Lipcowe polecajki

Były polecajki listopadowe i kwietniowe, zapraszam więc na lipcowe. Dzielę się dobrem:

  • Daði Freyr. To bardzo pozytywny twórca – nie można się nie uśmiechnąć, oglądając ten teledysk. Albo ten koncert dla krów. Tak, dla krów. Prawie biły brawo. Lubię też jego covery, z domu, z amatorskiego studia, do mikrofonu przyklejonego taśmą klejącą. To taki człowiek-orkiestra. Bardzo żałuję, że w tym roku Eurowizja (której zwykle nie oglądam) została odwołana. Oglądałabym tylko dla „Think about things”.
  • Czytanie klasyki. Polecam szczególnie „Na wschód od Edenu” Steinbecka. Niech nikogo nie przerazi niemal 800 stron. Saga rodzinna, Stany Zjednoczone na przełomie wieków, problem dobra i zła, zasługiwania na miłość rodzica i kwestia zazdrości (analogie do historii Kaina i Abla). I czy zło można zwyciężyć, jak się jest po prostu ufnym, dobrym, naiwnym człowiekiem?
  • Serial „Kidding” z Jimem Carreyem (HBO). I znowu – czy zło można zwyciężyć dobrem? Serial jest tragikomiczny, smutny, kiedy trzeba, a czasem zaskakujący tak, że paskam śmiecham albo otwieram buzię ze zdziwienia. No i ma świetną, animowaną czołówkę, za każdym razem inną.
  • Podcast Niedźwiedzka o zmierzchu – w wielkim skrócie: o seksie i emocjach. Pouczający.
  • Podcast Historyczny – często miałam gęsią skórkę, słuchając. Bardzo polecam, zwłaszcza odcinek o Murze Berlińskim.
  • Profil Marcina Orlińskiego. Szanuję poczucie humoru, błyskotliwość oraz umiłowanie słowa (wszak poeta, redaktor).

Z rzeczy pozainternetowych:

  • nurkowanie w jeziorze z zatopioną koparką. To akurat nie ja, ale ktoś bliski. Ja byłam świadkiem tych emocji. Niesamowita przygoda.
  • pływanie kajakiem po Nidzie
  • jazda rowerem
  • chodzenie na dobre lody
  • jedzenie dobrych pomidorów polanych ostrą, drapiącą w gardło, aromatyczną oliwą
  • bycie uprzejmym dla ludzi, w tym także dla całkiem obcych, np. w autobusie albo na przystanku. Ostatnio koleżanka opowiadała mi o pyskówce w autobusie. Ludzie potrafią się pokłócić, zwyzywać, poniżać publicznie – po co to? Żeby udowodnić swoje wyszczekanie? (Nie ma się czym chwalić) Żeby się wyżyć? Dlaczego na obcym człowieku? Dlaczego w ogóle na kimś? Dlaczego w ogóle?

Tymi pytaniami bez odpowiedzi zakończę. Miłego lipca!

Próby czerpania radości z zobaczenia kota lub łasicy

Są dni, kiedy radość jest chwilowa, a smutek jest długotrwały. Dni mijają mniej lub bardziej jałowo, a znużenie pustką internetu sięga zenitu. Mogłabym sporządzić listę rzeczy, które wtedy nie pomagają i nie przynoszą radości (na przykład jedzenie lodów, co oznacza, że popularne amerykańskie seriale kłamią), ale po co?

Mogę też spróbować patrzeć bardziej odkrywczo na świat, inaczej. Jak się patrzy inaczej, to zawsze można coś ciekawego wypatrzeć.
Na przykład kiedy krople wody na umywalce układają się na kształt kota albo łasicy. Serio. Widziałam to.

