Dziadek

Tydzień temu zmarł mi dziadek.
Specjalnie napisałam, że zmarł mi. To moja osobista strata, moja prywatna pustka i dziura.
Wiem, że tak samo może powiedzieć i pewnie powie liczna gromada jego wnuków i prawnuków.
Dziadek zawsze był.

Miał 97 lat.
Jeszcze w tym roku porąbał sobie drwa na zimę.
Jeszcze miesiąc temu widziałam u niego ten szelmowski błysk w oku i Boże, jak mi tego będzie brakowało.

Nauka brzydkiego spojrzenia

Jeśli ktoś był wychowywany przez rodziców, społeczeństwo patriarchalne i kościół katolicki na miłą, grzeczną, potulną osobę, to w życiu dorosłym może mieć problem w sytuacjach, w których chciałoby się komuś powiedzieć: "Spierdalaj", ale jakoś nie bardzo wypada.

W takich sytuacjach z pomocą przychodzi brzydkie spojrzenie.

***

Brzydkiego spojrzenia nauczyłam się mimochodem od koleżanki z pracy, która zawierała w nim cudowną mieszankę chłodu, pogardy, poczucia wyższości i niewerbalnego komunikatu: "Lepiej się do mnie nie zbliżaj".

Mierzenie kogoś od góry do dołu, zimna, kamienna twarz, absolutny brak uśmiechu, zmrużenie oczu, przetrzymanie spojrzenia odrobinę za długo – ot, tyle, by ktoś poczuł się niekomfortowo… Repertuar jest bogaty, dostosowany do potrzeb i kalibru.

***

Brzydkie spojrzenie to jest nasza pierwsza i często jedyna broń. Jak gaz pieprzowy – wiadomo, że nie rozpylamy na oślep, wobec wszystkich, których znamy i którzy nas otaczają. Używamy tylko wobec tych, którzy chcą nam zrobić krzywdę. Których się boimy. W sytuacjach niekomfortowych. Jeśli ktoś sprawia, że czuję się niekomfortowo, mogę odpowiedzieć tym samym. Bez agresji słownej, bez popadania w konflikt, bez tłumaczenia, proszenia, krzyku.

Po prostu patrzę.

Kiedy idę w spódniczce obok ekipy robotników.
Kiedy ewidentnie ktoś chce mnie zaczepić, a ja nie chcę być zaczepiana.
Kiedy ktoś ma jakiś niecny cel wobec mnie.
Kiedy ktoś jest bezczelny, arogancki, podstępny, chamski, wredny.
Kiedy przekracza moje granice.

To broń, której się używa, kiedy musimy się obronić, ale nie zostałyśmy zaopatrzone w jakiekolwiek inne narzędzia.

***

Brzydkie spojrzenie to narzędzie samoobrony. Na zewnątrz bitchface, a sercu trwoga. Tak bywa. Tak naprawdę to jest zachowanie bezpiecznego dystansu, bym nie ucierpiała w sytuacji zagrożenia. Jak taśma ochronna, jak wypustki dla niewidomych na brzegu chodnika – przed jezdnią czy torem pociągu, metra, czegokolwiek. Ostrzeżenie.

Wiadomo, że serdeczność, uśmiech i życzliwość pomagają w życiu i sprawiają, że świat jest lepszy, ale czasem potrzebny i znaczający jest właśnie brak uśmiechu.
Nie wszyscy ludzie są dla nas mili i chcą dla nas dobrze.
Im bardzo przyda się trzymanie na dystans.

Dla takich ludzi i ich brzydkich zamiarów mam właśnie moje brzydkie spojrzenie.

35 myśli na 35-lecie

Mam dzisiaj urodziny. Wymyśliłam więc 35 myśli na 35-lecie, trochę podsumowanie, trochę spis luźnych refleksji. Pomysł nie jest oryginalny, ale to trochę jak z opowieściami. Każdy ma swoją opowieść i swój sposób jej przedstawienia, nawet jeśli jest to kolejna historia o miłości, śmierci i szukaniu siebie.
U mnie będzie po prostu o byciu trzydziestopięciolatką.

