„Rzeczy, które spadają z nieba”, czyli kilka słów o literaturze skandynawskiej

rzeczy które

Ta książka jest przepiękna. Pełna smutku i chłodu, jak to książki z Północy.
Jest prosta i skomplikowana zarazem, wzruszająca i zabawna, groteskowa i mądra życiowo. No bo popatrzcie na ten cytat:
"I tak zostałam sama. Ciocia śpi, tata naprawia dach w stodole, mama nie żyje, a wakacje jeszcze się nie skończyły".

***

Ta książka jest o tragedii, o przypadkach i wypadkach. Ale i o rodzinie. O nadawaniu sensu i o szukaniu sensu. O tym, czy czas leczy rany, czy jednak nie. Ale nie tylko to. Ta książka wzbudza marzenia o domu i pracowni. Zostawia mnie ze szklistymi oczyma i buzią lekko otwartą z wrażenia.
Najczęściej książki fińskie i skandynawskie tak na mnie działają. To nie są książki uklepane, dopowiedziane, oczywiste, nie sięgają po najprostsze rozwiązania. Tu nigdy nie jest zbyt oczywiście, zbyt prosto – mimo prostoty języka. Ale język i styl pisania jest kolejną zaletą. Jest prosty, owszem, ale zarazem metaforyczny, cudowny, urzekający.
Takie książki kocham najbardziej.

***

Może nie dotyczy to każdej książki z półki skand./fin.+est., ale poniższe tytuły zostawiały mnie z tym samym.

  • „Niebo i piekło”, Jón Kalman Stefánsson
  • „Córka rzeźbiarza”, Tove Jansson
  • „Miasteczko w Islandii”, Guðmundur Andri Thorsson
  • „Poleciały w kosmos”, Ida Linde
  • „Bogowie na balkonie”, Anja Snellman (wstrząsająca, ale z zupełnie innego powodu niż powyższe).

Nawet nie trzeba czytać, o czym te książki są. Może bardziej warto skupić się na tym, jakie są i z czym nas zostawiają.

Szukam książki o miłości

Uwaga, uwaga! Ogłoszenie drobne!

Poszukiwana książka do czytania.
Musi spełniać kilka warunków:

  1. Nie powinna być zbyt romantyczna, ckliwa i sentymentalna, ale niech będzie o relacji.
  2. Muszę polubić oboje bohaterów i im kibicować.
  3. Żeby bohaterka nie była idiotką, którą trudno znieść, a ma się ochotę nią potrząsnąć. A facet żeby nie był ani bucowatym drwalem bez uczuć, ani sadystą.
  4. Książka ta nie powinna być zbyt przewidywalna.
  5. Powinna być tak pisana, bym nie mogła się od niej oderwać. Żeby trochę rozśmieszała, a czasem powodowała ciary i pozbawiała tchu. Żebym musiała oderwać wzrok, popatrzeć w sufit i pomyśleć: „No, rzeczywiście…” albo: „O jaaaa…”
  6. Lekka, ale do pomyślenia. Ładnie napisana, ale takim językiem, który nie przeszkadza, a czasem zachwyca.

Jeśli ktoś widział, czytał taką lub o takowej słyszał, proszę pisać w polu komentarza. Chętnie skorzystam z rad!

Czytelnicze podsumowanie 2020 roku

W 2020 czytałam tyle, ile miałam sił.
Nie miałam zbyt dużo sił w tym roku.
(Dobra, to trochę żart. Z liczbą książek zmieściłam się w swojej średniej statystycznej, a także w średniej facebookowych wyzwań; poza tym nie chodzi o to, ile, ale co).

***

Czytałam książki japońskie, estońskie, szwedzkie, norweskie, amerykańskie, szukając swojego Świętego Graala.
Czytałam zawodowo: jako polonistka poważne lektury typu „Balladyna”, „Quo vadis”, „Stary człowiek i morze”; jako redaktorka – kilka książek, nad którymi trzeba było trochę popracować (czytaj: namęczyć się i nagłowić, podsuwając rozwiązania).
Czytałam listy Szymborskiej (z Kulmową, Barańczakiem plus wspomnienia Rusinka), przekonując się raz za razem, jaka to ujmująca kobieta i artystka.

