Ważne filmy: „Fortepian”

Filmy częściej mi się nie podobają niż podobają.
Mam nawet taką obawę. Jak ktoś mi mówi: „Obejrzyj ten film, będzie ci się podobał” – to zawczasu myślę, jak ja mu to powiem, że jednak mi się nie podobał.

Czasem zastanawiam się, które filmy są dla mnie ważne i które uznaję za arcydzieła. Te, przy których płakałam? Te, o których nie mogę zapomnieć? Te, które mnie zmieniły?

„Fortepian” jest jednym z ważniejszych filmów w moim życiu. Obejrzałam go ponad dekadę temu i pamiętam, że wtedy tak strasznie, rozpaczliwie płakałam nad tą historią i nad sobą – bo nie umiałam mówić. Metaforycznie. O rzeczach ważnych. Nie umiałam się otworzyć. I zobaczyłam, że będzie źle, jeśli się tego nie nauczę.

Dzisiaj obejrzałam go ponownie. Trochę się bałam, że tym razem się rozczaruję. Ale nie. Ten film jest przepiękny wizualnie, muzycznie, symbolicznie; jest zmysłowy, pokazuje, jak ważny jest dotyk. Główna bohaterka jest wrażliwa, silna i dumna jednocześnie (czujecie, jak mocne to jest połączenie?).

Dziesięć lat później widzę więcej niż aleksytymię: patriarchat, który krzywdzi również mężczyzn (facet, który musi stosować przemoc, przypomina mi „Chama” Orzeszkowej, który nie chciał, ale przecież musiał bić żonę), zderzenie kultur (Anglicy gardzący Maorysami i bojący się ich „dzikości”), przemoc seksualna usankcjonowana przez… właściwie przez cokolwiek. Bo przecież ciało kobiety to jest własność męża albo kogoś, od kogo jest w jakiś sposób zależna. No i jeszcze ta ciasna kultura, ta opresyjna moda XIX wieku, która więzi nogi w klatce i tułów w gorsecie, co z kolei jest symbolem ról społecznych, oczekiwań. Nie pozwala wziąć oddechu pełną piersią i swobodnie się poruszać.

A ten film pokazuje, że w tym całym zawikłaniu można być wolnym.

piano