Z romantyczności można się wyleczyć

Z romantyczności się wyrasta. Jeśli ktoś ma romantyczne podejście, to może się nielicho rozczarować, bo życie nie składa się tylko z westchnień, przytulania i patrzenia sobie w oczy.

O moim niegdysiejszym romantycznym podejściu do rzeczywistości przypomniałam sobie, gdy rozmawiałam z koleżanką na temat otrzymywania niespodziankowych prezentów.

Romantyzm prezentu-niespodzianki

Ktoś mnie zapytał wprost, co chcę dostać, a ja się przecież ucieszę z każdego upominku – powiedziała koleżanka – bo cieszy mnie samo to, że ten ktoś myślał nad tym, co mi kupić, szukał i myślał o mnie. Wolę niespodzianki.
Ja pomyślałam (i powiedziałam), że jeśli mam ograniczoną przestrzeń, to nie ucieszy mnie kolejny zestaw filiżanek. Owszem, ktoś może się jakikolwiek sposób dowiedzieć, co lubię i czego potrzebuję. Może mi nawet kupić skarpety (lubię skarpety, potrzebuję skarpet). Ok, lubię też kubki, ale nie potrzebuję kolejnego i nie mam na niego miejsca. Kupowanie sobie prezentu wymaga wrażliwości na potrzeby drugiej osoby, otwarcia się na nią. Może się okazać, że tak naprawdę się nie znamy. I trudno, zawsze można się poznać.

Cóż, wychodzi na to, że w moim przypadku radość z otrzymywania niespodzianek kończy się wtedy, gdy kończy się na nie miejsce na półce w pokoju na poddaszu. Albo kiedy prezent jest totalnie nietrafiony i po prostu się nie podoba. Wiem, wiem, mam udawać, że się cieszę, żeby darczyńcy nie było przykro. Mam przybrać fałszywą minę i ukryć moją prawdziwą reakcję w imię zachowania poprawnych relacji.

Romantyczne podejście do prezentów przegrywa z pragmatycznością. Konkretnie sprecyzowane potrzeby i mówienie o nich to przecież nic złego.

Romantyzm na szczycie i na dworcu

Po jakimś czasie (po trzydziestce?) wszelkie akcje typu pierwszy taniec, zaręczyny na szczycie, nad morzem czy przy blasku tęczy, zorzy, czegokolwiek – wydają się kiczowate. Tak samo jak wtórne są pomysły w stylu: oświadczyny podczas walentynek, romantycznej kolacji czy w przerwie meczu z relacją na telebimie. Tak jak kiczowate po jakimś czasie stają się na przykład zdjęcia ślubne, niestety. Głównie dlatego, że powielają schematy, które szybko stają się ograne.

Trudno być oryginalnym i nie popaść w śmieszność, bo wszelkie powtarzalne motywy trafiają do szuflady z napisem „Kicz”. Jedynym remedium wydaje się ich twórcze przetworzenie, puszczenie oka albo konsekwentne omijanie pułapek pod znakiem czerwonego serduszka.

Najgorzej jest w przypadku książek.

Książki, w których bohaterowie są zakochani, ale ze sobą nie rozmawiają, więc następuje obowiązkowa scena na dworcu kolejowym (prawda, że autobusowy nie byłby taki romantyczny?) – ukochana odjeżdża, on zostaje – czy będzie gonił pociąg? Czy wskoczy w ostatniej chwili? Szczerze mówiąc, nie obchodzi mnie to i nawet mi ich nie żal, skoro pozwolili swojemu karygodnemu brakowi komunikacji i niedopowiedzeniom zepsuć tę relację. Jeśli to miała być romantyczna scena do wzruszenia, to ja powiem: a idź pan z takim romantyzmem, który zamiast wyciskać łzy z oczu – denerwuje i zniesmacza.

Niedopowiedzenia dają radę w „Dumie i uprzedzeniu”, scena na dworcu – w „Annie Kareninie”. Naprawdę trudno prześcignąć te klasyki. Poza tym – czy nie lepiej otwarcie powiedzieć drugiej osobie, o co mi chodzi i czego oczekuję zamiast oczekiwać, że się domyśli?

