W przyjaźni warto być kotem

Siedzimy u przyjaciół, którzy mają dwa koty: mniej nieufnego czarnego i bardziej nieufnego białego. Oba zachowują się z rezerwą i brawurowo lekceważą gości, ale biały potrafi jeszcze na nich prychać.
Aż tu nagle przychodzi biały kot.
Siada blisko, za blisko, żeby to był przypadek.
Patrzy na mnie, ponieważ chce zostać pogłaskany. To jedyny racjonalny powód.

Może w przyjaźni bardziej chodzi o to, by być takim kotem, myślę.
Może powinnam przychodzić z komunikatem: „Potrzebuję Twojej uwagi i troski. Potrzebuję wysłuchania. Potrzebuję pociechy, Twojego towarzyszenia”.
Kot potrafi to zakomunikować spojrzeniem i bliskością. Człowiek, niby bardziej komunikatywny, a czasem się czai i nie potrafi.
Wychodzenie do ludzi, odzywanie się, konkret „Kiedy się spotkamy?”, zainteresowanie i pokazanie, że jestem ciekawa, co u ciebie – to wysiłek, który przynosi owoce, wzmacnia więź.

***

Z jednej strony owszem.
Z drugiej – dobrze też od czasu do czasu usłyszeć to pytanie  „Co u Ciebie?” i dostać propozycję spotkania. Albo zostać zaproszonym na kawę, a nie tylko za każdym razem samemu musieć o sobie przypominać. Przyjaźń chyba zakłada taką równowagę propozycji.

Czasem robię taki eksperyment na ludziach, którzy mówili standardowe: „Musimy się koniecznie spotkać”, a ja pytam: „Dobrze, kiedy?”. Sprawdzam, czy zaproponowali jakiś termin. Jeśli mówili, że odezwą się po Wielkanocy, to czy się odezwali. Czy osoby, z którymi się dobrze pracowało, w ogóle mają potrzebę widywania się ze mną, zaaranżowanego kontaktu, czy sami wyjdą z inicjatywą. Czy zechcą poświęcić mi godzinę ze swojego popołudnia. Niektórzy nie mają takiej potrzeby.
I mają do tego prawo.
Ja muszę to uszanować (więcej, ja to doskonale rozumiem).

Kot pogłaskany czy niepogłaskany, i tak odchodzi.

59-Kilkenny, kot

Kot z Kilkenny też tak uważa (fot. M. Bieniek).

Czy masz swoją grupę wsparcia?

Kiedy zirytuje mnie praca i mam wszystkiego dość. Kiedy odważam się i robię jakąś szaloną i przełomową rzecz. Pierwszy raz. Kiedy dostaję długo wyczekiwany mail, pozytywną odpowiedź, propozycję współpracy. Kiedy dostaję długo wyczekiwany mail z informacją, że współpracy jednak nie będzie. Kiedy jestem rozczarowana aż do łez. Kiedy entuzjazm i ekscytacja rozsadzają mnie od środka.

Nie jestem z tym sama.

Mam kogoś, komu o tym opowiem, napiszę, zadzwonię. Kto się ze mną ucieszy i ze mną posmuci, a potem doda otuchy. Kto zobaczy jakieś wyjście. Kto napisze, że jest ze mnie dumny.

Mam moją grupę wsparcia.

Najpierw myślałam sobie, że nie będę się z nikim dzielić swoimi planami i zamierzeniami, bo jak coś nie wyjdzie, to będę musiała się tłumaczyć i patrzeć na reakcje – w oczach słabo skrywane rozczarowanie, na ustach żal, współczucie i słowa pocieszania. Myślałam sobie, że po co mi to. I tak będę rozczarowana sobą. Nie chcę rozczarować wszystkich dookoła swoją porażką (bo na porażkę zawsze trzeba być przygotowanym).

Potem przekonałam się, że skoro można podzielić się radością i sukcesem, to można też porażką i że to tak bardzo nie boli. Można wspólnie pokonywać kolejne przeszkody i mieć niezły doping (to słowo nie zawsze ma negatywne konotacje).

