Wczoraj byłam zła

Ciekawe, że w języku polskim na angry i bad mamy jedno wspólne słowo: zły.
Ciekawe, ale i niepokojące.

Jestem zła – mówię, gdy jestem wściekła, rozżalona, sfrustrowana. Jestem zła – to moja wina. To mój grzech.

Kiedyś myślałam, że aby nie grzeszyć gniewem (patrz punkt szósty w spisie siedmiu grzechów głównych) muszę być dla wszystkich miła i łagodna. Co to oznacza w praktyce? Nieszanowanie własnych granic. Nieliczenie się ze swymi potrzebami. Nieznanie swoich potrzeb. Stawianie siebie na końcu. Nieszczerość.
Nic dobrego.

Można szanować ludzi i chcieć dla nich dobrze, ale też szanować siebie i chcieć dla siebie dobrze.
Mogę chcieć nieprzemocowego związku. Mogę chcieć być brana pod uwagę, gdy podejmuje się decyzje, które mnie dotyczą.
Mogę być rozgniewana lub wściekła, gdy coś się nie udaje.
To normalne.

***

Kiedy byłam młodsza, słyszałam, że mam się nie złościć, bo złość piękności szkodzi (co za bzdura). Że nie mogę się gniewać na rodziców, na innych starszych, na rodzinę… Stłumiony gniew wybuchał potężną falą. Ze złości płakałam, a potem winiłam siebie za to, że coś czuję.

Uczucia nie są złe. Skoro mam prawo czuć radość, to mam też prawo czuć smutek. Żadne nie szkodzi piękności, a nawet jeśli, to co jest ważniejsze – gładkie czoło i podobanie się innym czy wściekłość rozsadzająca od środka?

***

Ostatnio w pracy siedziałam sobie z grupą trzynastolatek. Ranek przed lekcjami, umysły jeszcze zaspane, perspektywa trzech kartkówek pod rząd, nikomu się nie chce gadać. Wtem przechodzi obok nich nauczycielka i rzuca do nich tekst: „Dziewczyny, uśmiech proszę!”. Jak na zawołanie: dziewczyny, macie się uśmiechnąć, niezależnie od tego, jaki macie humor i czy się wam chce. Ciekawe, czy chłopcom też tak mówi. Chłopcy, uśmiechnijcie się na trzy, cztery.
Najbardziej rezolutna zapytała: „A jak się uśmiechniemy, to nie będzie kartkówki?”

***

Wczoraj byłam zła. Wiele czynników się na to złożyło. Powiedziałam o tym. Jestem tylko człowiekiem, który czasem traci cierpliwość, jest zmęczony, źle się czuje (fizycznie, ale też psychicznie, co jest tak samo ważne!).

Wczoraj byłam zła, ale to nie znaczy, że jestem złym człowiekiem.

Szukam książki o miłości

Uwaga, uwaga! Ogłoszenie drobne!

Poszukiwana książka do czytania.
Musi spełniać kilka warunków:

  1. Nie powinna być zbyt romantyczna, ckliwa i sentymentalna, ale niech będzie o relacji.
  2. Muszę polubić oboje bohaterów i im kibicować.
  3. Żeby bohaterka nie była idiotką, którą trudno znieść, a ma się ochotę nią potrząsnąć. A facet żeby nie był ani bucowatym drwalem bez uczuć, ani sadystą.
  4. Książka ta nie powinna być zbyt przewidywalna.
  5. Powinna być tak pisana, bym nie mogła się od niej oderwać. Żeby trochę rozśmieszała, a czasem powodowała ciary i pozbawiała tchu. Żebym musiała oderwać wzrok, popatrzeć w sufit i pomyśleć: „No, rzeczywiście…” albo: „O jaaaa…”
  6. Lekka, ale do pomyślenia. Ładnie napisana, ale takim językiem, który nie przeszkadza, a czasem zachwyca.

Jeśli ktoś widział, czytał taką lub o takowej słyszał, proszę pisać w polu komentarza. Chętnie skorzystam z rad!

