zakupy, za to dodawanie przy kasie rzeczy ze stoiska (słodycze na wagę, ale alkohol, Drodzy Państwo, przede wszystkim alkohol).

Mając na uwadze prawo Murphy'ego, wybieram dłuższą kolejkę. Gdy wybieram krótszą, to i tak stoję dłużej, więc może tym razem się uda oszukać fatum, przeznaczenie, okrutnie drwiący los, oszczędzić czas (bo przecież nie pieniądze) etc.

W końcu ileż można kasować zakupy dwóch osób.

Ano, można długo. Na przykład kwadrans, bo dlaczego nie.

Klientka gubi kartę lojalnościową. Szuka. Produkty piętrzą się i niemal bezwstydnie mnożą na taśmie. Ale to jeszcze nic, bo w tym wszystkim najlepsza jest ekspedientka. Przepraszam, doradca klienta.

Kobieta imponuje mi swoim powolnym tempem i ruchami mimozy. Nie dla niej stresy w pracy, nerwowość, popędzanie, wyrabianie normy. Ona ma czas zrobić przegląd paznokci, porozmawiać z koleżanką z kasy obok, przy okazji jakieś klatki przesunie, doradzi klientce. Podoba mi się, że nie daje się popędzać. Ona ma czas. Nie dajmy się zwariować. Piątek wieczór, po co ma się spieszyć? Czy zbawi przez to świat? Bez przesady.

Mój odjeżdżający autobus jej kompletnie nie interesuje. Nie musi. To nie jej problem, to mój.

Pełna szacunku oglądam jej natapirowane włosy, pełne usta zwinięte w rozkoszną minkę. Beżowy lakier na wymuskanych paznokciach.

Spoglądam na plakietkę.

Wszystko jasne.

Doradca klienta, Izabela Ł.

Notatki z wystawy (sztuki współczesnej)

Postanowiłam obejrzeć wystawę sztuki współczesnej.

Przez duże okna galerii zaciekawiony przechodzień może zauważyć, jak z zadziwieniem i pewną dozą niepokoju oglądam:

rajstopę
akryl z włosami
kawałki tkaniny i ściereczki kuchenne
kolorowe lampki
drewniane listewki
szprychy koła od roweru
kopczyk ziemi
masło roślinne wymieszane z barwnikiem i rozciągnięte po dywanie.

Abstrahując od znaczeń i kontekstów, bo te niewątpliwie są tu ważne i wręcz kluczowe, by co nieco zrozumieć. Ale ja nie o tym.

Chce mi się z siebie śmiać. A jednocześnie czuję niepokój. Artysta wtłacza mnie w sytuację dla mnie nieswoją, nieprzyjemną.

Dziwna wystawa. Wytrąca z poczucia oczywistości. Ze schematów myślenia – że jak malarstwo, to tylko takie, że jeśli rzeźba, to tylko taka. Pokazuje wyraźnie: you're not so smart.

***

Wtem wchodzi pani z odkurzaczem i zaczyna sprzątać. Bezlitośnie sunie rurą tuż obok okruchów masła z pigmentem.

galeria

(Ot, galeria z Fotera)

5 rzeczy, których nauczyłam się od Tove Jansson

Biografia Tove Jansson jest obszerna i pękata – historia tej niezwykle pracowitej artystki zajmuje pięćset stron. A ponieważ pisałam już kiedyś, że przeczytane książki zmieniają nasze myślenie, także i z tej lektury wyciągnęłam coś dla siebie. Poniżej znajdziecie 5 myśli, spostrzeżeń i ciekawostek zaczerpniętych z książki o Tove Jansson, suto okraszone ilustracjami spod jej zdolnej ręki.

1. Trzeba pilnie, najlepiej od młodych lat, pracować na swoje nazwisko. Jeśli mamy jakiś talent, róbmy coś z tym i dajmy się poznać. Tove zaczęła publikować grafiki zarobkowo w wieku 14 lat. Obecnie moją misją jest opowiadanie o tym fenomenie uzdolnionym nastolatkom. Niech próbują! Może kiedyś będę miała satysfakcję, że jakaś znana pisarka czy ilustratorka to jedna z moich byłych uczennic?

tove-i-mumin-pinterest

(Tove i Muminek)

2. Etat to nie zawsze jest wybawienie. Są tacy, którzy traktują go jako zło konieczne.

Początkowo potrzebowała pieniędzy, zaciągnęła przecież poważny kredyt na mieszkanie. "Etat – pierwszy raz w życiu…" – zanotowała ze strachem w czerwcu 1962 roku.