To ciekawe. Niby czuję się samotnikiem, a niemal nigdy nie czuję się samotna.

O czym myślisz przed snem?

Idziemy spać. Łatwo powiedzieć.

Kładziesz się do łóżka, gasisz światło, próbujesz spać. Morfeusz zasnął prędzej niż Ty. Senne owce przeskakujące przez nieistniejący płot potykają się o wyimaginowane sztachetki.

Czymś trzeba zająć myśli. Niektórzy pozwalają myślom płynąć. Strumień świadomości zamienia się w rzekę nieświadomości, niosącą ze sobą urwane zdania, usłyszane fragmenty, pojedyncze słowa i w końcu już tylko skrawki.

Inni uprawiają masochizm, myśląc o pracy. Zresztą – to, co mam do zrobienia jutro albo co się wydarzyło dzisiaj, czasem przychodzi samo i nie chce odejść. Pracowe zmory chcą zmęczyć i popsuć jeszcze te ostatnie chwile dnia.

Są też ludzie, którzy próbują omijać ten krępujący moment. Boją się spojrzeć swoim myślom w twarz. Tak więc leżąc w łóżku, jeszcze coś oglądają, czytają, przeglądają do ostatniej chwili, aż do opuszczenia powiek, gaszą światło już w stanie półsnu – żeby tylko nie zostać z myślami sam na sam.

Ja myślę o ubraniach.

Tak, zgadzam się ze wszystkimi zarzutami. Próżność kobieca, marność, głupoty w głowie, myśli nieadekwatne do wieku – co by nie mówić – balzakowskiego. Nie rozwiązuję wielkich zagadek ludzkości ani nie rozważam natury świata, nie ćwiczę słówek obcych, nie uprawiam filozoficznych dywagacji. Nie i już. Nie przed snem.

Ale właściwie czego tu się wstydzić? Są całe gazety o ubraniach. Są książki o organizacji szafy i szukaniu stylu, są blogi ze zdjęciami, na których można obejrzeć, jak ktoś się ubrał dziś, a jak ubierze się jutro. Trzy czwarte Pinteresta to ciuchy, stylizacje i outfity.

To i ja, dla przyjemności, mogę sobie pomyśleć przed snem o ubraniach.

Kiedy wymyślę zestaw na następny dzień, przychodzi spokój i zadowolenie. Znalazłam. Ostatni problem tego dnia został rozwiązany. Ostatni element układanki wskoczył na miejsce. Można zasypiać.

Praca w domu a praca z ludźmi

Kiedy skończyłam studia, chciałam być korektorką – po pierwsze dlatego, żeby móc pracować w domu, po drugie, bo to praca z tekstem.

Ależ ta wizja pracy w domu była kusząca i bezpieczna… Nie chciałam się z nikim spotykać, wolałam wysyłać zlecenia przez internet i takoż kontaktować się ze zleceniodawcą. Albo najlepiej nie kontaktować się z nikim. Bez konfrontacji, bez poznawania się, kompromisów, odsłaniania mojej słabości czy niewiedzy. Przeżywanie porażek w samotności, suche rozmowy z bezdusznym mailem.

***

W sumie wyszło mi na dobre, że zaczęłam pracę z ludźmi. Wieloma naraz. Dla introwertyczki to było niezłe wyzwanie.

Ale dzięki temu miałam szczęście poznać wielu świetnych ludzi. Mądre i zabawne dziewczyny w różnym wieku. Rozsądni przyjaciele, których rady pamiętam do dziś. Kobiety tak silne i pełne mocy, że mogłam je obserwować z otwartą buzią, a potem próbować zaczerpnąć od nich trochę tej siły. Kobiety pełne delikatności.

Błysk w oku i szelmowski uśmiech, wspólne przeżywanie wydarzeń, wyjazdów, przygód. Dzielenie się zmartwieniami, radościami, niepokojami i planami. Inspiracje – wspólne wymyślanie i wprowadzanie w życie. Wykpienie zmartwień, nieprawdopodobne anegdoty i wspomnienia. Snucie opowieści. Pogaduchy w wielkim międzyczasie.