***

  •    Najważniejsza książka 2020 roku? „27 śmierci Toby'ego Obeda”. Świetnie napisana i wstrząsająca.
  •    Ale też „Chrobot” – reportaż dający do myślenia. Nie mogłam się oderwać.
  •    Ważny był także reportaż „Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość”. Zadziwiający. Mówię Wam, ludzie, czytajcie reportaże!
  •    Klasyka na ten rok: Na wschód od Edenu (pisałam o niej tutaj). http://czeremchowa.pl/lipcowe-polecajki/
  •    Nadrobiłam jeszcze: „Niebezpieczne związki”, „Trzech panów w łódce (nie licząc psa)”, „Jądro ciemności”. Klasyka nie zawodzi. (Książki, które obecnie ogłasza się arcydziełami, zawodzą mnie częściej. Takie też czytałam, ale zapobiegawczo nie podam tytułów.)
  •    Coś pięknego: „Mądra Wasylisa” (mądre baśnie i piękne ilustracje).
  •    Książka, która kolejny raz przyprawiła mnie o gęsią skórkę: „Bracia Lwie Serce”. Cieszę się, że mogłam dać te wzruszenia klasie, z którą to omawialiśmy.
  •    Książka, do której wymykałam się zza świątecznego stołu, by czytać: „Nic zwyczajnego. O Wisławie Szymborskiej” Michała Rusinka.
  •    Książka, która mnie dużo nauczyła: „Cztery składniki” Samin Nosrat.

***

Tak jak mówię, nie chodzi o ilość, ale o doświadczenie. Życie jest zbyt krótkie, żeby zrezygnować z tych wszystkich gęsich skórek i tych „aha!”, „o, nie!” podczas czytania.

Literatura męska jest dla wszystkich, literatura kobieca jest dla kobiet

Mam problem z tak zwaną literaturą kobiecą. Mam problem z tą zwyczajową nazwą. Sama jestem kobietą i w sumie moje pisanie dociera przede wszystkim do kobiet, ale boję się łatki „kobiecego pisania”. W sumie różnych łatek się boję, choć już nie powinnam, bo jestem na to za stara.

Ale zauważcie. Nawet w sklepie z gazetami jest regał z prasą „kobiecą” i pozostałymi treściami. Bo my, kobiety, lubimy czytać plotki i o makijażach. Jasne. Dzięki za szufladkę.

***

Z zasady nie czytam książek z kwiatowymi, romantycznymi okładkami, egzaltowanymi albo patetycznymi tytułami złożonymi zbyt ozdobnym fontem. Rozwiane włosy, kwiaty, cukierkowe kolory. Na pewno nie sięgnę po taką książkę w bibliotece ani tym bardziej w księgarni.
Natomiast zdaję sobie sprawę, że takie książki są chętnie czytane. Trochę mnie to boli, a trochę przeszkadza jako filolożce. Taki snobizm pofilologiczny. Ale trochę już zaczynam odpuszczać i rozumieć, dlaczego ktoś to czyta. Powoli.

***

Tak zwana klasyka literatury jest zdominowana przez pisanie męskie. Istnieje niepisane przekonanie, że literatura pisana przez mężczyzn jest dla wszystkich. Mówi o odwiecznych problemach ludzkości. Literatura kobieca jest dla kobiet, i to niektórych, bo dla mnie na przykład (mam wrażenie) nie jest.

Czytałam kiedyś książkę poetycką o islandzkim miasteczku. Przepiękną książkę, delikatną, świetnie napisaną. W połowie lektury zerknęłam na okładkę. Czy pisze to kobieta? Jeśli tak, jej ocena spada o połowę (pomyślałam) – skoro to kolejna przepoetyzowana książka kobieca. Ale okazało się, że pisał to mężczyzna. Jeśli tak, to w porządku. Nadal jest to dobra książka.
Autosabotaż w głowie.
Tak przy okazji – lubię skandynawskie pisanie, takie chłodne i oszczędne. Zupełnie nie pasują mi książki latynoskie.

***

Ileż to już lat noszę w sobie myślenie, że nie jestem w stanie nic ciekawego przekazać czytelnikom.
Na studiach polonistycznych świadomie odrzucałam książki pisane przez kobiety. Nie podobało mi się skupienie na odczuciach, uczuciach, chciałam suchej narracji, tematów innych niż miłość i relacje.

