Literatura męska jest dla wszystkich, literatura kobieca jest dla kobiet

Mam problem z tak zwaną literaturą kobiecą. Mam problem z tą zwyczajową nazwą. Sama jestem kobietą i w sumie moje pisanie dociera przede wszystkim do kobiet, ale boję się łatki „kobiecego pisania”. W sumie różnych łatek się boję, choć już nie powinnam, bo jestem na to za stara.

Ale zauważcie. Nawet w sklepie z gazetami jest regał z prasą „kobiecą” i pozostałymi treściami. Bo my, kobiety, lubimy czytać plotki i o makijażach. Jasne. Dzięki za szufladkę.

***

Z zasady nie czytam książek z kwiatowymi, romantycznymi okładkami, egzaltowanymi albo patetycznymi tytułami złożonymi zbyt ozdobnym fontem. Rozwiane włosy, kwiaty, cukierkowe kolory. Na pewno nie sięgnę po taką książkę w bibliotece ani tym bardziej w księgarni.
Natomiast zdaję sobie sprawę, że takie książki są chętnie czytane. Trochę mnie to boli, a trochę przeszkadza jako filolożce. Taki snobizm pofilologiczny. Ale trochę już zaczynam odpuszczać i rozumieć, dlaczego ktoś to czyta. Powoli.

***

Tak zwana klasyka literatury jest zdominowana przez pisanie męskie. Istnieje niepisane przekonanie, że literatura pisana przez mężczyzn jest dla wszystkich. Mówi o odwiecznych problemach ludzkości. Literatura kobieca jest dla kobiet, i to niektórych, bo dla mnie na przykład (mam wrażenie) nie jest.

Czytałam kiedyś książkę poetycką o islandzkim miasteczku. Przepiękną książkę, delikatną, świetnie napisaną. W połowie lektury zerknęłam na okładkę. Czy pisze to kobieta? Jeśli tak, jej ocena spada o połowę (pomyślałam) – skoro to kolejna przepoetyzowana książka kobieca. Ale okazało się, że pisał to mężczyzna. Jeśli tak, to w porządku. Nadal jest to dobra książka.
Autosabotaż w głowie.
Tak przy okazji – lubię skandynawskie pisanie, takie chłodne i oszczędne. Zupełnie nie pasują mi książki latynoskie.

***

Ileż to już lat noszę w sobie myślenie, że nie jestem w stanie nic ciekawego przekazać czytelnikom.
Na studiach polonistycznych świadomie odrzucałam książki pisane przez kobiety. Nie podobało mi się skupienie na odczuciach, uczuciach, chciałam suchej narracji, tematów innych niż miłość i relacje.

***

Mam duży problem z pisaniem powieści o kobietach i dla kobiet. Kobiety to połowa świata. W Polsce czyta więcej kobiet niż mężczyzn.
Piszę i omawiam się, czy będzie to książka, którą będzie chciał przeczytać mój mąż, kuzyn, bracia, tata. Jeśli przeczytają to moje koleżanki, bratowe, to za mało – takie myślenie mam w głowie i jest to – uważam, myślenie bardzo rozpowszechnione. Doświadczenia kobiety, ich wrażliwość i ich punkt widzenia nie są gorsze, mniej ważne.

Dlatego cieszy mnie, że kolejna kobieta dostaje literackiego Nobla.
Czy jest to literatura kobieca? Nie. Jest uniwersalna.

Jak mi się pisze? VIII

Jak mi się pisze? Wcale.

Dopiero podczas świątecznego odpoczynku zaczęły mi wracać sny, refleksje i przemyślenia, jakiekolwiek nieśmiałe pomysły. W środku tajfunów pracy nie ma na to czasu. Mój mózg nie ma na to zasobów. Bardzo mu współczuję, ale nie zmuszę go do wysiłku ponad siły.

