Notatki z lektury: „Skandynawski raj. O ludziach prawie idealnych”

Subiektywny wybór cytatów na temat natury Skandynawów. Ponieważ nadal nurtuje mnie kwestia milczenia i mówienia oraz nienarzucania się, znowu będzie sporo na ten temat. Ale nie tylko.

Szyldy w pewnym duńskim miasteczku

Nad wejściem do fryzjera wisiał szyld z napisem "Włosy". Pub nazywał się po prostu "Pub". Sklep z ubraniami i butami ośmielał się przyciągać uwagę przechodniów krzykliwą nazwą "Odzież i obuwie". Księgarnia działała jako Bog Handler, czyli "Handel książkami". Jeden ze sklepikarzy, najwyraźniej oburzony bezwstydną autopromocją uprawianą przez sąsiada, wybrał dla swego sklepu niewyszukaną nazwę "Nr 16". Inny, w obawie przed oskarżeniami o pychę, umieścił na szyldzie zwięzły napis "Shoppen", czyli "Sklep". Właściciele tych wszystkich sklepów wykazali się nie tylko brakiem zdolności marketingowych – oni wręcz manifestacyjnie wyrzekli się wszystkiego, na czym w powszechnym mniemaniu opiera się sztuka sprzedaży.

Jeden tylko sklep wyłamał się z powszechnej anonimowości i szczycił się zuchwale imieniem swojej właścicielki: "Obuwie u Bettiny". "Uważaj, Bettino – pomyślałem, mijając wejście – tutaj nie przepadają za takim szpanem".

Pisząc o agencji antyreklamowej, również cytowałam M. Bootha. Podejście do reklamowania siebie chyba na całym terenie okołoskandynawskim jest podobne.

Osobni Norwegowie

Norwegowie (…) zawsze woleli się trzymać na uboczu. Nawet w obrębie własnych granic pozostają rozproszeni, tak jakby próbowali się oddalić od siebie na możliwie największą odległość. I nawet w tych ze wszech miar słusznie nagłaśnianych przypadkach, kiedy wykazując się imponującą odwagą i pomysłowością, wyprawiają się w daleki świat – jak Roald Amundsen, Fridtjof Nansen, Thor Heyerdahl i im podobni – wydaje się, że dokładają wszelkich starań, aby trasy ich wypraw wiodły do miejsc, gdzie prawdopodobieństwo spotkania innych ludzi jest nikłe lub wręcz zerowe (…).

Odniosłem (…) wrażenie, że Norwegowie, oczywiście, uprzejmie witają gości, lecz nie zachęcają ich otwarcie do odwiedzin i woleliby raczej, żeby byli tak dobrzy i nie schodzili z pokładu swoich statków wycieczkowych.

Małomówność Finów

Żeby usłyszeć od Fina "kocham cię", trzeba czekać z 10 lat, ale wiadomo, że nie są to słowa rzucane na wiatr.

Fin w naszym towarzystwie może milczeć przez parę minut, a potem ni stąd, ni zowąd powie: "Daj mi tę kawę". Można by pomyśleć: "Kurczę, to było nieuprzejme", ale rzecz w tym, że jesteśmy przyjaciółmi i nie musimy wszystkiego werbalizować jak Anglicy z tymi ich okropnymi "Czy byłbyś łaskaw" i straszliwymi "Ależ proszę, dziękuję".

Rozumiem odpowiedzialność za słowo i bliżej mi do powściągliwości Finów niż do amerykańskiego zwyczaju mówienia w stylu "I love your muffins!".

I jeszcze słówko o znienawidzonym przeze mnie zwyczaju (przymusu?) prowadzenia rozmów zwanych small-talk. Na zadzierżgnięcie rozmowy np. na temat pogody odpowiadam zwykle błyskotliwym "Nooo…". Bo cóż tu można dodać. Pada, to pada. Jest ciepło, to jest ciepło. Tyle.

Finowie też tego nie umieją.

Największe wyzwanie stanowią dla nich niezobowiązujące rozmowy towarzyskie, pogaduszki o wszystkim i o niczym, coś, z czym radzą sobie nawet Norwegowie, jeśli tylko trochę się przyłożą.