Ciekawe to podejście, dziwne, zupełnie inne niż tych wszystkich, którzy mnie otaczają. Przecież etat jawi się jako bezpieczna przystań. A tu proszę. Tove jest typowym wolnym ptakiem, ale jednocześnie pracuje przez całe życie niezwykle intensywnie.

tove-i-magiczny-swiat-pinterest

(Czarowny, a jednocześnie niepokojący świat z wyobraźni Tove)

3. A ta jej niezwykła pracowitość przynosi niezwykłe efekty. Jedna fenomenalna postać, krucha kobietka o wnikliwym umyśle i dziwnej wyobraźni, samotniczka. Przez całe życie tworzyła: ilustracje, grafiki, obrazy, komiksy, pisała książki, dramaty, słuchowiska, scenariusze. Podziwiam!

Tove musi pracować, nic innego dla niej nie istnieje. Tęsknota do wyrażenia siebie cały czas nie daje jej spokoju.

tove-ilustruje-hobbita-pinterest(Tove ilustruje "Hobbita")

4. Osobność razem.

[Tooti] lubi budować, zupełnie jak Tove, a kiedy dużo później szuka nowego miejsca do pracy, znajduje wolne mieszkanie przy ulicy Kaserngata 26C, tuż za rogiem i w tym samym budynku co atelier ukochanej. Zamieszkały w tym samym miejscu, lecz każda u siebie – właśnie tak, jak Tove wyobrażała sobie kombinację sztuki i uczucia.

Praca i tworzenie obok siebie, przebywanie razem, a jednak w swoich światach, to stan, który osobiście bardzo mi odpowiada.

tove-ilustruje-fajnych-bohaterow-pinterest

(Włóczykij i Mała Mi już płyną do Ciebie)

5. Kolejna myśl z serii: doceniać ciszę. A gdyby zastąpić słowo mówione pisanym…

Żeby w ciszy wymieniać się wiadomościami zapisanymi na karteczce z notesu. […] Słowa wypowiedziane zaraz, bez zastanowienia, domagające się natychmiastowej odpowiedzi. Musi […] istnieć jakiś margines na zastanowienie. Czas, jaki oferuje tekst, niema informacja, mogłoby stworzyć miejsce do rozmyślań. Niemalże wszystko, co sobie mówimy, cechują pośpiech, rutyna, panika i potrzeba imponowania.

Ciekawe spostrzeżenie. Może niekoniecznie mamy od razu zamieniać się w człowieka z napisami, ale może bardziej należy zwracać uwagę na to, co mówimy. Bo w pośpiechu nie słuchamy i zapominamy. A przynajmniej ja tak mam, niestety. Przepraszam, mężu.

tove-wloczykij-mi-i-mumin

(Włóczykij i Muminek na mostku; Mała Mi już coś psoci)

***

Cytaty zaczerpnięte z książki Boel Westin pt. "Tove Jansson. Mama Muminków", Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2012, s. 261, 287, 430, 434. Ilustracje z Pinteresta.

tove-wloczykij

(Włóczykij odchodzi)

11 luźnych myśli na temat czytania

Czytanie przy kimś to nie jest dowód buractwa, wręcz przeciwnie: zaufania i poczucia komfortu. Wyciągnięcie książki mówi: "Dobrze się przy tobie czuję, więc przy tobie czytam. Nie oburzaj się na to. Pozwól mi".

***

A najlepiej sam sobie też weź jakąś książkę. Poczytajmy razem. To bardzo zbliża. Tajemne porozumienie, milczące bycie obok.

***

Kiedy widzisz kogoś z książką, daj mu spokój i pozwól poczytać. Nie zagaduj, nie zagłuszaj, nie przeszkadzaj (on wolałby nie przerywać po to, by podać tytuł i autora czy wręcz streszczać akcję).

***

A już na pewno nie pytaj: "Po co się uczysz? Po co to czytasz?" To są wyjątkowo głupie pytania, bardzo nie na miejscu.

***

Rozterka podróżnika, który nie ma czytnika: najgorzej, gdy nazajutrz wyjeżdżam, a jestem w połowie książki. Nie opłaca się brać jej ze sobą, bo przeczytam za szybko, może jeszcze w drodze, i potem będę tę przeczytaną książkę niepotrzebnie wozić ze sobą. Albo można wziąć dwie książki w podróż. Albo przestać czytać, zrobić przerwę na czas wyjazdu, dokończyć po powrocie, a wziąć inną – takie rozwiązanie też nie jest dobre, bo przecież będę myśleć o tej książce, której czytanie przerwałam. Jest też inne rozwiązanie: spędzić cały przedwyjazdowy dzień na dokończeniu tej. Co w sumie nie brzmi źle.

***

Cudowny plan na wieczór i poranek: gdy mam jeszcze 100 stron książki, więc skończę ją dziś, a jutro zaczynam następną. Wybieranie następnej książki do czytania.

***

Obowiązowym pytaniem osoby rekrutującej na stanowisko umysłowe (a już zwłaszcza związane z kulturą) powinno być: "Co pan/pani teraz czyta?".