To wszystko znam z pracy z ludźmi. Tego się nie da zastąpić relacją z komputerem.

Tove - Włóczykij Mi i mumin

(Nawet samotny Włóczykij miał swoich Bliskich; fot. Pinterest)

 

O zbyt długim czekaniu

Zbyt długo wyczekiwane przyjemności już tak nie cieszą. Albo może inaczej – cieszą pro forma, racjonalnie i trochę z obowiązku.

Wczoraj przed snem wpadłam na fantastyczny pomysł, świetne posunięcie w mojej karierze, stanowcze zbliżenie się do pracy marzeń, poczucie świeżego twórczego powiewu. Nawet nie mogłam zasnąć (a jak wiemy, ze snem akurat nie mam najmniejszych problemów).
Dzisiaj od rana zrobiłam dwadzieścia notatek w Wunderliście, w których zawarłam wszystkie szczegóły. Pomysł pęcznieje w głowie jak drożdżowy zaczyn w kubeczku. Coraz bardziej się zapalam, emocjonuję, coraz więcej kwestii się klaruje. Jest pięknie. Dobry pomysł nie trafia się codziennie. Wyrywam się z marazmu i przygnębienia, znowu mam cel w życiu.

A ponieważ mój pomysł wymaga współpracy z pewną instytucją i różnymi Ważnymi Ludźmi, piszę do jednej takiej znajomej Osoby z propozycją nie do odrzucenia.
I czekam. Ona nie odbiera, nie odpisuje.
Nie daje odpowiedzi.
Kolejne godziny czekania.
Cała jestem czekaniem.
Po kilku godzinach emocje zdążą opaść, a wewnętrzny krytyk popastwi się nad fantastycznym pomysłem, do głosu dojdą różne wątpliwości i wahania. Jeśli jeszcze będę się z tego cieszyła, to moja radość stanie się powściągliwa, wyważona. Jeśli ta Ważna Osoba zgodzi się na propozycję, może nawet się tak bardzo nie podekscytuję, bo te wszystkie emocje i ekscytacje już się przeterminowały. Miały zbyt krótki termin ważności.

***

Wysłałam kiedyś fragment mojej książki do wydawnictw. Po jakimś czasie przyszedł mail z prośbą o przesłanie całego tekstu. Gdy dostałam tę wiadomość, ciśnienie krwi podniosło się do dwustu dwudziestu, ja z wypiekami na twarzy i bijącym wściekle sercem obdzwoniłam bliskich, napisałam do jeszcze kilku wtajemniczonych, a potem zaczęło się czekanie na odpowiedź. To było w lipcu. W listopadzie jeszcze nie zdecydowali. Zdążyłam przejść przez etap nachalnego przypominania o sobie i pukania do drzwi, zniechęcenia, żalu, smutku, upokorzenia i wreszcie zapomnienia. Krótko mówiąc, postawiłam krzyżyk na tym projekcie.

To trochę tak, jak marzyć o czymś i dostać to kilka lat później. Nie zawsze to cieszy tak samo. Czasem z marzeń się wyrasta, a czasem po prostu człowiek już nie wytrzymuje się napięcia czekania i daje sobie spokój.

Wypaleni

Co się dzieje z ludźmi wypalonymi? Czy egzystują gdzieś wśród nas jak kulawe sprzęty? Wypalone główki zapałek?

Wypaleni żyją z przetrąconymi marzeniami i kręgosłupami. Ze straconymi ideałami. Oczy zapomniały o niegdysiejszym blasku.
Wypaleni prowadzą życie duchowych zombie. Ich codzienną przyprawą jest gorycz(ka), a wyraz „porażka” w ich ustach nie jest bynajmniej zdrobnieniem.
Pozbyli się złudzeń, a przy okazji również stracili nadzieję.

