Jak być dobrym?

Od zawsze słyszę, że trzeba być dobrym dla ludzi i kochać bliźniego. Co więcej, naprawdę wierzę, że to ma sens. Jeśli ludzie będą lepsi, to i świat będzie lepszy.

Tylko że jest jeden problem. Mimo szczerych starań muszę przyznać: nigdy tego nie umiałam i zawsze to źle interpretowałam. No bo co to znaczy: być dobrym?

dobry-uczynek1

(Przykładowy dobry uczynek: podarek, fot. Evan Kirby, źródło fotografii)

1. Bycie miłym

Długo (za długo) myślałam, że być dobrym dla innych to znaczy być miłym. Miałam przez to ogromne problemy z asertywnością: epizody z dominującymi lokatorkami, mobbing w chórze, a potem w pracy kłopot, jak można w ogóle zwrócić dziecku uwagę, bo przecież sprawię mu przykrość.

Myślę sobie teraz, że takie podejście było pójściem na łatwiznę. Trudniej powiedzieć komuś wprost, choć delikatnie, że coś tu naprawdę nie gra, że to mi się nie podoba, że coś trzeba zmienić, że ktoś nie może się tak zachowywać. To jest wyzwanie: znaleźć sposób na trudną rozmowę. Nadal tego nie umiem. Ale wiem jedno: nie możemy się gładzić po głowie całe życie. Wiem jeszcze drugie: jestem już zmęczona byciem miłą dla każdego jak leci.

Bardzo dobrze pamiętam rozmowy, które dały mi w tyłek i słowa, które wytrąciły mnie z mojego dobrego mniemania o sobie. Bardzo cenię sobie radę mojego męża, która brzmi: "jeśli nie jesteś przygotowana na szczerą odpowiedź, to w ogóle nie pytaj". Doceniam szczerość i otwartość. Nawet jeśli boli, to bardzo jej potrzebuję.

To tyle na temat bycia miłą za wszelką cenę.

2. Bycie empatycznym

Jeśli miałabym wymienić moich znajomych, których uważam za dobrych, to przede wszystkim myślę tutaj o ludziach, którzy są empatyczni i troskliwi. Dostrzegają, że ktoś ma problem, a potem próbują mu pomóc, nienachalnie, ale tak, że faktycznie zdejmują ciężar z ramion. Albo chociaż kawałek tego ciężaru. Ich obecność jest tak kojąca, że cierpiącemu jest lżej.

Ja tak nie umiem, bo po pierwsze trudno przezwyciężyć skrępowanie i wrażenie wchodzenia z buciorami, kiedy nie mam pojęcia, co ktoś czuje. Po drugie – no właśnie. NIE MAM POJĘCIA, co ktoś czuje. Nie wiem, co powiedzieć. Po trzecie – nigdy nie wiadomo, czy ktoś potrzebuje przytulenia, poklepania po plecach, pogłaskania. Dla mnie nie jest to naturalne zachowanie. Generuje to mnóstwo niezręczności. Ktoś powie: czymże jest niezręczność wobec przyniesienia ulgi cierpiącemu? Ale pomyśl sam. Możesz mu przynieść ulgę, a możesz dołożyć kłopotu przez swoją nieumiejętność pocieszania. Mnie to blokuje.

Empatii chyba możemy się uczyć. Pisałam kiedyś o starszej pani. Od czasu znajomości z nią patrzę inaczej na potrzeby ludzi w podeszłym wieku. Od kiedy pracuję z ośmiolatkami, wchodzę w ich świat, wiem, co je smuci, a co cieszy. Jest to jakiś krok w stronę drugiego człowieka. Ale i tak mój poziom troski o innych jest niepokojąco niski.

dobry-uczynek2

(Kolejny przykład dobrego uczynku: przytulenie, fot. Krista Mangulsone, źródło fotografii)

3. Bycie pokornym

Wracając do nienormalnych definicji. Kiedyś wydawało mi się też, że aby być dobrą dla innych, powinnam być pokorna. Aby być pokorną, należy: po pierwsze wbijać spojrzenie w podłogę i spróbować nie zajmować wiele miejsca. Jestem stosunkowo wysoka, więc tu był problem. Ale przecież zawsze można się zgarbić! Brawo!

Mój kręgosłup cierpi do tej pory.

Po drugie: nie mówmy o sobie nic dobrego, bo popadniemy w pychę.

