„Nie czuję się”. O byciu niedostatecznie dobrym

Dzisiejszy odcinek sponsoruje zdanie pt. "Nie nadaję się do tego". Mogłoby ono patronować sporej części mojego życia. Mogłabym zastępować nim słowo "pomidor" w zabawie, gdzie na każdy tekst odpowiada się identycznie i nie można się zaśmiać.

Nigdy nie mówię o sobie, że jestem nauczycielką. Rzadko mówię, że jestem polonistką, panią od sztuki czy wychowawcą. Nie czuję się polonistką, bo za mało lekcji poprowadziłam. A wychowawca? Nie oszukujmy się, kogo ja wychowałam? Kiedy ktoś mnie pyta o zawód, zaczynam od tego, że pracuję w szkole i jakie studia skończyłam. Jak widać, omijam temat, jak mogę.

Nie czuję się korektorem i redaktorem, chociaż robienie korekty i redagowanie tekstów to jest to, co zajmuje mi wieczory i poranki. Praktycznie jest to moja pracą nr 2. W lutym napisałam pewnej pani z wydawnictwa, że jestem w sumie początkującym korektorem. Początkującym! Musiałam zajrzeć do cv, żeby przypomnieć sobie, że robię to od 4 lat. Spis książek, którym pomogłam wydać na świat, zajmuje niemal 1/3 tego cv. Nie czuję się dobrym korektorem, bo nie wiem wszystkiego, czasem coś mi umyka i cały czas się uczę. Nie czuję się redaktorem, chociaż przeredagowałam niejedno skomplikowane i złe zdanie. Nie chodzi o to, jakim jestem pracownikiem. Chodzi o to, jak postrzegam siebie i swoją pracę.

Kiedy mówię, że jestem korektorem, redaktorem, wychowawcą, nauczycielem, mam wrażenie, że to kłamstwo. Czuję w tym jakiś fałsz – tak jakbym nie miała prawa tego o sobie powiedzieć.

Nie czuję się blogerką. Ba! Jak mogę nazwać się blogerką, skoro piszę od niedawna, nie chodzi mi o opiniotwórstwo czy popularność – już bardziej o ćwiczenie warsztatu i podzielenie się z innymi paroma myślami.

Wszystko jest gdzieś obok mnie.

Nie utożsamiam się z zawodami. To mnie nie określa, choć bardzo wpływa na to, jaka jestem. Jest takie ćwiczenie – podaj 20 rzeczowników, którymi możesz się określić, np. kobieta, żona, córka, siostra, nauczyciel, redaktor. Poległabym przy pierwszym (bo ja czuję się dziewczyną!). Wszystko inne to kłamstwo, choć jednocześnie to prawda.

***

Od 10 lat jestem altem w różnych chórach. Zdarzyło mi się śpiewać publicznie i solowo, w katedrze, na festiwalu, na kilku ślubach, na warsztatach chóralnych we Florencji; zdarzyło mi się przez pewien czas prowadzić chór amatorski i poprowadzić występ publiczny. No właśnie. Zdarzyło mi się. Takie mam myślenie. Nie powiem, że umiem śpiewać, bo nieraz zafałszuję i nawet nie słyszę, że spadłam o ton czy dwa. W mojej głowie fałszywa nuta całkowicie przekreśla to, co napisałam wcześniej w tym akapicie. Nie umiem. Wszystko przepadło.

Dość sprawnie przerysowuję różne rzeczy, ale sama z siebie rysuję tylko komiksowe postacie kobiece, wielkookie panny ze spiczastymi bródkami i długimi palcami. Tylko to umiem. Więc to prawie nic. Przerysować coś, patrząc na to – to przecież nic wielkiego.

Skończyłam edytorstwo i stosunkowo dobrze orientuję się w Wordzie i Libre Office, ale nie czuję się w tym dobra, bo nie umiem wszystkiego. Nie opanowałam tego na 100%. Więc nie przejdzie mi przez gardło, że to umiem tak naprawdę. Umiem tylko trochę.