(…) W tej części świata, gdzie skromność i równość cieszą się wielkim szacunkiem, nieśmiałość nie jest uważana za przejaw społecznego nieprzystosowania, lecz raczej za wyraz skromności, powściągliwości, gotowości do słuchania innych.

…i Szwedów

[Åke] Daun opisuje Szwedów jako nację samotników – z tych, co to podpierają ściany na potańcówkach – nękanych poczuciem niepewności; pisze, że wolą pójść schodami niż dzielić z kimś windę.

(…) Nie wiemy, jak rozmawiać z ludźmi, których nie znamy (…). To naprawdę ciekawe, bo większość ludzi lubi rozmawiać. W Europie południowej to najprzyjemniejsza rzecz w życiu. Mam koleżankę Francuzkę. Kiedy przyjechała do Szwecji, była przekonana, że rozmowy w autobusach są u nas surowo zabronione. Nie potrafiła znaleźć innego wytłumaczenia.

Pozawerbalne sposoby Finów na komunikowanie się

Wiemy już, że Skandynawowie nie są specjalnie rozmowni, ale to nie wszystko. Mają też tajemnicze, pozawerbalne sposoby komunikowania się. Niczym ultradźwięki emitowane przez nietoperze są one właściwie niesłyszalne dla reszty z nas. Jest to zbiór pozornie nic nieznaczących komunikatów niewerbalnych (…). Najpopularniejszym z nich jest krótki, ostry wdech połączony z lekkim chrząknięciem, który oznacza warunkową zgodę, coś w rodzaju "tak, ale". (…) Każda rasa i język ma swoje własne twierdzące "aha", enigmatyczne "hmmm" i inne krótkie sygnały werbalne, ale Skandynawowie uczynili z nich zasadniczy sposób komunikowania się.

Hit norweskiej telewizji

Jedną z oznak wyjątkowo silnego związku, jaki łączy Norwegów z ich środowiskiem naturalnym, jest oszałamiający sukces dwóch wstrząsająco nudnych programów telewizyjnych wyemitowanych w ostatnich latach. W pierwszym pokazywano w czasie rzeczywistym trwający siedem godzin przejazd pociągu przez góry z Oslo do Bergen. Obraz był przekazywany z kamery zainstalowanej po prostu na lokomotywie ciągnącej skład. Wyobrażam sobie, że tunele musiały być wyjątkowo pasjonujące.

W drugim popularnym programie transmitowano na żywo podróż promu norweskich linii Hurtigruten z Bergen do Kirkenes na północy Norwegii. Przez sześć dni. Non stop.

[Program] stał się wyjątkowym zjawiskiem telewizyjnym i kulturowym, oglądała go bowiem połowa populacji. Ludzie urządzali imprezy towarzyskie połączone z oglądaniem Hurtigruten, tłumy wylegały na wybrzeże, żeby palić ogniska i machać z brzegu do przepływającego nieopodal promu (…). Jak się okazało, był jednym z najpopularniejszych norweskich programów telewizyjnych wszech czasów, a przecież realizatorzy pokazywali wyłącznie widoczki…

Ale jakie widoczki!

Może na przykład takie:

Tana Bru, autor zdjęcia Mariusz Bieniek.

Fińska siła sisu

Wszystko to prowadzi nas nieuchronnie do sisu, umiłowanego (przez Finów) i znienawidzonego (przez Szwedów) ducha wytrwałości, odporności i męskości. To pojęcie zawiera w sobie poczucie milczącej, zdecydowanej siły, pewności i niezawodności; oznacza zdolność do okazywania niezachwianej determinacji w obliczu przeszkód nie do pokonania, którą można by nazwać swego rodzaju aktywnym stoicyzmem. Kiedy psuje się autobus, duch sisu każe pasażerom wysiąść i pchać pojazd bez słowa skargi. Sisu jest szczytem aspiracji fińskiego mężczyzny, granitowym podłożem narodowej gleby. Czy jednak to samo sisu każe ci odmówić skorzystania z pomocy lekarskiej, kiedy po obaleniu flaszki wódki stolichnaya padasz twarzą w śnieg i odmrażasz sobie nos?