***

Mam duży problem z pisaniem powieści o kobietach i dla kobiet. Kobiety to połowa świata. W Polsce czyta więcej kobiet niż mężczyzn.
Piszę i omawiam się, czy będzie to książka, którą będzie chciał przeczytać mój mąż, kuzyn, bracia, tata. Jeśli przeczytają to moje koleżanki, bratowe, to za mało – takie myślenie mam w głowie i jest to – uważam, myślenie bardzo rozpowszechnione. Doświadczenia kobiety, ich wrażliwość i ich punkt widzenia nie są gorsze, mniej ważne.

Dlatego cieszy mnie, że kolejna kobieta dostaje literackiego Nobla.
Czy jest to literatura kobieca? Nie. Jest uniwersalna.

Lipcowe polecajki

Były polecajki listopadowe i kwietniowe, zapraszam więc na lipcowe. Dzielę się dobrem:

  • Daði Freyr. To bardzo pozytywny twórca – nie można się nie uśmiechnąć, oglądając ten teledysk. Albo ten koncert dla krów. Tak, dla krów. Prawie biły brawo. Lubię też jego covery, z domu, z amatorskiego studia, do mikrofonu przyklejonego taśmą klejącą. To taki człowiek-orkiestra. Bardzo żałuję, że w tym roku Eurowizja (której zwykle nie oglądam) została odwołana. Oglądałabym tylko dla „Think about things”.
  • Czytanie klasyki. Polecam szczególnie „Na wschód od Edenu” Steinbecka. Niech nikogo nie przerazi niemal 800 stron. Saga rodzinna, Stany Zjednoczone na przełomie wieków, problem dobra i zła, zasługiwania na miłość rodzica i kwestia zazdrości (analogie do historii Kaina i Abla). I czy zło można zwyciężyć, jak się jest po prostu ufnym, dobrym, naiwnym człowiekiem?
  • Serial „Kidding” z Jimem Carreyem (HBO). I znowu – czy zło można zwyciężyć dobrem? Serial jest tragikomiczny, smutny, kiedy trzeba, a czasem zaskakujący tak, że paskam śmiecham albo otwieram buzię ze zdziwienia. No i ma świetną, animowaną czołówkę, za każdym razem inną.
  • Podcast Niedźwiedzka o zmierzchu – w wielkim skrócie: o seksie i emocjach. Pouczający.
  • Podcast Historyczny – często miałam gęsią skórkę, słuchając. Bardzo polecam, zwłaszcza odcinek o Murze Berlińskim.
  • Profil Marcina Orlińskiego. Szanuję poczucie humoru, błyskotliwość oraz umiłowanie słowa (wszak poeta, redaktor).

Z rzeczy pozainternetowych:

  • nurkowanie w jeziorze z zatopioną koparką. To akurat nie ja, ale ktoś bliski. Ja byłam świadkiem tych emocji. Niesamowita przygoda.
  • pływanie kajakiem po Nidzie
  • jazda rowerem
  • chodzenie na dobre lody
  • jedzenie dobrych pomidorów polanych ostrą, drapiącą w gardło, aromatyczną oliwą
  • bycie uprzejmym dla ludzi, w tym także dla całkiem obcych, np. w autobusie albo na przystanku. Ostatnio koleżanka opowiadała mi o pyskówce w autobusie. Ludzie potrafią się pokłócić, zwyzywać, poniżać publicznie – po co to? Żeby udowodnić swoje wyszczekanie? (Nie ma się czym chwalić) Żeby się wyżyć? Dlaczego na obcym człowieku? Dlaczego w ogóle na kimś? Dlaczego w ogóle?

Tymi pytaniami bez odpowiedzi zakończę. Miłego lipca!

Jeszcze wyjdziemy z domu, czyli zapiski z kwarantanny

Miałam nie używać tych dwóch słów na k (koronawirus i kwarantanna). Co prawda przy nich jak ulał pasuje trzecie słowo na k, ale to już sobie naprawdę daruję.
Użyję ich raz, obiecuję.

Siedemnasty dzień kwarantanny. Zrobiłam makijaż. Na górze umalowane rzęsy i energetyczny sweterek, a na dole dres i grube skarpety. Dresy trzymają się mocno.

Przeczytałam już dużo na temat wirusa i tego, co należy robić w domu, co można, co trzeba i czego nie trzeba i nie można. Nie chcę dodawać swojego.