Muzyka – za mało. Rysowanie – za mało. Komputer – za mało. Językoznawstwo – ok, to mój zawód, siedzę w tym cały czas (również na Czeremchowej). Ale przecież – o dziwo – także tutaj nie wiem wszystkiego i mylę się, zapominam znaczenie pojęć. Wszystko za mało. Talenty niedostatecznie rozwinięte.

***

Umniejszanie tego, co potrafię i ciągłe pamiętanie o tym, co jest niedostateczne. Czy to fałszywa i nadmierna pokora, perfekcjonizm czy świadomość ograniczeń? Wszystko jedno, jak to zostanie nazwane. Nie jest dobre, bo blokuje myślenie i działanie. Sprawia, że jeśli czegoś z tym nie zrobię, to nie zrobię niczego.

Zazdroszczę tym, którzy uznają, że umieją coś dostatecznie, by zacząć działać. Zakładają firmę, dzielą się wiedzą, przekuwają zdolności i pasję na jakieś zawodowe osiągnięcia. Są przebojowi i pewni siebie. Nie mają w głowie wyidealizowanego celu nie do osiągnięcia, tylko realnie patrzą na to, co jest ich atutem. Nie paraliżuje ich mit profesjonalisty, według którego tylko profesjonalista może coś robić publicznie, brać za to pieniądze i przyznać, że jest w czymś dobry. Tylko profesjonalista może wydać książkę, zorganizować wystawę swoich zdjęć, poprowadzić warsztaty, szkolenie, założyć kompetentny i wartościowy blog. My, amatorzy, możemy siedzieć cicho i podziwiać.

Powoli uczę się zmiany myślenia. Walka z własnymi myślami jest czasem trudniejsza niż słowne potyczki z moim mężem – a to zaliczam do bardzo wymagających wyzwań. Trudno jest pokonać niepewność w swojej własnej głowie.

Uczę się myśleć: spróbuję, podejmę wyzwanie, nauczę się czegoś, bo może do tego się nadaję. Umiem to i to (trochę też dlatego napisałam wpis, który właśnie czytasz). Znam się na tym. To jest coś, w czym czuję się dobrze. Bez żadnego "ale".

Pierwszy krok jak przez rzekę… o niepewności na ulicy

Dużo czasu zajęło mi opracowanie metody przechodzenia przez pasy, które nie mają sygnalizacji świetlnej.

Sądzę, że problem leży w charakterze.

To wieczne przepuszczanie wszystkich, nadmierna uprzejmość i to nieustanne myślenie, że nie chcę robić nikomu kłopotu – w tym przypadku są zdradliwe i denerwujące, a niepewność co do tego, kiedy postawić pierwszy krok – męczy nie tylko mnie, ale i kierowców. A kierowcy to – jak wiadomo – brać, która już w wersji standardowej jest wyposażona w lekkie podirytowanie z powodu samego wyjechania na ulicę i przymusu obcowania z innymi kierowcami ("burakami i idiotami").

Zawsze mam w sobie lęk związany z pierwszym krokiem. Nie jest to proste. Powiedziałabym, że wymaga znajomości elementów matematyki i fizyki na poziomie co najmniej średnio zaawansowanym. Trzeba oszacować odległość i prędkość samochodu – czy jest za daleko czy już za blisko, czy zwolni, czy przyspieszy. Ile sekund zajmie mu zbliżenie się do mnie. Czy mój krok to już wtargnięcie i wymuszenie, czy ślamazarne niezdecydowanie, które, jak mówię, jest równie denerwujące. Czasem stoję dość długo, bo nie mam odwagi zrobić kroku. Po jakimś czasie któryś kierowca z litości albo uprzejmości zatrzymuje się i macha mi ręką, że mogę przejść.