Wypalenie zawodowe, wypalenie prywatne, spalanie się w działaniu, walce czy staraniach. Ktoś się stara za bardzo i przeżywa za bardzo, a to go niszczy. Skoro organizuje się warsztaty chroniące przed wypaleniem, więc to znaczy, że trzeba się starać, by się nie dać temu żywiołowi, który pochłania i pożera.

Czasem mam wrażenie, że otaczają nas sami wypaleni, zmęczeni i rozczarowani. I tylko czasem można u nich zobaczyć tę iskrę w oku, ale trzeba starannie ją podtrzymać, by nie zgasła.

Magazyn spóźnionych ripost

Nie będę oryginalna. Nie tylko ja mam z tym problem. Riposty wymyślone po czasie, bo najpierw mnie zatkało i nie wiedziałam, co powiedzieć.

Sporo wpisów powstało po rozmowie, po usłyszeniu czyjegoś zdania, po kilkudniowym przemyśleniu sprawy. Na przykład ten o dbaniu o siebie, o tym, że każdego można kupić czy że mam nudne życie.

Ostatnio na przykład rozmawiałam z kimś o tym, że dużo chodzę pieszo. Mam swoje powody – jest ekologicznie (dlaczego nikt mi nie wierzy, że stan środowiska jest dla mnie naprawdę ważny?), chcę mieć codzienną dawkę ruchu i dbać o kondycję, nie mam zamiaru szukać miejsc parkingowych czy stać w korkach. A moja rozmówczyni na to: „Teraz tak mówisz, ale zobaczysz za kilka lat. Przestanie Ci się chcieć. Zobaczysz, zobaczysz…”

Jak ja nie lubię tego proroczego „Zobaczysz, zobaczysz…”. Orędownicy prawd, że jak się ma 30 lat, to się chce, a jak się ma 40, to już nie.

Ale ja sobie przyznałam prawo, żeby nie słuchać cudzych rad i nie próbować żyć według nich. Mam prawo uczyć się na swoich błędach, podejmować swoje decyzje i patrzeć, co się stanie. Mam wreszcie prawo zmieniać zdanie, kiedy ja o tym zdecyduję. Dochodzić do wniosków w swoim czasie. Dojrzewać do zmian. To mają być zmiany w moim życiu i przede wszystkim mnie dotyczą. Nie muszę nikogo zadowalać. Nie muszę żyć pod czyjeś dyktando.

To dla mnie wielka ulga – przyznać sobie prawo do błędów i porażek, a przede wszystkim dać sobie czas.

A to, że nie jestem tak prędka w ripostach, ma swoje dobre strony. Na przykład jest pretekstem do kolejnego wpisu.

time to grow

(Grafika z tej strony dzięki uprzejmości Julity Michalskiej)

Ponure myśli ze skrzynki odbiorczej

Nie tak całkiem dawno zdałam sobie sprawę, że nikt już nie pisze do mnie maili. Od jakiegoś czasu dostaję same wiadomości z wydawnictw oferujących podręczniki dla nauczycieli, zawiadomienia z paczkomatu i newslettery. Po przeglądzie mojej smutnej korespondencji wnoszę, że chyba muszę być bardzo samotna.

***

Dostałam mailem zawiadomienie, że wygrałam konkurs. Poszłam na spektakl, napisałam recenzję, zajęłam pierwsze miejsce i chyba dostanę bilet na następny spektakl – mam nadzieję. W końcu taka była stawka.

Tak bardzo bałam się, że znowu nic nie wygram. Tak bardzo się nie nastawiałam, że nawet się jeszcze nie cieszę. Napisałam do kilku najbardziej pozytywnych osób w moim otoczeniu, żeby ucieszyły się za mnie. Żeby mnie zaraziły tym ucieszeniem.

Przemknęła mi przez głowę myśl, że może mój tekst po prostu nie miał konkurencji i tylko dlatego wygrał. Tak jakbym nie mogła sobie powiedzieć, że był (chociaż) niezły.