  1. 35 lat to już jakby połowa życia. Albo nawet po połowie. Nie spodziewam się długiego żywota. Mogę umrzeć koło sześćdziesiątki jak moja babcia, mogę żyć do setki jak mój dziadek. Zdarzają się też wypadki i choroby, więc nie należy się na nic nastawiać.
  2. Tym bardziej nie należy odkładać życia „na emeryturę”. Chodzi o podejście, że na emeryturze przeczytam te wszystkie książki i obejrzę filmy, spełnię marzenia i tak dalej. Cóż, do emerytury ta kupka książek do przeczytania i filmów do obejrzenia może się zamienić w wielką górę.
  3. Po drugie – czy będę miała dobry wzrok i w ogóle taką możliwość, by to wszystko przeczytać i obejrzeć?
  4. Po trzecie, któż to wie, ile ta emerytura właściwie będzie wynosiła? Czy będzie mnie stać na kupno jakiegokolwiek dobra kultury?
  5. O marzenia należy walczyć. Zrobić coś, by je spełnić. I to szybko. W przeciwnym razie mogą się przeterminować.
  6. Jak śpiewała Edith Piaf: żyć tak, żeby nie żałować niczego. Co prawda życie mam dość nudne, ale idę konsekwentnie swoją drogą, swoimi ulubionymi, wydeptanymi ścieżkami, dobrze znam siebie i wiem, co mnie usatysfakcjonuje.
  7. Na przykład takie studiowanie. Nawet jeśli żałowałam pójścia na drugie studia i męczyłam się okropnie na zajęciach, które mnie niezbyt interesowały, to w ostatecznym rozrachunku właśnie te studia otwierały mi drogę do pracy. Więc teraz już ich nie żałuję.
  8. Przydała się również nauka greckiego i zachowany w portfelu gruziński bilet kolejowy. Zawsze pokazuję go na zajęciach z alfabetu. Zawsze robi wrażenie.
  9. Przełomowe momenty w moim życiu to przede wszystkim rozpoczęcie studiów i przeprowadzka do mojego obecnego miejsca zamieszkania. Przez pół Polski. Warto było. Miasto jest inspirujące, ludzie serdeczni, secesja i dookoła góry, czego chcieć więcej?
  10. Mam pozytywne podejście do świata. W ludziach widzę dobre intencje, jestem ufna (no dobra, nazwijmy to wprost: naiwna), narzekanie uważam za stratę czasu, nie chcę się denerwować, więc oglądam mało telewizji. Polecam takie podejście. Dobroduszne jak hobbit.
  11. No i najlepiej mieć pełną spiżarnię.
  12. Oraz od czasu do czasu jakieś przygody i podróże.
  13. Po trzydziestce, a już zwłaszcza po trzydziestce piątce, przestaje mi zależeć, by sprostać wszelkim wymaganiom. I dobrze, im szybciej, tym lepiej.
  14. Niektórzy ten bunt przeżywają w wieku lat piętnastu lub dwudziestu. U mnie to odbywa się powoli, metodycznie, w sposób przemyślany, ale dzięki temu nie ma ofiar w ludziach i relacjach.
  15. Miałam kiedyś potrzebę celebrowania urodzin, czucia się wyjątkowo. Obecnie marzę bardziej o wysypianiu się i wiośnie. Niech ta wiosna w końcu przyjdzie!
  16. Nie należy być wobec samego siebie zbyt wymagającym. Ani zbyt okrutnym. Uważam, że należy traktować się trochę jak dziecko, którym należy się opiekować, być wyrozumiałym i mówić mu miłe rzeczy.
  17. Mądre dbanie o siebie to jedna z lepszych rzeczy, jakie można dać swojemu ciału, to także sposób na poprawę samopoczucia. Im jesteśmy lepsi dla siebie, tym jesteśmy lepsi dla innych. Dlatego kupiłam sobie urodzinowy peeling bananowo-agrestowy. Teraz pachnę jak guma do żucia albo jak sałatka owocowa. Od razu mam lepszy humor.