Albo idąc tym tropem – inne malusieńkie chwilki, maciupkie momenty, drobnostki. Takie jak:

  • pierwszy łyk ciepłej kawy (ostatni, zimny będzie zgoła innym przeżyciem),
  • odkrycie, że marynowana w occie marchewka i cebula już po chwili, po kwadransie, po godzinie, po dobie smakują zupełnie inaczej niż poprzedniego i to jest właśnie mały, kuchenny cud,
  • obracanie ziół w doniczce, które za bardzo kierują się do słońca,
  • spojrzenie psa, który chce być z nami i w jego oczach widać bezbrzeżne zdumienie, dlaczego ma wyjść z pokoju,
  • obserwowanie, jak na przystanku dziewczynka tańczy na deszczu, wystawia język, wyciąga ręce i jest cała radością (dopóki matka jej nie zruga i nie powie, żeby się nie wygłupiała),
  • kłaczek dmuchawca, który niefrasobliwie wleciał przez okno i teraz czuje się nieswojo i nie u siebie, co jest oczywiście w pełni zrozumiałe,
  • używanie smakowitych przysłówków. Nie rozumiem rady Stephena Kinga, który podczas pisania każe omijać wszystkie przysłówki szerokim łukiem. Moim zdaniem to (uwaga, przysłówek!) głupie.

Opresja ekranów

Jest laptop do sprawdzania i pisania tekstów, scenariuszy, materiałów na lekcje, tablet do prowadzenia zajęć i codziennej komunikacji z uczniami, jest telefon do kontaktowania się, ustalania spraw pracowych.

Coś, co miało być udogodnieniem, staje się klatką i zniewoleniem.

Jak ktoś do mnie dzwoni, niepokoję się.

Nie cieszą mnie maile, bo prawie zawsze oznaczają: „Masz dodatkową robotę. Masz coś do wysłania, załatwienia, do zrobienia, dopisania do codziennej listy do zrobienia. Masz zmieścić jeszcze to i tamto”. To nie są maile pt. „Co u Ciebie? Jak sobie radzisz podczas pandemii?”.

(Wyjątkiem jest jeden mail, na który codziennie czekam i który codziennie dostaję, a który dotyczy mojej książki).

Samotność wśród wielu ekranów i wielu komunikatorów.

O siedzeniu przed ekranem

Tak, moi Państwo, siedzę przed ekranem całe dnie. Najpierw zdalne lekcje (bywa i sześć, i siedem dziennie), potem przygotowanie lekcji (tu komputer) i wysyłanie na iPada. Następnie fotografowanie podręczników, kadrowanie, robienie z tego pdf-ów i wrzucanie ich do plików Zooma. Sprawdzanie zeszytów (uczniowie wysyłają mi zdjęcia), prac literackich i projektów (plastycznych, zadań z lektury). Tworzenie filmików. W międzyczasie telefon, ktoś pyta o coś na grupie albo robię zadania w aplikacji do nauki języka.

Działam na trzy ekrany i około osiemnastej mam dość, ale to się nie kończy. Pisanie nowych tekstów na warsztaty, książki, redakcja cudzych powieści, gdzieś w międzyczasie copywriting.

Poza tym zdarza się, że mam popołudniowe zebrania albo nawet i szkolenia.

I jeśli ktoś mi ramach rozrywki proponuje live na Instagramie albo spektakl na żywo, to ja mam trochę dość. Wiem, że ci wszyscy twórcy chcą dobrze. Że chcą coś zrobić, dać namiastkę tej rozrywki, którą by nam ochoczo dali, gdybyśmy mogli tylko do nich wyjść. Tylko że ja nie daję rady z tego wszystkiego korzystać. Zdarza się, że nakładają się na siebie terminy live'ów ulubionych twórców.

Nie dam rady wszystkiego obejrzeć, skonsumować, przetrawić. Przebodźcowana i otoczona technologią (taka praca, takie życie).

Dlatego trzeba korzystać z chwil i uciekać od tego. Ostatnio spędziłam pół dnia w lesie, który sięga mi do pół łydki – a najbardziej ambitne egzemplarze nawet i za kolano. Podziwiam koleżanki chodzące codziennie na spacer. Niby taka mała rzecz, ale tak drogocenna w tych dziwnych czasach.

35 punktów na 35 dni zamknięcia

Oto 35 myśli lub faktów, które nie mają absolutnie żadnego znaczenia, ale można je zebrać, napisać i czytać niemalże na wyrywki. Może z czymś się zgodzicie, a może Was chociaż coś rozbawi lub zaciekawi.