***

Autor na pewno potwierdza niektóre stereotypy, choć prawdą jest również, że w Skandynawii można spotkać gaduły i osoby z iście południowym temperamentem. Jej wartością jest na pewno błyskotliwość stylu, humor i ciepłe spojrzenie na (chłodnych?) Skandynawów, przyjrzenie się ich historii, kulturze i obyczajom, np. dlaczego Duńczycy uwielbiają umieszczać wszędzie swoją flagę, a Norwegowie przebierają się dziwacznie z powodu pewnego święta; dlaczego Finowie kochają chodzić do sauny, a Islandczycy spowodowali krach gospodarczy. I tak dalej.

Jak tak sobie czytam fragmenty lub chociażby spis treści, to mam ochotę przeczytać całą książkę raz jeszcze.

***

Michael Booth, Skandynawski raj. O ludziach prawie idealnych, Wydawnictwo UJ 2014, s. 88-89, 174, 189-190, 208, 215, 218, 226, 275-6.

 

 

Notatki z lektury: „Historia śmierci”

Skończyłam niedawno czytać książkę o historii śmierci. Postanowiłam podzielić się tutaj kilkoma ciekawostkami i myślami wartymi przeanalizowania.

Związek między osadnictwem a religiami

Społeczności myśliwsko-zbierackie musiały podróżować "lekko" – zarówno w sensie ekwipunku, jak i w znaczeniu kulturowym. Ich życie wewnętrzne mogło być bogate, ale nie czuli potrzeby uzewnętrzniania go i celebrowania. Złożone kosmologie wielkiego świata religii zostały stworzone przez społeczności osiadłe, które miały ku temu warunki – wyznaczonych kapłanów, cechy kreatywnych rzemieślników i artystów i tak dalej.

Postrzeganie pracy w zaświatach

Okazuje się, że według wyobrażeń starożytnego Egiptu na tamtym świecie ktoś jednak musi pracować. Ktoś, ale najlepiej nie ja. Jak się da, to trzeba się starać tej pracy unikać.

Ci, którzy mogli sobie na to pozwolić, zabierali w zaświaty swoich służących szabti, aby wyręczani przez nich, mogli tam beztrosko spędzać czas. Niektórzy zmarli byli też uzbrojeni w zaklęcia, które pozwalały im uniknąć obowiązku pracy. Jedno z takich zaklęć pokazywało, "jak nie sczeznąć po śmierci i nie pracować". Krótką formułę zapisaną na skrawku papirusu umieszczano przy ciele zmarłego lub wsuwano między bandaże mumii.

Zabijanie przedmiotów

Ewenowie, hodowcy reniferów w północnej Syberii, praktykują osobliwy zwyczaj: zabijanie przedmiotów po śmierci danej osoby. To musi wyglądać przejmująco.

Odwiedzenie współczesnych grobów Ewenów oznacza zmierzenie się twarzą w twarz z pełnym grozy milczeniem potrzaskanych przedmiotów, złożonych w mogile lub rozrzuconych wokół niej. Wszystkie one zostały symbolicznie "zabite", tak aby również mogły przejść do innego świata. Butelki z wódką zostały rozbite, papierosy – przełamane na pół, drewniane sanie – pogruchotane, puszki – pogniecione, a rury instalacji sanitarnych – podziurawione. Na grobach dzieci poniewierają się rozdarte zabawki i okaleczone lalki.

Zjadacze grzechów

Jeszcze bardziej osobliwa była wiara w to, że z kromką chleba można zjeść grzechy zmarłej osoby.

W hrabstwie Hereford był stary zwyczaj związany z pogrzebem: opłacania ubogich, którzy przejmowali na siebie wszystkie grzechy popełnione przez zmarłego. (…) Zwyczajem było, że gdy ciało zmarłego zostało wyniesione z domu i umieszczone na katafalku, przynoszono bochenek chleba i wręczano go zjadaczowi grzechów nad ciałem zmarłego. Otrzymywał on również (…) puchar z piwem (…) oraz sześć szylingów jako potwierdzenie przyjęcia na siebie wszystkich grzechów zmarłego w celu ochronienia go przed ewentualnością błąkania się na ziemi już po śmierci.

Procederu dokonywali m.in. angielscy chrześcijanie (źródło), teoretycznie przekonani o odkupieniu i zgładzeniu grzechów przez Jezusa, ale może pomyśleli, że warto się dodatkowo zabezpieczyć.