Po trzecie, najbardziej zabawne podejście, ale wciąż u mnie pokutuje myślenie typu: nie robić kłopotu. Nie zapytam pani, która układa towary, gdzie jest zmywacz do paznokci. Nie zwrócę uwagi komuś, kto się wepchnął w kolejkę (zwracanie uwagi: patrz pkt 1). Nie zażądam, nie poskarżę, nie dam reklamacji. Wszystko w imię bycia dobrą i kochania bliźniego. Taaaak.

Nawet wypisanie z newslettera boli, bo przecież komuś po drugiej stronie zrobiło się przykro.

Więc może i jestem empatyczna, tylko nie wtedy, kiedy trzeba.

4. Recepta na dobroć

Możemy sobie wymyślić zasady bycia dobrym, posiłkując się uniwersalnymi prawdami i porzekadłami.

Nie dokuczaj, nie krzywdź, nie zadawaj bólu.

Nie kłam, nie oszukuj.

Nie zabijaj, nie cudzołóż, nie kradnij.

Nie poniżaj, nie dołuj.

Nie kop leżącego.

Pomagaj, gdy ktoś Cię o coś prosi.

Kochaj bliźniego jak siebie samego.

Nie czyń drugiemu, co Tobie niemiłe.

Proste, prawda? Wiele można odhaczyć. Nie robię świadomie krzywdy drugiemu, więc jestem ok.

Tylko że bycie dobrym nie polega na tym, by NIE ROBIĆ złego, ale by robić też rzeczy dobre.

Ale jak?

Mam szukać okazji na siłę? To by było rozpaczliwe i wymuszone. Ale jak już się trafia okazja, zwykle ją przegapiam.

dobry-uczynek3

(I jeszcze jedno: rozmowa, fot. Gerrit Vermeulen, źródło fotografii)

Przykładowa sytuacja. Czekam na zielone światło, żeby przejść na drugą stronę ulicy. Spotykam znajomą osobę, która pyta: "Co słychać?", wprawiając mnie w zakłopotanie, bo przecież nie wiadomo, co powiedzieć. Streszczać dzień, narzekać, jak jest ciężko, czy może opowiedzieć o jakimś aspekcie swojego życia, którym właściwie nie chcę się dzielić, tylko po to, by odpowiedzieć grzecznie na pytanie?

W końcu, kiedy już wybrnę z tego kłopotu i rozmowa jakoś się toczy, czas się rozstać, pożegnać i pójść w swoją stronę. Zanim zorientuję się, że nie spytałam: "A co u ciebie?" – rozchodzimy się. Zostaję z poczuciem winy, bo okazałam się taką egoistką. Kolejna zmarnowana szansa na okazanie troski, zobaczenie drugiego człowieka i bycie odrobinę lepszą.

5. Dobre uczynki

Mam oczywiście zasadę, żeby pomagać, jak ktoś mnie o coś poprosi. No, chyba że ewidentnie nie mogę, to mówię, że nie mogę (patrz: szczerość, pkt 1).

Czasem postanawiam np. być wyjątkowo miła dla męża, słuchać innych ludzi zamiast gadać swoje, prawić jeden komplement lub spełniać jeden dobry uczynek dziennie. Zwykle mi się nie udaje.

Bycie miłą dla męża sprowadza się zwykle do codziennego zmielenia mu kawy (mamy ręczny młynek, więc to nie byle co!) i gryzieniu się w język. Podrzucenie słodyczy do plecaka odpada z powodu diety, więc – hm – może podrzucić mu marchewkę, awokado albo słoik z oliwkami?

Takie drobne gesty to może nie jest szczyt dobroci, ale przynajmniej na chwilę poprawiają komuś humor. Niestety trzeba mieć do tego mnóstwo kreatywności, a mnie brakuje pomysłów.

W stosunku do innych jest jeszcze trudniej, bo nie znam ich tak dobrze i nie wiem, czy awokado, czy może jednak czekoladka. Poza tym nie chodzi o to, by podrzucać ludziom artykuły spożywcze.

***

Czy w ogólnym rozrachunku dobra i zła wystarczy nie szkodzić innym? Czy mam wszystkim podrzucić słodycze do plecaka i szukać okazji do prawienia komplementów? Może wystarczy robić swoje, żyć swoim życiem, nie krzywdząc drugiego człowieka, spełniać jak najlepiej swoje obowiązki i widzieć w ludziach więcej dobrego niż złego?