***

Od stycznia wysyłam moją książkę do wydawnictw i czekam na odpowiedź. Pusta skrzynka odbiorcza to i w tym przypadku oznaka porażki.

Kiedy przestajemy się zaprzyjaźniać?

Przyjaciółka z podstawówki – dziś dobra koleżanka, zajęta swoimi sprawami. Gdy przychodzę do niej pogadać, obok siada jej mąż i też chce. Tak jakby nie rozumiał, co to znaczy babskie gadanie.
Lokatorka w akademiku, bliska przyjaciółka, bratnia dusza – nieporozumienie, rozczarowanie, koniec przyjaźni, koniec kontaktu, zdawkowe przywitanie przy spotkaniu. Zgrzyt.
Przyjaciółka od spraw sercowych, od kłopotów i lęków – dziś zabiegana mama gromadki dzieci, rzadko odpisująca, rzadko inicjująca kontakt. Wiadomo.
Kiedy jest czas na zaprzyjaźnianie? W szkole i na studiach? Czy wtedy jesteśmy najbardziej otwarci na nowe znajomości? Czy jeszcze wtedy ufamy i wierzymy, że to na zawsze?

***

Ja już się nie zaprzyjaźniam, myślałam sobie niedawno z pewną beznadzieją. Nie wychodzi mi to. Zadzierżgnęłam więź z kilkoma najbliższymi mi osobami i tyle. Koniec. Nic więcej się nie zdarzy. Żadnej więcej bliskości z kimś spoza tego kręgu.
Są ludzie, z którymi mogłabym się zaprzyjaźnić, bo myślę, że mamy podobne spojrzenie na świat, poczucie humoru aż do sarkazmu, że po prostu byśmy się dogadali. Ale te osoby nawet nie wiedzą o moim pragnieniu. Ludzie, z którymi zaiskrzyło, ale nie było okazji lub wystarczającej chęci, by to pociągnąć, pogłębić. Znam sporo ludzi, z którymi mogłoby coś wyjść. Ale nie wyszło.

***

Od lat jestem w stałym związku przyjaźni. Pierwsze zauroczenia, kryzysy, oddalenia i zbliżania, ważne momenty. Wspólne przeżycia.
Przyjaźń to inwestycja. Poświęcasz czas, dzielisz się swoim życiem. Dajesz, bierzesz. Naprawiasz, coś popsuł, przepraszasz i przebaczasz. Rozumiesz bez słów i czytasz między wierszami. A jak nie, to zawsze możesz dopytać, czy dobrze interpretujesz.

***

Może już się nie zaprzyjaźniam, ale na nowo odkrywam przyjemność poznawania nowych ludzi. Poszłam na ściankę, gdzie co zajęcia ktoś inny mnie asekuruje. Poszłam na spotkanie kobiet, gdzie uczymy się przemawiania i mówienia bez przygotowania. Jadę na wycieczkę, idę na spacer, na zakupy, na wschód słońca w towarzystwie.

Świadomie wchodzę w relacje z kimś, kto mnie inspiruje. Chcę się spotykać, chcę doświadczać, chcę czerpać z mądrości, piękności i twórczości innych ludzi (ostatnio wyjątkowo często spotykam takie osoby). Jak na introwertyka to bardzo dużo.

A jak Wy myślicie? Czy po trzydziestce można się z kimś zaprzyjaźnić?

Ciało współczujące

Co jakiś czas wraca do mnie temat ciała i ten tytuł, wymyślony pół roku temu. Nieraz bolące ciało daje znać: napisz o mnie.

Bolę

Ciało jest jednym wielkim mięśniem współczującym. Towarzyszy nam w codzienności, zwraca się ku nam z czułością i uwagą, wiernie służy. Czasem po wielkim wysiłku fizycznym myślę sobie: cała bolę. To nie ciało mnie boli. To ja sama. Dawniej może powiedziałoby się: „boleję” lub „ubolewam”, ale one chyba jednak znaczą coś trochę innego.