  18. W tym wieku należy inwestować w kremy 30+ lub 35+, mówili. Z pewną obawą i lekkim obrzydzeniem wybrałam specyfik na bazie śluzu ślimaka, dermatolodzy się zachwycają, a ja w sumie to ostatnio jadłam omułki, a że trzeba być otwartym na nowe… Otworzyłam swój portfel i swoją głowę, oddałam swoją twarz domniemanej ślimaczanej dobroci. Niestety, poczułam, że ten ślimak przelazł mi przez twarz i pozostawił na niej niesmak, poczucie stężenia, ściągnięcia, dyskomfortu. Ślimaczy twarzowy eksperyment uważam za nieudany.
  19. Gubię rzęsy. Czy można być lekko łysawym na powiece? Łysiejącym wokół oczu?
  20. Zmarszczki wokół oczu bardzo lubię. Moja mama takie ma i to oznacza, że się dużo uśmiecha. Ja też zaczynam takie mieć i też się dużo uśmiecham. Jak się nie uśmiecham, to uczniowie czują się zaniepokojeni.
  21. Pracuję twarzą. Robię głupie miny, zdziwione oczy, unoszę albo marszczę brwi. To wszystko ma służyć sprawnej komunikacji niewerbalnej. O dziwo, na lekcjach jest to w mig odczytywane.
  22. Gdy patrzę na siebie sprzed dziesięciu lat (choćby na zdjęciach), to na pewno bym się dzisiaj nie polubiła.
  23. Jak będę już całkiem siwa, to obetnę włosy na krótko i przestanę farbować. Podziwiam starsze panie z białymi, krótkimi włosami. No chyba że osiwieję na siwo. Wtedy lipa, znowu trzeba będzie farbować.
  24. Gdy sobie uświadamiam, że coś się wydarzyło DWADZIEŚCIA PIĘĆ lat temu, to czuję się stara. Choć generalnie taka się nie czuję.
  25. Znana jest prawda, że mamy tyle lat, na ile się czujemy. Wiadomo, lepiej czuć się młodo i otaczać się ludźmi, którzy tak się czują. Dlatego chodzę w czerwonych trampkach (no, również dlatego, że po prostu mi się podobają).
  26. Znam czterdziesto- i pięćdziesięciolatków, który są tak młodzi duchem, spontaniczni, otwarci i radośni, że tylko pozazdrościć i brać przykład.
  27. Czytam obecnie Knausgarda i dziwię się, jak w wieku 39 lat można napisać ośmiotomową biografię. Ja bym swoje życie streściła w jakiejś nowelce.
  28. To kwestia skromności. Po prostu uważam, że nie ma sensu zawracać ludziom głowy nieciekawymi historiami z mojego życia. Moje nudne życie całkowicie mi odpowiada, ale nie wszystkich musi interesować.
  29. Najlepsze są niespodzianki i niespotykane prezenty. Do tej pory pamiętam, dostałam kiedyś wiersz.
  30. Dostałam też kiedyś ramkę na zdjęcie z rysunkiem i wyznaniem, że cała klasa mnie lubi, cała szkoła i całe miasto. Czy może być coś bardziej uroczego?
  31. W tym roku też dostałam laurkę. Były w niej życzenia niekończącej się biblioteki.
  32. Oryginalnym prezentem było drzewo. Obecnie jestem absolutnie zafiksowana na punkcie sadzenia drzew i uważam to za cudowne doświadczenie. W weekendy spokojnie mogłabym być leśnikiem.
  33. Jedna z milszych rzeczy, która mi się przydarzyła w życiu, to wieloletnia przyjaźń. To jest naprawdę fantastyczne – przez połowę życia znać kogoś, widzieć jego przemiany i mieć towarzysza w swoich.
  34. No i zawsze jest miło dostawać życzenia od tak bliskiej osoby. Ona zawsze wie, czego mi trzeba. Zawsze trafia w punkt.
  35. Myślę, że kiedyś jeszcze wymyślę sobie zawód. Jeszcze nie postanowiłam, kim będę, kiedy dorosnę.