Melduję jednakże, iż się nie nudzę, bo praca w domu, przygotowanie i prowadzenie zajęć zdalnych oraz sprawdzanie prac i zadań zajmuje mniej więcej tyle czasu co praca w szkole – minus dojazdy i obowiązkowe odstanie dyżurów na przerwach. U mnie w szkole dyżury zresztą są przedziwnym czasem, ponieważ sprzyjają integracji międzyludzkiej… Pamiętacie w szkole, jak podczas przerwy podchodziliście do nauczyciela, żeby z nim pogadać? Ja też nie. A moi uczniowie tak robią.

Ciekawe, że problemy sprzed miesiąca wydają się odległe i błahe. Inaczej to wszystko wygląda z obecnego punktu widzenia, a wiele zmieniło się praktycznie z dnia na dzień.

Przeczytałam niedawno korespondecję Wisławy Szymborskiej i Joanny Kulmowej. Kulmowie mieszkali na odludziu, mieli dom w Strumianach i tam tworzyli. I wiecie co? Ten styl życia, ten dom na odludziu, to pisanie, ta atmosfera dawnych listów, pełnych żarcików słownych, pełnych sympatii, to było coś pięknego, coś kojącego.
Tak samo jak kojące jest wyrabianie ciasta na pizzę albo zapach domowego chleba. Tak samo jak kupienie sobie musu do ciała o niespotykanym, naturalnym zapachu (o to cudo mi chodzi) i wąchanie go przy okazji każdej wizyty w łazience. Albo zamalowywanie akwarelami stosów pofalowanych kartek, nie zważając na efekt.

I napiszę coś jeszcze, koniecznie.
Jeszcze wyjdziemy z domu. Jeszcze spotkamy się z ukochanymi osobami, pojedziemy w odwiedziny, zjemy wspólnie posiłek. Jeszcze pójdziemy razem do parku, do teatru, do kina, na pilates i jogę, basen, do kosmetyczki i fryzjerki.
Jeszcze będziemy razem, tylko teraz chwilowo musimy być osobno.

Czytelnicze podsumowanie 2019 roku

Rok 2019 był ciężki, pracowity, pełen wzlotów i upadków, a także wypełniony różnymi rzeczami po brzegi, więc czytanie wymagało dużo samozaparcia. Przyznaję od razu, przeczytałam 61 książek. To mniej niż w tamtym roku, ale więcej niż w internetowych wyzwaniach, gdzie trzeba czytać jedną książkę tygodniowo, więc w sumie 52.

Czytam książki mądre i bzdurne, choć te drugie staram się ograniczać (niestety czasem dopiero w trakcie czytania okazuje się, że książka należy do tej drugiej kategorii).
Czytam powieści i poradniki.
Czytam książki naukowe i klasykę, zwaną czasem lekturami szkolnymi, chyba dla odstraszenia.
Czytanie mnie zmienia, poszerza mi myślenie i postrzeganie rzeczy, w tym także myślenie o literaturze i języku (o których lubię naprawdę dużo myśleć).

***

Polubiłam Kereta. Keret jest super. Podobnie jak Roland Topor – dziwny, groteskowy, ale pasuje mi ta dziwność. Rozczarowałam się Anną Gavaldą, która jest podobno gwiazdą literatury francuskiej, ale dla mnie na dwie dobre książki (mówię od razu: warto przeczytać „Lepsze życie” i „Po prostu razem”, resztę można sobie odpuścić) ma cztery słabe. Wiem, bo w tym roku przeczytałam sześć jej książek. Z nachalnych bestsellerów – pana Musso na pewno czytać nie warto.

Ciekawe i intrygujące były:
„Trawa śpiewa” Doris Lessing, „Lektor z pociągu 6.27” Jeana-Paula Didierlaurenta, „Nieczułość” Martyny Bundy, „Próba” Eleonore Catton.
Wstrząsająca: „Bogowie na balkonie” Anji Snellman.

Przepiękne:
„Miłość i inne nieszczęścia” Oliviera Bourdeauta, „Nazywam się Cukinia” Gilles’a Paris’a, „Córka rzeźbiarza” Tove Jansson, „Miasteczko w Islandii” Guðmundura Andri Thorssona.

Dające do myślenia:
„Brakująca połowa dziejów. Historia kobiet na ziemiach polskich” Anny Kowalczyk, „Poza schematem” Malcolma Gladwella, „Boskie zwierzęta” Szymona Hołowni.

Pouczające:
korespondencja Erwina Axera i Sławomira Mrożka oraz „Jak oni pracują 2” Agaty Napiórskiej. Może ktoś niekoniecznie interesuje się tym, jak pracują artyści, czy rano, czy wieczorem, i czy piją kawę, czy wodę, ale dla mnie wszystkie wywiady były bardzo zajmujące i dużo zrozumiałam podczas ich lektury.