Czytelnicze podsumowanie 2020 roku

W 2020 czytałam tyle, ile miałam sił.
Nie miałam zbyt dużo sił w tym roku.
(Dobra, to trochę żart. Z liczbą książek zmieściłam się w swojej średniej statystycznej, a także w średniej facebookowych wyzwań; poza tym nie chodzi o to, ile, ale co).

***

Czytałam książki japońskie, estońskie, szwedzkie, norweskie, amerykańskie, szukając swojego Świętego Graala.
Czytałam zawodowo: jako polonistka poważne lektury typu „Balladyna”, „Quo vadis”, „Stary człowiek i morze”; jako redaktorka – kilka książek, nad którymi trzeba było trochę popracować (czytaj: namęczyć się i nagłowić, podsuwając rozwiązania).
Czytałam listy Szymborskiej (z Kulmową, Barańczakiem plus wspomnienia Rusinka), przekonując się raz za razem, jaka to ujmująca kobieta i artystka.

***

  •    Najważniejsza książka 2020 roku? „27 śmierci Toby'ego Obeda”. Świetnie napisana i wstrząsająca.
  •    Ale też „Chrobot” – reportaż dający do myślenia. Nie mogłam się oderwać.
  •    Ważny był także reportaż „Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość”. Zadziwiający. Mówię Wam, ludzie, czytajcie reportaże!
  •    Klasyka na ten rok: Na wschód od Edenu (pisałam o niej tutaj). http://czeremchowa.pl/lipcowe-polecajki/
  •    Nadrobiłam jeszcze: „Niebezpieczne związki”, „Trzech panów w łódce (nie licząc psa)”, „Jądro ciemności”. Klasyka nie zawodzi. (Książki, które obecnie ogłasza się arcydziełami, zawodzą mnie częściej. Takie też czytałam, ale zapobiegawczo nie podam tytułów.)
  •    Coś pięknego: „Mądra Wasylisa” (mądre baśnie i piękne ilustracje).
  •    Książka, która kolejny raz przyprawiła mnie o gęsią skórkę: „Bracia Lwie Serce”. Cieszę się, że mogłam dać te wzruszenia klasie, z którą to omawialiśmy.
  •    Książka, do której wymykałam się zza świątecznego stołu, by czytać: „Nic zwyczajnego. O Wisławie Szymborskiej” Michała Rusinka.
  •    Książka, która mnie dużo nauczyła: „Cztery składniki” Samin Nosrat.

***

Tak jak mówię, nie chodzi o ilość, ale o doświadczenie. Życie jest zbyt krótkie, żeby zrezygnować z tych wszystkich gęsich skórek i tych „aha!”, „o, nie!” podczas czytania.

Literatura męska jest dla wszystkich, literatura kobieca jest dla kobiet

Mam problem z tak zwaną literaturą kobiecą. Mam problem z tą zwyczajową nazwą. Sama jestem kobietą i w sumie moje pisanie dociera przede wszystkim do kobiet, ale boję się łatki „kobiecego pisania”. W sumie różnych łatek się boję, choć już nie powinnam, bo jestem na to za stara.

Ale zauważcie. Nawet w sklepie z gazetami jest regał z prasą „kobiecą” i pozostałymi treściami. Bo my, kobiety, lubimy czytać plotki i o makijażach. Jasne. Dzięki za szufladkę.

***

Z zasady nie czytam książek z kwiatowymi, romantycznymi okładkami, egzaltowanymi albo patetycznymi tytułami złożonymi zbyt ozdobnym fontem. Rozwiane włosy, kwiaty, cukierkowe kolory. Na pewno nie sięgnę po taką książkę w bibliotece ani tym bardziej w księgarni.
Natomiast zdaję sobie sprawę, że takie książki są chętnie czytane. Trochę mnie to boli, a trochę przeszkadza jako filolożce. Taki snobizm pofilologiczny. Ale trochę już zaczynam odpuszczać i rozumieć, dlaczego ktoś to czyta. Powoli.

***

Tak zwana klasyka literatury jest zdominowana przez pisanie męskie. Istnieje niepisane przekonanie, że literatura pisana przez mężczyzn jest dla wszystkich. Mówi o odwiecznych problemach ludzkości. Literatura kobieca jest dla kobiet, i to niektórych, bo dla mnie na przykład (mam wrażenie) nie jest.