Najbardziej dla mnie kłopotliwa jest sytuacja, gdy ja stoję na pasach, żeby przepuścić "jeszcze tego ostatniego, a po nim sobie przejdę", a ten ostatni zbliża się i zatrzymuje. Ja stoję i przepuszczam, a on zbliża się i traci czas na zatrzymanie się. Równie dobrze mogłam przejść, gdy był daleko.

Wprawia mnie to w takie zakłopotanie i zażenowanie moją osobą, że nieraz szukam pasów z sygnalizacją świetlną, żeby tylko móc przejść w spokoju ducha i sumienia.

Ostatnio zauważam, że skutkuje podejście: "przechodzę, a ty mnie przepuść, bo jestem piesza na pasach". Dostrzegam, że taki nieprawdopodobny pokaz odwagi i zdecydowania ułatwiają sprawę również tej drugiej stronie, kierowcy. Oczywiście nie mylmy tu zdecydowanego przejścia z kamikadze rzucającym się pod samochód, który musi hamować z piskiem opon. Nie o to tu chodzi.

Kiedyś wydawało mi się, że zginę w wypadku samochodowym. W najbardziej melancholijno-depresyjnych chwilach mojego życia wyobrażałam sobie nawet ten moment, czasami stojąc na światłach w oczekiwaniu na zielone. W mojej najgrubszej i najpoważniejszej powieści, która jednakże nigdy nie zostanie wydana, jedna z bohaterek ginie w ten sposób, tragiczny i niespodziewany (ten spojler się nie liczy, tylko jedna osoba wie, o kogo chodzi, a już i tak zapewne nie pamięta).

Może to stąd ta niepewność. Z przeczucia, w które właściwie nie wierzę, ale zżyłam się z nim przez lata i trudno mi je wykorzenić. Albo może to kwestia nieśmiałości, trudności w podejmowaniu decyzji.

Niby taki zwykły krok. Każdy z nas w ciągu jednego dnia robi wiele takich, bez zastanawiania się i rozważania. To tak jak przejście przez rzekę albo zanurzenie w zimnym jeziorze. Trzeba po prostu wziąć głęboki oddech i wejść.

Słodko-gorzko, czyli jak misja dziejowa przegrywa z Penelope Cruz na okładce

Oglądałam ostatnio filmy o ważnych postaciach, o ludziach, którzy zmienili świat. Jednego wieczoru naukowiec, który mimo choroby odkrył ważne prawa fizyki i poznał kosmos – i to niewyobrażalnie głębiej i mocniej niż my, zwykli śmiertelnicy; drugiego wieczoru wizjoner, który dał nam do ręki pewne narzędzia, bez których dziś żyć nam nie sposób, i przez to – można rzec – zmienił w jakimś stopniu zachodni świat, wpłynął na sposób pracy, rozrywkę, dostępność wielu informacji.

Mój mąż nieraz pisze i mówi mi o tym, że nie może tkwić w odtwórczej pracy całe życie, bo je zmarnuje. Od dawna nosi w sobie pragnienie robienia czegoś ważnego, nie chce marnować pasji i talentu, a w pracy się męczy.

A ja… Ja myślę, że nie mam żadnej misji, że nie wiem, co mogłabym dać ludzkości i światu, jak uczynić lepszym to, co wokół mnie. Że moja praca jest właściwie mało ważna i w dodatku trochę niedoceniona przez społeczeństwo, ale nie wiem, co mogłabym robić lepszego. Coś, co mnie spełnia, nie wstrząsa światem w posadach, nie czyni lepszym ani jednego życia. Już nie mówiąc o tym, że w innym kraju zarabiałabym pięć razy tyle, co tutaj. Za tę samą pracę.

Tego samego dnia natrafiam na ten tekst.

Mam gęsią skórkę, gdy go czytam.