***

Błogosławię mój błędnik. Co prawda mogę zwymiotować w zbyt ciepłym samochodzie i na serpentynach, ale za to mogę czytać bez najmniejszego problemu. Dzięki umiejętności czytania w autobusach, pociągach, tramwajach i samochodach osobowych zdawałam egzaminy z literatury, a teraz odhaczam kolejne pozycje z listy książek do przeczytania i generalnie nie dłuży mi się czas.

***

Ostatnio ktoś zapytał mnie o to, czy za korzystanie z biblioteki, wypożyczanie i przedłużanie książek, się płaci. To jest najpiękniejsze w bibliotece: darmowy dostęp, duży wybór, brak ukrytych opłat, jasne zasady.

***

Nigdy, pod żadnym pozorem nie przeglądaj książki, którą właśnie czytasz. Nie patrz na ostatnie zdanie, nie kartkuj, nie czytaj fragmentów ze środka. ZAWSZE natrafisz na kluczową informację w stylu: ktoś umarł. Ktoś zdradził. Ktoś jednak przeżył. I po co ci to?

***

Daj sobie spokój z nudnymi książkami. Satysfakcja z powodu skończenia książki, która ci nie odpowiada, może być mniejsza niż gorzkie poczucie zmarnowanego czasu.

Próbuję przejść na etat czytacza

Co byś robił, gdybyś nie musiał zarabiać pieniędzy? Ja robiłabym mniej więcej to samo co teraz, czyli pracowałabym z tekstami oraz w tak zwanej oświacie (tylko w szkole darowałabym sobie wszystkie niepotrzebne papierologie). Po prostu bawiłabym się z młodszymi dziećmi i uczyłabym starsze, co to jest onomatopeja.

Ale znam takich, którzy czytaliby całymi dniami.

Znam to. Obecnie mam trochę wolnego czasu i próbuję się przestawić na etat czytacza. Nawet czasami mi się udaje, np. dostaję pieniądze za przeczytanie książki i znalezienie w niej błędów i nielogiczności. Niestety nie mam jeszcze tak znanego nazwiska, żeby ktoś mi zapłacił za dwuzdaniową recenzję i podpisanie się jako autorytet. Prawdę mówiąc, w ogóle nie mam znanego nazwiska. Jeszcze.

Niestety tego typu robota nie jest ceniona w społeczeństwie. Trudno zauważyć, co się zmieniło przed i po. Trudno udowodnić, że to całodzienne siedzenie przed komputerem to nie jest po prostu "granie na komputerze" albo "siedzenie na fejsie".

Nazwisko na czwórce redakcyjnej nie mówi o tym, że się dwa miesiące siedziało nad zawiłymi akapitami, próbując rozsupłać sensy albo że z bólem serca czytało się bardzo złą powieść o niczym. Że zmieniało się kursywę na kapitaliki albo przerabiało całą bibliografię na inną modłę. Że się trzy razy czytało książkę, nawet wtedy, kiedy się już nie chciało jej czytać. Że się wstrzymywało ziewanie, że się nad nią zasypiało, a kręgosłup myślał, że zwariuje.

***

Problem z czytaniem na etacie polega na tym, że trudno to robić przez osiem godzin. Po jakimś czasie włącza się myślenie: "Dobra, starczy tej rozrywki. Pora porobić coś konkretnego". Tylko że czytanie jest czymś konkretnym. Jest inwestycją. Jest zmianą.

Po książce o Korei Północnej już nie będę taka, jak przed tą książką – wiem więcej, tracę złudzenia, jestem wstrząśnięta, żal mi ludzi i oburza mnie skurwysyństwo. Po książkach o typografii i składzie mogę się zająć korektą techniczną, a to jest coś, czego nie robiłam wcześniej, więc plus do umiejętności. Po książce o mówieniu i słuchaniu zupełnie niepostrzeżenie zaczęłam inaczej mówić do dzieci i dorosłych. Po książce przeczytanej w innym języku niż polski mam większą śmiałość językową i pewność, że zrozumiem – może nie wszystko, ale sporo. Książki o Wyspach Owczych, Skandynawach i życiu na Spitsbergenie rozbudziły do szaleństwa moje pragnienia: nie mogę umrzeć, zanim nie zobaczę całej Skandynawii, bo to, co widziałam, to stanowczo za mało. Po książce o bliznach po ewolucji i o pochodzeniu człowieka myślę sobie inaczej o człowieku i jego budowie, a także o tym, jak zorganizował sobie świat.

Kilkaset książek później jestem innym człowiekiem.

A praca nad sobą to robota na cały etat, z nadgodzinami, bez emerytury.

books-foter-com

(To jest praca na cały etat, zdjęcie z Fotera)

Notatki z lektury: „Skandynawski raj. O ludziach prawie idealnych”

Subiektywny wybór cytatów na temat natury Skandynawów. Ponieważ nadal nurtuje mnie kwestia milczenia i mówienia oraz nienarzucania się, znowu będzie sporo na ten temat. Ale nie tylko.