Utknęłam w powieści. Moja druga książka utknęła na skrzynkach mailowych wydawców, utknęła przez pandemię albo przez swoją trudną do zaklasyfikowania formę i treść. Ja jednak się tym nie zrażam i jeśli chcę pisać w ten dziwny sposób (ni to proza poetycka, ni to opowiadania, ni to dla dzieci, ni dla dorosłych), to będę.

Blog ma pięć lat. Jest komunikatywny i może iść do przedszkola. Co się od tego czasu zmieniło? Rozpisałam się, odważyłam się pokazać moje myśli ludziom, wydałam książkę, a teraz tkwię w impasie. Zobaczyłam, że pisanie bloga, prowadzenie go, promowanie jest bardzo trudne. Tego ostatniego w ogóle nie umiem.

Przeczytałam na tyle dużo książek o artystach i tworzeniu, żeby wiedzieć, że trzeba mieć czas na nudzenie się, żeby coś powstało. Nie da się ciągle pisać dobrze albo przynajmniej przyzwoicie. Nawet w mojej wydanej książce, z której jestem nadal dumna, są fragmenty mniej przeze mnie lubiane. To naturalne.

Spróbuję popisać w wolnym czasie. Ten wpis jest jednym z elementów rozgrzewki.

Jak mi się pisze VII

Wydałam jedną książkę. Napisałam drugą, wysłałam na konkurs i nawet nie czekam tak bardzo na wyniki, bo jestem zajęta. Pisaniem trzeciej.

To powieść, która żyje we mnie od szkoły podstawowej. Jest to wstydliwy fakt, dlaczego na litość boską tak długo noszę w sobie historię do opowiedzenia. Opisałam ją kilka razy i niezadowolona rzucałam w kąt. Być może teraz znalazłam na nią sposób albo być może teraz jestem gotowa do napisania jej i wiem, co chcę przez nią powiedzieć. Wiem, dlaczego dręczy mnie ta historia i ile tam jest mnie.

Piszę ją codziennie od świąt wielkanocnych, mam sto stron i to jest mniej więcej jedna trzecia. Ten codzienny rytm pisania jest dla mnie ważny, motywuje i pcha do przodu całą robotę. Codziennie szukam czasu na pisanie i codziennie coś dopisuję, nawet jeśli jest to dopisanie czterech akapitów na stronie siedemdziesiątej.

Rozpisałam się. Pierwszy wpis z tej serii był bardzo nieśmiały, ostatni (z tamtego roku!) już bardziej rozhulany, jeśli chodzi o to, co mogę napisać i jak. Czasem brakuje pomysłów na to, co napisać na blogu, ale powieść krok po kroku się tworzy.

Pisze mi się dobrze. Obecnie jest to integralna część mojego życia i niech tak zostanie. Chciałam zrobić miejsce mojemu pisaniu i nie odkładać go na wieczne nigdy. To jedna z niewielu sfer życia, w którycha pandemia koronawirusa zdziałała coś dobrego. Przewartościowała mi czas.

Może moje pisanie nie jest dobre, ale jest dobre dla mnie. I to jest wystarczający powód, żeby to robić.
 

O siedzeniu przed ekranem

Tak, moi Państwo, siedzę przed ekranem całe dnie. Najpierw zdalne lekcje (bywa i sześć, i siedem dziennie), potem przygotowanie lekcji (tu komputer) i wysyłanie na iPada. Następnie fotografowanie podręczników, kadrowanie, robienie z tego pdf-ów i wrzucanie ich do plików Zooma. Sprawdzanie zeszytów (uczniowie wysyłają mi zdjęcia), prac literackich i projektów (plastycznych, zadań z lektury). Tworzenie filmików. W międzyczasie telefon, ktoś pyta o coś na grupie albo robię zadania w aplikacji do nauki języka.

Działam na trzy ekrany i około osiemnastej mam dość, ale to się nie kończy. Pisanie nowych tekstów na warsztaty, książki, redakcja cudzych powieści, gdzieś w międzyczasie copywriting.

Poza tym zdarza się, że mam popołudniowe zebrania albo nawet i szkolenia.