_DSC9198_DxO

(Fot. Zosia LS)

Z romantyczności można się wyleczyć

Z romantyczności się wyrasta. Jeśli ktoś ma romantyczne podejście, to może się nielicho rozczarować, bo życie nie składa się tylko z westchnień, przytulania i patrzenia sobie w oczy.

O moim niegdysiejszym romantycznym podejściu do rzeczywistości przypomniałam sobie, gdy rozmawiałam z koleżanką na temat otrzymywania niespodziankowych prezentów.

Romantyzm prezentu-niespodzianki

Ktoś mnie zapytał wprost, co chcę dostać, a ja się przecież ucieszę z każdego upominku – powiedziała koleżanka – bo cieszy mnie samo to, że ten ktoś myślał nad tym, co mi kupić, szukał i myślał o mnie. Wolę niespodzianki.
Ja pomyślałam (i powiedziałam), że jeśli mam ograniczoną przestrzeń, to nie ucieszy mnie kolejny zestaw filiżanek. Owszem, ktoś może się jakikolwiek sposób dowiedzieć, co lubię i czego potrzebuję. Może mi nawet kupić skarpety (lubię skarpety, potrzebuję skarpet). Ok, lubię też kubki, ale nie potrzebuję kolejnego i nie mam na niego miejsca. Kupowanie sobie prezentu wymaga wrażliwości na potrzeby drugiej osoby, otwarcia się na nią. Może się okazać, że tak naprawdę się nie znamy. I trudno, zawsze można się poznać.

Cóż, wychodzi na to, że w moim przypadku radość z otrzymywania niespodzianek kończy się wtedy, gdy kończy się na nie miejsce na półce w pokoju na poddaszu. Albo kiedy prezent jest totalnie nietrafiony i po prostu się nie podoba. Wiem, wiem, mam udawać, że się cieszę, żeby darczyńcy nie było przykro. Mam przybrać fałszywą minę i ukryć moją prawdziwą reakcję w imię zachowania poprawnych relacji.

Romantyczne podejście do prezentów przegrywa z pragmatycznością. Konkretnie sprecyzowane potrzeby i mówienie o nich to przecież nic złego.

Romantyzm na szczycie i na dworcu

Po jakimś czasie (po trzydziestce?) wszelkie akcje typu pierwszy taniec, zaręczyny na szczycie, nad morzem czy przy blasku tęczy, zorzy, czegokolwiek – wydają się kiczowate. Tak samo jak wtórne są pomysły w stylu: oświadczyny podczas walentynek, romantycznej kolacji czy w przerwie meczu z relacją na telebimie. Tak jak kiczowate po jakimś czasie stają się na przykład zdjęcia ślubne, niestety. Głównie dlatego, że powielają schematy, które szybko stają się ograne.

Trudno być oryginalnym i nie popaść w śmieszność, bo wszelkie powtarzalne motywy trafiają do szuflady z napisem „Kicz”. Jedynym remedium wydaje się ich twórcze przetworzenie, puszczenie oka albo konsekwentne omijanie pułapek pod znakiem czerwonego serduszka.

Najgorzej jest w przypadku książek.

Książki, w których bohaterowie są zakochani, ale ze sobą nie rozmawiają, więc następuje obowiązkowa scena na dworcu kolejowym (prawda, że autobusowy nie byłby taki romantyczny?) – ukochana odjeżdża, on zostaje – czy będzie gonił pociąg? Czy wskoczy w ostatniej chwili? Szczerze mówiąc, nie obchodzi mnie to i nawet mi ich nie żal, skoro pozwolili swojemu karygodnemu brakowi komunikacji i niedopowiedzeniom zepsuć tę relację. Jeśli to miała być romantyczna scena do wzruszenia, to ja powiem: a idź pan z takim romantyzmem, który zamiast wyciskać łzy z oczu – denerwuje i zniesmacza.

Niedopowiedzenia dają radę w „Dumie i uprzedzeniu”, scena na dworcu – w „Annie Kareninie”. Naprawdę trudno prześcignąć te klasyki. Poza tym – czy nie lepiej otwarcie powiedzieć drugiej osobie, o co mi chodzi i czego oczekuję zamiast oczekiwać, że się domyśli?

Pomijam litościwym milczeniem oczekiwania romantyków, którzy nie żenili się ze swoimi ukochanymi, bo ukochana to jest od wzdychania, pisania wierszy i podziwiania z daleka, a ciąża i rodzenie dzieci, tycie, mdłości i rozstępy, płyny ustrojowe, a także pranie i sprzątanie to już raczej atrybuty i powinności żony (tu to przeczytałam). To przypomina tych wszystkich młodych chłopaków zniesmaczonych, że ich dziewczyna musi iść do toalety.