Pomijam litościwym milczeniem oczekiwania romantyków, którzy nie żenili się ze swoimi ukochanymi, bo ukochana to jest od wzdychania, pisania wierszy i podziwiania z daleka, a ciąża i rodzenie dzieci, tycie, mdłości i rozstępy, płyny ustrojowe, a także pranie i sprzątanie to już raczej atrybuty i powinności żony (tu to przeczytałam). To przypomina tych wszystkich młodych chłopaków zniesmaczonych, że ich dziewczyna musi iść do toalety.

Kiedyś byłam bardziej romantyczna, teraz jestem praktyczna i mniej oczekująca. Chyba z takim podejściem lepiej mi się żyje.

Po co czytać czytadła?

Owszem, wolę klasykę literatury od romansideł, kryminałów i horrorów. Ale czytadła też czasem czytam.

Po pierwsze dla odpoczynku. Nie da się cały czas żyć tylko kulturą wysoką, nie da się cały czas stymulować intelektualnie. Niedawno słuchałam o tym, że przeintelektualizowanie jest przereklamowane i zastanawiałam się, czy to prawda. Przecież na Boga można na przykład obejrzeć jakiś średni serial albo Sablewską i się tego nie wstydzić.

No więc przyznaję, czasem czytam powieści o kobietach, dla kobiet, opowiadające tkliwe historie o miłości. Powieści o kelnerkach, fryzjerkach, właścicielkach księgarni i aktorkach, którym się nic nie udaje. O Rosjankach, Finkach i Szwedkach. Powieści o siostrach, o przyjaźni, o zaczynaniu od początku. Takie tam życiowe sprawy, niby bagatelizowane, ale czyż tego nie znamy i nie doświadczamy? Nie musi to być kompletnie zła literatura. Może być średnia.

Po drugie – jak coś jest dobrze napisane, to też rozrywkę zapewni, i sprawi, że przerywając lekturę, będziemy myśleć o bohaterach i przebierać nóżkami z niecierpliwości, kiedy znów będziemy mogli wrócić do czytania.

Po trzecie – nawet w takim czytadle można znaleźć cytat, z którym się utożsamimy.
Na przykład taki:

cytat

Po czwarte – bo właściwie dlaczego nie?

Kobieta ma być ładna

Ostatnio na lekcji omawialiśmy tekst o Marii Skłodowskiej-Curie i jej pracy, a przy okazji mówiliśmy o innych kobietach, których odkrycia naukowe i wynalazki były ważne dla ludzkości. Każdy uczeń i każda uczennica wylosowali nazwisko danej kobiety i mieli krótko przedstawić jej sylwetkę. Dostali zdjęcie z książki „Opowieści na dobranoc dla młodych buntowniczek” – portret i krótką opowieść, którą każde z nich miało przekazać reszcie klasy. Były więc pracownice NASA, laureatki nagrody Nobla, chemiczki, neuropsycholożki, matematyczki, badaczki… Kobiety, które zrobiły dużo, a jednak są mniej znane niż nasza noblistka. Warto mieć tego świadomość, pomyślałam.

Pewien chłopiec przedstawił swoją bohaterkę, a prezentację zakończył słowami: „I była brzydka”.

Spytałam go, jakie to ma znaczenie.

Ciekawe, że nikt nie sprawdza, czy Ignacy Łukasiewicz albo Alexander Graham Bell byli przystojni. Nikt ich nie deprecjonuje za ich wygląd. Kobieta może mieć Nobla i wpłynąć na stan medycyny na świecie, ale i tak można ją podsumować tym, że nie była ładna, więc nie jest do końca wartościowa i szkoda w ogóle o niej wspominać.

Tak jakby jej rola polegała tylko na podobaniu się innym. Tak jakby była tylko ozdobą. Wątpliwa to rola jak na XXI wiek. Przedmiot, który można oceniać, czy się podoba, czy nie, a jeśli nie, to jest bezużyteczny.

Zawsze bronię Adele, mówiąc, że wokalistka ma śpiewać i nie musi wyglądać. Argument, że to jednak show-biznes, nie do końca mnie przekonuje.

Czytam teraz książkę pt. „Obsesja piękna”. W książce pada zdanie, że nazwanie kobiety brzydką i grubą boli bardziej niż wiele innych epitetów. Marzy mi się świat, w którym kobiety na takie zdanie prychają tylko z politowaniem i mówią:
    a) To nieprawda.
    b) Może i tak, i co z tego?
    c) Nie masz innych argumentów?