Żeby być przygotowaną na serial, przeczytałam „Opowieści o Wiedźminie” i „Sezon burz” Sapkowskiego. W tym roku będę czytać dalej o Wiedźminie.
Na 2020 przeszły książki zaczęte (a zaczynam zwykle 3-4, kończę w zależności od nastroju), a i mam stosik wypożyczonych. Tylko żeby mieć spokojną głowę do czytania. Tego sobie życzę.

Listopadowe polecajki

Z roku na rok jesienie stają się coraz trudniejsze, a chęć zapadnięcia w sen zimowy coraz to przemożniejsza. Jak tak dalej pójdzie, to za rok mnie chyba nie dobudzicie.
Ale do rzeczy.

Po pierwsze podcasty Okuniewskiej. Dowcipne, mądre, czasem tak zadziwiające, że otwieram buzię szeroko, a czasem parskam śmiechem albo myślę sobie: kurcze, też tak mam i dlaczego całe życie myślałam o sobie źle z tego powodu. Najpiew słuchałam „Tu Okuniewska”, potem miałam drugie podejście do „Moich przyjaciółek idiotek”, które kiedyś nie zachwyciły, a teraz a i owszem. Przede mną jeszcze „Dziewczyny z sąsiedztwa”. Dobrze, że nagrała tego tak dużo, mam czego słuchać!

Po drugie: pójście do teatru na coś nieoczywistego. Ja ostatnio poszłam na „Ballady i romanse”. Mimo niechęci do Mickiewicza i romantyzmu. I dobrze, że poszłam, gdyż wyszłam tak zachwycona i pod wrażeniem, że brakowało mi nawet słów zachwytu. Teatr jest zawsze dobry, jak się chce trochę zaczarować swoje zwykłe życie.

Po trzecie: przeczytanie książki w jeden dzień. Uwiera mnie niemożność czytania tyle, ile bym chciała, i to czytania tego, co niekoniecznie chcę kolejny raz czytać (lektury szkolne), bo otem brakuje mi czasu na czytanie dla przyjemności. I książek dla dorosłych, jakkolwiek by to nie brzmiało. Tak przynajmniej tłumaczę, dlaczego wolę przeczytać kolejną powieść o Islandii, Annę Gavaldę, reportaże albo eseje niż cykl o Percym Jacksonie albo Harrym Potterze. Tak więc przeczytałam przepięknie napisane „Miasteczko w Islandii” (okładka obiecała, że to najpiękniejsza książka, jaką przeczytam w tym roku. Poprzeczka wisiała wysoko. Może nie była to książka najpiękniejsza, ale przyznaję, zajmuje górną półkę. Tyle że nie jest tam sama. Może gdybym ją przeczytała w styczniu albo maju…

Po czwarte: czytanie śmiesznych wierszyków. Na przykład polecono mi „Błysk rewolwru” Szymborskiej i rzeczywiście czytałam z uśmieszkiem albo i nawet chichotałam. A chichot jesienną porą jest zawsze mile słyszany.

Po piąte: kulinarne dogadzanie sobie. Na przykład zjedzenie świeżego pączka (byle nie z lukrem, lukier jest okropny!) albo croissanta na ciepło.

Po szóste: pojechanie na jakieś ciekawe warsztaty. Konfrontacja z ludźmi, którzy lubią to samo, którzy mają podobne poczucie humoru, a jednocześnie pozwalają wyrwać się z Byłam więc na warsztatach pisania nieoczywistych form literackich (limeryki, moskaliki, epitafia, ideanonsy, lepieje itp.) organizowanych przez „Przekrój”. Pisanie śmiesznych wierszyków też oczywiście polecam.

Dobrego listopada, drodzy Państwo!

Książki, których nie napisałam

Dzisiaj premiera mojej książki.
Z tym całym pisaniem książek jest tak, jak ze studiami (jak mi to uzmysłowił kuzyn wiele lat temu): studia są dla wytrwałych. Wydawanie książek – mam wrażenie, że też.