To mój – może przydługi – głos w dyskusji. Może Wy macie jakąś receptę, jak można stawać się lepszą osobą? Jak kochać bliźniego tak konkretnie, w praktyce? Jeśli tak, dajcie znać pod tekstem, będzie mi bardzo miło i może czegoś się nauczę.

Dobre rzeczy: wdzięczność

Sprawdzałam niedawno pracę, w której zamieszczono wywiady przeprowadzone między innymi ze starszymi ludźmi. Ujęła mnie jedna wypowiedź:

Mamy się bardzo dobrze. Tak więc gaz mamy. Kanalizację mamy. Dwie komórki mamy. No więc mamy się bardzo dobrze.

Bardzo piękna jest taka wdzięczność i docenianie tego, co się ma. Dla nas to stało się to bezdyskusyjne i pewne. Dla wielu ludzi na ziemi nie jest to takie oczywiste – mieć wodę, gaz i jeszcze dwa telefony. Jest za co być wdzięcznym.

***

Czasem muszę bardzo starać się, by o tym pamiętać.

motyl

(fotografia: Mariusz Bieniek)

Kilka słów o upomnieniu

Zacznę od klasyki cytatu:

Gdy brat twój zgrzeszy przeciw tobie, idź i upomnij go w cztery oczy (Mt 18,15).

Czasem sobie myślę, jak to pięknie na świecie byłoby, gdybyśmy tego przestrzegali. Ale wszyscy. Wobec każdego.

Z moich obserwacji wynika, że nie umiemy zwracać sobie uwagi prosto w oczy i unikamy konfrontacji. Ci, którzy umieją, są traktowani trochę na dystans: są tak bezpośredni, czasem tak ostrzy, że aż strach się z nimi zadawać. Bo nie lubimy też słuchać prawdy rzucanej między oczy. Łatwiej być wiecznie miłym, udawać, że nic się nie dzieje, chwalić. A ganić tylko za plecami.

Trochę to dziecinne.

Wracając do cytatu: jakie to jest proste z założenia – załatwiać sprawy między sobą. Podpadłam Ci – przyjdź i mi powiedz. Nie pozwól, bym dowiedziała się od obcych albo usłyszała niechcący, przechodząc. Nie idź z tym do innych, a już stanowczo – nie idź najpierw do innych. Moja szefowa też nie musi wiedzieć pierwsza, że ja zrobiłam coś nie tak. Warto najpierw zwrócić uwagę mnie, bo może uda się załatwić to w cztery oczy. Może obejdzie się bez rozlewu krwi.

Tylko że to jest cholernie trudne do zrobienia.

Według mnie miarą dojrzałości jest to, czy i jak zaznaczamy swoje terytorium, swoje możliwości, czy i jak umiemy zwrócić uwagę – zrobię to, nie zrobię tego, nie dam rady, to mi się podoba, to nie, to mi sprawiło przykrość, a to zdenerwowało, wkurza mnie Twoje podejście.

Druga rzecz: przyjmowanie krytyki. Jeśli poczuwam się do winy, przepraszam, obiecuję poprawę i już, tyle. Bez obwiniania się i mieszania z błotem, kajania i przepraszania po wielokroć, bez rozpamiętywania. Sobie też trzeba umieć wybaczyć, a potem już nie wracać do tego.

A czasem już to, że ktoś zwróci uwagę, wystarczy.

***

Dalej w ewangelii jest o tym, że jeśli upomnienie w cztery oczy nie poskutkuje, trzeba wziąć jeszcze jedną lub dwie mądre osoby i pogadać, a jeśli nie, dopiero wtedy można publicznie ogłosić czyjąś winę, nieprawość, uchybienie, wadę. Bo miał powiedziane, a nie poprawił, mimo upomnień.

Według mnie jest to całkiem życiowa rada.

Milczenie i lekcje konwersacji

Zrezygnujcie z mowy, która nic nie wnosi. Mówcie tylko wtedy, gdy wasze słowa są głębsze i bardziej wymowne niż wasze milczenie. Nie pozwólcie, by wasze słowa przeszkadzały wam wypłynąć na głębię.

(święty Charbel)

Przy takim podejściu można zostać niezłym mrukiem.