Październikowe polecajki

W październiku polecam kilka rzeczy, które ostatnio odkryłam. Może któraś z nich przypadnie Wam do gustu.

Po pierwsze – Słuchowisko. Od zawsze podoba mi się praca w radiu, a już szczególnie lubię nocne nastrojowe audycje, opowieści snute spokojnym głosem (w przeciwieństwie do krzykliwych komercyjnych stacji, irytującego akcentowania każdego słowa i rzucania nieśmiesznych żartów). Tak więc Słuchowisko Justyny Mazur spełnia moje standardy. Co prawda słucham go rano, ale cóż to jest za poranek, kiedy przez 10 minut słucham, jak mądra dziewczyna o ładnym głosie opowiada coś wartościowego.

Po drugie – nowa płyta Riverside. Zespół trzyma poziom, a każda płyta niesie w sobie dużą wartość i sporą dozę Robienia-Po-Swojemu, co zawsze bardzo cenię u twórców. Muszę przyznać, że ostatnie dziewięć lat mojego życia obfituje w ciekawe odkrycia muzyczne (tak, to dzięki mojemu towarzyszowi życia). Pisałam już kiedyś, dawno temu, o Riverside. Niby była to li i jedynie opowieść o przechodzeniu przez wiadukt, ale mimo to polecam kliknąć tutaj.

Po trzecie: „Opowieści na dobranoc dla młodych buntowniczek”, czyli książka, która inspiruje, uczy odwagi, otwiera oczy na los kobiet w różnych krajach. Opowiedziana w ciekawej formie i ładnie zilustrowana (a przynajmniej większość ilustracji jest ładna, bo na przykład taka Maria Skłodowska-Curie osobiście nie przypadła mi do gustu).

Coś naukowego, ale w bardzo przystępnej formie: Kasia Gandor i Arlena Witt, moje dwie ulubione youtuberki. W sumie chyba nie muszę ich polecać, bo są milion razy bardziej znane niż ja, ale pomyślałam, że się po prostu podzielę tym, że ich słucham podczas gotowania, szanuję i cenię za wkład w naukę. Wkład w naukę szanuję zawsze.

Coś na rozśmieszenie – jeśli lubicie absurd i Mappety, to popatrzcie, jak Elmo rozmawia z Robertem DeNiro o aktorstwie (zawsze, zawsze, zawsze mnie to rozśmiesza), a jak lubicie absurdalnie genialną Zieloną Gęś, to obejrzyjcie ten skecz kabaretu Potem (nieodżałowanej pamięci).

No i ruch. Polecam ruch, bo ruszanie się, chodzenie jest fajne. Deptanie liści i słuchanie ich szelestu. Wdychanie chłodnego powietrza. A jak boli głowa, to najlepiej iść na ćwiczenia i się porządnie zmęczyć. Lepsze niż aspiryna.

A na koniec polecam sen. Moje wiecznie przygniecione ucho też poleca. Pamiętajcie, sen was potrzebuje.

Czego oczekuję od literatury? Kilka myśli na temat książek

Jest końcówka sierpnia. Przeczytałam już więcej książek niż w całym 2016 roku i cieszę się z tego taką prostą radością. Nie że jestem mądrzejsza czy bardziej oczytana. Bardziej – że przeskakuję swoje ograniczenia i limity.

Czytanie to nie wyścig, ale spójrzmy na to ekonomicznie – jeśli mogę w ciągu roku przeczytać więcej, dowiedzieć się więcej i wyrobić sobie opinię na temat większej liczby pisarzy, to dlaczego nie miałabym tego zrobić? Dlaczego obniżać sobie poprzeczkę i poprzestać na małym?

Żeby sporo czytać, muszę się o to postarać. Pilnuję się, by zbytnio nie rozmieniać czasu na drobne. Na głupoty. Na internety.

***

Staram się też wynajdywać rzeczy, które wciągną, a nie zniechęcą zbytnio. Jeśli przeczytam coś smutnego, od razu sięgam po następną. Jeśli czytam coś trudnego, w przerwach łapię coś łatwiejszego.