Szyldy w pewnym duńskim miasteczku

Nad wejściem do fryzjera wisiał szyld z napisem "Włosy". Pub nazywał się po prostu "Pub". Sklep z ubraniami i butami ośmielał się przyciągać uwagę przechodniów krzykliwą nazwą "Odzież i obuwie". Księgarnia działała jako Bog Handler, czyli "Handel książkami". Jeden ze sklepikarzy, najwyraźniej oburzony bezwstydną autopromocją uprawianą przez sąsiada, wybrał dla swego sklepu niewyszukaną nazwę "Nr 16". Inny, w obawie przed oskarżeniami o pychę, umieścił na szyldzie zwięzły napis "Shoppen", czyli "Sklep". Właściciele tych wszystkich sklepów wykazali się nie tylko brakiem zdolności marketingowych – oni wręcz manifestacyjnie wyrzekli się wszystkiego, na czym w powszechnym mniemaniu opiera się sztuka sprzedaży.

Jeden tylko sklep wyłamał się z powszechnej anonimowości i szczycił się zuchwale imieniem swojej właścicielki: "Obuwie u Bettiny". "Uważaj, Bettino – pomyślałem, mijając wejście – tutaj nie przepadają za takim szpanem".

Pisząc o agencji antyreklamowej, również cytowałam M. Bootha. Podejście do reklamowania siebie chyba na całym terenie okołoskandynawskim jest podobne.

Osobni Norwegowie

Norwegowie (…) zawsze woleli się trzymać na uboczu. Nawet w obrębie własnych granic pozostają rozproszeni, tak jakby próbowali się oddalić od siebie na możliwie największą odległość. I nawet w tych ze wszech miar słusznie nagłaśnianych przypadkach, kiedy wykazując się imponującą odwagą i pomysłowością, wyprawiają się w daleki świat – jak Roald Amundsen, Fridtjof Nansen, Thor Heyerdahl i im podobni – wydaje się, że dokładają wszelkich starań, aby trasy ich wypraw wiodły do miejsc, gdzie prawdopodobieństwo spotkania innych ludzi jest nikłe lub wręcz zerowe (…).

Odniosłem (…) wrażenie, że Norwegowie, oczywiście, uprzejmie witają gości, lecz nie zachęcają ich otwarcie do odwiedzin i woleliby raczej, żeby byli tak dobrzy i nie schodzili z pokładu swoich statków wycieczkowych.

Małomówność Finów

Żeby usłyszeć od Fina "kocham cię", trzeba czekać z 10 lat, ale wiadomo, że nie są to słowa rzucane na wiatr.

Fin w naszym towarzystwie może milczeć przez parę minut, a potem ni stąd, ni zowąd powie: "Daj mi tę kawę". Można by pomyśleć: "Kurczę, to było nieuprzejme", ale rzecz w tym, że jesteśmy przyjaciółmi i nie musimy wszystkiego werbalizować jak Anglicy z tymi ich okropnymi "Czy byłbyś łaskaw" i straszliwymi "Ależ proszę, dziękuję".

Rozumiem odpowiedzialność za słowo i bliżej mi do powściągliwości Finów niż do amerykańskiego zwyczaju mówienia w stylu "I love your muffins!".

I jeszcze słówko o znienawidzonym przeze mnie zwyczaju (przymusu?) prowadzenia rozmów zwanych small-talk. Na zadzierżgnięcie rozmowy np. na temat pogody odpowiadam zwykle błyskotliwym "Nooo…". Bo cóż tu można dodać. Pada, to pada. Jest ciepło, to jest ciepło. Tyle.

Finowie też tego nie umieją.

Największe wyzwanie stanowią dla nich niezobowiązujące rozmowy towarzyskie, pogaduszki o wszystkim i o niczym, coś, z czym radzą sobie nawet Norwegowie, jeśli tylko trochę się przyłożą.

(…) W tej części świata, gdzie skromność i równość cieszą się wielkim szacunkiem, nieśmiałość nie jest uważana za przejaw społecznego nieprzystosowania, lecz raczej za wyraz skromności, powściągliwości, gotowości do słuchania innych.

…i Szwedów

[Åke] Daun opisuje Szwedów jako nację samotników – z tych, co to podpierają ściany na potańcówkach – nękanych poczuciem niepewności; pisze, że wolą pójść schodami niż dzielić z kimś windę.

(…) Nie wiemy, jak rozmawiać z ludźmi, których nie znamy (…). To naprawdę ciekawe, bo większość ludzi lubi rozmawiać. W Europie południowej to najprzyjemniejsza rzecz w życiu. Mam koleżankę Francuzkę. Kiedy przyjechała do Szwecji, była przekonana, że rozmowy w autobusach są u nas surowo zabronione. Nie potrafiła znaleźć innego wytłumaczenia.