***

Jeden dzień w moim życiu spędziłam, nie wymówiwszy ani słowa. Pamiętam to do dziś. Moje usunięcie się w cień i stłumienie chęci komentowania wszystkiego spowodowało otwarcie się na drugą osobę. Niby banał, ale gdybym wtrąciła się w którymś momencie, rozmowa potoczyłaby się w całkiem innym kierunku i nie usłyszałabym tego, co mój rozmówca zdecydował się powiedzieć. A zaufał mi i zaczął się nawet lekko zwierzać, chyba pierwszy raz w życiu, bo ja pierwszy raz w życiu chciałam usłyszeć, co tak naprawdę w nim siedzi. Nie tylko mówić i być słuchaną.

Co za wstyd.

Nieraz łapię się na przerywaniu, nieuważnym słuchaniu. Zależy mi, by powiedzieć to, co ja mam do powiedzenia, a nie zawsze słucham tego, co ktoś inny mówi, czekając na swoją kolej i starając się nie zapomnieć (jak już pisałam, mam fatalną pamięć). Takie plecenie monologów. A przecież nie o to chodzi w rozmowie.

Pracuję nad tym. Tak bardzo, że powoli staję się gburem, który nie komentuje i nie wtrąca swojego zdania, bo przecież nie musi.

Sztuka konwersacji

W ogóle rozmowa to nie taka prosta sprawa. Na przykład nie zawsze łatwo zadać trafne pytanie sprawdzające rozumienie słuchanego tekstu albo rzucić celny, ale krótki komentarz (w tym przoduje mój starszy brat. Stanisław Jerzy Lec mógłby się od niego uczyć lakoniczności). Kolejna niełatwa rzecz to skupienie na tym, co ten ktoś mówi i jak mu z tym jest. Odłożenie na bok komputera czy telefonu, żeby go posłuchać, podniesienie wzroku i podarowanie przez chwilę całej uwagi. Jeszcze trudniejsze jest zapamiętanie tego, co mówił. Albo może tylko dla mnie.

Moglibyśmy mieć lekcje z nauczycielem konwersacji, siadywalibyśmy sobie w kole na krzesłach i mówilibyśmy: "Proszę, zacznij. Jestem ciekawa, co o tym myślisz". "Bardzo ładne masz słownictwo, kontynuuj. Lubię Twoją narrację". "A dlaczego tak uważasz? Rozwiń tę myśl, proszę". "Nie, nie chcę Ci przerywać". "Chodzi Ci o to, że…?"

Zapewne spotkałabym na tych lekcjach wielu dziennikarzy z telewizji śniadaniowych i programów publicystycznych.

Biblia, małomówność i survival

Był dzień, w którym na nadgarstku napisałam sobie słowo "słuchaj". Faktycznie, trochę pomogło. W Starym Testamencie Bóg Jahwe mówi często "Słuchaj, Izraelu", a w Nowym Jezus najpierw patrzy, czy ludzie słuchają, a potem dopiero zagaja. Czasem zaczyna niczym w "Modzie na sukces": "Muszę ci coś powiedzieć…", po czym zawiesiwszy głos, czeka na reakcję (następuje odwrócenie się od okna i zbliżenie kamery).

Znamy wszyscy banalne i wyświechtane zdanie o tym, że mamy dwoje uszu, a jedne usta po to, by więcej słuchać, a mniej mówić, ale – biologicznie rzecz ujmując – prawdopodobnie z tymi uszami chodziło po prostu o to, by słyszeć niebezpieczeństwo i móc umknąć na czas. A dwoje ust to byłby tylko kłopot anatomiczny. Czyli taka budowa umożliwiała naszym przodkom przetrwanie.

***

Tak sobie myślę, że jeśli zapominam, co miałam powiedzieć, to przecież nic wielkiego się nie dzieje. W końcu nieczęsto nachodzą nas myśli, które zmieniają oblicze świata.

Trzeba umieć odpuścić. Ważyć słowa – które warto wypowiedzieć, a które lepiej zachować w niebycie. Więcej analizować, mniej strzelać na oślep. A poza tym… jak mi się w końcu przypomni, mogę zawsze napisać tutaj. Na szczęście blogowanie nikomu nie wchodzi w słowo.

Kto to jest święty?

Dzień Wszystkich Świętych sprzyja rozmyślaniu na temat świętości w ogóle. Temat to ważny i złożony, powstało na ten temat wiele książek i artykułów. Chciałabym poruszyć kilka ważnych dla mnie aspektów i zebrać w jednym wpisie różne myśli pałętające się w głowie od wczoraj.