  1. Policzyłam. Siedzę w domu 35 dni. Co prawda raz wyszłam do sklepu i raz do pracy, ale poza tym żyję jak jaskiniowiec.
  2. Chodzę cały czas boso. Powoli zapominam, jakie mam buty…
  3. Aaa, moje trampki zostały w szkole! Zaraz, jakie one miały kolor? Serio, nie pamiętam. Jak tam pojadę, to ciekawe, czy je w ogóle rozpoznam. Może po zapachu.
  4. Na górze koszula, na dole dres – taka była moja zasada podczas zdalnych lekcji. Potem nastąpił przełom. Nie chciałam już być dresem. Pewnego dnia zrobiłam nawet makijaż.
  5. Wyciągnęłam tak zwane letnie ubrania. O niektórych zupełnie zapomniałam. Jak to miło, że człowiek cieszy się z rzeczy, które ma, tylko o nich chwilowo zapomniał. To taka nieustająca radość ciągle z tego samego. Oto plus słabej pamięci!
  6. Moje włosy już bardzo tęsknią za Panią Fryzjerką. Powoli odsłania się moje siwe oblicze starego człowieka.
  7. Tęsknię za włóczeniem się po mieście. Bez celu i bez sensu. Ale jakie to było przyjemne, takie włóczenie bez sensu!
  8. Spędzam dni przy biurku, wpatrując się w trzy ekrany: służbowy tablet, laptop i telefon. To nie jest normalne, nie jest też zdrowe. Ale co zrobić, takie czasy. Co za ironia: humanistka w niewoli cyfrowej.
  9. Moi uczniowie sami są zaskoczeni, jak bardzo niektórym brakuje szkoły – możliwości wyjścia z domu, odcięcia się od domowych spraw, kontaktu z rówieśnikami, porobienia czegokolwiek. Coś by się działo.
  10. Miałam problem z projektem plastycznym. Nie wiem, czy uczniowie mają w domu farby, blok, kredki, więc musiałam wymyślić projekt, który każdy jest w stanie zrealizować w domu. Dlatego do wyboru jest sześć z czterdziestu zadań, wśród których jest na przykład zrobienie artystycznej kanapki, rzeźby z folii aluminiowej albo pracy z kartonu po pizzy.
  11. Albo widok z okna. Ten temat też jest bardzo na czasie.
  12. Omawiamy ostatnio wiersze o przyrodzie, jakiś Miłosz, Mickiewicz, majestatyczne lasy, koncerty wieczorne ptaków i żab, te sprawy. Uczniowie patrzą na te teksty przez pryzmat tęsknoty. Doceniają naturę, bo są od niej oddzieleni. Mówią, że tęsknią.
  13. Jak wyjdziemy, to rzucimy się na siebie jak dzicy. O ile oczywiście będzie można.
  14. Na pewno rzucimy się na lasy, parki, kawiarnie, miejsca publiczne. Oby nasze ulubione kawiarnie dalej prosperowały!
  15. Mam na półce dwie książki, z którymi się utożsamiam. Obrazują moje wady. Pierwsza to „Łakomstwo. Historia grzechu głównego”, a druga to „O głupocie”.
  16. Obejrzałam serial o dziewczynie z ortodoksyjnej gminy żydowskiej (część dialogów jest w jidysz) oraz romantyczny serial francuski. Umiem już przeklinać po francusku i wiem, co to jest sztrajmł.
  17. Nadrabiam zaległości. Kupiłam i przeczytałam Ciarkowską, Springera, korespondencję Szymborskiej i Kulmowej. Połknęłam te książki, spragniona dobrze napisanego słowa.
  18. Nawet Kulmowa wysyłała prace na konkursy, których nie wygrywała. To mnie pociesza.
  19. Książka, która mną wstrząsnęła, przepięknie napisana, dotykająca mocno (ze względów etycznych oraz etnicznych) – „27 śmierci Toby’ego Obeda”. Brak mi słów, jaka to była dobra lektura!