Dzielę się nim na Facebooku. Nie piszę, że to jest mocne, świetne, że polecam, że to jeden z ważniejszych tekstów, jakie w ostatnim czasie czytałam. Bez wielkiego patosu, bez narracji w stylu bogoojczyźnianym czy wspomnień o kaganku oświaty (brr), mądry, fajny tekst. Nie chciałam jakoś narzucać swojej opinii, niech tekst obroni się sam. Właściwie nie znalazłam też słów dobrych na to, by go zareklamować. To, co napisałam tu przed chwilą, wydało mi się zbyt podniosłe, zbyt osobiste.

Nikt nie przeczytał i nie polubił. Właściwie tekst przeszedł bez echa.

Szkoda, bo wśród moich znajomych jest wielu nauczycieli. Ucieszyliby się, że ktoś tak ładnie o nich napisał.

Tego samego dnia koleżanka na mojej tablicy opublikowała zdjęcie znanej aktorki na okładce znanego czasopisma. Że niby jestem podobna. Albo inaczej – że ona jest podobna do mnie. Owszem, ładne zdjęcie, owszem, pochlebia mi to. Zalajkowano wielokrotnie, więc inni (moi znajomi) się zgadzają.

Pozostawiło to we mnie odczucia słodko-gorzkie.

Byłam ostatnio na weselu. Była lwia część mojej rodziny, m.in. chrzestni. Z moim chrzestnym trudno mi się rozmawia, nie mamy wspólnego języka, tematów, jakoś nie ma między nami więzi.

Jakiś czas temu zmieniłam fryzurę, zaczęłam też bardziej podkreślać swoje atuty, czyli w tym przypadku nogi. Pierwszy raz w życiu mój chrzestny powiedział: "ale mi się chrześnica udała". I był autentycznie dumny. Nie wtedy, kiedy zdobyłam tytuł magistra po raz pierwszy. Ani po raz drugi. Ani gdy skończyłam podyplomówkę, dzięki której poczułam w końcu: tak, chcę to robić i to jest TO. Ani kiedy podjęłam bardzo trudną decyzję o przeprowadzce do obcego miasta i zaczynaniu tam życia na nowo, bez pracy i niemalże bez oszczędności. Albo kiedy nawiązałam współpracę ze znanym wydawnictwem i moje nazwisko znalazło się kilka razy na redakcyjnej czwórce. Może nawet sobie nie zdaje sprawy, jak mu się chrześnica udała, ale wnioskuje to po szczupłości kostek, długości łydek i umięśnionym odsłoniętym kawałku uda.

Kiedyś moja koleżanka z pracy opowiedziała mi, jak bardzo irytuje ją, kiedy mamy dorosłych chłopaków na wieść o tym, że ich synowie się zakochali i są w związku, oceniają dziewczyny po urodzie. „Ale jaką ładną dziewczynę poznał mój syn, mówię ci!” Jakby to decydowało ostatecznie, czy będzie wierna, dojrzała, uczciwa, czy będzie dobrą partnerką.

Bo jej uroda oznacza przecież, że znalazł dobrą partię.

Niby nic się nie zmieniło od dawnych czasów. Mężczyzna miał zapewnić byt, kobieta się podobać. Czysto biologiczne uwarunkowanie, całkiem normalne, podświadome, wdrukowane w nas. Nie sądziłam tylko, że jest to tak silne także dzisiaj, w oświeconych i postępowych czasach.

Może to też dlatego, że kultura obrazkowa. Że łatwiej nam polubić na Facebooku zdjęcie niż kliknąć w tekst i go przeczytać.

Owszem, fajnie się podobać. Świadomość atrakcyjności wpływa na pewność siebie. Nie skupiać się na kompleksach, tylko poznać swoje atuty i nauczyć się je eksponować. Owszem, lubię słuchać komplementów, kto nie lubi. Albo inaczej: która kobieta nie lubi słuchać, że jest ładna, podobna do aktorki uznawanej za bardzo atrakcyjną.

Szkoda mi tylko tego tekstu o tym, że moja mała codzienna żmudna praca zmienia świat na lepsze. Bo ten tekst był jednak o niebo ważniejszy niż okładka Vogue'a.

1 2 3