Przeczytałam „Króla” Twardocha i zrobiło mi się smutno z powodu tej całej przemocy, ćwiatrowania ciał, gwałcenia i bicia kobiet, przelewów krwi, śmierci, zemsty, no generalnie z powodu tego całego zła. Już w poprzednim zdaniu było za dużo zła, a co dopiero w całej książce.
I dla odtrutki sięgnęłam po książkę dla młodych dziewczyn: „Opowieści na dobranoc dla młodych buntowniczek”.

***

Lubię, kiedy literatura powoduje gęsią skórkę i mrowienie ekscytacji, za to nie lubię, kiedy powoduje mdłości. Lubię, kiedy wstrząsa, ale nie obrzydza.
Lubię się wzruszać, ale nie prostymi i ogranymi wzruszeniami.
„Opowieści na dobranoc…” są właśnie takie: dają inspirację i moc do tego, by coś zmienić. Skoro to prawdziwe historie i wielu osobom się udało, to i nam też się może udać.

***

Co lubię czytać? Cenię klasykę i cenię dziwności („Sklepy cynamonowe” i „Ferdydurke”, Masłowska). Szanuję dobrze napisane powieści dla kobiet, obyczajówki, romanse. Muszą być napisane tak, żebym zachwyciła się językiem. Muszą być takie, bym zadziwiła się historią.
Nie przepadam za fantastyką, nie lubię kryminałów ani horrorów. Oczywiście są od tego wyjątki, bo głupotą byłoby zamykanie się na książki tylko dlatego, że gatunek nam nie odpowiada.

***

Z zasady nie czytam opisów z tyłu okładki. Już dawno przekonałam się, że potrafi on zdradzić fabułę połowy książki, zasugerować, nadać kierunek interpretacji. Najczęściej czytam pierwsze zdanie albo pół pierwszego zdania, i wtedy już mogę zdecydować, czy mam ochotę na bliższe zapoznanie się z tą pozycją. Bo może niekoniecznie chcę przeznaczać na nią czas. To wybór, z czym chcę spędzić następne dni.

***

Bywa, że wybieram książkę, bo słyszałam o autorze, że dobrze pisze. Wypożyczam: „Sprawdzam!”.  Mimo że już dawno się poddałam i uznałam, że nie jestem w stanie być na bieżąco – to obecnie sięgam po rzeczy, o których się aktualnie mówi. Chcę je poznawać – w swoim tempie i według swojego planu.

***

W tym roku wybieram sporo powieści obyczajowych o miłości. Wolałabym nie używać tutaj dziwnego terminu „literatura kobieca”, bo niby co, wszystkie pozostałe książki są literaturą męską? A przecież mężczyźni też piszą obyczajówki o miłości.

No więc niektóre książki o miłości da się napisać nieźle albo nawet i dobrze. Niektóre z tych książek są bardzo miłym wspomnieniem, inne żenującą przygodą, którą najlepiej wymazać z pamięci.

Czytam z punktu widzenia obserwatora. Badam strukturę: jak prowadzi się historię, by nie nużyła. W którym momencie kończą się rozdziały. Jak skakać między bohaterami, by czytelnik się nie pogubił. Jak ograć motywy miłości czy przyjaźni, by nie były banalne. Banał mnie mierzi.

Bywa, że wyłapuję klisze, krzywię się: „O, nie, to już było!” Zniesmaczam się szybko. A jak mawia moja ulubiona blogerka, szkoda życia na słabą literaturę.

***

Nie lubię polecać książek. Każdy ma swój gust i czego innego oczekuje od literatury. Owszem, są osoby z podobnym gustem do mojego, ale wolałabym jednak nie rozczarować ich ani siebie.

Czytam bestsellery i myślę: „Serio? To się sprzedało w tysiącach egzemplarzy? Jakim cudem? Co jest takiego w tej książce?”. Dlatego nie lubię polecać książek. Mnóstwo ludzi ma inne preferencje.

Nie lubię też, jak ktoś coś mi poleca i mówi: „Koniecznie to przeczytaj!”. Jasne, już dopisuję do trzydziestu pozycji obowiązkowych, które koniecznie muszę przeczytać. Taaaak.

***

Czego oczekuję od książki? Że ukoi i zachwyci. Że będzie miała styl, że będzie jakaś. Że wniesie coś ważnego do literatury, która przecież się rozwija.