I jeśli ktoś mi ramach rozrywki proponuje live na Instagramie albo spektakl na żywo, to ja mam trochę dość. Wiem, że ci wszyscy twórcy chcą dobrze. Że chcą coś zrobić, dać namiastkę tej rozrywki, którą by nam ochoczo dali, gdybyśmy mogli tylko do nich wyjść. Tylko że ja nie daję rady z tego wszystkiego korzystać. Zdarza się, że nakładają się na siebie terminy live'ów ulubionych twórców.

Nie dam rady wszystkiego obejrzeć, skonsumować, przetrawić. Przebodźcowana i otoczona technologią (taka praca, takie życie).

Dlatego trzeba korzystać z chwil i uciekać od tego. Ostatnio spędziłam pół dnia w lesie, który sięga mi do pół łydki – a najbardziej ambitne egzemplarze nawet i za kolano. Podziwiam koleżanki chodzące codziennie na spacer. Niby taka mała rzecz, ale tak drogocenna w tych dziwnych czasach.

„Bezbronna”

Poniższy tekst jest powstał podczas warsztatów literackich. Pierwsze zdanie dostaliśmy (zaznaczyłam je kursywą). Resztę trzeba było dopisać.

***

Jestem bezbronna tylko wtedy, gdy schnie mi lakier na paznokciach. Dlatego nie maluję paznokci.

Ostatnio była nawet taka sytuacja. Świeży lakier na paznokciach, plastry ogórka na oczach, szlafrok, muzyczka… – i mi mieszkanie okradli. O, nie, dziękuję bardzo.

Na szczęście miałam wtedy remont, więc lakierowałam również drzwi. Pamiątkowe odciski palców złoczyńcy mam do dziś.
Wszystkie lakiery do paznokci wyrzuciłam.
Ogórka zjadłam.

Książki, których nie napisałam

Dzisiaj premiera mojej książki.
Z tym całym pisaniem książek jest tak, jak ze studiami (jak mi to uzmysłowił kuzyn wiele lat temu): studia są dla wytrwałych. Wydawanie książek – mam wrażenie, że też.

Nie wiem, co ja sobie myślałam, kiedy zakładałam blog i chciałam rozprawić się z marzeniami o pisaniu; co ja sobie myślałam, kiedy wymyśliłam cykl wpisów pt. Jak nie zostałam pisarką. Chyba chodziło mi o to, by realnie i surowo spojrzeć na swoje młodzieńcze pisanie i trochę samą siebie skrytykować (właściwie nie wiem, dlaczego. Żeby się rozwijać, trzeba pisać. To, że pisałam aż do czasów studiów, to raczej powód do chluby. Nie było to na poziomie Masłowskiej, więc nie nadawało się do pokazania. Ale ten etap jest konieczny).
Myślałam sobie wtedy, że to są mrzonki i że czas dorosnąć.

***

No więc z perspektywy czterech lat mogę stwierdzić, że jeszcze nie dorosłam, ale wiem na pewno, że jeśli całe życie człowiek czuje, że powinien pisać, to po prostu powinien to robić. To nie są mrzonki. To jest spełnienie.
Są pomysły, które uznaję za godne uwagi.
Są takie, które odłożyłam.
Są książki, których nie napisałam.

„Historyje uzdrowionych”. Tytuł jest nieco archaiczny, bo i historie mają korzenie w Biblii. Uzdrowiony trędowaty, ślepiec, który widzi, wskrzeszony Nain wracają do domu. I co dalej? Jak potem wygląda ich wiara, ich relacje w domu, które przecież się zmieniają?

„Nieświęte kobiety”. Współczesne historie inspirowane żywotami kobiet uznawanych dziś za święte. Monika, której życie skupione jest wokół syna, Kinga, żona wstydliwego męża, Joanna, Łucja, Maria, Katarzyna… Można by się przyjrzeć temu, jak Kościół widzi kobiety i jakie wymagania im stawia.