Kiedyś byłam bardziej romantyczna, teraz jestem praktyczna i mniej oczekująca. Chyba z takim podejściem lepiej mi się żyje.

W przyjaźni warto być kotem

Siedzimy u przyjaciół, którzy mają dwa koty: mniej nieufnego czarnego i bardziej nieufnego białego. Oba zachowują się z rezerwą i brawurowo lekceważą gości, ale biały potrafi jeszcze na nich prychać.
Aż tu nagle przychodzi biały kot.
Siada blisko, za blisko, żeby to był przypadek.
Patrzy na mnie, ponieważ chce zostać pogłaskany. To jedyny racjonalny powód.

Może w przyjaźni bardziej chodzi o to, by być takim kotem, myślę.
Może powinnam przychodzić z komunikatem: „Potrzebuję Twojej uwagi i troski. Potrzebuję wysłuchania. Potrzebuję pociechy, Twojego towarzyszenia”.
Kot potrafi to zakomunikować spojrzeniem i bliskością. Człowiek, niby bardziej komunikatywny, a czasem się czai i nie potrafi.
Wychodzenie do ludzi, odzywanie się, konkret „Kiedy się spotkamy?”, zainteresowanie i pokazanie, że jestem ciekawa, co u ciebie – to wysiłek, który przynosi owoce, wzmacnia więź.

***

Z jednej strony owszem.
Z drugiej – dobrze też od czasu do czasu usłyszeć to pytanie  „Co u Ciebie?” i dostać propozycję spotkania. Albo zostać zaproszonym na kawę, a nie tylko za każdym razem samemu musieć o sobie przypominać. Przyjaźń chyba zakłada taką równowagę propozycji.

Czasem robię taki eksperyment na ludziach, którzy mówili standardowe: „Musimy się koniecznie spotkać”, a ja pytam: „Dobrze, kiedy?”. Sprawdzam, czy zaproponowali jakiś termin. Jeśli mówili, że odezwą się po Wielkanocy, to czy się odezwali. Czy osoby, z którymi się dobrze pracowało, w ogóle mają potrzebę widywania się ze mną, zaaranżowanego kontaktu, czy sami wyjdą z inicjatywą. Czy zechcą poświęcić mi godzinę ze swojego popołudnia. Niektórzy nie mają takiej potrzeby.
I mają do tego prawo.
Ja muszę to uszanować (więcej, ja to doskonale rozumiem).

Kot pogłaskany czy niepogłaskany, i tak odchodzi.

59-Kilkenny, kot

Kot z Kilkenny też tak uważa (fot. M. Bieniek).

Czy masz swoją grupę wsparcia?

Kiedy zirytuje mnie praca i mam wszystkiego dość. Kiedy odważam się i robię jakąś szaloną i przełomową rzecz. Pierwszy raz. Kiedy dostaję długo wyczekiwany mail, pozytywną odpowiedź, propozycję współpracy. Kiedy dostaję długo wyczekiwany mail z informacją, że współpracy jednak nie będzie. Kiedy jestem rozczarowana aż do łez. Kiedy entuzjazm i ekscytacja rozsadzają mnie od środka.

Nie jestem z tym sama.

Mam kogoś, komu o tym opowiem, napiszę, zadzwonię. Kto się ze mną ucieszy i ze mną posmuci, a potem doda otuchy. Kto zobaczy jakieś wyjście. Kto napisze, że jest ze mnie dumny.

Mam moją grupę wsparcia.

Najpierw myślałam sobie, że nie będę się z nikim dzielić swoimi planami i zamierzeniami, bo jak coś nie wyjdzie, to będę musiała się tłumaczyć i patrzeć na reakcje – w oczach słabo skrywane rozczarowanie, na ustach żal, współczucie i słowa pocieszania. Myślałam sobie, że po co mi to. I tak będę rozczarowana sobą. Nie chcę rozczarować wszystkich dookoła swoją porażką (bo na porażkę zawsze trzeba być przygotowanym).

Potem przekonałam się, że skoro można podzielić się radością i sukcesem, to można też porażką i że to tak bardzo nie boli. Można wspólnie pokonywać kolejne przeszkody i mieć niezły doping (to słowo nie zawsze ma negatywne konotacje).