Że mnie wciągnie i spowoduje zapomnienie o świecie. Że będę o tej książce myślała cały czas wtedy, kiedy nie mogę jej czytać, że nie będzie mi się chciało spać, że będę sięgała po nią w każdej wolnej chwili.

Dlatego teraz kończę wpis, by dokończyć czytanie.

czego oczekujesz od książek

Czy znacie te seriale?

Dziś będzie wpis na szybko. W tym roku obejrzałam trzy seriale ze świetnymi bohaterkami, dialogami i historiami. Cudnie zagrane, zabawne, wzruszające.

Nie będę opisywała fabuły, bo sama po sobie widzę, że czasem lepiej kompletnie nie wiedzieć, by się nie sugerować (gdyby mi ktoś polecił serial o wrestlingu lat 80., to raczej popukałabym się w czoło, a tymczasem oba sezony GLOW są naprawdę godne polecenia).

Tak więc po pierwsze GLOW. Nie trzeba lubić wrestlingu, żeby polubić serial. A nawet można go troszeczkę zrozumieć…

Po drugie Grace i Frankie. Ooo, ta para jest nieprzeciętna! Dwie 70-latki. Niebanalna historia. Trudna przyjaźń. Brianna.

Po trzecie Good girls. Głównymi bohaterkami są gospodynie domowe, które potrzebują pieniędzy. Tak zaczyna się cała skomplikowana historia, niezwykle wciągająca… Gdyby nie pilne zlecenie, obejrzałabym całość ciurkiem.

***

Z innych seriali mogę polecić również This is us/Tacy jesteśmy – trochę do śmiechu, trochę do wzruszenia. O Stranger things i Dark nawet nie wspominam. Wysoki poziom, dreszczyk i klasa sama w sobie.

***

Niebawem zacznę poszukiwania kolejnego ciekawego serialu, a tymczasem pozdrawiam z wakacji.
Odpoczywajcie!

Zachwyca czy nie zachwyca? (czyli stoik na wycieczce)

Otoczona rzeczami „przepięknymi”, „wspaniałymi”, wśród zachwytów, ochów i achów czuję się wyalienowana. Zachwyt nie rodzi się na życzenie.

***

– Zobacz, jakie to piękne. Jakie to ciekawe. Największe, najładniejsze, wyjątkowe, wybitne.
– Mhm – odpowiadam wymijająco.
– Noo – odpowiadam prawie przekonana (o moim „noo” już kiedyś pisałam).
– Tak, ładne – przyznaję lakonicznie.

Wyrzucam sobie ten chłód, dystans i brak zachwytu, jestem wysoce zaniepokojona nieczułością mego serca. Powściągliwość zwiedzania i odczuwania.

Czuję się wyalienowana, niepasująca. Skoro coś wszystkich zachwyca, to dlaczego mnie nie zachwyca? Jakim cudem coś, co dla kogoś jest „przepiękne” i „wyjątkowe”, dla mnie jest zaledwie „ładne”? Kręcę nosem na architekturę barokową, klasycyzm wydaje mi się bezduszny, odwiedzając królewskie skarbce, psioczę na monarchię i elitaryzm. Ogrody nie powodują wzruszeń i bicia serca. Lasy i przestrzenie pól mnie nie zachwycają, są „ok” i „normalne”. Na rzepak i łany zbóż nie patrzę jak malarka. Raczej jak córka rolnika.

Mało mnie zachwyca, ale pewne rzeczy uznaję za zajmujące.

***

Czasem coś zaskoczy i wryje się w pamięć i emocje. Czasem coś wznieci błysk w oku i wywoła podekscytowanie. Są na wycieczkach widoki, doznania, które pamiętam do dziś. Ale to nie jest tak, że zachwyca zawsze wszystko albo cokolwiek.

***

(Co prawda obraz Vermeera, Tallin i skandynawskie domki zachwycają zawsze, ale zbyt rzadko je widzę, by wychodzić z nimi poza ten nawias.)

10 myśli o serialach

Kiedy umysł jest zmęczony i udręczony, serial to jedyne wyjście. Wchodzisz w świat bohaterów, wciągasz się, zapominasz.