Pozawerbalne sposoby Finów na komunikowanie się

Wiemy już, że Skandynawowie nie są specjalnie rozmowni, ale to nie wszystko. Mają też tajemnicze, pozawerbalne sposoby komunikowania się. Niczym ultradźwięki emitowane przez nietoperze są one właściwie niesłyszalne dla reszty z nas. Jest to zbiór pozornie nic nieznaczących komunikatów niewerbalnych (…). Najpopularniejszym z nich jest krótki, ostry wdech połączony z lekkim chrząknięciem, który oznacza warunkową zgodę, coś w rodzaju "tak, ale". (…) Każda rasa i język ma swoje własne twierdzące "aha", enigmatyczne "hmmm" i inne krótkie sygnały werbalne, ale Skandynawowie uczynili z nich zasadniczy sposób komunikowania się.

Hit norweskiej telewizji

Jedną z oznak wyjątkowo silnego związku, jaki łączy Norwegów z ich środowiskiem naturalnym, jest oszałamiający sukces dwóch wstrząsająco nudnych programów telewizyjnych wyemitowanych w ostatnich latach. W pierwszym pokazywano w czasie rzeczywistym trwający siedem godzin przejazd pociągu przez góry z Oslo do Bergen. Obraz był przekazywany z kamery zainstalowanej po prostu na lokomotywie ciągnącej skład. Wyobrażam sobie, że tunele musiały być wyjątkowo pasjonujące.

W drugim popularnym programie transmitowano na żywo podróż promu norweskich linii Hurtigruten z Bergen do Kirkenes na północy Norwegii. Przez sześć dni. Non stop.

[Program] stał się wyjątkowym zjawiskiem telewizyjnym i kulturowym, oglądała go bowiem połowa populacji. Ludzie urządzali imprezy towarzyskie połączone z oglądaniem Hurtigruten, tłumy wylegały na wybrzeże, żeby palić ogniska i machać z brzegu do przepływającego nieopodal promu (…). Jak się okazało, był jednym z najpopularniejszych norweskich programów telewizyjnych wszech czasów, a przecież realizatorzy pokazywali wyłącznie widoczki…

Ale jakie widoczki!

Może na przykład takie:

Tana Bru, autor zdjęcia Mariusz Bieniek.

Fińska siła sisu

Wszystko to prowadzi nas nieuchronnie do sisu, umiłowanego (przez Finów) i znienawidzonego (przez Szwedów) ducha wytrwałości, odporności i męskości. To pojęcie zawiera w sobie poczucie milczącej, zdecydowanej siły, pewności i niezawodności; oznacza zdolność do okazywania niezachwianej determinacji w obliczu przeszkód nie do pokonania, którą można by nazwać swego rodzaju aktywnym stoicyzmem. Kiedy psuje się autobus, duch sisu każe pasażerom wysiąść i pchać pojazd bez słowa skargi. Sisu jest szczytem aspiracji fińskiego mężczyzny, granitowym podłożem narodowej gleby. Czy jednak to samo sisu każe ci odmówić skorzystania z pomocy lekarskiej, kiedy po obaleniu flaszki wódki stolichnaya padasz twarzą w śnieg i odmrażasz sobie nos?

***

Autor na pewno potwierdza niektóre stereotypy, choć prawdą jest również, że w Skandynawii można spotkać gaduły i osoby z iście południowym temperamentem. Jej wartością jest na pewno błyskotliwość stylu, humor i ciepłe spojrzenie na (chłodnych?) Skandynawów, przyjrzenie się ich historii, kulturze i obyczajom, np. dlaczego Duńczycy uwielbiają umieszczać wszędzie swoją flagę, a Norwegowie przebierają się dziwacznie z powodu pewnego święta; dlaczego Finowie kochają chodzić do sauny, a Islandczycy spowodowali krach gospodarczy. I tak dalej.

Jak tak sobie czytam fragmenty lub chociażby spis treści, to mam ochotę przeczytać całą książkę raz jeszcze.

***

Michael Booth, Skandynawski raj. O ludziach prawie idealnych, Wydawnictwo UJ 2014, s. 88-89, 174, 189-190, 208, 215, 218, 226, 275-6.

 

 

Notatki z lektury: „Historia śmierci”

Skończyłam niedawno czytać książkę o historii śmierci. Postanowiłam podzielić się tutaj kilkoma ciekawostkami i myślami wartymi przeanalizowania.

Związek między osadnictwem a religiami

Społeczności myśliwsko-zbierackie musiały podróżować "lekko" – zarówno w sensie ekwipunku, jak i w znaczeniu kulturowym. Ich życie wewnętrzne mogło być bogate, ale nie czuli potrzeby uzewnętrzniania go i celebrowania. Złożone kosmologie wielkiego świata religii zostały stworzone przez społeczności osiadłe, które miały ku temu warunki – wyznaczonych kapłanów, cechy kreatywnych rzemieślników i artystów i tak dalej.