Sziwa i wspomnienia o zmarłym

Pierwsza faza żałoby w judaizmie, sziwa (dosłownie "siedem"), trwa zgodnie ze zwyczajem siedem dni. (…) Żałobnicy powinni pozostać przez cały ten czas w jednym miejscu. (…) Podczas sziwy nie mogą się kąpać ani brać prysznicu [sic!], nosić skórzanych butów czy biżuterii. Mężczyźni nie mogą się golić, wszystkie lustra należy szczelnie zasłonić. Żałobnicy powinni siedzieć na podłodze lub na niskich stołkach, aby pokazać, jak przytłoczeni są odejściem zmarłego. W trakcie sziwy odwiedzają ich krewni i przyjaciele, którzy dzielą się z nim wspomnieniem o zmarłym.

Bardzo mi się podoba ten ostatni aspekt żałoby. Chciałabym, żeby po mojej śmierci znajomi zbierali się, prawili i gwarzyli: "pamiętasz, jak Magda…?" Mogliby przytaczać żenujące, rozśmieszające i wzruszające historyjki. Sama bym ich chętnie posłuchała.

A na koniec urocza ciekawostka z Indii:

Najczęściej stało tam murowane palenisko z płyt kamiennych, które sprzątano przed ceremonią kremacji; wyrazem najwyższej troski o zmarłego było oczyszczenie takiego paleniska łajnem świętych krów.

***

Cytaty zaczerpnięte z książki M. Kerrigana pt. "Historia śmierci. Zwyczaje i rytuały pogrzebowe od starożytności do czasów współczesnych", tłum. S. Klimkiewicz, Bellona, Warszawa 2009, s. 24, 50, 76, 165, 197, 204.

Kobieta jak katedra. O ideałach piękna w średniowieczu

Brwi dorysowane kredką i buty z czubami. Wszystko już było. Nawet nie zdajemy sobie sprawy, jak bardzo wczorajsza moda uliczna przypomina średniowieczne ideały piękna.

Lubię obserwować, jak zmieniają się gusta. Niezmiernie interesuje mnie, co się ludziom w różnych epokach podoba: w jednej epoce kościste brzuchate panny o barankowych jasnych włosach i spiczastych palcach, potem rudowłose o pulchnych ramionach (sprawę barokowego tyłka przemilczę). Raz figura chłopięca, a raz klepsydra. W średniowieczu strzelistość, wysokość i wertykalność, w renesansie linie poziome, łódkowe dekolty i rzezanie tkanin, by poszerzyć sylwetkę, rękawy, buty i wszystko inne.

Błysk w oku

Gotyk jako styl architektoniczny jest strzelisty, promienny, migącący barwami (światło wpadało przez wysokie okna i witraże). To, co błyszczące i jasne (np. oczy i klejnoty na szatach) to coś bardzo popularnego i bardzo cenionego również w malarstwie średniowiecznym. "Oczy są piękne, jeśli są świetliste" – pisał Izydor z Sewilli.

Wysokie budynki, wąskie podłużne okna i obecność kolumn w katedrach – to wszystko podkreślało i zwielokrotniało pionowość i strzelistość form. W końcu katedra miała wznosić się z modłami ludzkimi do nieba, musiała tam sięgać i czubkiem wieży subtelnie przypominać Bogu o niebożątkach na ziemi. Łuki i maswerki to kolejny po stromych wieżach przykład ostrych, spiczastych czy kanciastych pomysłów tamtych czasów.

Jestem przekonana, że wygląd katedr pokazuje estetyczne gusta epoki, które można przełożyć również na kanony piękna kobiecego. Piękna kobieta średniowieczna miała być jak katedra gotycka.

Architektura a kobiecość

Dominacja chrześcijaństwa w średniowieczu oznaczała podporządkowanie życia społecznego religii – to powszechnie wiadomy frazes. W praktyce oznaczało to m.in., że kobieta musiała nosić ubiory skrzętnie zakrywające ciało, nie chwalić się biustem (odsłaniała tylko twarz, szyję i dłonie), skromnie spuszczać wzrok, milczeć, modlić się i służyć dobrze mężowi i dzieciom.

Idealna sylwetka średniowiecznej kobiety jest smukła niczym wieża katedry gotyckiej. Ramiona łagodnie opadające, jak najwęższe i jak najbardziej spadziste (można sobie poniżej porównać z krzepkimi ramionami renesansowych piękności). Długa szyja. Twarz owalna, biała skóra, nos długi i prosty, brwi łagodne, jasne, cienkie, wręcz rachityczne. Podłużne subtelne dłonie.