Zacznijmy od definicji, czyli od początku. Święty według nauki Kościoła katolickiego i prawosławnego to osoba, która poszła do nieba i tam oręduje za nami nieborakami, którzy zostaliśmy jeszcze na ziemi. To wzór do naśladowania i przykład życia blisko Boga. Protestanci odrzucili naukę o orędownictwie świętych, mając na uwadze tekst z Pisma Świętego o tym, że to Jezus jest jedynym pośrednikiem (o, ten).

Wszyscy są święci?

Mój kuzyn powtarza, że dzień Wszystkich Świętych to radosne święto nas wszystkich. Zapewne nawiązuje tu do tradycji pierwszych chrześcijan, bowiem w I w. n.e. świętym nazywano każdego członka gminy chrześcijańskiej. Więc sąsiad na agapie już mógł być nazwany świętym, chociaż może przyszedł trochę za bardzo pod wpływem wina (por. 1 Kor 11, 17-20). Tak więc świętym jest każdy ze wspólnoty, wierzący w Chrystusa i przezeń zbawiony.

Czasem mówi się też o tym, że ktoś umarł w opinii świętości. Cóż, zapewne to jest chwalebna rekomendacja, tyle że opinia świętości zmieniała się bardzo od czasów Jezusa do dziś.

Święty dawniej

Średniowiecze dodało świętym różne brzemiona – wzorce parenetyczne głosiły, że aby osiągnąć bramy nieba, można np. wyrzec się swojego majątku, stracić zdrowie i unieszczęśliwić rodzinę, zamieszkać na odludziu, pościć przez okrągły rok, pozostać na zawsze dziewicą, włączając w to żony. No i nie wypadało śmiać się głośno, bo to nieprzyzwoite i w ogóle szatańskie. Maryja nigdy się nie uśmiechała, czytamy w apokryfach z tego czasu, a i uczeni mnisi z "Imienia róży" prowadzą debatę, czy Jezus się uśmiechał. Franciszkanie byli za, ale wiadomo, że święty Franciszek to jednak był wariat.

Bardzo często męczennicy niemal automatycznie byli uznawani za świętych. W końcu poświęcili swoje życie, by krzewić wiarę w Boga prawdziwego, wierzono. Mam wrażenie, że takie podejście stwarzało pole do nadużyć. Byle awanturnik, prowadzący życie łupieżczo-grabieżcze, w którymś momencie życia mógł zdecydować się na taką wyprawę, przy czym najmniej chodziłoby mu o Boga czy bliźniego.

Kawałek świętego

Od średniowiecza przez bujny kult barokowy przewijał się także temat relikwii. Tylko go tutaj delikatnie zaznaczę, bo zdaję sobie sprawę z złożoności tej kwestii.

Kult świętych miał wtedy [w średniowieczu] ogromne znaczenie w życiu państw i społeczeństw. Posiadanie przez władcę ważnych relikwii (łac. "resztki, szczątki"), czyli doczesnych szczątków zmarłych świętych lub przedmiotów należących do nich za życia, podnosiło automatycznie rangę monarchy i podkreślało świętość królewskiego urzędu.

Źródło: tutaj.

Natomiast barok bardzo pięknie traktował świętych – stawiał ołtarze, rzeźbił pomniki, czcił szczątki. W czasach kontrreformacji szczególnie podkreślano to, co odróżnia katolików od protestantów. Myślano sobie tak: oni nie uznają świętych, to my dalej! Tu relikwie, tu ołtarz boczny, tu rzeźba i posąg, tu skrzynka z palcem, a tu kawałek krzyża czy korony cierniowej. Oni mają skromne i niemal puste świątynie, to my dołóżmy jeszcze trochę złota i ze trzy aniołki.

Święty na miarę czasów

Po śmierci życiorys osoby, która "zmarła w opinii świętości", jest poddawany szczegółowym badaniom. Trzeba wykazać "heroiczność cnót" oraz wstawiennictwo, czyli jakiś cud za pośrednictwem właśnie tej osoby. Mam wrażenie, że święci tak ukazani nie mają możliwości bycia zwyczajnymi ludźmi.