Nie wiem, co ja sobie myślałam, kiedy zakładałam blog i chciałam rozprawić się z marzeniami o pisaniu; co ja sobie myślałam, kiedy wymyśliłam cykl wpisów pt. Jak nie zostałam pisarką. Chyba chodziło mi o to, by realnie i surowo spojrzeć na swoje młodzieńcze pisanie i trochę samą siebie skrytykować (właściwie nie wiem, dlaczego. Żeby się rozwijać, trzeba pisać. To, że pisałam aż do czasów studiów, to raczej powód do chluby. Nie było to na poziomie Masłowskiej, więc nie nadawało się do pokazania. Ale ten etap jest konieczny).
Myślałam sobie wtedy, że to są mrzonki i że czas dorosnąć.

***

No więc z perspektywy czterech lat mogę stwierdzić, że jeszcze nie dorosłam, ale wiem na pewno, że jeśli całe życie człowiek czuje, że powinien pisać, to po prostu powinien to robić. To nie są mrzonki. To jest spełnienie.
Są pomysły, które uznaję za godne uwagi.
Są takie, które odłożyłam.
Są książki, których nie napisałam.

„Historyje uzdrowionych”. Tytuł jest nieco archaiczny, bo i historie mają korzenie w Biblii. Uzdrowiony trędowaty, ślepiec, który widzi, wskrzeszony Nain wracają do domu. I co dalej? Jak potem wygląda ich wiara, ich relacje w domu, które przecież się zmieniają?

„Nieświęte kobiety”. Współczesne historie inspirowane żywotami kobiet uznawanych dziś za święte. Monika, której życie skupione jest wokół syna, Kinga, żona wstydliwego męża, Joanna, Łucja, Maria, Katarzyna… Można by się przyjrzeć temu, jak Kościół widzi kobiety i jakie wymagania im stawia.

„Zwiększ czułość” – kiedy byłam w podróży z moim mężem, myślałam o napisaniu książki o miłości i wymyśliłam jej taki zgrabny, dwuznaczny tytuł. Książka nie powstała (moim zdaniem jest za dużo książek o miłości), ale powstał wpis.

Jest też moja powieść o dziewczynach, którą ciągle próbuję pisać na nowo. Mam już dużo pierwszych zdań.

Teraz już nie myślę ze smutkiem, że nie zostałam pisarką, chociaż nadal nie czuję, że już mam prawo się tak nazywać. Ale na książki, których nie napisałam, patrzę z większą otwartością. Może po prostu są to książki, których nie napisałam… jeszcze?

Raport z połowy lipca

Otóż, moi Drodzy, mogłabym napisać, że nuda i nic się nie dzieje. W głowie pustka, pomysły na wpisy i kolejne książki przychodzą i odchodzą, skrytykowane przez wściekłego krytyka w mojej własnej głowie.

Dwa lata temu miałam chyba najbardziej inspirujące wakacje w życiu, ale – muszę przyznać – w tym też się dzieje.
No bo popatrzcie sami:

  • Pracuję – opiekuję się cudzymi tekstami i cudzymi dziećmi (w tym: jeżdżę na wycieczki, łażę po kopalniach, bibliotekach, pałacykach, muzeach).
  • Codziennie rysuję jeden rysunek.
  • Odkrywam miasto na nowo. Oprowadzam po nim i jestem oprowadzana. Mogę się zachwycić, spojrzeć oczami przybysza i dowiedzieć się więcej.
  • Spotykam inspirujących ludzi, wolnych wewnętrznie i otwartych na nowe wyzwania. Spotykam też zamkniętych w swoich poglądach, ale liczę na to, że się kiedyś otworzą. Albo że przynajmniej nie będę musiała z nimi często rozmawiać.
  • Czytam zachłannie. Książka o lektorze z metra, ratującym skrawki książek przed recyklingiem; książka o Cukinii – chłopcu z przytułka, który chciał zastrzelić niebo, ale zastrzelił mamę; książka o węgierskim Żydzie, który przyjechał do pracy, a trafił do Auschwitz. Jedna po drugiej, póki mam czas, póki nic innego nie zabiera myśli.
  • Oglądam seriale. Stranger things 3 jest jak spotkanie ze starymi znajomymi, którzy trochę urośli i przechodzą właśnie mutację. The act jest jak najlepszy thriller, bo z życia wzięty. Good place jest jak odskocznia od myślenia (też potrzebna).
  • Przechodzę przyspieszony kurs promocji książki. O, na przykład założyłam jej profil.

Na razie tyle. To dopiero jedna czwarta wakacji, zaledwie połowa lipca. Z chęcią dopiszę do tej listy punkt pod tytułem: podróżuję.

1 2 3