To ciekawe. Niby czuję się samotnikiem, a niemal nigdy nie czuję się samotna.

O czym myślisz przed snem?

Idziemy spać. Łatwo powiedzieć.

Kładziesz się do łóżka, gasisz światło, próbujesz spać. Morfeusz zasnął prędzej niż Ty. Senne owce przeskakujące przez nieistniejący płot potykają się o wyimaginowane sztachetki.

Czymś trzeba zająć myśli. Niektórzy pozwalają myślom płynąć. Strumień świadomości zamienia się w rzekę nieświadomości, niosącą ze sobą urwane zdania, usłyszane fragmenty, pojedyncze słowa i w końcu już tylko skrawki.

Inni uprawiają masochizm, myśląc o pracy. Zresztą – to, co mam do zrobienia jutro albo co się wydarzyło dzisiaj, czasem przychodzi samo i nie chce odejść. Pracowe zmory chcą zmęczyć i popsuć jeszcze te ostatnie chwile dnia.

Są też ludzie, którzy próbują omijać ten krępujący moment. Boją się spojrzeć swoim myślom w twarz. Tak więc leżąc w łóżku, jeszcze coś oglądają, czytają, przeglądają do ostatniej chwili, aż do opuszczenia powiek, gaszą światło już w stanie półsnu – żeby tylko nie zostać z myślami sam na sam.

Ja myślę o ubraniach.

Tak, zgadzam się ze wszystkimi zarzutami. Próżność kobieca, marność, głupoty w głowie, myśli nieadekwatne do wieku – co by nie mówić – balzakowskiego. Nie rozwiązuję wielkich zagadek ludzkości ani nie rozważam natury świata, nie ćwiczę słówek obcych, nie uprawiam filozoficznych dywagacji. Nie i już. Nie przed snem.

Ale właściwie czego tu się wstydzić? Są całe gazety o ubraniach. Są książki o organizacji szafy i szukaniu stylu, są blogi ze zdjęciami, na których można obejrzeć, jak ktoś się ubrał dziś, a jak ubierze się jutro. Trzy czwarte Pinteresta to ciuchy, stylizacje i outfity.

To i ja, dla przyjemności, mogę sobie pomyśleć przed snem o ubraniach.

Kiedy wymyślę zestaw na następny dzień, przychodzi spokój i zadowolenie. Znalazłam. Ostatni problem tego dnia został rozwiązany. Ostatni element układanki wskoczył na miejsce. Można zasypiać.

Praca w domu a praca z ludźmi

Kiedy skończyłam studia, chciałam być korektorką – po pierwsze dlatego, żeby móc pracować w domu, po drugie, bo to praca z tekstem.

Ależ ta wizja pracy w domu była kusząca i bezpieczna… Nie chciałam się z nikim spotykać, wolałam wysyłać zlecenia przez internet i takoż kontaktować się ze zleceniodawcą. Albo najlepiej nie kontaktować się z nikim. Bez konfrontacji, bez poznawania się, kompromisów, odsłaniania mojej słabości czy niewiedzy. Przeżywanie porażek w samotności, suche rozmowy z bezdusznym mailem.

***

W sumie wyszło mi na dobre, że zaczęłam pracę z ludźmi. Wieloma naraz. Dla introwertyczki to było niezłe wyzwanie.

Ale dzięki temu miałam szczęście poznać wielu świetnych ludzi. Mądre i zabawne dziewczyny w różnym wieku. Rozsądni przyjaciele, których rady pamiętam do dziś. Kobiety tak silne i pełne mocy, że mogłam je obserwować z otwartą buzią, a potem próbować zaczerpnąć od nich trochę tej siły. Kobiety pełne delikatności.

Błysk w oku i szelmowski uśmiech, wspólne przeżywanie wydarzeń, wyjazdów, przygód. Dzielenie się zmartwieniami, radościami, niepokojami i planami. Inspiracje – wspólne wymyślanie i wprowadzanie w życie. Wykpienie zmartwień, nieprawdopodobne anegdoty i wspomnienia. Snucie opowieści. Pogaduchy w wielkim międzyczasie.

To wszystko znam z pracy z ludźmi. Tego się nie da zastąpić relacją z komputerem.