W przeciwieństwie do antyku, który hołdował niskim czołom nad bujnymi włosami – wśredniowieczu najładniejsza była odsłonięta twarz z wysokim czołem. Moda była tak silna, że we Francji w XIV i XV wieku wyskubywano sobie włosy z czoła. Golono też włosy na skroniach i depilowano brwi, które potem dorysowywano. A więc kobiety z wyskubanymi brwiami nie zdają sobie sprawy, że hołdują estetycznym ideałom średniowiecza!

Za każdym razem, gdy odsłonięty zostaje kolejny kawałek kobiecego ciała, staje się on potencjalnie miejscem, z którego trzeba usunąć owłosienie. W XIV i XV wieku niektóre Europejki skrywały włosy i uszy pod rodzajem kwefu. Niewielki pasek skóry widocznej na granicy kwefu i czoła bardzo szybko zaczęto depilować, stopniowo usuwając coraz więcej włosów. W efekcie powstała moda na wysokie i szerokie czoła, cofniętą linię włosów i wyskubane brwi.

(Nancy Etcoff, "Przetrwają najpiękniejsi")

Liczą się rękawy

Te proporcje i upodobania podkreślał ubiór. W XIV w. zaczęła się moda na suknie z obcisłym stanikiem i trenem. Wydłużone rękawy, często podwójne (spodnia suknia miała wąskie rękawy, a suknia wierzchnia – szerokie i długie, zwisające do kolan lub ziemi; często ozdobne, nieraz związane na bokach lub zapinane na guziki). Obcisłe rękawy sukni spodniej nieraz zachodziły na dłonie prawie do palców. Kształt tej części sukni determinował sposób poruszania się: kobiety trzymały łokcie skierowane lekko na zewnątrz, by jak najkorzystniej je pokazać. Aby wzmocnić efekt wąskich i spadzistych ramion, rękawy wszywano bardzo wysoko.

Brzuch na pierwszym planie

W XV w. suknie z wysokim stanem, odcięte pod biustem podkreślały piersi i brzuch (choć niektóre źródła mówią o spłaszczaniu piersi metalowymi płytkami). Modny był mały biust i drobny, wąski tors. Taki układ optycznie skracał klatkę piersiową, a wydłużał tułów i dół sylwetki.

Po lewej gotycka brzuchata piękność, po prawej fałdy, które cieszą oko

Po lewej gotycka brzuchata piękność, po prawej fałdy, które cieszą oko

Dół sylwetki układał się w fałdy. Wypukły brzuch w średniowieczu był ok (to mnie zawsze uspokaja, gdy tracę talię: kilkaset lat temu byłabym ideałem!). Mnogość i ciężar fałd oraz długość ubioru wymuszały odchylenie tułowia i wysuwanie bioder i brzucha do przodu. Brzuch był bardziej wysunięty niż biust. Postać kobieca miała wręcz esowatą linię.

Ubiór był najbardziej obcisły na biuście, pod pachami i w górnej części ramion. Całą reszta układała się luźno w nader obfite fałdy poniżej stanu. A jak wiadomo, fałdy tworzą pionowe linie. Do tego jeszcze tren, dochodzący nieraz do czterech metrów, a nieraz także zwisające paski tkaniny lub futra. Wszystkie te cechy: podwyższony stan, tren, kształt i długość rękawów, mnogość fałd i linii pionowych – potęgowały optyczne wrażenie smukłości i strzelistości.

Dwa wizerunki świętej Katarzyny. Po lewej wyjątkowo cienka w torsie, po prawej wygięta esowato

Dwa wizerunki świętej Katarzyny. Po lewej wyjątkowo cienka w torsie, po prawej wygięta esowato

Wszystko na głowie kobiety

Panny nosiły rozpuszczone włosy, ozdobione na przykład wiankiem z polnych kwiatków. Po ślubie, który nadawał kobiecie status społeczny – włosy spinano i dokładnie przykrywano. Średniowiecze to epoka chust, czepców, siatek i welonów zakrywających skronie. Z tamtych czasów pochodzi rąbek i podwika – płócienna chustka spinana na czubku głowy, okrywająca szyję i część policzków.

