Szukam książki o miłości

Uwaga, uwaga! Ogłoszenie drobne!

Poszukiwana książka do czytania.
Musi spełniać kilka warunków:

  1. Nie powinna być zbyt romantyczna, ckliwa i sentymentalna, ale niech będzie o relacji.
  2. Muszę polubić oboje bohaterów i im kibicować.
  3. Żeby bohaterka nie była idiotką, którą trudno znieść, a ma się ochotę nią potrząsnąć. A facet żeby nie był ani bucowatym drwalem bez uczuć, ani sadystą.
  4. Książka ta nie powinna być zbyt przewidywalna.
  5. Powinna być tak pisana, bym nie mogła się od niej oderwać. Żeby trochę rozśmieszała, a czasem powodowała ciary i pozbawiała tchu. Żebym musiała oderwać wzrok, popatrzeć w sufit i pomyśleć: „No, rzeczywiście…” albo: „O jaaaa…”
  6. Lekka, ale do pomyślenia. Ładnie napisana, ale takim językiem, który nie przeszkadza, a czasem zachwyca.

Jeśli ktoś widział, czytał taką lub o takowej słyszał, proszę pisać w polu komentarza. Chętnie skorzystam z rad!

Literatura męska jest dla wszystkich, literatura kobieca jest dla kobiet

Mam problem z tak zwaną literaturą kobiecą. Mam problem z tą zwyczajową nazwą. Sama jestem kobietą i w sumie moje pisanie dociera przede wszystkim do kobiet, ale boję się łatki „kobiecego pisania”. W sumie różnych łatek się boję, choć już nie powinnam, bo jestem na to za stara.

Ale zauważcie. Nawet w sklepie z gazetami jest regał z prasą „kobiecą” i pozostałymi treściami. Bo my, kobiety, lubimy czytać plotki i o makijażach. Jasne. Dzięki za szufladkę.

***

Z zasady nie czytam książek z kwiatowymi, romantycznymi okładkami, egzaltowanymi albo patetycznymi tytułami złożonymi zbyt ozdobnym fontem. Rozwiane włosy, kwiaty, cukierkowe kolory. Na pewno nie sięgnę po taką książkę w bibliotece ani tym bardziej w księgarni.
Natomiast zdaję sobie sprawę, że takie książki są chętnie czytane. Trochę mnie to boli, a trochę przeszkadza jako filolożce. Taki snobizm pofilologiczny. Ale trochę już zaczynam odpuszczać i rozumieć, dlaczego ktoś to czyta. Powoli.

***

Tak zwana klasyka literatury jest zdominowana przez pisanie męskie. Istnieje niepisane przekonanie, że literatura pisana przez mężczyzn jest dla wszystkich. Mówi o odwiecznych problemach ludzkości. Literatura kobieca jest dla kobiet, i to niektórych, bo dla mnie na przykład (mam wrażenie) nie jest.

Czytałam kiedyś książkę poetycką o islandzkim miasteczku. Przepiękną książkę, delikatną, świetnie napisaną. W połowie lektury zerknęłam na okładkę. Czy pisze to kobieta? Jeśli tak, jej ocena spada o połowę (pomyślałam) – skoro to kolejna przepoetyzowana książka kobieca. Ale okazało się, że pisał to mężczyzna. Jeśli tak, to w porządku. Nadal jest to dobra książka.
Autosabotaż w głowie.
Tak przy okazji – lubię skandynawskie pisanie, takie chłodne i oszczędne. Zupełnie nie pasują mi książki latynoskie.

***

Ileż to już lat noszę w sobie myślenie, że nie jestem w stanie nic ciekawego przekazać czytelnikom.
Na studiach polonistycznych świadomie odrzucałam książki pisane przez kobiety. Nie podobało mi się skupienie na odczuciach, uczuciach, chciałam suchej narracji, tematów innych niż miłość i relacje.

***

Mam duży problem z pisaniem powieści o kobietach i dla kobiet. Kobiety to połowa świata. W Polsce czyta więcej kobiet niż mężczyzn.
Piszę i omawiam się, czy będzie to książka, którą będzie chciał przeczytać mój mąż, kuzyn, bracia, tata. Jeśli przeczytają to moje koleżanki, bratowe, to za mało – takie myślenie mam w głowie i jest to – uważam, myślenie bardzo rozpowszechnione. Doświadczenia kobiety, ich wrażliwość i ich punkt widzenia nie są gorsze, mniej ważne.