Augustyn, Franciszek czy Wojciech dzisiaj chyba nieprędko zostaliby uznani za świętych. Augustyn i jego życie erotyczne, Franciszek – hipster, szpaner i bananowy chłopiec, po nawróceniu zachowywał się skandalicznie (publicznie rozebrał się do naga, grał na patykach jak na skrzypcach, wygłaszał do zwierząt homilie). Wojciech właściwie dał się zabić. Analiza jego kilku żywotów spisanych w średniowieczu ukazuje, jak to z ofermy potykającego się na schodach urósł do rangi męża świętego i roztropnego, misjonarza, który stawił czoła Prusakom. Takiego też patrona przyjęła Polska, taki patron na miarę czasów, niezłomna ostoja chrześcijaństwa.

Św. Józef w średniowiecznych przedstawieniach był obśmiewany jako niedołężny starzec i łamaga, który zupełnie nie orientuje się w sytuacji. Dopiero niedawno stał się patronem rodziny, opiekunem, wzorem mężczyzny. Maryja w średniowieczu przede wszystkim była rozmodlona i milcząca (zero uśmiechu), dziś podkreśla się jej praktyczność, gospodarność i zorganizowanie. Nie mamy zbyt wielu dowodów na to, jaka faktycznie była ta para. Twierdzę jednak, że zależnie od czasów i potrzeb podkreśla się czy nawet nieco nagina niektóre cechy czy fakty z życia tych osób. Czyli święty jako wzorzec to ciągle aktualne zapotrzebowanie.

Święty jak z obrazka

Idealizacja świętego dotyczy nie tylko uładzania jego życia, ale także wizerunku. Prym w tym wiodą obrazki kanonizacyjne, np. Jerzy Popiełuszko czy Teresa z Lisieux, której całkowicie zmieniono rysy twarzy. Dzisiejsze wybryki photoshopowe na okładkach pism to pikuś w porównaniu z niektórymi portretami świętych.

Święta dziewica, święta mężatka, święty patriota

Myślę, że Kościół Katolicki w przyznawaniu opinii świętości faworyzuje osoby duchowne i dziewice. Mówi się, że Jan Paweł II zmienił trochę tę tendencję, beatyfikując np. Joannę Berettę Mollę (dla mnie mimo wszystko dość kontrowersyjną) czy parę małżonków.

Świętość w różnych krajach powiązana jest też często z patriotyzmem, mimo że chrześcijaństwo samo w sobie jest apolityczne i generalnie panuje zasada, że "nasza ojczyzna jest w niebie". Mimo to obserwujemy takie zjawiska, jak kult św. Stanisława, którego szczątki według legendy zrosły się tak, jak zrosła się Polska po rozbiciu dzielnicowym, czy męczeństwo ks. Popiełuszki jako ważny składnik solidarności Polaków.

Opinia świętości

Wspomniałam wcześniej, że opinia świętości jest zależna od czasów. Nie trzeba szukać daleko. Nasze babcie mają na pewno inny ideał świętości niż my. Generalnie chodzi o osobę żyjącą blisko Boga, ale to doświadczenie jest różnie rozumiane. Ja sama nieraz czuję zgrzyt, gdy spotykam osobę rozmodloną i deklarującą się jako wierzącą, która nie szanuje swoich bliskich i odnosi się pogardliwie do innych ludzi.

A gdyby tak zapytać siebie, czy znamy kogoś, kogo typujemy jako przyszłą osobę świętą? Kto według Ciebie pójdzie niemalże prosto do nieba? Kogo Bóg przyjmie bez wypełniania testu na świętość? Część osób wymieni mamę tatę czy teściów, część pomyśli o znajomej ciężko chorej osobie, która mimo to zachowuje pogodę i spokój ducha, część o takiej, która jest ewidentnie dobra i tą cechą kieruje się w codziennym obcowaniu z innymi. A kto jest świętym według Ciebie?

Cnota odkurzona

Nieodłącznym elementem życia chrześcijańskiego jest ciągłe dążenie do bycia lepszym, zalecenie pracy nad sobą i przeróżne tzw. ćwiczenia duchowe. Prócz regularnego uświadamiania sobie swoich niedoskonałości, grzechów, występków (ładne słowo), zaniedbań – należy zwracać uwagę na doskonalenie cnót (kolejne ładne słowo). Uważam, że jest to całkiem fair i sprytnie pomyślane.

cnota-odkurzona-ksiazki-jablko-designerpics

Cnota nie jest oczywiście wymysłem świata chrześcijańskiego, ale wychodząc ze starożytnych filozofii, wpasowała się w ów świat dość dobrze. Może teraz, w XXI w., jest jej niewygodnie, bo trochę ją skrzywdzono, zawężając znaczenie i jej sens, traktując ją z lekka pobłażliwie, z przymrużeniem oka, niepoważnie. Ale przez całe setki lat cnota trzymała się mocno.