Czepiec był oznaką pozycji społecznej. Na wsiach preferowano raczej proste nakrycia głowy, ale raczej zawsze ją zakrywano. Przyczyną była nie tylko skromność obyczajów, ale także ochłodzenie klimatu.

Jest hennin, jest tren, można wychodzić

Jest hennin, jest tren, można wychodzić

Czepiec był nieodzownym atrybutem mężatek. Pewien jego specyficzny typ, czepiec hennin, czyli wysoki spiczasty lub ścięty stożek ze zwisającym na końcu welonem – w ludowej wyobraźni kojarzył się z postacią wróżki. Kobieta w takim nakryciu głowy była smukła niczym (znowu!) strzelista wieża.

Nietrudno się domyślić, że olbrzymie czepce powodowały trudności w przechodzeniu przez wąskie drzwi i utrzymaniu równowagi. Nakrycia głowy uwydatniły bardzo wysokie wypukłe czoło. Duże czepce optycznie zmniejszały sylwetkę przez kontrast i wysubtelniały postać. Kobieta w czepcu przypominała tulipan na wiotkiej i kruchej smukłej łodyżce.

Efekt dużej głowy, małego biustu i drobnego torsu podkreślał słabość budowy, wysmuklenie i zmniejszenie sylwetki. Wszystko razem tworzyło postać wiotką i filigranową oraz pośrednio propagowało typ kobiety cichej, pobożnej, słabej, umartwiającej się, potrzebującej opieki, nie mającej własnej woli.

Buty nie ranią

W tamtym czasie noszono obuwie o wydłużonych wąskich noskach, lekko uniesionych ku górze. Jak starałam się wykazać, wygląd ubioru miał określone znaczenie i był po coś. Wąskie i spiczaste kształty po tym całym wykładzie już nas nie dziwią (wiadomo, gotyckie umiłowanie szpiców), ale dodam jeszcze względy religijne. Otóż chodziło o to, by stąpać po ziemi z szacunkiem – tak, by jej nie poranić. Dzisiaj nikt już nie pamięta o tym pobożnym aspekcie obuwia.

Tak więc za każdym razem, gdy patrzę na powrót szpiców, czubów, wąskich nosków, myślę sobie o gotyku i patrzę na te cuda i dziwy łaskawszym okiem. W końcu jest to nawiązanie (zapewne nieuświadomione!) do epoki wyjątkowo przyjemnej pod względem estetycznym.

***

Źródła:

fotografie: Batszeba, fałdy pani Arnolfini, ramiona gotyckie i renesansowe, Katarzyna esowata i cienka w torsie, pani w henninie, skubana, poulandes i czuby;

książki:

D. Golińska, "Kanony kobiecej urody",

E. Schiller, "Historia ubiorów",

A. Sieradzka, "O modach i strojach",

"Żony modne. Historia mody kobiecej od starożytności do współczesności", red. A. Sieradzka,

M. Toussaint-Samat, "Historia stroju",

"Historia architektury", red. R. Toman,

U. Eco, "Historia piękna",

N. Etcoff, "Przetrwają najpiękniejsi".

Konstanty Ildefons Gałczyński o puencie

Odnośnie niedawnego wpisu i jego bolesnego zakończenia znalazłam ostatnio odpowiedni fragment u K.I. Gałczyńskiego:

Gdzie tu jest pointe'a? Naturalnie oczywiście, że tu nie ma pointe'y. Ale ja twierdzę, Panie Redaktorze, że pointe'a jest typową literacką trwogą literackich wałachów i kundlów. Oni uważają, że na końcu opowiadania musi być zawsze błyskotliwe powiedzonko à la "Przekrój". To nieprawda. Nie należy w ogóle być błyskotliwym. Należy być banalnym, na początku opowiadania banalnym, w środku opowiadania banalnym i przed zakończeniem opowiadania banalnym. A na końcu należy wziąć forsę i iść do domu.

Póki co nikt mi za moje braki puenty nie daje pieniędzy i zapewne długo nie da, ale powyższe słowa dają mi pewną dozę pocieszenia.

mag-kig

Fotografia Czarodzieja stąd.

Źródło cytatu: Konstanty Ildefons Gałczyński, "Proza", t. 4, Wyd. Czytelnik 1979, s. 206.

1 2