Dlatego cieszy mnie, że kolejna kobieta dostaje literackiego Nobla.
Czy jest to literatura kobieca? Nie. Jest uniwersalna.

Jak mi się pisze? VIII

Jak mi się pisze? Wcale.

Dopiero podczas świątecznego odpoczynku zaczęły mi wracać sny, refleksje i przemyślenia, jakiekolwiek nieśmiałe pomysły. W środku tajfunów pracy nie ma na to czasu. Mój mózg nie ma na to zasobów. Bardzo mu współczuję, ale nie zmuszę go do wysiłku ponad siły.

Utknęłam w powieści. Moja druga książka utknęła na skrzynkach mailowych wydawców, utknęła przez pandemię albo przez swoją trudną do zaklasyfikowania formę i treść. Ja jednak się tym nie zrażam i jeśli chcę pisać w ten dziwny sposób (ni to proza poetycka, ni to opowiadania, ni to dla dzieci, ni dla dorosłych), to będę.

Blog ma pięć lat. Jest komunikatywny i może iść do przedszkola. Co się od tego czasu zmieniło? Rozpisałam się, odważyłam się pokazać moje myśli ludziom, wydałam książkę, a teraz tkwię w impasie. Zobaczyłam, że pisanie bloga, prowadzenie go, promowanie jest bardzo trudne. Tego ostatniego w ogóle nie umiem.

Przeczytałam na tyle dużo książek o artystach i tworzeniu, żeby wiedzieć, że trzeba mieć czas na nudzenie się, żeby coś powstało. Nie da się ciągle pisać dobrze albo przynajmniej przyzwoicie. Nawet w mojej wydanej książce, z której jestem nadal dumna, są fragmenty mniej przeze mnie lubiane. To naturalne.

Spróbuję popisać w wolnym czasie. Ten wpis jest jednym z elementów rozgrzewki.

Jak mi się pisze VII

Wydałam jedną książkę. Napisałam drugą, wysłałam na konkurs i nawet nie czekam tak bardzo na wyniki, bo jestem zajęta. Pisaniem trzeciej.

To powieść, która żyje we mnie od szkoły podstawowej. Jest to wstydliwy fakt, dlaczego na litość boską tak długo noszę w sobie historię do opowiedzenia. Opisałam ją kilka razy i niezadowolona rzucałam w kąt. Być może teraz znalazłam na nią sposób albo być może teraz jestem gotowa do napisania jej i wiem, co chcę przez nią powiedzieć. Wiem, dlaczego dręczy mnie ta historia i ile tam jest mnie.

Piszę ją codziennie od świąt wielkanocnych, mam sto stron i to jest mniej więcej jedna trzecia. Ten codzienny rytm pisania jest dla mnie ważny, motywuje i pcha do przodu całą robotę. Codziennie szukam czasu na pisanie i codziennie coś dopisuję, nawet jeśli jest to dopisanie czterech akapitów na stronie siedemdziesiątej.

Rozpisałam się. Pierwszy wpis z tej serii był bardzo nieśmiały, ostatni (z tamtego roku!) już bardziej rozhulany, jeśli chodzi o to, co mogę napisać i jak. Czasem brakuje pomysłów na to, co napisać na blogu, ale powieść krok po kroku się tworzy.

Pisze mi się dobrze. Obecnie jest to integralna część mojego życia i niech tak zostanie. Chciałam zrobić miejsce mojemu pisaniu i nie odkładać go na wieczne nigdy. To jedna z niewielu sfer życia, w którycha pandemia koronawirusa zdziałała coś dobrego. Przewartościowała mi czas.

Może moje pisanie nie jest dobre, ale jest dobre dla mnie. I to jest wystarczający powód, żeby to robić.
 

Dzień dobry, marcu!

Wraz z nadejściem marca kończy się luty i to chyba najważniejsze, dlaczego warto w ogóle zacząć oficjalne cieszenie się. Luty był okropny. Nazwa taka ciekawa, a zawartość podła. Szachraj z tego lutego.