„Zwiększ czułość” – kiedy byłam w podróży z moim mężem, myślałam o napisaniu książki o miłości i wymyśliłam jej taki zgrabny, dwuznaczny tytuł. Książka nie powstała (moim zdaniem jest za dużo książek o miłości), ale powstał wpis.

Jest też moja powieść o dziewczynach, którą ciągle próbuję pisać na nowo. Mam już dużo pierwszych zdań.

Teraz już nie myślę ze smutkiem, że nie zostałam pisarką, chociaż nadal nie czuję, że już mam prawo się tak nazywać. Ale na książki, których nie napisałam, patrzę z większą otwartością. Może po prostu są to książki, których nie napisałam… jeszcze?

Masz zadanie: napisz do kogoś list

Niedawno czytałam listy Mrożka. Podziwiam, że mimo swojej zajętości miał czas na pisanie listów do swoich przyjaciół. Musiał to robić – w tamtych czasach nie mógł ot tak, zadzwonić albo wysłać maila z wynurzeniami i szczegółowymi instrukcjami.

Zatęskniłam za tamtymi czasami. Teraz jest szybciej i wygodniej, ale czy dzięki temu piszemy do siebie więcej? Nie wydaje mi się.

***

Kilkanaście lat temu korespondowałam z moją kuzynką, która przyjeżdżała na wakacje. Zostały mi po niej listy związane gumką czy tasiemką, świadectwo tego, co zajmowało nasze myśli we wczesnej młodości. Nie tykam tego, bo to są po prostu wynurzenia nastolatek, ale świadczyły o pewnej zażyłości, więzi, staraniu.
Ale!
Miałam też listowny związek z pewnym chłopakiem, który mieszkał sto kilometrów dalej. Z bijącym sercem otwierałam kolejne koperty i czytałam jego epistoły. Pamiętam jego pismo do dziś.

***

Pisanie listu wymaga przygotowań i zachodu. Trzeba ładnie pisać (z tym mam zawsze problem!). Trzeba zaopatrzyć się w kartki i kopertę. Trzeba iść na pocztę. Stać w kolejce po znaczek.
A przecież można wysłać e-mail. Można. Ale przyznajcie, to nie jest to samo.
No bo spójrzmy, co tutaj się dzieje:
    • zastanawiamy się nad kartką papieru,
    • przelewamy myśli, a więc musimy je skonstruować,
    • decydujemy, co mamy do powiedzenia i napisania,
    • a w końcu – piszemy ręcznie (która to czynność jest bardzo wyzwalająca, serio).

Nie żebym była jakąś romantyczką, która marzy o otrzymywaniu pachnących kopert zasuszonymi kwiatkami. Bo listy pisane ręcznie kojarzą się chyba przede wszystkim w ten sposób. Niekoniecznie. Chodzi o samo napisanie do kogoś.

Na początku roku szkolnego zwykle piszę do moich uczniów list i proszę o odpowiedź. Owszem, jest to zadanie z języka polskiego, ale oprócz tego to znacznie więcej. Okazja, by się lepiej poznać. Komunikacja jeden na jeden. Tworzenie więzi. Jest to coś osobistego, co daję i dostaję. Jest tajemnica korespondencji. Jest staranie i myślenie o tej drugiej osobie.
W tym roku też to zrobię.

***

Wstydliwie przyznaję, że codziennie zaglądam do skrzynki pocztowej. Codziennie. Dostanie paczuszki, koperty ze znaczkiem kojarzy mi się niezwykle pozytywnie. I bardzo mi tego brakuje.

Jak mi się pisze VI

Mówią, że pierwsze koty za płoty. Że jak się napisało pierwszą książkę, to następne już łatwiej. Podobno.
Mówią też, że druga książka jest trudniejsza. Tak samo jak druga płyta czy jakiekolwiek inne dzieło.
Mój umysł postanowił chytrze ominąć tę zasadzkę i produkuje część drugą tego samego konceptu. Krótko mówiąc, spokojnie wymyślam ciąg dalszy. Bez presji. Bez terminu, bez szukania naprędce.
Piszę i robię totalnie po swojemu. Na spokojnie. Trudno, nie będę płodną pisarką, ale chcę pisać rzeczy dobre… albo przynajmniej niezłe. Czasem to wymaga (właśnie) czasu.
Jeśli będzie to jedna cienka książka na kilka lat, to niech i tak będzie.

