Zimowe dobodźcowanie

Mój intelekt zapadł w zimowy sen.

Stanowczo zbyt wiele wysiłku wymaga ode mnie wstanie z łóżka rano i wykonywanie mojej pracy na poziomie co najmniej przyzwoitym, a dla twórczości nie wystarcza już siły, energii i pomysłów. Więc próbuję się dobodźcować, wystawiać się na jakieś impulsy, uwrażliwić się. Trochę dlatego, żeby pozbierać pomysły i refleksje na lepszy czas, a trochę zgodnie z zasadą, że tylko sztuka może nas uratować.

Byłam w kinie na dwóch filmach: „Narodziny gwiazdy” oraz „Zabawa, zabawa”. Oba wywarły na mnie spore wrażenie i pozostawiły mnie z przemyśleniami. Byłam w teatrze na śmiesznym monodramie. Odwiedziłam wystawę sztuki, która okazała się zbyt frywolna jak na moje staroświeckie standardy… Byłam w palarni kawy i restauracji, mogłam odkrywać nowe smaki i miejsca w moim mieście.

Z seriali najbardziej i z głębi serca mogę polecić „Broadchurch”. Piękne zdjęcia i muzyka oraz szkocki akcent to trzy zalety tego serialu, które od razu przychodzą mi do głowy. Do tego świetnie napisane dialogi i ta kolorystyka… Fenomenem jest też to, że nie tylko trzy sezony trzymają wysoki poziom, ale wręcz ostatni, trzeci dotyczy tak ważnych treści i jest tak mądry, że śmiało mogę stwierdzić: ostatni sezon jest najlepszy. O dziwo.

Przyznam, że opierałam się długo. Najpierw nie chciałam, bo znowu serial kryminalny, ileż można oglądać o zaginięciach czy morderstwach. W końcu dałam się przekonać i to była bardzo dobra decyzja. Skończyło się tym, że po obejrzeniu długo snułam się po domu, nie wiedząc, co mam ze sobą zrobić. Niedosyt, myślenie o bohaterach, oglądanie w internecie wywiadów z twórcami. Ten brak po obejrzeniu dobrego serialu jest dojmujący…

Zimą planuję jeszcze iść do teatru lalek i pojechać na koncert. I oby do wiosny!