Czytałam kiedyś książkę poetycką o islandzkim miasteczku. Przepiękną książkę, delikatną, świetnie napisaną. W połowie lektury zerknęłam na okładkę. Czy pisze to kobieta? Jeśli tak, jej ocena spada o połowę (pomyślałam) – skoro to kolejna przepoetyzowana książka kobieca. Ale okazało się, że pisał to mężczyzna. Jeśli tak, to w porządku. Nadal jest to dobra książka.
Autosabotaż w głowie.
Tak przy okazji – lubię skandynawskie pisanie, takie chłodne i oszczędne. Zupełnie nie pasują mi książki latynoskie.

***

Ileż to już lat noszę w sobie myślenie, że nie jestem w stanie nic ciekawego przekazać czytelnikom.
Na studiach polonistycznych świadomie odrzucałam książki pisane przez kobiety. Nie podobało mi się skupienie na odczuciach, uczuciach, chciałam suchej narracji, tematów innych niż miłość i relacje.

***

Mam duży problem z pisaniem powieści o kobietach i dla kobiet. Kobiety to połowa świata. W Polsce czyta więcej kobiet niż mężczyzn.
Piszę i omawiam się, czy będzie to książka, którą będzie chciał przeczytać mój mąż, kuzyn, bracia, tata. Jeśli przeczytają to moje koleżanki, bratowe, to za mało – takie myślenie mam w głowie i jest to – uważam, myślenie bardzo rozpowszechnione. Doświadczenia kobiety, ich wrażliwość i ich punkt widzenia nie są gorsze, mniej ważne.

Dlatego cieszy mnie, że kolejna kobieta dostaje literackiego Nobla.
Czy jest to literatura kobieca? Nie. Jest uniwersalna.

Jaki jest Twój sukces?

Sukcesy 2020 roku?
Nie umiem podać żadnego przykładu.

***

Zadałam takie ćwiczenie moim dziesięcioletnim uczniom, którzy już od najmłodszych lat w szkole i w domu uczą się, że ich błędy są na pierwszym planie (gdy chwaliłam za świetny wynik 88% na trudnym sprawdzianie, widziałam zawiedzione twarze: jeszcze 2% i byłaby piątka); gdyby nie głupi błąd, mieliby wyższą ocenę, że zawiedli, że co z nich wyrośnie, że muszą się bardziej starać. Że od utalentowanych wymaga się więcej (słowa jednej z mam). Że stać ich na więcej, jeszcze więcej. Że nie dali rady.
Otóż dali radę.

Może i moim sukcesem jest to, że mimo trudności dałam radę i pracowałam ze wszystkich sił, żeby coś uczniom przekazać, zainspirować, zostawić w głowie jakąś myśl. Że nadal się czegoś wszyscy uczymy. Mimo piętrzących się trudności. Mimo ogarniającego marazmu.

***

Nie mam żadnych planów, ponieważ jeśli moje życie będzie dalej tak wyglądało, to i tak nic się nie uda. Może moim jedynym zadaniem jest zrobić coś, by to zmienić.
Co prawda na niewiele rzeczy obecnie mamy wpływ, ale nie poddawajmy się defetyzmom.

***

Wracam do zasadniczego pytania: co się udało? Co mogę uznać za sukces?
Zakochanie się na nowo w Tym Samym Człowieku.  Napisanie 1/3 książki. Zaprzyjaźnienie się z Mądrymi Osobami. Malowanie akwarelami. Zaczerpnięcie oddechu. Dawanie z siebie wszystkiego.
Oto sukcesy na miarę czasów. (A może niezależnie od czasów powinniśmy tak to postrzegać?)

cień-Bień

Fot. Mariusz Bieniek

To normalne

To normalne, że czasem się nie chce. Nikomu. Nawet tym, którzy lubią to, co robią.

To normalne, że potrzeba nam rozruchu w poniedziałek rano.

To normalne, że jesteśmy bardziej zmęczeni.

Czytałam ostatnio książkę „Chrobot. Życie najzwyklejszych ludzi świata” (Czy polecam? Oczywiście!). Prócz ciekawych spostrzeżeń, jakie się ma możliwości w różnych krajach, na różnych kontynentach, jakie się ma szanse na poprawę swojego losu, wyniosłam też pewne przemyślenie. Niepokojące.