***

Kiedy kobieta mówi: „Napisałam książkę”, pewnikiem kojarzy się z ckliwymi powieściami dla kobiet.
Nie napisałam ckliwej.
Nie napisałam powieści.
Nie napisałam dla kobiet.

Ktoś mi powiedział: „Proszę cię, tylko nie każ mi tego czytać”.
Nie będę kazała, spokojnie.

***

Nie mogłabym podpisać się pod czymś, z czego byłabym niezadowolona lub czego bym się wstydziła. Dlatego w sumie cieszę się, że ta książka, którą dziesięć lat temu wysłałam na konkurs, nie wygrała i nie ukazała się. Pamiętam tamtą gorycz porażki, ale dziś mogę powiedzieć sobie 25-letniej: jeszcze będziesz za tę gorycz dziękować. Ten debiut mógłby być największym wstydem mojego życia.
Dzięki niebiosom za dojrzewanie.

***

Czuję się pełna z moim pisaniem. Jestem na właściwym miejscu i robię to, co mam robić. Współczuję tym, którzy nie wiedzą, co mają robić, bo ja wiem i w sumie to od zawsze wiedziałam, tylko z różnych powodów tego nie robiłam.
I tak, jest mi z tym bardzo dobrze, że mogę to robić, że odważyłam się, odważam, że niebawem będę mogła dać komuś do przeczytania moją książkę i patrzeć na reakcję. A potem o tym pogadać.

***

Moje książki dopieszczam. Każde zdanie jest uważnie budowane. Stać mnie na to, bo nie utrzymuję się z pisania, nie czuję presji. Nikt mnie nie pogania. Czasem długo czekam na pomysł, ale umysł skierowany na słowo jest wyostrzony.

***

Uczę się pisać przez czytanie.
Głównie czytam dobre książki, bo chcę pisać dobre książki. Czasem zdarzy się słabizna i wtedy myślę: O, nie, tak nie chcę pisać. Tu nie ma konfliktu, to jest banalne, a to przewidywalne. To zbyt cukierkowe.
Częściej jednak spotykam książki piękne.

Poznaję moich duchowych braci i siostry, wielbicieli nonensu, piszących ze swadą i sztubacką fantazją (to określenie nie jest moje, ale szalenie mi się podoba!). Piszących wzruszająco, ale bez grama patosu i przegięcia. Wzruszenia też trzeba umieć poprowadzić. Albo absurdy wplecione w (teoretycznie) całkiem zwyczajną opowieść.
Książka pt. Nazywam się Cukinia? Żuraw w roli zwierzątka domowego, obwieszony koralami i nazywany Panną Hiperredundantną? Opowieść o lektorze z porannego pociągu, który czyta kompletnie obcym ludziom fragmenty książek? Bohater traci głowę i resztę siebie, więc zostaje tylko swoim nosem krążącym po mieście w poszukiwaniu swojego ciała? Spotkanie rodzinne, na którym familia sprawdza, czy na pewno nie ma łaskotek? To mi bardzo pasuje. I zobaczymy, dokąd mnie poprowadzi.

Poprzednie wpisy na ten temat znajdziecie tutaj: pierwszy, drugi, trzeci, czwarty, piąty.

Jak lepiej pisać i być bardziej kreatywnym? Książki, które polecam (i które można przeczytać)

Wierzysz w wenę? W boskie natchnienie, które spływa na twórców, niezasłużenie i nieoczekiwanie? Czy raczej jesteś zwolennikiem tezy, że pisania (tworzenia) można się nauczyć?
Ja uważam, że owszem, albo się ma ku czemuś smykałkę, albo się nie ma, ale jak się już ma, to da się to rozwinąć. Pozwolić sobie na większą kreatywność i pracować nad tym, by tworzyć coraz więcej i lepiej.