Postrzeganie pracy w zaświatach

Okazuje się, że według wyobrażeń starożytnego Egiptu na tamtym świecie ktoś jednak musi pracować. Ktoś, ale najlepiej nie ja. Jak się da, to trzeba się starać tej pracy unikać.

Ci, którzy mogli sobie na to pozwolić, zabierali w zaświaty swoich służących szabti, aby wyręczani przez nich, mogli tam beztrosko spędzać czas. Niektórzy zmarli byli też uzbrojeni w zaklęcia, które pozwalały im uniknąć obowiązku pracy. Jedno z takich zaklęć pokazywało, "jak nie sczeznąć po śmierci i nie pracować". Krótką formułę zapisaną na skrawku papirusu umieszczano przy ciele zmarłego lub wsuwano między bandaże mumii.

Zabijanie przedmiotów

Ewenowie, hodowcy reniferów w północnej Syberii, praktykują osobliwy zwyczaj: zabijanie przedmiotów po śmierci danej osoby. To musi wyglądać przejmująco.

Odwiedzenie współczesnych grobów Ewenów oznacza zmierzenie się twarzą w twarz z pełnym grozy milczeniem potrzaskanych przedmiotów, złożonych w mogile lub rozrzuconych wokół niej. Wszystkie one zostały symbolicznie "zabite", tak aby również mogły przejść do innego świata. Butelki z wódką zostały rozbite, papierosy – przełamane na pół, drewniane sanie – pogruchotane, puszki – pogniecione, a rury instalacji sanitarnych – podziurawione. Na grobach dzieci poniewierają się rozdarte zabawki i okaleczone lalki.

Zjadacze grzechów

Jeszcze bardziej osobliwa była wiara w to, że z kromką chleba można zjeść grzechy zmarłej osoby.

W hrabstwie Hereford był stary zwyczaj związany z pogrzebem: opłacania ubogich, którzy przejmowali na siebie wszystkie grzechy popełnione przez zmarłego. (…) Zwyczajem było, że gdy ciało zmarłego zostało wyniesione z domu i umieszczone na katafalku, przynoszono bochenek chleba i wręczano go zjadaczowi grzechów nad ciałem zmarłego. Otrzymywał on również (…) puchar z piwem (…) oraz sześć szylingów jako potwierdzenie przyjęcia na siebie wszystkich grzechów zmarłego w celu ochronienia go przed ewentualnością błąkania się na ziemi już po śmierci.

Procederu dokonywali m.in. angielscy chrześcijanie (źródło), teoretycznie przekonani o odkupieniu i zgładzeniu grzechów przez Jezusa, ale może pomyśleli, że warto się dodatkowo zabezpieczyć.

Sziwa i wspomnienia o zmarłym

Pierwsza faza żałoby w judaizmie, sziwa (dosłownie "siedem"), trwa zgodnie ze zwyczajem siedem dni. (…) Żałobnicy powinni pozostać przez cały ten czas w jednym miejscu. (…) Podczas sziwy nie mogą się kąpać ani brać prysznicu [sic!], nosić skórzanych butów czy biżuterii. Mężczyźni nie mogą się golić, wszystkie lustra należy szczelnie zasłonić. Żałobnicy powinni siedzieć na podłodze lub na niskich stołkach, aby pokazać, jak przytłoczeni są odejściem zmarłego. W trakcie sziwy odwiedzają ich krewni i przyjaciele, którzy dzielą się z nim wspomnieniem o zmarłym.

Bardzo mi się podoba ten ostatni aspekt żałoby. Chciałabym, żeby po mojej śmierci znajomi zbierali się, prawili i gwarzyli: "pamiętasz, jak Magda…?" Mogliby przytaczać żenujące, rozśmieszające i wzruszające historyjki. Sama bym ich chętnie posłuchała.

A na koniec urocza ciekawostka z Indii:

Najczęściej stało tam murowane palenisko z płyt kamiennych, które sprzątano przed ceremonią kremacji; wyrazem najwyższej troski o zmarłego było oczyszczenie takiego paleniska łajnem świętych krów.

***

Cytaty zaczerpnięte z książki M. Kerrigana pt. "Historia śmierci. Zwyczaje i rytuały pogrzebowe od starożytności do czasów współczesnych", tłum. S. Klimkiewicz, Bellona, Warszawa 2009, s. 24, 50, 76, 165, 197, 204.

Kobieta jak katedra. O ideałach piękna w średniowieczu

Brwi dorysowane kredką i buty z czubami. Wszystko już było. Nawet nie zdajemy sobie sprawy, jak bardzo wczorajsza moda uliczna przypomina średniowieczne ideały piękna.