Nie to co marzec. Marzec nic nie obiecuje. On po prostu mówi, że będzie zaskakująco (nie będę obrażała inteligencji Czytelnika i przytaczać owo oczywiste przysłowie).

Marzec ma w pakiecie różne przyjemnostki. Oferuje nam Dzień Kobiet, powiewy wiosennego powietrza, dłuższe dni. Mnóstwo fajnych osób ma wtedy urodziny. No i ja.

Mam różne plany na marzec.

  • Obmyślanie spotkań z miłymi ludźmi. Małe radości codzienne. Gotowanie.
  • Pisanie powieści – skrawkami. Jeśli nie umiem inaczej, to niech będzie skrawkami. Ważne, by cieszyło i posuwało się do przodu. Nie chcę marnować kolejnych lat na niepisanie.
  • Wysyłanie gotowej, jeszcze cieplutkiej drugiej książki do wydawnictw.
  • Malowanie akwarelą (Riennahera i Blimsien skutecznie mnie zachęciły dla tworzenia dla przyjemności i relaksu).
  • Oglądanie kolejnego francuskiego serialu.
  • Spacer po parku. Coś się tutaj grubo pozmieniało, bo ja nigdy nie tęskniłam za spacerami po parku. Teraz tęsknię. Zapewne po pięciu minutach mi się znudzi, ale ja wiem, czego szukam. Tego zapachu. Ziemistego, mokrego zapachu marca.

Witaj więc, Miły Panie Marcu, upersonifikowany, kompletnie umowny odcinku czasu.

Joanna Skrzypiec czyta fragment „Bielskich profesji”

Joanna Skrzypiec, dziennikarka radiowa o cudownym głowie, czyta fragment „Bielskich profesji”. Który wybrała? Jak go zinterpretowała?

Zapraszam do kliknięcia i odsłuchania:

(Przyznam, że nawet ja, znając niemalże ten tekst na pamięć, wzruszyłam się podczas słuchania).

Zgubiony i odnaleziony sens, czyli podsumowanie 2019 roku

Miałam nazwać ten wpis: czego mnie nauczył 2019 rok? Ale okazało się, że nauczył mnie aż dwóch rzeczy. Po pierwsze, żeby nie przeginać, bo to się źle skończy, po drugie, że świat to jedno wielkie rozczarowanie, a ludziom się często nie chce, więc w sumie żadna to nauka.

Potem miałam napisać o rzeczach, które zrobiłam pierwszy raz, ale uznałam, że tytuł byłby nieprzyjemnie dwuznaczny, a poza tym ten rok to nie były tylko debiuty.
Jednakże (z trzeciej strony) warto wspomnieć o tym, jak spełniłam swoje marzenie z samego szczytu listy marzeń i rzeczy do zrobienia.
Więc niech już będzie. W 2019 roku po raz pierwszy:

  • wydałam książkę i zrobiłam to po swojemu, mimo „to się nie sprzeda”, „dla kogo to w ogóle jest?”, „łeee, czarno-biała okładka?”, „język za trudny”, „ale o co w tym chodzi?”,
  • wobec powyższego straciłam chwilowo cel, do którego mogłabym dążyć, i musiałam sobie znaleźć następny, o czym będzie poniżej,
  • zostałam bez dziadka, a tym samym moja rodzina straciła najstarsze pokolenie,
  • po raz pierwszy poczułam się starym, zgorzkniałym człowiekiem (potem mi trochę przeszło),
  • wycięłam sobie kawałeczek ciała i potem miałam szwy wyglądające jak robaczek,
  • zostałam nauczycielem mianowanym,
  • miałam swoje pierwsze (i do tej pory jedyne) spotkanie autorskie, na którym mogłam szczerze porozmawiać o literaturze, nie upraszczając języka (bo to nie była lekcja literatury w szkole podstawowej, tylko rozmowa z literaturoznawczynią z tytułem doktora),
  • uczyłam się trudnej sztuki negocjacji i tupania nóżką,
  • mówiłam i pisałam otwarcie o mojej książce (mimo obaw i zakłopotania, żeby się przypadkiem nie narzucać i zbyt agresywnie nie promować; w końcu żadna ze mnie specjalistka od reklamy),
  • czytałam pozytywne recenzje o swojej książce (linki zebrałam na tym profilu, gdybyście byli ciekawi),
  • z wielką radością odwiedziłam kraje bałtyckie: Litwę, Łotwę i Estonię, ze szczególnym uwzględnieniem ciepłych uczuć dla Tallina,
  • podczas koncertu zwróciłam uwagę osobie, która nagrywała co drugą piosenkę i świeciła sąsiadom w oczy, psując nastrój,
  • byłam na fantastycznych warsztatach z nieoczywistych form literackich, pisałam limeryki, lepieje, epitafia i ideanonse, spotkałam ludzi, którzy również lubią pisać, co jest zawsze bardzo miłe,
  • byłam na spotkaniu z bielskimi pisarkami,
  • na pokazie mody,
  • i na trampolinach,
  • złożyłam pierwszy e-book w Canvie,
  • zrobiłam nalewkę z aronii, czeremchy i jeżyn,
  • zjadłam ramen (ze smakiem!),
  • obejrzałam sporo dobrych seriali, fimów i kilka spektakli, przeczytałam spory zestaw książek dobrych i takich sobie. O książkach będzie osobny wpis.

