Jeszcze wyjdziemy z domu, czyli zapiski z kwarantanny

Miałam nie używać tych dwóch słów na k (koronawirus i kwarantanna). Co prawda przy nich jak ulał pasuje trzecie słowo na k, ale to już sobie naprawdę daruję.
Użyję ich raz, obiecuję.

Siedemnasty dzień kwarantanny. Zrobiłam makijaż. Na górze umalowane rzęsy i energetyczny sweterek, a na dole dres i grube skarpety. Dresy trzymają się mocno.

Przeczytałam już dużo na temat wirusa i tego, co należy robić w domu, co można, co trzeba i czego nie trzeba i nie można. Nie chcę dodawać swojego.

Melduję jednakże, iż się nie nudzę, bo praca w domu, przygotowanie i prowadzenie zajęć zdalnych oraz sprawdzanie prac i zadań zajmuje mniej więcej tyle czasu co praca w szkole – minus dojazdy i obowiązkowe odstanie dyżurów na przerwach. U mnie w szkole dyżury zresztą są przedziwnym czasem, ponieważ sprzyjają integracji międzyludzkiej… Pamiętacie w szkole, jak podczas przerwy podchodziliście do nauczyciela, żeby z nim pogadać? Ja też nie. A moi uczniowie tak robią.

Ciekawe, że problemy sprzed miesiąca wydają się odległe i błahe. Inaczej to wszystko wygląda z obecnego punktu widzenia, a wiele zmieniło się praktycznie z dnia na dzień.

Przeczytałam niedawno korespondecję Wisławy Szymborskiej i Joanny Kulmowej. Kulmowie mieszkali na odludziu, mieli dom w Strumianach i tam tworzyli. I wiecie co? Ten styl życia, ten dom na odludziu, to pisanie, ta atmosfera dawnych listów, pełnych żarcików słownych, pełnych sympatii, to było coś pięknego, coś kojącego.
Tak samo jak kojące jest wyrabianie ciasta na pizzę albo zapach domowego chleba. Tak samo jak kupienie sobie musu do ciała o niespotykanym, naturalnym zapachu (o to cudo mi chodzi) i wąchanie go przy okazji każdej wizyty w łazience. Albo zamalowywanie akwarelami stosów pofalowanych kartek, nie zważając na efekt.

I napiszę coś jeszcze, koniecznie.
Jeszcze wyjdziemy z domu. Jeszcze spotkamy się z ukochanymi osobami, pojedziemy w odwiedziny, zjemy wspólnie posiłek. Jeszcze pójdziemy razem do parku, do teatru, do kina, na pilates i jogę, basen, do kosmetyczki i fryzjerki.
Jeszcze będziemy razem, tylko teraz chwilowo musimy być osobno.

Listopadowe polecajki

Z roku na rok jesienie stają się coraz trudniejsze, a chęć zapadnięcia w sen zimowy coraz to przemożniejsza. Jak tak dalej pójdzie, to za rok mnie chyba nie dobudzicie.
Ale do rzeczy.

Po pierwsze podcasty Okuniewskiej. Dowcipne, mądre, czasem tak zadziwiające, że otwieram buzię szeroko, a czasem parskam śmiechem albo myślę sobie: kurcze, też tak mam i dlaczego całe życie myślałam o sobie źle z tego powodu. Najpiew słuchałam „Tu Okuniewska”, potem miałam drugie podejście do „Moich przyjaciółek idiotek”, które kiedyś nie zachwyciły, a teraz a i owszem. Przede mną jeszcze „Dziewczyny z sąsiedztwa”. Dobrze, że nagrała tego tak dużo, mam czego słuchać!

Po drugie: pójście do teatru na coś nieoczywistego. Ja ostatnio poszłam na „Ballady i romanse”. Mimo niechęci do Mickiewicza i romantyzmu. I dobrze, że poszłam, gdyż wyszłam tak zachwycona i pod wrażeniem, że brakowało mi nawet słów zachwytu. Teatr jest zawsze dobry, jak się chce trochę zaczarować swoje zwykłe życie.

Po trzecie: przeczytanie książki w jeden dzień. Uwiera mnie niemożność czytania tyle, ile bym chciała, i to czytania tego, co niekoniecznie chcę kolejny raz czytać (lektury szkolne), bo otem brakuje mi czasu na czytanie dla przyjemności. I książek dla dorosłych, jakkolwiek by to nie brzmiało. Tak przynajmniej tłumaczę, dlaczego wolę przeczytać kolejną powieść o Islandii, Annę Gavaldę, reportaże albo eseje niż cykl o Percym Jacksonie albo Harrym Potterze. Tak więc przeczytałam przepięknie napisane „Miasteczko w Islandii” (okładka obiecała, że to najpiękniejsza książka, jaką przeczytam w tym roku. Poprzeczka wisiała wysoko. Może nie była to książka najpiękniejsza, ale przyznaję, zajmuje górną półkę. Tyle że nie jest tam sama. Może gdybym ją przeczytała w styczniu albo maju…

Po czwarte: czytanie śmiesznych wierszyków. Na przykład polecono mi „Błysk rewolwru” Szymborskiej i rzeczywiście czytałam z uśmieszkiem albo i nawet chichotałam. A chichot jesienną porą jest zawsze mile słyszany.

Po piąte: kulinarne dogadzanie sobie. Na przykład zjedzenie świeżego pączka (byle nie z lukrem, lukier jest okropny!) albo croissanta na ciepło.

Po szóste: pojechanie na jakieś ciekawe warsztaty. Konfrontacja z ludźmi, którzy lubią to samo, którzy mają podobne poczucie humoru, a jednocześnie pozwalają wyrwać się z Byłam więc na warsztatach pisania nieoczywistych form literackich (limeryki, moskaliki, epitafia, ideanonsy, lepieje itp.) organizowanych przez „Przekrój”. Pisanie śmiesznych wierszyków też oczywiście polecam.

Dobrego listopada, drodzy Państwo!