Otóż mamy w Polsce kult pracy niemal jak w Japonii. Pracuj, pracuj, pracuj. Dziecko w szkole – ucz się, ucz się, ucz, do oporu. Nie ma czasu na odpoczynek. Odpoczynek to fanaberia. Najlepszy nauczyciel ciśnie i wymaga tak, że nie wyrabiasz – myśli wielu. Ilu z rodziców nadal uważa, że najlepszego nauczyciela trzeba się bać?

Powiem coś oczywistego: mając za dużo na głowie, mało kto wyrabia, ale jeszcze nie do końca doszło do nas, że odpoczynek to konieczność, byśmy mogli wyrabiać bardziej. Mając za dużo na głowie, nie zrobi się dobrze swojej roboty.

Mamy prawo być zmęczeni. To był ciężki rok.

Dziwny jest ten rok

Powoli kończy się ten dziwny rok.

Wiele planów trzeba było odłożyć na później i nagle okazało się, że nic nie jest pewne. Ani moje drugie (i ostatnie) spotkanie autorskie, ani pisanie następnej książki, ani organizowanie w pracy rzeczy, które zaplanowałam, ani wyjazdy, spotkania z ludźmi, z którymi się dawno nie widziałam i za którymi się stęskniłam.

Dziwny rok.

Jak mówi moja mądra mama, nic na to nie poradzimy. Mówi tak w trudnych sytuacjach naszego życia i to chyba jest jedyna rada, jaką można wtedy dać.
Tęsknię za ludźmi, za teatrem, za galerią sztuki, do której można wpaść tak po drodze, za ulubioną kawiarnią, w której zawsze jest beza, i za drugą, która ma świetne wypieki i siedzisko przy samej szybie. Tęsknię za morzem i lasem iglastym. Za samą możliwością planowania podróży. Chwilowo muszę wszystkie plany umieścić w metaforycznym folderze „Kiedyś”. Albo za rok, albo za dwa. Nie wiadomo.

Po całym dniu zdalnej pracy nie mam już ochoty na jakiekolwiek wydarzenia online. Dźwięk głosu z komunikatora przyprawia mnie o ciarki i mierzi. Oglądam filmy i seriale, dziwiąc się w myślach, że jeszcze roku temu zbiorowiska ludzi bez maseczek były czymś zupełnie normalnym.

Żyjemy w dziwnych czasach, czasem przygnębiających, czasem absurdalnych.  Nie mam puenty. Nie mam mądrej rady.

„Kobieta” to nie jest obelga

Przez wieki różnie nazywano kobietę. „Niewiasta”, bo nie wie. „Białogłowa”, bo mężatki nosiły białą chustkę na głowie. „Kobieta”… cóż, kob to dawna nazwa chlewu czy koryta. Dzisiaj jest to słowo neutralne, kiedyś było obelgą.
Kiedyś?

***

Jest wiele naleciałości językowych związanych z tym tematem. Rodzaj niemęskoosobowy, zbierający hurtem „wszystkie istoty niebędące dorosłymi mężczyznami”, czyli kobiety, dzieci, zwierzęta i rzeczy mieszczą się w jednej kategorii gramatycznej. Za każdym razem, kiedy omawiam ten temat na lekcji, wspólnie z uczennicami i uczniami zżymamy się na to gramatyczne nieporozumienie.

„Człowiek” to domyślne określenie mężczyzny. Nazwisko ojca, które po ślubie można zmienić na nazwisko męża. Język jest skostniały, więc pokazuje, że kobietę uznawano za podgatunek człowieka, istotę bezwolną. W dekalogu słowa „nie pożądaj kobiety” zaczynają litanię: ani zwierząt, wołu, osła, rzeczy swojego bliźniego.

***

Znam matki, które mówią córkom, że chłopcom się żyje lepiej. Przy czym one same się do tego dokładają, inaczej traktując syna, a inaczej córkę. Znam matki, które otwarcie cieszą się, że mają tylko synów i uważają, że chłopcy lepiej umieją rozwiązać swoje sprawy. Nawet jeśli statystycznie chłopcy są bardziej skłonni do rywalizacji, a dziewczyny do współpracy.