Jeśli chodzi o moje plany, to bardzo bym chciała wydać następną książkę w wydawnictwie, więcej pisać, a także wrócić do warsztatów kreatywnych pt. „Zabawy słowami”, bo to była frajda, a coś czuję, że ludziom jest to potrzebne tak samo jak mnie. No i chciałabym namalować jakiś obraz, bo właściwie dlaczego nie?

Dobrego i twórczego roku!

13 marzeń

Ostatnio w telewizji natknęłam się na kolejnego młodego polskiego artystę, który wyśpiewywał, że marzenia się spełniają, tylko trzeba mocno w nie wierzyć.
Internet na to odpowiada, że marzenia się nie spełniają. Marzenia się spełnia.
Zdrowy rozsądek dodaje, że prócz wiary potrzebne jest jeszcze działanie.

***

Już nawet samo słowo jest wyświechtane. Marzenia. No, jeszcze miłość. Spłycane, wyświechtane pojęcia. Jak nie wiesz, o czym napisać i zaśpiewać, to zawsze możesz o tym, że marzenia się spełniają, tylko trzeba… i tak dalej.
Dobra, to może nie marzenia. Nazwijmy to celami do osiągnięcia. Albo listą rzeczy do zrobienia (przed śmiercią). Wishlist. To-do-list. Before I die.
Moja prywatna lista jest dość długa i nie do końca realna, ale tutaj mogę się podzielić 13 rzeczami, które chciałam albo które bym chciała.

Oto moje 13 marzeń.

1. Wydać książkę.
Zaczynam od tego, bo to było koronne marzenie. Zawsze na pierwszym miejscu. W sumie trwało to kilka lat. Starałam się o to, dopracowywałam tekst, szukałam wydawnictw, konsultowałam się z Ludźmi, Którzy Się Znają, pisałam maile, przypominałam się, wchodziłam na grupy pisarskie, potem współpraca z moim wydawcą również była pełna przygód i wyzwań. No i mam. Wydałam książkę. Myślałam o tym, że po czymś takim to już można umierać, spełnione życie i wszystko, ale teraz przemyślałam sprawę i jednak może jeszcze chwilę pożyję. Jest jeszcze parę rzeczy do napisania.

2. Nauczyć się pływać.
Myślałam sobie, że się nie nauczę, ale dostałam prezent – karnet i lekcje z instruktorem, który był taaak cierpliwy i utalentowany dydaktycznie, że wziął i mnie nauczył. Sama pewnie bym się nie odważyła.

3. Nauczyć się robić suflet.
Zrobiłam, ale nie mogę powiedzieć, że umiem go robić. Opadł. Opadły i mi ręce. Ale może kiedyś się uda. Widzicie, marzenia do spełnienia to nie tylko wielkie rzeczy typu dostanie Nobla. To też na przykład taki suflecik, który nie opadnie.