Cnota filozofa i wojownika

W Grecji od czasów Platona arete nazywano doskonałość moralną. Cóż za wielkie słowa. Znacie kogoś, kto jest doskonały moralnie? Co to w ogóle znaczy? Konsekwentne kierowanie się wartościami, nawet wbrew przeciwnościom. Taki ktoś nie stanie się konformistą, bo mu tak pasuje w danej sytuacji.

Doskonałość moralna (łac. virtus) w starożytnym Rzymie jest, jak to w starożytnym Rzymie – związana z wojskiem i płcią męską, na co też wskazuje nazwa (vir to mąż, bohater, wojownik). Żołnierz rzymski musiał być mężny, szlachetny, skuteczny, a więc i pomysłowy.

Co ma cnota do śniegu

Renesans stworzył warunki do rozwoju gry pt. "Cnoty: Reaktywacja". To był czas powrotu do wartości antycznych i odkrycia cnót na nowo. Czas, kiedy Kochanowski i inni brali sobie za cel, by być takimi, jak dawni filozofowie: mieć w sobie stoicki spokój wbrew przeciwnościom; być opanowanym, gdy dzieje się dobrze, nie ulegać rozpaczy, gdy się nie udaje. A co za tym idzie – nie gniewać się na to, na co nie mamy wpływu. Na pewno nie zależy od nas pogoda oraz położenie Polski w danej strefie klimatycznej (czyli że zima przychodzi mniej więcej o tej samej porze i że przychodzi KAŻDEGO ROKU). Ile można było usłyszeć czy przeczytać negatywnych komentarzy na temat wczorajszego październikowego śniegu. Co to zmieni? Zdrowsze i bardziej roztropne byłoby zachowanie cnotliwej postawy – nie możesz tego zmienić? Przyjmij to ze spokojem.

Segregacja cnót

Warto przypomnieć podział, jaki stosuje się w pogańskim antyku i chrześcijańskim katechizmie. Otóż kardynalne, czyli główne, są cztery cnoty:

  1. umiarkowanie, czyli samokontrola, spokój i opanowanie siebie. Bez wywyższania się ani uniżania – człowiek umiarkowany zna swoje miejsce i swoją wartość;
  2. sprawiedliwość – bo tę cnotę zawsze warto mieć, jeśli tylko dzierżymy jakąś władzę (czy jesteśmy władcami, politykami, nauczycielami – zawsze w cenie jest bycie sprawiedliwym);
  3. roztropność rozumiana jako mądre i życiowe podejście;
  4. męstwo – odwaga, szlachetność, ale także pomysłowość. Człowiek cnotliwy nie może być sierotą i ofermą. Ma być przedsiębiorczy i energiczny, bardziej czynny niż bierny. Najlepiej, żeby jeszcze był pogodny i nie dał się pokonać przeciwnościom.

Dziś to wieloznaczne i wielobarwne słowo, niosące w sobie długą tradycję, zdewaluowało się i zawęziło swoje znaczenie do nienaruszonej błony w organizmie kobiety. Szkoda, bo pomieści dużo więcej.

***

W uporządkowaniu myśli pomógł mi ten artykuł oraz hasło w encyklopedii Epoki literackie PWN.

Fotografia stąd.

Wikt, opierunek… gościnność

Andrej-Rublëv-Holy-TrinityGdybym miała otwierać swój pensjonat, nazwałabym go "Wikt i opierunek". Te dwa urocze, staropolskie słowa, tworzące razem zgrane sformułowanie, oznaczają wszystko, czego człowiek potrzebuje w drodze: pożywienie (z łac. victus, stąd też piękne słowo "wiktuały") oraz możliwość uprania brudnych rzeczy (a także siebie, gdyby chcieć rozszerzyć pierwotne znaczenie). Gościnność: otworzenie drzwi przed wędrowcem, udostępnienie stołu i kranu. Gdy nie masz dachu nad głową – te dwie rzeczy są w zasadzie podstawowe, a więc bezcenne.