  20. Ponieważ jest tam opisane przemocowe obcinanie warkoczy inuickim dzieciom, tego dnia zaplotłam sobie warkocze i spięłam je razem z tyłu głowy (taka babcina fryzura) na znak solidarności i protestu. Moje warkocze dla Was, jako hołd dla Waszej straty. Wiem, że to nic nie znaczy. Wiem, że nikt tego nie widział. Nieważne.
  21. Miałam tydzień z ludami północy. Najpierw była książka o dziewczynce z Grenlandii, a potem dzieci z Pierwszych Narodów (potocznie, ale i obraźliwie zwani Eskimosami). Szalenie podoba mi się to określenie. Oni byli tam pierwsi.
  22. Mam taką książkę, w której jest wyjaśnione, jak się pisze scenariusze filmowe. Ostatnio oglądałam jakiś film sensacyjny i widziałam, że ktoś tu pisał według schematu. Nawet byłam w stanie rozpoznać przejście między pierwszym a drugim aktem. Dziękuję, Lew (Lwie?) Hunterze.
  23. Dowiedziałam się ostatnio, że nos rośnie całe życie. Obawiam się, że na starość zamienię się w żeńską wersję Pinokia.
  24. Mam świeczkę, która pachnie jak facet. To, że świeczka pachnie jak Boże Narodzenie albo cytrusy, to rozumiem. Ale jak zrobić świeczkę pachnącą jak facet?
  25. Uczę się odpuszczać. Moje życie obrane z dodatkowych aktywności i wielu „zajętości” jest całkiem spoko.
  26. Czasem jednak głowa nie chce odpuścić. Była taka sytuacja. Najpierw spotkała mnie przykra rzecz. Przykrostka. Siedziała mi w głowie, smuciła i stresowała. Pomyślałam: „Pójdę wcześniej spać, prześpię problem”. Efekt? Nie mogłam zasnąć. Następnego dnia nadal siedziała mi w głowie, więc pomyślałam: „Pójdę spać później, zmęczę się, padnę i zasnę od razu”. Efekt? Nie mogłam zasnąć.
  27. Mam pisarskie prace domowe. Najlepsze prace wychodzą, kiedy się za długo nie zastanawiam.
  28. Owszem, siedzimy w domu, ale skąd znaleźć czas, żeby obejrzeć te WSZYSTKIE live’y, które wrzucają obserwowani przeze mnie ludzie? Te wszystkie ciekawe rozmowy, spotkania autorskie,  wywiady. Nie jestem w stanie tego przekonsumować.
  29. Ale za to wybieram sobie ciekawe podcasty do słuchania podczas gotowania: Zabawy jedzeniem, Herstorie, Sztuka gadania.
  30. Z serialu (programu?) pt. „Cztery składniki” zapamiętałam trzy rzeczy. Sól to dobro. Kwaśny smak to dobro. Białą fasolę ugotować z oliwą i liściem laurowym, wymieszać z prostym winegretem (cebula, czerwony ocet winny, oliwa) – będzie pysznie.
  31. Ta biała fasola chodziła za mną chyba od miesiąca. Ta fasola jest objawieniem smaku. Teraz już się z białą fasolą lubimy.
  32. Poza odcinkiem z fasolą (ostatni, „Temperatura”) polecam cały program (serial?). Odcinek o kwaśnym smaku oglądałam ze ślinotokiem. Ta Pavlova z plastrami pomarańczy… o, nie, znowu się zaczyna!!!
  33. Najlepiej się za dużo nie zastanawiać, tylko pisać. I robić. Szczerze mówiąc, nie sądziłam, że wymyślę te 35 faktów, ale jakoś leci. Udaję więc, że nad tym panuję. Na razie klawiatura mi wierzy.
  34. Mózg też chyba się oszukał (aż chciałoby się napisać: „Nie mam pojęcia, co ja piszę!”) . O, proszę, już trzydzieści cztery.
  35. Nie mam dalekosiężnych i ambitnych planów na kwarantannę. Nie będę uczyła się nowych języków ani uczestniczyła w kursach (patrz: punkt 25). Dzięki uprzejmości koleżanki z pracy nauczyłam się montować filmiki na iMovie. To chyba wystarczy, nie?