***

Gorzej, jeśli główny bohater jest idiotą. Wtedy kompletnie nie interesuje Cię, co się z nim stanie. Wcale Ci nie zależy na oglądaniu go, nie kibicujesz mu, jest Ci najzupełniej w świecie obojętny.

***

Na szczęście drugoplanowi potrafią uratować sytuację i zdobyć serce widza.

***

Zawsze mnie dziwi sytuacja, w której bohaterowie serialu wstają rano i leżą leniwie w łóżku, bo nie muszą iść do pracy. Mają czas i pieniądze na imprezy, podróże, randki i wynajem mieszkania, a nie muszą iść do pracy. Myśliwski kiedyś powiedział, że jak czyta książkę i z treści nie wynika, z czego utrzymuje się główny bohater, to on nie czyta dalej, bo to nierealne.

***

Albo dziwi mnie jeszcze, jak bohaterowie przed pracą przegadują problemy z domownikami, jedzą niespiesznie śniadanie. Ale może tylko ja się tak spieszę i mam spaczony obraz poranków.

***

Są seriale, które najlepiej oglądać razem, a są i takie, które ma się tylko dla siebie. Z różnych względów. Black mirror, Opowieść podręcznej, OA, Odpowiednik, Dark, Stranger things, Terror oglądamy razem. Ogarniamy skomplikowane światy przedstawione, zgadujemy, co będzie dalej. Moje są na przykład This is us/Tacy jesteśmy, Grace i Frankie, Lovesick, Friends. Widać klucz: to raczej ciepłe seriale o relacjach, przyjaźni, rodzinie. Sięgam w chwilach depresyjnych jak po ciastko. Serial ma być pociechą, że ludzie generalnie są dobrzy.

***

Są więc seriale na odmóżdżenie, seriale na zadumanie, seriale na roześmianie albo na strach. Na poczucie więzi – zawsze można potem porozmawiać o danej scenie, sytuacji czy odcinku. Nawet jak już nie ma o czym, to trafi się skomplikowana albo zabawna sytuacja, którą można powspominać. Rzucić rozpoznawalnym cytatem. Jeszcze raz się roześmiać, nawiązać. To tworzy więź, której nie masz z nikim innym (no, chyba że ktoś inny też oglądał ten serial i akurat zrozumie aluzję).

***

Kiedy oglądam naprawdę dobry serial, to myślę: niech nie będzie kolejnego sezonu, niech będzie jak najkrócej. Boję się, że każdy kolejny będzie słabszy. Telepatycznie przesyłam więc prośbę do realizatorów, niech tylko nie przesadzą z ilością sezonów. Niech nie przeszarżują, niech nie doprowadzą do sytuacji, kiedy będą zmuszeni zjeść własny ogon, niech nie idą na łatwiznę, nie przesadzą, nie obniżą poprzeczki. Aż się boję oglądać dalej. Taki paradoks dobrych seriali.

***

Wśród seriali na odmóżdżenie i dla relaksu jest osobna podkategoria: to takie, które oglądam bez napisów. Bo przecież ja nie oglądam z sympatii. Ja oglądam dla nauki. Słucham akcentów i poznaję nowe słownictwo. Czasem są to słowa niespotykane na co dzień (chlamydia), no ale dla szerszego obrazu świata przecież warto znać. No nie?

***

Czasem obrażam się na świat i oglądam wszystkie odcinki jeden po drugim. Aż do wyczerpania sezonu, aż do skończenia serialu. Satysfakcja porównywalna z tym uczuciem, kiedy zamykam ostatnią stronę grubej książki. A potem czym prędzej rozglądam się za czymś następnym.

O niezapowiadaniu wizyt

Zaczęło się od tego, że mieliśmy po południu odwiedzić moją teściową, bo akurat dzisiaj ma urodziny. Czasem zdarza się, że wpadamy z niezapowiedzianą wizytą, a teściowa krząta się, miota i kłopocze: „Ja taka nieprzygotowana”, „Bo co tak siedzimy o pustym stole”, „A może chociaż herbata?”. Bo gospodyni zawsze musi czymś poczęstować. Bo zła to gospodyni, od której goście wychodzą głodni. Znam to dobrze.

(Mam wrażenie, że niektóre matki nigdy nie wychodzą z roli matek karmiących.)

(Ba, sama na wieść o wizycie najpierw obmyślam jadłospis).