Jest w gościnności coś intymnego. Udostępnianie kawałka miejsca, które jest moje, dzielenie się moją przestrzenią, zapraszanie do niej – przybysz zobaczy, pomyśli sobie coś, wyciągnie wnioski, spodoba mu się albo nie (dlatego mamy często problem z niespodziewanymi gośćmi: co ktoś sobie o nas pomyśli, kiedy zobaczy bałagan albo nasz tryb życia). Przyjmowanie gości pociąga za sobą także zaproszenie do ich współuczestniczenia w życiu gospodarzy, tak na chwilę; przejęcie zwyczajów domowych, takich jak obiadokolacja czy późne pójście spać, po wspólnym obejrzeniu odcinka serialu.

Gościnność od dawna uznawana jest za cnotę i zasadę, którą należy zachowywać. Chrystus, uznawany przynajmniej teoretycznie za jednego z mentorów naszej kultury, nalegał na przyjmowanie przybyszów. W Biblii istnieje miasto ucieczki, miejsce bezpiecznego schronienia zbiegów i uciekinierów. Abraham goszczący troje ludzi (trzech aniołów, Trójcę świętą) to bardzo podniosły i znamienny fragment Starego Testamentu. W polskiej historii ta cecha jest stereotypowa i mitologiczna jednocześnie. Opowieści o tym, jak to pod groźbą zastrzelenia nie pozwalano wyruszyć gościom z domu szlachcica, zapieranie wrót, przymusowe tuczenie i opilstwo – są wręcz legendarne. Sama doświadczam podczas zjazdów rodzinnych, że gość nie może chodzić głodny ani nawet pomyśleć "coś bym kąsnął", a najlepiej niech w ogóle nie wstaje od stołu. To świadczy o otwarciu serca na bliźniego, o wielkiej trosce gospodyni i jej zaopiekowaniu każdej potrzeby. Często w nadmiarze.

Chyba jednak w polskiej gościnności kluczowe jest to, by przybysz należał do "swoich": tak samo był szlachcicem, członkiem rodziny, katolikiem, myślał podobnie. Problemem staje się przyjęcie kogoś "innego". Tych się boimy, bo nie wiemy, czego się po nich spodziewać. W tzw. debacie publicznej mieliśmy na to wiele dowodów ostatnimi czasy, nad poziomem dyskusji ubolewam do tej pory.

***

Podczas podróży zdarza się, że ktoś zaprasza mnie i mojego męża do siebie do domu, proponując posiłek, a czasem również nocleg (czyżbyśmy wyglądali na głodnych i bezdomnych?…). W Irlandii była to angielsko-duńska para, w Szwecji pewna niezwykle serdeczna kobieta w wieku naszych mam, w Armenii redaktorka i właścicielka stołecznej gazety. Za każdym razem jest to dla mnie zadziwiające. Przecież ludzie generalnie boją się obcych, są ostrożni – w końcu oglądają wiadomości. Nieznajomi goście mogą być złodziejami i mordercami, gwałcicielami, porywaczami, mogą zarazić wszami i zużyć całą pastę do zębów. A tu ktoś dzielnie wyłamuje się z tego schematu i zaprasza do siebie na noc dwóch wędrowców z plecakami.

Po takich doświadczeniach lubię myśleć o ludziach, że są z zasady życzliwi i otwarci (patrz: prężna działalność stron typu hospitality czy couchsurfing, przyjmowanie pielgrzymów etc.), tylko trzeba im stworzyć okazję ku temu. Nie zaproponujemy gościny osobie, która zarezerwowała noclegi w hotelu czy pensjonacie. Natomiast człowiek z namiotem pod pachą i dobytkiem na plecach stwarza możliwość i daje przyzwolenie: możesz mnie zaprosić do domu, będę się cieszył i spróbuję się odwdzięczyć, jak nie Tobie, to innym, których spotkam. Lubię wierzyć, że życzliwość jest zaraźliwa.

Sama nieraz zastanawiałam się, czy na miejscu tych ludzi zaproponowałabym wieczerzę i nocleg podróżnikowi, którego znam od kwadransa. Musiałabym zdać się na pierwsze wrażenie i zaufać od razu. Ale to nie jest proste – czy umiałabym otworzyć drzwi swojego skromnego domostwa, by komuś pomóc i udzielić mu schronienia (z nakarmieniem nie mam problemu, bo lubię dawać ludziom jedzenie. Zwykle przed czyjąś wizytą nie myślę o sprzątaniu, tylko przede wszystkim o jadłospisie). Chciałabym okazać się w takiej sytuacji po prostu ludzka.

Ikona stąd.