Jeszcze wyjdziemy z domu, czyli zapiski z kwarantanny

Miałam nie używać tych dwóch słów na k (koronawirus i kwarantanna). Co prawda przy nich jak ulał pasuje trzecie słowo na k, ale to już sobie naprawdę daruję.
Użyję ich raz, obiecuję.

Siedemnasty dzień kwarantanny. Zrobiłam makijaż. Na górze umalowane rzęsy i energetyczny sweterek, a na dole dres i grube skarpety. Dresy trzymają się mocno.

Przeczytałam już dużo na temat wirusa i tego, co należy robić w domu, co można, co trzeba i czego nie trzeba i nie można. Nie chcę dodawać swojego.

Melduję jednakże, iż się nie nudzę, bo praca w domu, przygotowanie i prowadzenie zajęć zdalnych oraz sprawdzanie prac i zadań zajmuje mniej więcej tyle czasu co praca w szkole – minus dojazdy i obowiązkowe odstanie dyżurów na przerwach. U mnie w szkole dyżury zresztą są przedziwnym czasem, ponieważ sprzyjają integracji międzyludzkiej… Pamiętacie w szkole, jak podczas przerwy podchodziliście do nauczyciela, żeby z nim pogadać? Ja też nie. A moi uczniowie tak robią.

Ciekawe, że problemy sprzed miesiąca wydają się odległe i błahe. Inaczej to wszystko wygląda z obecnego punktu widzenia, a wiele zmieniło się praktycznie z dnia na dzień.

Przeczytałam niedawno korespondecję Wisławy Szymborskiej i Joanny Kulmowej. Kulmowie mieszkali na odludziu, mieli dom w Strumianach i tam tworzyli. I wiecie co? Ten styl życia, ten dom na odludziu, to pisanie, ta atmosfera dawnych listów, pełnych żarcików słownych, pełnych sympatii, to było coś pięknego, coś kojącego.
Tak samo jak kojące jest wyrabianie ciasta na pizzę albo zapach domowego chleba. Tak samo jak kupienie sobie musu do ciała o niespotykanym, naturalnym zapachu (o to cudo mi chodzi) i wąchanie go przy okazji każdej wizyty w łazience. Albo zamalowywanie akwarelami stosów pofalowanych kartek, nie zważając na efekt.

I napiszę coś jeszcze, koniecznie.
Jeszcze wyjdziemy z domu. Jeszcze spotkamy się z ukochanymi osobami, pojedziemy w odwiedziny, zjemy wspólnie posiłek. Jeszcze pójdziemy razem do parku, do teatru, do kina, na pilates i jogę, basen, do kosmetyczki i fryzjerki.
Jeszcze będziemy razem, tylko teraz chwilowo musimy być osobno.

Kobiety i zakupy, czyli trzy marcowe myśli

Ależ mi wyszedł kontrowersyjny tytuł! Żeby niby kobiety kojarzą się tylko z robieniem zakupów? Że wpis będzie lekki, łatwy i przyjemny? Niekoniecznie.
Ale do rzeczy.

Po pierwsze: O zakupach przez internet

Kiedy robię zakupy przez internet, chyba najbardziej irytują mnie zdjęcia chudych modelek. Ok, wiem, jak będzie wyglądała w tych ubraniach osoba z płaskim brzuchem. A ja? Jak to ubranie wygląda na osobie z fałdkami w okolicach brzucha? Kiedy oglądałam suknie ślubne, miałam ten sam dylemat. Żeby dany model dobrze na mnie leżał, musiałabym być pół raza wyższa niż jestem (zresztą podejrzewam, że tak jest z większością sukien ślubnych).

Tak więc postuluję o większą różnorodność modelek. Niech każda klientka zobaczy, jak naprawdę będzie wyglądała w tym ubraniu.

No dobrze, jeszcze bardziej irytuje mnie, kiedy przysyłają biały produkt zamiast czarnego, a przesyłka idzie dwa miesiące, bo na stronie napisali małym druczkiem, że tak może być, a ja nie doczytałam.

Po drugie: Jak to jest z tą przyjaźnią w serialach?

Oglądałam niedawno serial, w którym bohaterka zostaje wdową i zaprzyjaźnia się z kobietą, którą poznaje na spotkaniach dotyczących żałoby. Obie mają tylko siebie, co jest znaczące dla rozwoju akcji – jest to sytuacja dobra i zła jednocześnie.

Osoby po trzydziestce, czterdziestce – nie mają innych przyjaciół i znajomych, na których mogliby liczyć w trudnej sytuacji, pogadać, poprosić o przypilnowanie dzieci. Nie mają zaplecza. W chwili startu serialu zaczynają wszystko od początku. Trochę mnie to dziwi, bo uważam, że człowiek prócz związku powinien mieć jeszcze swoją grupę wsparcia. Dużo bardziej realistyczni są bohaterowie, którzy kogoś takeigo mają. No chyba że mają tak trudne charaktery, że nikt z nimi nie wytrzymał. Tak też w serialach bywa. I w życiu.