Podobno to, co w głowie, to i w ciele. Gdy w mojej głowie miesi się i kotłuje trudny temat, ramiona spinają się, a żołądek zwija się w pięść. Czasem można i gorączki dostać z tego całego zmartwienia. Emocje łupią w głowie razem ze wzburzonymi strugami krwi w zakolach tętnic. Albo klatka piersiowa zapada się ciężko i trudno się wtedy oddycha, jak z kamieniem na żebrach.

Ciało – ja

Jesteś swoim ciałem. Niektórzy się zadręczają (czasem chciałabym zapytać: czy głodziłabyś kogoś albo czy mówiłabyś o kimś, że jest gruby i obleśny? Więc dlaczego na litość boską robisz to sobie?). Niektórzy nie dbają, bo po co, ostentacyjnie lekceważąc sprawy ciała, przecież są ważniejsze rzeczy, wznioślejsze. Ciało się odwdzięcza… albo mści. Choruje albo niedomaga. Staje się słabe i kruche. Paznokcie, włosy, stan skóry, rozrzedzona krew, niepokojące sygnały.

Pisałam kiedyś o tym, jak ciało boli korektora. Boli też nauczyciela, dźwigającego po pierwsze stres początkującego, a prócz tego podręczniki, materiały, kserówki, testy i różne inne niezbędności w taszczonej torbie. A także prowiant i napitek na cały dzień. Bo przecież gardło i brak śliny. Prowiant można ruszyć dopiero po skończonych lekcjach, brzuch burczy zawsze w środku lekcji, a wtedy nie wypada wgryźć się łapczywie w kanapkę. Żołądek odzywa się z jękiem zawodu.

Nauczyciel perypatetyk odczuwa łydki i stopy.

Zdarzyło mi się, że ciało się rozgorączkowało, bo na głowę spadło o wiele za wiele. Bo ciało współodczuwa.

Podmiot i przedmiot

Czytałam niedawno książkę o ekspresji ciała. Jak reaguje na śpiew, na poezję, jak ciało się kurczy i odbiera bodźce. Jak się spina, jak się otwiera lub zamyka. Jak bardzo jest tożsame z uczuciami, jak wsłuchanie się w nie dużo mówi o nas samych.

body landscape

(Fot. Mariusz Bieniek)

Zdarza się, że wraz z moim ciałem czuję się jak przedmiot, obiekt do fotografowania. Chwilowe uprzedmiotowienie, na które się zgadzam, trochę z ufności, trochę z ciekawości, trochę dlatego, że mam nadzieję być częścią czegoś ważnego. Jak to jest – na czyjeś słowo zastygać, napinać mięśnie aż do drżenia, pokazywać bez wstydu wystające żyły, zakazane fałdki, swoją obłość, tętnice jak struny. Zesztywniały kark i oko, które ciut za długo czeka na mrugnięcie.

Pozowanie jako cichy akt oddania swojej decyzyjności.

Pozowanie jako odsłonięcie niedoskonałości i ograniczeń.

Obrażenia ciała

Miałam kiedyś zajęcia z ruchu rozwijającego Weroniki Sherborne. Jedne z najgorszych, jakie pamiętam. Nie że nudne, wręcz przeciwnie, bo wbiły mi się w pamięć. Polecono nam, żebyśmy dotykali się plecami i starali się dopasować, sprawdzić, z kim nam dobrze się dotyka, z kim czujemy się dobrze – a wiadomo, jak masz się dotykać z kimś plecami, to niestety czujesz jego pośladki.

Okropne, dojmujące doświadczenie. Moje ciało – moje granice. Nie chciałam tego tak samo, jak nie lubię pocałunków na przywitanie albo przytulania z kompletnie obcymi mi ludźmi.

Bardzo silnie strzeżone terytorium. Zdarzało mi się strząsać niechciane ręce z szyi, z pośladków, z karku. Noli me tangere, świnio. Zabieraj łapy.

Ciało może być obrażone nie tylko wtedy, gdy leje się krew.

1 2 3