***

Historia pełna jest dzielnych kobiet, które zakasywały ręce i dźwigały ten kraj i ten świat. Nadal to robią. Samotnie wychowujące dzieci, wdowy po wojnie, dziewczyny ciągnące całą rodzinę, rozwożące po zajęciach dodatkowych, ćwiczące z nimi, gotujące po nocach, koszące trawę, zajmujące się remontami, wszystkim i wszystkimi. Często doświadczam, że to kobiety mają więcej empatii, czułości, samozaparcia, są niebywale pracowite i zorganizowane, a przy tym potrafią się dogadać, rozmawiać, wspierać. Podziwiam takie kobiety. Podziwiam wszystkie kobiety, które dają sobie radę. Znam takich mnóstwo.

***

Kobieta ma dobrze wyglądać. Ocenianie na podstawie wyglądu to dla nas chleb powszechni. Kobiety, które zajmują się polityką czy nauką, są krytykowane za to, jak wyglądają, przy czym to akurat nie ma żadnego znaczenia w tych zawodach. W mało których ma.

To aż niepojęte, ale zakrywając twarz maseczką, poczułam ulgę. Nikt nie patrzył na moją twarz. Poczułam się niewidzialna i dobrze mi z tym było, bo to ja o tym decydowałam.

***

Niedawno była akcja robienia sobie zdjęć w szpilkach, teoretycznie mająca wspomóc jakiś charytatywny cel. Szpilki to nie są buty do chodzenia, tylko do wyglądania. Mam wrażenie, że szpilki mają na celu spowolnienie kobiety. Są nienaturalne i przeszkadzające w normalnym egzystowaniu. Ja codziennie śmigam w trampkach i różnych płaskich butach. Życie jest za krótkie na chodzenie w niewygodnych butach.

***

Rozmawiam z czteroletnią bratanicą.
– Ola, jesteś super.
– Wiem, Madzia.
Taką kobietą trzeba być.

***

Jestem dumna, że jestem kobietą.

Uwagi o pracy dwunastogodzinnej

Od miesiąca spędzam na pracy mniej więcej dwanaście godzin dziennie, minimum dziewięć każdego dnia w tygodniu. Jestem polonistką. Mam pięć klas (od czwartej do ósmej), zajęcia dodatkowe, indywidualne, kółka, czasem cztery, pięć różnych lektur w miesiącu.

Po morderczym wrześniu mam kilka uwag. Są one raczej gorzkie w swej wymowie. Zróbcie sobie słodką kawę do czytania tego wpisu, będzie go łatwiej przełknąć.

***

Nauczyciel pracuje inaczej niż taki na przykład portier. To nie jest siedzenie i co jakiś czas obchód. To jest praca umysłowa, kreatywna, to zarządzanie zespołem ludzi. Motywowanie, rozmawianie, przekazywanie wiedzy w jak najprostszy i jak najciekawszy sposób. To całe dnie spędzone z ludźmi, w ruchu, nadążanie za nimi, nadawanie tempa. To ciągłe mówienie i sprawdzanie, czy słuchają, czy są zainteresowani, czy nie siedzą na własnej nodze (sama bym tak chętnie siedziała, najlepiej boso; ba! nawet siedzę tak, pisząc te słowa!), czy nie zaczepiają sąsiada, by opowiedzieć mu o ważkim zdarzeniu, które wygrywa z moją opowieścią o zawiłościach polskiej ortografii. To cały dzień anielskiej cierpliwości i trzymania na wodzy moich emocji – czasem smutku, czasem złości, czasem rozpaczy. Uczniowie nie są winni, że jestem smutna, wściekła, zrozpaczona. Ale ja nie jestem cyborgiem i nie będę udawać, że wszystko jest w porządku. Więc do tych wszystkich rzeczy dochodzi również balansowanie własnymi emocjami, by nie skrzywdzić nikogo i siebie też nie.

Nauczanie w młodszych klasach to odpowiadanie na miliony pytań na godzinę. Odpowiadaliście kiedyś na milion pytań na godzinę? Czy to męczy? Tak. Czy wracając do domu, nie mam ochoty z nikim rozmawiać? Tak właśnie jest.