4. Jechać do Prania.
Byłam! Teraz zawsze podczas lekcji o poezji Gałczyńskiego wspominam uczniom o tym muzeum i o samej leśniczówce z czerwonej cegły, pokazuję zdjęcia, opowiadam o jeziorze, drzewach, pomniku gęsi i samego poety. Bardzo miłe miejsce. Nic dziwnego, że Gałczyński lubił tam przebywać i że tam pisał jak zawzięty.

5. Ścianka wspinaczkowa.
Marzyłam o tym dobre kilka lat. Okazało się, że to jest (na ten moment) nie dla mnie. Mam lęk wysokości i więcej było z tego stresu niż satysfakcji. Ale spróbowałam.

6. Posadzić drzewo.
Najpierw dostałam drzewko i posadziłam je w ogródku. Potem posadziłam cały las. A rok później jeszcze jeden. Za każdym razem, kiedy słyszę o jakiejś bezsensownej wycince, boli mnie w środku, więc robię coś, by bilans drzew się zgadzał. Zostawię po sobie drzewa i książkę. Mi pasuje.

7. Wykąpać się zimą w morzu. Iść do fińskiej sauny i potem wskoczyć do jeziora.
Pociągają mnie takie ekstremalne przeżycia, chociaż jak mam zmienić strumień wody pod prysznicem z ciepłej na lodowatą, to już nie jestem takim chojrakiem.

8. Nauczyć się rozpalać ognisko.
Dobra, wstydliwe wyznanie. Nie umiem rozpalać ognisk. Uczestniczę w ogniskach co najmniej raz w miesiącu, ale od rozpalania ognia mam w moim domu specjalistę. Kiedyś też się tego nauczę.

9. Przejechać Green Velo (Wschodnim Szlakiem Rowerowym).
Popatrzcie sobie na te szlaki. Jak można nie chcieć tamtędy pojechać???

10. Tydzień na żaglach albo spływ kajakowy.
Jeziora działają na mnie uspokajająco, a kręta rzeka jest zawsze sporym wyzwaniem. Kilkudniowa wyprawa albo spływ to musi być świetna przygoda!

11. Oddać szpik.
Co może być lepszego niż uratowanie komuś życia? Jeśli chcecie dołączyć do bazy dawców szpiku, to tutaj są szczegóły.

12. Wystąpić w radiu.
Owszem, stresowe sytuacje powodują u mnie zapominanie słów, ale chciałabym wejść do studia i zobaczyć, jak się nagrywa program. Porozmawiać przy mikrofonie na jakiś miły temat albo chociaż coś przeczytać. Spróbuję coś w tym kierunku zrobić, może się uda. Chciałabym.

13. Litwa, Łotwa i Estonia.
Jestem tam teraz. Pozdrawiam!

Jak mi się pisze VI

Mówią, że pierwsze koty za płoty. Że jak się napisało pierwszą książkę, to następne już łatwiej. Podobno.
Mówią też, że druga książka jest trudniejsza. Tak samo jak druga płyta czy jakiekolwiek inne dzieło.
Mój umysł postanowił chytrze ominąć tę zasadzkę i produkuje część drugą tego samego konceptu. Krótko mówiąc, spokojnie wymyślam ciąg dalszy. Bez presji. Bez terminu, bez szukania naprędce.
Piszę i robię totalnie po swojemu. Na spokojnie. Trudno, nie będę płodną pisarką, ale chcę pisać rzeczy dobre… albo przynajmniej niezłe. Czasem to wymaga (właśnie) czasu.
Jeśli będzie to jedna cienka książka na kilka lat, to niech i tak będzie.

***

Kiedy kobieta mówi: „Napisałam książkę”, pewnikiem kojarzy się z ckliwymi powieściami dla kobiet.
Nie napisałam ckliwej.
Nie napisałam powieści.
Nie napisałam dla kobiet.

Ktoś mi powiedział: „Proszę cię, tylko nie każ mi tego czytać”.
Nie będę kazała, spokojnie.

***

Nie mogłabym podpisać się pod czymś, z czego byłabym niezadowolona lub czego bym się wstydziła. Dlatego w sumie cieszę się, że ta książka, którą dziesięć lat temu wysłałam na konkurs, nie wygrała i nie ukazała się. Pamiętam tamtą gorycz porażki, ale dziś mogę powiedzieć sobie 25-letniej: jeszcze będziesz za tę gorycz dziękować. Ten debiut mógłby być największym wstydem mojego życia.
Dzięki niebiosom za dojrzewanie.