Po trzecie: O Dniu Kobiet

Mieliśmy ostatnio święto w szkole, przedstawienie, życzenia, kwiatki, czekoladki. Ciekawym zjawiskiem jest otrzymanie kwiatka tylko dlatego, że się urodziło jako osoba danej płci. Ani to moja wina, ani zasługa.

Zżymam się oczywiście na wszelką niesprawiedliwość dotyczącą płci, na paternalistyczne traktowanie kobiet i szowinizm. Boli mnie to, jak ktoś mówi, że kobiety są trochę głupsze. Albo kiedy się je pomija w narracji o świecie. Kiedy mężczyźni szli na wojnę czy brali udział w powstaniu i ginęli, to wdowy musiały podciągnąć rękawy i brać się do pracy (a ich edukacja pozostawiała przecież wiele do życzenia), żeby wyżywić osierocone dzieci i dać sobie radę z całym tym pozostawionym przez wojny bałaganem – ale bohaterami są tylko żołnierze. Dla mnie bohaterkami są również te wdowy. Przez wieki o nich nawet nie wspomniano.

Sytuacje, w której „mężczyźni tłumaczą mi świat” (jak pisała w swoim eseju i książce Rebecca Solnit). Albo przekonanie, że „kobiece” znaczy gorsze – gdy uważa się, że pisarki, poetki, reżyserki tworzą dla kobiet, a mężczyźni tworzą dla wszystkich. „Kobiecy biznes” to na pewno waciki, rękodzieło albo jakieś głupoty, a „kobieca literatura” to romans z kwiatkami na okładce i przesłodzonym zakończeniem. A najbardziej chyba boli mnie, kiedy w sprawach o molestowanie czy gwałt nie wierzy się skrzywdzonej kobiecie. Bo to tylko słowo, bo „mogła się mścić”, bo „można łatwo rzucić oskarżenie i zniszczyć człowieka” (tak jakby przemoc seksualna nie była niszczeniem człowieka).

Tak więc jeden dzień, kiedy ktoś jest dla mnie milszy niż zwykle – nie załatwi tych wszystkich rzeczy, które wymieniłam powyżej.

***

Więcej o przyjaźni przeczytasz tutaj, o ciele, o zakupach też pisałam, bo nie lubię, o serialach, bo lubię.

Dzień dobry, marcu!

Wraz z nadejściem marca kończy się luty i to chyba najważniejsze, dlaczego warto w ogóle zacząć oficjalne cieszenie się. Luty był okropny. Nazwa taka ciekawa, a zawartość podła. Szachraj z tego lutego.

Nie to co marzec. Marzec nic nie obiecuje. On po prostu mówi, że będzie zaskakująco (nie będę obrażała inteligencji Czytelnika i przytaczać owo oczywiste przysłowie).

Marzec ma w pakiecie różne przyjemnostki. Oferuje nam Dzień Kobiet, powiewy wiosennego powietrza, dłuższe dni. Mnóstwo fajnych osób ma wtedy urodziny. No i ja.

Mam różne plany na marzec.

  • Obmyślanie spotkań z miłymi ludźmi. Małe radości codzienne. Gotowanie.
  • Pisanie powieści – skrawkami. Jeśli nie umiem inaczej, to niech będzie skrawkami. Ważne, by cieszyło i posuwało się do przodu. Nie chcę marnować kolejnych lat na niepisanie.
  • Wysyłanie gotowej, jeszcze cieplutkiej drugiej książki do wydawnictw.
  • Malowanie akwarelą (Riennahera i Blimsien skutecznie mnie zachęciły dla tworzenia dla przyjemności i relaksu).
  • Oglądanie kolejnego francuskiego serialu.
  • Spacer po parku. Coś się tutaj grubo pozmieniało, bo ja nigdy nie tęskniłam za spacerami po parku. Teraz tęsknię. Zapewne po pięciu minutach mi się znudzi, ale ja wiem, czego szukam. Tego zapachu. Ziemistego, mokrego zapachu marca.

Witaj więc, Miły Panie Marcu, upersonifikowany, kompletnie umowny odcinku czasu.

Czasem śni mi się, że jestem złą nauczycielką

We śnie przychodzi mama ucznia z zeszytem i oburzeniem wypisanym na twarzy. Bo on nic w tym zeszycie nie ma. To co wy robicie na tej lekcji? Syn nic z niej nie wynosi.