Lubię obserwować, jak zmieniają się gusta. Niezmiernie interesuje mnie, co się ludziom w różnych epokach podoba: w jednej epoce kościste brzuchate panny o barankowych jasnych włosach i spiczastych palcach, potem rudowłose o pulchnych ramionach (sprawę barokowego tyłka przemilczę). Raz figura chłopięca, a raz klepsydra. W średniowieczu strzelistość, wysokość i wertykalność, w renesansie linie poziome, łódkowe dekolty i rzezanie tkanin, by poszerzyć sylwetkę, rękawy, buty i wszystko inne.

Błysk w oku

Gotyk jako styl architektoniczny jest strzelisty, promienny, migącący barwami (światło wpadało przez wysokie okna i witraże). To, co błyszczące i jasne (np. oczy i klejnoty na szatach) to coś bardzo popularnego i bardzo cenionego również w malarstwie średniowiecznym. "Oczy są piękne, jeśli są świetliste" – pisał Izydor z Sewilli.

Wysokie budynki, wąskie podłużne okna i obecność kolumn w katedrach – to wszystko podkreślało i zwielokrotniało pionowość i strzelistość form. W końcu katedra miała wznosić się z modłami ludzkimi do nieba, musiała tam sięgać i czubkiem wieży subtelnie przypominać Bogu o niebożątkach na ziemi. Łuki i maswerki to kolejny po stromych wieżach przykład ostrych, spiczastych czy kanciastych pomysłów tamtych czasów.

Jestem przekonana, że wygląd katedr pokazuje estetyczne gusta epoki, które można przełożyć również na kanony piękna kobiecego. Piękna kobieta średniowieczna miała być jak katedra gotycka.

Architektura a kobiecość

Dominacja chrześcijaństwa w średniowieczu oznaczała podporządkowanie życia społecznego religii – to powszechnie wiadomy frazes. W praktyce oznaczało to m.in., że kobieta musiała nosić ubiory skrzętnie zakrywające ciało, nie chwalić się biustem (odsłaniała tylko twarz, szyję i dłonie), skromnie spuszczać wzrok, milczeć, modlić się i służyć dobrze mężowi i dzieciom.

Idealna sylwetka średniowiecznej kobiety jest smukła niczym wieża katedry gotyckiej. Ramiona łagodnie opadające, jak najwęższe i jak najbardziej spadziste (można sobie poniżej porównać z krzepkimi ramionami renesansowych piękności). Długa szyja. Twarz owalna, biała skóra, nos długi i prosty, brwi łagodne, jasne, cienkie, wręcz rachityczne. Podłużne subtelne dłonie.

W przeciwieństwie do antyku, który hołdował niskim czołom nad bujnymi włosami – wśredniowieczu najładniejsza była odsłonięta twarz z wysokim czołem. Moda była tak silna, że we Francji w XIV i XV wieku wyskubywano sobie włosy z czoła. Golono też włosy na skroniach i depilowano brwi, które potem dorysowywano. A więc kobiety z wyskubanymi brwiami nie zdają sobie sprawy, że hołdują estetycznym ideałom średniowiecza!

Za każdym razem, gdy odsłonięty zostaje kolejny kawałek kobiecego ciała, staje się on potencjalnie miejscem, z którego trzeba usunąć owłosienie. W XIV i XV wieku niektóre Europejki skrywały włosy i uszy pod rodzajem kwefu. Niewielki pasek skóry widocznej na granicy kwefu i czoła bardzo szybko zaczęto depilować, stopniowo usuwając coraz więcej włosów. W efekcie powstała moda na wysokie i szerokie czoła, cofniętą linię włosów i wyskubane brwi.

(Nancy Etcoff, "Przetrwają najpiękniejsi")

Liczą się rękawy

Te proporcje i upodobania podkreślał ubiór. W XIV w. zaczęła się moda na suknie z obcisłym stanikiem i trenem. Wydłużone rękawy, często podwójne (spodnia suknia miała wąskie rękawy, a suknia wierzchnia – szerokie i długie, zwisające do kolan lub ziemi; często ozdobne, nieraz związane na bokach lub zapinane na guziki). Obcisłe rękawy sukni spodniej nieraz zachodziły na dłonie prawie do palców. Kształt tej części sukni determinował sposób poruszania się: kobiety trzymały łokcie skierowane lekko na zewnątrz, by jak najkorzystniej je pokazać. Aby wzmocnić efekt wąskich i spadzistych ramion, rękawy wszywano bardzo wysoko.

Brzuch na pierwszym planie

W XV w. suknie z wysokim stanem, odcięte pod biustem podkreślały piersi i brzuch (choć niektóre źródła mówią o spłaszczaniu piersi metalowymi płytkami). Modny był mały biust i drobny, wąski tors. Taki układ optycznie skracał klatkę piersiową, a wydłużał tułów i dół sylwetki.