Tworzenie to proces. Podczas niego przeżywa się swoje wzloty i upadki, które należy uszanować. Zniechęcenie. Odpoczynek po trudzie. Brak pomysłów. Jest czas posuchy i obfitości. Jest czas inspirowania się i wznoszenia na wyżyny kreatywności. Są sposoby na otwieranie się na nowe możliwości.

Skąd to wszystko wiem? Jak większość rzeczy – z książek.
Na przykład takich jak poniższe.

  • „Droga artysty” Julii Cameron – to największa w moim życiu zachęta do tworzenia, zawiera kurs rozwijania w sobie wewnętrznego artysty, ćwiczenia, porady, cytaty.
  • „Wielka magia” Elizabeth Gilbert – to zachęta numer dwa. (Jeszcze) bardziej mistyczna, ale też skuteczna.
  • „Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika” Stevena Kinga. Autobiografia i proste rady od poczytnego pisarza.
  • „Narratologia” Pawła Tkaczyka. Naprawdę świetnie mi się czytało tę książkę, a opowiadane historie wryły mi się w pamięć, co świadczy o skuteczności zalecanych tam metod.
  • Ciekawą pozycją jest „Kurs pisania scenariuszy” Lew Huntera. Jest to naprawdę konkretna dawka wiedzy na temat scenopisarstwa i myślenia nad strukturą filmu.
  • Szeroko pojętą kreatywność pomaga rozwijać Agnieszka Biela w „Treningu kreatywności”. Zawiera teorię i mnóstwo, mnóstwo ćwiczeń na otworzenie umysłu i myślenie w zupełnie inny sposób niż zazwyczaj.
  • Niektórzy chwalą także „Piękny styl” Stevena Pinkera. Warto zajrzeć.
  • Przede mną do przeczytania jeszcze „Biblia copywritingu” Darka Puzykiewicza i „Kreatywność na zawołanie” Todda Henry'ego. Nie wiem, czy znajdę tam coś odkrywczego, więc póki co czekają cierpliwie na półce.

Chciałam zakończyć jakimś mądrym cytatem o tworzeniu i trafiłam na to:
„Uczymy się coś robić, robiąc to. Nie ma innego sposobu” (John Holt). Zatem do roboty!

O czym są „Bielskie profesje”?

„Bielskie profesje” to zbiór fikcyjnych zawodów, które mogłyby istnieć w przestrzeni miasta, by dyskretnie polepszyć życie jego mieszkańców. Zbiór zawiera czterdzieści trzy profesje, a wśród nich jest na przykład człowiek, który rozplątuje wierzbowe gałązki, Rozdeptywacz Suchych Liści, Trener Gołębi czy Psycholog Bankomatów.
Albo taki Klatkowy Latarnik.

latarnik1

Tu jeszcze z poprawkami. Zamysł już widać. Po jednej stronie tekst, po drugiej ilustracja Basi Kędzierskiej.

***

Muszę przyznać, że to miasto od samego początku było dla mnie mocno inspirujące. Malownicze trasy, miłe zakątki, charakterystyczne miejsca, przepiękne kamienice i dworki, okalające góry, rzeka, która dzieli, ale też łączy. Można chodzić i się rozglądać, zachwycać albo zamyślać.

Kiedy w 2011 roku zamieszkałam w Bielsku-Białej, przeszłam to miasto wzdłuż i wszerz. Pieszo. Najpierw z mapą i cv, a potem do pracy.  Chodziłam, a profesje wpadały mi do głowy, a potem jedna po drugiej skapywały do notatnika, kap, kap, kap. Bez cenzury, bez poważnych planów, co z tym zrobię. Wewnętrzny cenzor zajął się innymi tekstami, a więc profesje chyłkiem przychodziły mi do głowy, zadomowiły się w notatkach i w pliku tekstowym, aż w końcu ułożyły się w zgrabny zbiorek.

W czerwcu druk. Już nie mogę się doczekać!

1 2 3