***

Każdego dnia czekają mnie nowe niespodzianki. Osłabiona odporność. Płaczliwość. Lekkie załamanie psychiczne. Ból gardła. Ból brzucha. Opryszczka na środku dolnej wargi (serio?). Czekam z ekscytacją, co przyniesie mi jutrzejszy  dzień! (Wcale nie. Nie czekam.)

***

Omijają mnie różne rzeczy. Piąta rocznica założenia bloga. Chciałam zrobić o tym wpis. Co mi to dało, a co jest trudne w regularnym pisaniu. Napisałam o tym jedno zdanie i zarzuciłam. Ominęła mnie rocznica wydania mojej książki. To było dla mnie ważne, ale akurat był taki dzień, kiedy miałam dużo lekcji i spraw do zrobienia, miałam zajętą głowę, a nie miałam wolnej chwili. Praca pcha mi się na szczyt listy priorytetów, choć wcale jej tam nie zapraszałam.

***

Nie mam czasu nas szkolenia zawodowe (organizatorzy, naiwniacy, myślą, że kończę pracę o piętnastej, dobre sobie!), więc to znaczy, że już wszystko umiem. A jak nie umiem, to mogę się domyślić. A przynajmniej powinnam.

***

„Jeśli nie wyrabiasz się z obowiązkami, dodaj sobie jeszcze jeden, wtedy się lepiej zorganizujesz”. Słyszeliście kiedyś ten tekst? Ja tak. Straszna bzdura.
Myślę sobie: do którego momentu mam sobie dobierać obowiązków, żeby się jeszcze lepiej zorganizować? Do momentu, gdy będę spała 3 godziny na dobę? Albo kiedy zapomnę, jak wygląda moja rodzina? Gdzie jest ten punkt graniczny, kiedy wszystkiego jest po prostu za dużo? Nawet najlepsza organizacja świata nie sprawi, że wypracowania będzie się sprawdzało szybciej. Pewne rzeczy trzeba po prostu robić z odpowiednią uwagą. Pewne rzeczy trzeba przemyśleć i odpowiednio przygotować. Pewne rzeczy wymagają czasu.
Ja również. Ja też wymagam czasu. Chcę go odzyskać. Chcę odzyskać moje życie pozaszkolne.

Nauka odpoczywania

Chwilę mnie tu nie było, bo zawaliłam się robotą po uszy. Po koniuszek mojego długiego nosa. I przestałam się wyrabiać. Nie ma sensu się nad tym rozwodzić, w dzisiejszych czasach wielu ludzi jest przepracowanych, więc wiecie, o czym mówię. Skupmy się na przyjemnościach, ponieważ…
Te czasy chwilowo minęły i przyszedł urlop. Zaczynam odzyskiwać swoje życie i swój czas.

Najpierw trzeba odespać zarwane noce. Wykreślić z głowy i języka wszystkie „muszę” i „powinnam”. Uspokoić kroki i zwolnić. Zacząć wychodzić z domu, spacerować, ruszać się.
Potem można zacząć robić coś kreatywnego i uspokajającego. Dla mnie czynnościami łączącymi te dwie rzeczy jest po pierwsze gotowanie, a po drugie – malowanie. Co prawda nie znam się na malowaniu i w praktyce wygląda to jak mieszanie farb bez ładu i składu, ale skoro to uspokaja i cieszy, to nie widzę powodu, dla którego miałabym tego nie robić.

obraz

Mam na liście zaległe filmy i seriale, a na biurku książki, które czekają na przeczytanie. I są to książki, które chcę przeczytać (w moich obu pracach czytam książki, które muszę przeczytać. Znowu to przeklęte słowo „muszę”).

Po trzecie – spotykanie się z dawno niewidzianymi ludźmi. Tęsknię za ludźmi i jestem ich ciekawa.  Tym bardziej cieszy, jeśli mogę ich zobaczyć twarzą w twarz, a nie przez Zoom czy Messenger.
Daję zatem odpocząć mojej głowie, by wróciły do mnie słowa. Słowa na Czeremchową i słowa do książki.

1 2 3 4 23