Po lewej gotycka brzuchata piękność, po prawej fałdy, które cieszą oko

Po lewej gotycka brzuchata piękność, po prawej fałdy, które cieszą oko

Dół sylwetki układał się w fałdy. Wypukły brzuch w średniowieczu był ok (to mnie zawsze uspokaja, gdy tracę talię: kilkaset lat temu byłabym ideałem!). Mnogość i ciężar fałd oraz długość ubioru wymuszały odchylenie tułowia i wysuwanie bioder i brzucha do przodu. Brzuch był bardziej wysunięty niż biust. Postać kobieca miała wręcz esowatą linię.

Ubiór był najbardziej obcisły na biuście, pod pachami i w górnej części ramion. Całą reszta układała się luźno w nader obfite fałdy poniżej stanu. A jak wiadomo, fałdy tworzą pionowe linie. Do tego jeszcze tren, dochodzący nieraz do czterech metrów, a nieraz także zwisające paski tkaniny lub futra. Wszystkie te cechy: podwyższony stan, tren, kształt i długość rękawów, mnogość fałd i linii pionowych – potęgowały optyczne wrażenie smukłości i strzelistości.

Dwa wizerunki świętej Katarzyny. Po lewej wyjątkowo cienka w torsie, po prawej wygięta esowato

Dwa wizerunki świętej Katarzyny. Po lewej wyjątkowo cienka w torsie, po prawej wygięta esowato

Wszystko na głowie kobiety

Panny nosiły rozpuszczone włosy, ozdobione na przykład wiankiem z polnych kwiatków. Po ślubie, który nadawał kobiecie status społeczny – włosy spinano i dokładnie przykrywano. Średniowiecze to epoka chust, czepców, siatek i welonów zakrywających skronie. Z tamtych czasów pochodzi rąbek i podwika – płócienna chustka spinana na czubku głowy, okrywająca szyję i część policzków.

Czepiec był oznaką pozycji społecznej. Na wsiach preferowano raczej proste nakrycia głowy, ale raczej zawsze ją zakrywano. Przyczyną była nie tylko skromność obyczajów, ale także ochłodzenie klimatu.

Jest hennin, jest tren, można wychodzić

Jest hennin, jest tren, można wychodzić

Czepiec był nieodzownym atrybutem mężatek. Pewien jego specyficzny typ, czepiec hennin, czyli wysoki spiczasty lub ścięty stożek ze zwisającym na końcu welonem – w ludowej wyobraźni kojarzył się z postacią wróżki. Kobieta w takim nakryciu głowy była smukła niczym (znowu!) strzelista wieża.

Nietrudno się domyślić, że olbrzymie czepce powodowały trudności w przechodzeniu przez wąskie drzwi i utrzymaniu równowagi. Nakrycia głowy uwydatniły bardzo wysokie wypukłe czoło. Duże czepce optycznie zmniejszały sylwetkę przez kontrast i wysubtelniały postać. Kobieta w czepcu przypominała tulipan na wiotkiej i kruchej smukłej łodyżce.

Efekt dużej głowy, małego biustu i drobnego torsu podkreślał słabość budowy, wysmuklenie i zmniejszenie sylwetki. Wszystko razem tworzyło postać wiotką i filigranową oraz pośrednio propagowało typ kobiety cichej, pobożnej, słabej, umartwiającej się, potrzebującej opieki, nie mającej własnej woli.

Buty nie ranią

W tamtym czasie noszono obuwie o wydłużonych wąskich noskach, lekko uniesionych ku górze. Jak starałam się wykazać, wygląd ubioru miał określone znaczenie i był po coś. Wąskie i spiczaste kształty po tym całym wykładzie już nas nie dziwią (wiadomo, gotyckie umiłowanie szpiców), ale dodam jeszcze względy religijne. Otóż chodziło o to, by stąpać po ziemi z szacunkiem – tak, by jej nie poranić. Dzisiaj nikt już nie pamięta o tym pobożnym aspekcie obuwia.

Tak więc za każdym razem, gdy patrzę na powrót szpiców, czubów, wąskich nosków, myślę sobie o gotyku i patrzę na te cuda i dziwy łaskawszym okiem. W końcu jest to nawiązanie (zapewne nieuświadomione!) do epoki wyjątkowo przyjemnej pod względem estetycznym.

***

Źródła:

fotografie: Batszeba, fałdy pani Arnolfini, ramiona gotyckie i renesansowe, Katarzyna esowata i cienka w torsie, pani w henninie, skubana, poulandes i czuby;

książki:

D. Golińska, "Kanony kobiecej urody",

E. Schiller, "Historia ubiorów",

A. Sieradzka, "O modach i strojach",

"Żony modne. Historia mody kobiecej od starożytności do współczesności", red. A. Sieradzka,

M. Toussaint-Samat, "Historia stroju",

"Historia architektury", red. R. Toman,

U. Eco, "Historia piękna",

N. Etcoff, "Przetrwają najpiękniejsi".

1 2 3