Tove - Włóczykij Mi i mumin

(Nawet samotny Włóczykij miał swoich Bliskich; fot. Pinterest)

 

O zbyt długim czekaniu

Zbyt długo wyczekiwane przyjemności już tak nie cieszą. Albo może inaczej – cieszą pro forma, racjonalnie i trochę z obowiązku.

Wczoraj przed snem wpadłam na fantastyczny pomysł, świetne posunięcie w mojej karierze, stanowcze zbliżenie się do pracy marzeń, poczucie świeżego twórczego powiewu. Nawet nie mogłam zasnąć (a jak wiemy, ze snem akurat nie mam najmniejszych problemów).
Dzisiaj od rana zrobiłam dwadzieścia notatek w Wunderliście, w których zawarłam wszystkie szczegóły. Pomysł pęcznieje w głowie jak drożdżowy zaczyn w kubeczku. Coraz bardziej się zapalam, emocjonuję, coraz więcej kwestii się klaruje. Jest pięknie. Dobry pomysł nie trafia się codziennie. Wyrywam się z marazmu i przygnębienia, znowu mam cel w życiu.

A ponieważ mój pomysł wymaga współpracy z pewną instytucją i różnymi Ważnymi Ludźmi, piszę do jednej takiej znajomej Osoby z propozycją nie do odrzucenia.
I czekam. Ona nie odbiera, nie odpisuje.
Nie daje odpowiedzi.
Kolejne godziny czekania.
Cała jestem czekaniem.
Po kilku godzinach emocje zdążą opaść, a wewnętrzny krytyk popastwi się nad fantastycznym pomysłem, do głosu dojdą różne wątpliwości i wahania. Jeśli jeszcze będę się z tego cieszyła, to moja radość stanie się powściągliwa, wyważona. Jeśli ta Ważna Osoba zgodzi się na propozycję, może nawet się tak bardzo nie podekscytuję, bo te wszystkie emocje i ekscytacje już się przeterminowały. Miały zbyt krótki termin ważności.

***

Wysłałam kiedyś fragment mojej książki do wydawnictw. Po jakimś czasie przyszedł mail z prośbą o przesłanie całego tekstu. Gdy dostałam tę wiadomość, ciśnienie krwi podniosło się do dwustu dwudziestu, ja z wypiekami na twarzy i bijącym wściekle sercem obdzwoniłam bliskich, napisałam do jeszcze kilku wtajemniczonych, a potem zaczęło się czekanie na odpowiedź. To było w lipcu. W listopadzie jeszcze nie zdecydowali. Zdążyłam przejść przez etap nachalnego przypominania o sobie i pukania do drzwi, zniechęcenia, żalu, smutku, upokorzenia i wreszcie zapomnienia. Krótko mówiąc, postawiłam krzyżyk na tym projekcie.

To trochę tak, jak marzyć o czymś i dostać to kilka lat później. Nie zawsze to cieszy tak samo. Czasem z marzeń się wyrasta, a czasem po prostu człowiek już nie wytrzymuje się napięcia czekania i daje sobie spokój.

Wypaleni

Co się dzieje z ludźmi wypalonymi? Czy egzystują gdzieś wśród nas jak kulawe sprzęty? Wypalone główki zapałek?

Wypaleni żyją z przetrąconymi marzeniami i kręgosłupami. Ze straconymi ideałami. Oczy zapomniały o niegdysiejszym blasku.
Wypaleni prowadzą życie duchowych zombie. Ich codzienną przyprawą jest gorycz(ka), a wyraz „porażka” w ich ustach nie jest bynajmniej zdrobnieniem.
Pozbyli się złudzeń, a przy okazji również stracili nadzieję.

Wypalenie zawodowe, wypalenie prywatne, spalanie się w działaniu, walce czy staraniach. Ktoś się stara za bardzo i przeżywa za bardzo, a to go niszczy. Skoro organizuje się warsztaty chroniące przed wypaleniem, więc to znaczy, że trzeba się starać, by się nie dać temu żywiołowi, który pochłania i pożera.

Czasem mam wrażenie, że otaczają nas sami wypaleni, zmęczeni i rozczarowani. I tylko czasem można u nich zobaczyć tę iskrę w oku, ale trzeba starannie ją podtrzymać, by nie zgasła.

1 2 3 4