Kiedy zmieniałam miejsca pracy, śniły mi się nowe klasy i uczniowie, którzy mnie nie słuchali, wychodzili z klasy, lekceważyli moją obecność, polecenia, próby przeprowadzenia lekcji.

Niby mam wybujałą wyobraźnię, ale sny mam raczej nudne. Pokazują, jakie noszę w sobie lęki i obawy.

***

Słyszę czasem, jak dorośli ludzie pamiętają urazy ze szkoły. Jak nauczyciele ich skrzywdzili, bo ich źle ocenili. Nie docenili. Podcinali skrzydła.
Czy boję się, że mnie też tak zapamiętają? Oczywiście. Powiem coś głupiego, zdenerwuję się, stracę cierpliwość… kto z nas nigdy tego nie zrobił?

Miałam mądrych przewodników w arkanach zawodu. Mówili mi, że nie da się wszystkim dogodzić. Ten sam nauczyciel będzie w tej samej klasie uwielbiany i nienawidzony. Doświadczam tego na własnej skórze.

Są lekcje,  z których wychodzę z poczuciem klęski i potem długo zastanawiam się, dlaczego tak i czy można by inaczej. Gdzie w tym jest moja wina, a ich niechęć do przedmiotu czy nauki w ogóle, a może ich roztargnienie, zmęczenie, myślenie o czymś innym.

***

Staram się być jednocześnie ludzka i sprawiedliwa. Zachęcająca do przedmiotu, inspirująca i wymagająca. Życzliwa i stanowcza. Cierpliwa, kiedy kolejny raz trzeba tłumaczyć to samo albo kiedy wszyscy mówią do mnie w tym samym momencie i wszystko jest ważne. Same te zestawienia pokazują, że to wszystko jest bardzo trudne do pogodzenia. Żeby nie powiedzieć, że jest po prostu niemożliwe.

Spotkania z uczniami, lekcje, wspólny czas – to wszystko jest bardzo satysfakcjonujące, ale też zabierające mnóstwo energii. Ja oddaję mojej pracy tę energię, ponieważ wybieram bycie nauczycielem zaangażowanym. To jest mój styl pracy, mój wybór, ale też zdaję sobie sprawę, że wiecznie tak nie będzie. W którymś momencie przestanę chcieć odsłaniać się i dawać uczniom całego swojego serca. Jeszcze nie, kiedyś.

***

Wystawiam oceny, ale i jestem wystawiona na oceny. Słyszę, co i dlaczego robię nie tak, czemu tak, a nie inaczej, że tego za mało, tamtego za dużo. Spotykam się czasem z zarzutami dotyczącymi mojej pracy. Co więcej, sama się zarzucam takimi zarzutami, a dodatkowo robi to także moja podświadomość.

Czasem mi się śni, że jestem złą nauczycielką. Oby nie był to sen proroczy.

Nikt lepszy nie czeka za rogiem

W serialach czasem zdarza się taka sytuacja. Ktoś zaczyna z kimś być i nagle pojawia się ktoś z przeszłości albo ktoś nowy. Świat ze scenariusza oferuje co rusz nowy towar, nowe możliwości. Nie zgadzam się z taką wizją. Z podejściem „kocham Cię, ale jeszcze się rozglądam”.

Moja koleżanka ze studiów miała chłopaka, ale mówiła o nim bez większego entuzjazmu. Póki co z nim jest, ale może w międzyczasie zjawi się ktoś inny. Może ktoś lepszy czeka za rogiem. Może znajdzie kogoś innego niż on (nie znalazła).

Ja nie chciałabym być kimś tymczasowym. Traktowana jako towar zastępczy.

***

Jestem z kimś, bo tego chcę. Tę osobę wybrałam i nikt inny mnie nie interesuje. To świadoma decyzja i kwestia zaufania.
Nikt lepszy na mnie nie czeka, a ja przestaję się rozglądać, bo już nie czas na to.

Problem z serialowymi związkami tkwi w tym, że często są to związki na jeden sezon. Pożywka dla widza. Coś się musi dziać. W prawdziwym życiu nie jest tak, jak w serialu. Niby rzecz oczywista, ale mam uczniów, którzy przyznają, że uczą się życia z telewizji (serio), więc tym bardziej trzeba spieszyć ze sprostowaniami (chociażby takimi jak ten wpis).

1 2 3 21