***

Czuję się pełna z moim pisaniem. Jestem na właściwym miejscu i robię to, co mam robić. Współczuję tym, którzy nie wiedzą, co mają robić, bo ja wiem i w sumie to od zawsze wiedziałam, tylko z różnych powodów tego nie robiłam.
I tak, jest mi z tym bardzo dobrze, że mogę to robić, że odważyłam się, odważam, że niebawem będę mogła dać komuś do przeczytania moją książkę i patrzeć na reakcję. A potem o tym pogadać.

***

Moje książki dopieszczam. Każde zdanie jest uważnie budowane. Stać mnie na to, bo nie utrzymuję się z pisania, nie czuję presji. Nikt mnie nie pogania. Czasem długo czekam na pomysł, ale umysł skierowany na słowo jest wyostrzony.

***

Uczę się pisać przez czytanie.
Głównie czytam dobre książki, bo chcę pisać dobre książki. Czasem zdarzy się słabizna i wtedy myślę: O, nie, tak nie chcę pisać. Tu nie ma konfliktu, to jest banalne, a to przewidywalne. To zbyt cukierkowe.
Częściej jednak spotykam książki piękne.

Poznaję moich duchowych braci i siostry, wielbicieli nonensu, piszących ze swadą i sztubacką fantazją (to określenie nie jest moje, ale szalenie mi się podoba!). Piszących wzruszająco, ale bez grama patosu i przegięcia. Wzruszenia też trzeba umieć poprowadzić. Albo absurdy wplecione w (teoretycznie) całkiem zwyczajną opowieść.
Książka pt. Nazywam się Cukinia? Żuraw w roli zwierzątka domowego, obwieszony koralami i nazywany Panną Hiperredundantną? Opowieść o lektorze z porannego pociągu, który czyta kompletnie obcym ludziom fragmenty książek? Bohater traci głowę i resztę siebie, więc zostaje tylko swoim nosem krążącym po mieście w poszukiwaniu swojego ciała? Spotkanie rodzinne, na którym familia sprawdza, czy na pewno nie ma łaskotek? To mi bardzo pasuje. I zobaczymy, dokąd mnie poprowadzi.

Poprzednie wpisy na ten temat znajdziecie tutaj: pierwszy, drugi, trzeci, czwarty, piąty.

O czym są „Bielskie profesje”?

„Bielskie profesje” to zbiór fikcyjnych zawodów, które mogłyby istnieć w przestrzeni miasta, by dyskretnie polepszyć życie jego mieszkańców. Zbiór zawiera czterdzieści trzy profesje, a wśród nich jest na przykład człowiek, który rozplątuje wierzbowe gałązki, Rozdeptywacz Suchych Liści, Trener Gołębi czy Psycholog Bankomatów.
Albo taki Klatkowy Latarnik.

latarnik1

Tu jeszcze z poprawkami. Zamysł już widać. Po jednej stronie tekst, po drugiej ilustracja Basi Kędzierskiej.

***

Muszę przyznać, że to miasto od samego początku było dla mnie mocno inspirujące. Malownicze trasy, miłe zakątki, charakterystyczne miejsca, przepiękne kamienice i dworki, okalające góry, rzeka, która dzieli, ale też łączy. Można chodzić i się rozglądać, zachwycać albo zamyślać.

Kiedy w 2011 roku zamieszkałam w Bielsku-Białej, przeszłam to miasto wzdłuż i wszerz. Pieszo. Najpierw z mapą i cv, a potem do pracy.  Chodziłam, a profesje wpadały mi do głowy, a potem jedna po drugiej skapywały do notatnika, kap, kap, kap. Bez cenzury, bez poważnych planów, co z tym zrobię. Wewnętrzny cenzor zajął się innymi tekstami, a więc profesje chyłkiem przychodziły mi do głowy, zadomowiły się w notatkach i w pliku tekstowym, aż w końcu ułożyły się w zgrabny zbiorek.

W czerwcu druk. Już nie mogę się doczekać!

1 2