Niby dlaczego trzeba się zapowiadać, gdy chce się odwiedzić własną matkę? Nie wiem, być może to zbędna kurtuazja i niezłe mecyje, ale z drugiej strony rozumiem, że ludziom jest głupio i nie powinno się ich stawiać w niekomfortowej sytuacji. Trzeba im na pewne rzeczy pozwolić – na przykład na komfort bycia skrzętnie przygotowaną gospodynią. Na komfort podania ciastek czy mandarynek. Nie dlatego, że ja przyjadę tam się najeść, ale dlatego, że jej będzie milej i będzie się lepiej czuła, jak coś poda.

Rozmawiałam dzisiaj z pewnym jegomościem, który wspominał: „A przecież kiedyś nie było telefonów i ludzie często wpadali z niezapowiedzianą wizytą”. Nic wielkiego się nie stało, ludzie odwiedzali się wzajemnie i te wizyty były niezobowiązujące, spontaniczne. Przecież nie mogli napisać SMS-a.

Ludziom jest głupio, kiedy nie mają co dać.

Kiedy chciałam pozbyć się kilku książek, do których nie będę już wracać, słyszałam kilka propozycji, co mogę dostać w zamian. Sęk w tym, że nie chciałam nic w zamian – próbowałam zyskać nieco miejsca na półce.

Ludziom jest głupio brać coś za darmo, więc muszą znaleźć sposób na odwdzięczenie się, bo dar będzie ich męczył jak zaciągnięty dług. Będzie męczył i parzył, doskwierał i kłopotał. Jak ten pusty stół, przy którym siedzą goście, choć przecież nie powinni.

 

Tylko sztuka może nas uratować

Zacznę prosto z mostu: nie jest łatwo. Trzeba się mocno postarać, aby nie zastynąć w śnie jak zwierzęta futerkowe lub też mrozie jak postacie z baśni Andersena.
Trzeba się postarać bardziej niż zwykle.
Czasem przychodzi samo – taka energia do działania, wena, natchnienie, pomysły, sprężyste ruchy, siła i moc.
A czasem chce się po prostu pooglądać serial i nie myśleć. Ostatnio takich dni mam wiele.

***

Tak sobie oglądam internet i myślę, że bardzo chciałabym być kiedyś nazwana kobietą-pistoletem albo i nawet badassem (bo dlaczego nie?), marzę, by wystąpić z czymś ciekawym na TED-exie (serio!), tworzyć codziennie, inspirować, wzruszać, zmieniać świat.
Niestety obecnie czuję się najwyżej jak kobieta-proca z urwanym uszkiem (o ile proca ma uszy). Po pracy dowlekam się do domostwa i padam twarzą w koc, a mój mózg nic nie tworzy, bo jest skupiony na tym, by przetrwać i ponieść jak najmniej ofiar z szarych komórek. A powiadam Wam, wiele ich poległo tej zimy.

***

Pokładamy ufność w różnych rzeczach, a ja śmiem twierdzić: tylko sztuka może nas uratować. Tylko sztuka może coś zmienić, uwrażliwić nas i skłonić do myślenia i do czucia wtedy, kiedy nawet czuć nie ma siły.

***

Jest końcówka lutego – w tym roku zdążyłam obejrzeć trzy sztuki teatralne (komedia, monodram, trudny spektakl dla młodzieży), byłam dwa razy w kinie, obejrzałam kilka filmów i seriali w domu. Prócz tego jeden wernisaż i jeden koncert, o którym myślę już drugi tydzień. Pojechałam ot, tak sobie, jako osoba towarzysząca, posłuchać ładnych piosenek. Wróciłam nie ta sama. Dotknięta w samo serce, bez osłonki, bez rękawiczek. Ot, palec w bijące serce. Nie wiedziałam, że się tak da.

***

Sztuka porusza czułe struny we mnie, a cała klatka piersiowa napełnia się wzruszeniem i mocą. Właściwie to nie wiem, czy sztuka może nas uratować, ale na pewno pozwala mocniej i piękniej żyć i czuć. Tak, wiem, że patos, ale czy nigdy nie czuliście się przemienieni, obudzeni i dotknięci przez muzykę albo film? (Już nawet nie wspominam o poezji.)

 

1 2 3 4 5