Pozdrowienia z barłogu

Jutro znowu zacznę udawać kobietę sukcesu (kto mi uwierzy?). Założę jakieś schludne ubranie, uczeszę się i zrobię makijaż – pierwszy od tygodnia. Z (umyślnie nieskrywanym, choć trochę na wyrost) entuzjazmem przekroczę progi mojego miejsca pracy i z uśmiechem przywitam się z tymi, którzy tam będą.

Zacznę znowu mieć energię.

Zdejmę tę flanelową koszulę. Wyrzucę puste opakowania po lekach. Zaścielę łóżko, które służyło celom leczniczym, było mi pociechą, przystanią, barłogiem.

***

Niby zwykła choroba, normalna rzecz w okresie zimowych chorób. Wszak mamy całą plejadę zimowych chorób. Można śmiało diagnozować całe orkiestry kaszlu i kichania w autobusie, na przystanku, w szkole. W ciemno można diagnozować te malownicze chrypki, zakatarzone nosy wygrywające tubalnie swoje melodie.

***

Gorzka prawda jest taka, że nie jest łatwo odpuścić. Oddać swoje lekcje, swoje zadania komuś innemu. Zrezygnować z tego, na co się czekało. Na spektakl, na wspólny śpiew. Trzeba było poodwoływać. Nie byłoby łatwo oddawać kawałki życia, krok po kroku.

Chciałam we wszystkim uczestniczyć, bo chcę wierzyć, że beze mnie to nie będzie to samo. Ale zawsze da się zastąpić człowieka. Każdego da się zastąpić.

Oglądałam niedawno „Ostatnią rodzinę”, czytałam o Beksińskich. I jest tam taka scena, po której zrobiło mi się gorzko i smutno. Kobieta mająca świadomość zbliżającej się własnej śmierci uczy męża, jak się robi pranie i co ile zmienia się pościel czy firanki. Ale jej mąż zatrudni sobie sobie pomoc domową, która będzie się tym zajmowała. Jej mąż poradzi sobie bez swojej żony, która się nim tak pięknie zaopiekowała.

A mogła porobić w życiu coś innego, on by sobie i tak poradził. Albo nie zauważyłby różnicy.

***

Powoli zaczynam wracać do świata. Wychylam nos przez drzwi i niepewnie wącham mroźne powietrze – ale tylko przez chwilę, bo smog. Nikt nie chce go zapraszać do płuc. Sam się wprasza, ale to inna sprawa.

Zasiałam cytrynę i pomidory, czekam na szczypiorek. Teraz parapet i ja powoli bierzemy rozpęd, by znowu wziąć się za życie.

śpiąca i potargana

Mój mąż mi zupełnie nie przeszkadza

Nawet się nad tym dawniej zastanawiałam: jak to jest z małżeństwem samotnika albo (w wersji idealnej) dwojga samotników. No bo jak się czuje samotnik w małżeństwie, kiedy ktoś ciągle ci się plącze po mieszkaniu. Czy nie ma się go dość.

***

Co jakiś czas mam napady eskapizmu. Bardzo lubię samotne spacery po mieście, siedzenie w pustym domu, w pustej sali lekcyjnej przed lekcjami lub po nich. Słuchanie swoich kroków na pustym korytarzu. Na studiach doszłam do etapu, w którym wolałam chodzić sama do kina niż iść ze znajomą i potem od razu zagadywać wrażenie, jakie film na mnie wywarł. Chciałam również uciec od wszystkich ludzi.

Do tej pory fascynują mnie zakony zamknięte, choć obecnie preferuję raczej towarzystwo mieszane niż zamknięcie z samymi kobietami. Ot tak, dla zdrowego dystansu.

***

Cóż. Potrzebuję dużej dozy samotności, ale chyba znalazłam kogoś podobnego sobie, więc jakoś się w tym rozumiemy. Idealną symbiozą jest bycie obok, każde przy swojej pracy. Nawet jeśli mogłabym ze swoją pracą iść do innego pokoju, i tak wolałabym siedzieć obok niego.

Mój mąż zupełnie mi nie przeszkadza.

Można sobie razem pomilczeć albo luźno wymieniać myśli. Obecnie słuchamy sobie razem muzyki, ja piszę tekst, on pracuje.

Ta wspólnota jest wyważona i komfortowa. Dyskretna obecność.

Samotność mi nie doskwiera.

Parkowa anegdotka

W poszukiwaniu ciszy poszłam do parku. To był długi dzień, mnóstwo hałasu, rozmów, emocji. Uszy chciały odpocząć.

Udałam się zatem w zaciszne – z założenia – miejsce. Parkowa atmosfera, jesienne ciepło. Chciałam usiąść i poczytać w spokoju, ale do tego potrzebowałam znaleźć jakąś ustronną ławkę. Najlepiej bez bliskich sąsiadów. Nie było to proste.

Miałam do wyboru sąsiedztwo uczących się licealistów, zakochanej pary albo staruszki.

Usiadłam więc niedaleko nobliwej pani, a tymczasem ona wyjęła telefon, ustawiła tryb głośnomówiący i zaczęła emocjonalną konwersację, przeplataną oburzonymi okrzykami i wyjątkowo soczystymi wulgaryzmami.

Dzięki.

foter-bench(Właśnie o takiej samotnej ławce marzyłam. Zdjęcie z Fotera)

Pierwsze dni w nowej pracy

Najgorsze w pierwszych dniach nowej pracy jest nawiązywanie stosunków społecznych. Te wszystkie konwencjonalne przywitania, small talki w kuchni czy przedpokoju, próby zagadania lub pełne skrępowania milczenie. Pierwsze dni pełne są takich niezręczności, kiedy to najgorszą rzeczą jest zapoznawanie się z nowymi ludźmi, bycie wprowadzonym do pokoju pełnego stałych pracowników i przedstawienie się.

A potem na przykład realizacja rzuconego ot, tak, polecenia: "To idź, zapytaj. To idź, poproś, niech on ci to wytłumaczy. To idź z tym do niego". Dla mnie trudniejsza niż cokolwiek innego. Siedzę więc i odkładam na potem to pójście do kogoś.
A tymczasem ten ktoś może być bardziej nieśmiały niż ja.
Być może on też odkłada to na potem.

laptop-unsplash
(Narzędzie pracy, w które zawsze można się schować; źródło fotografii)

Jak wytrzymać z ludźmi? Poradnik introwertyka

Jak wiadomo, introwertyk to taki dziki człowiek, który najchętniej milczy jak zaklęty, płoszy się w tłumie i najchętniej zamieszkałby samotnie na jakimś odludziu (oczywiście z dostępem do internetu).

Ponieważ ja sama jestem raczej człowiekiem zamkniętym w sobie, przygotowałam poradnik dla tego typu dziwolągów.

1. Kiedy ktoś atakuje cię rozmową, nie panikuj. Potakuj. Słuchaj, uśmiechaj się, ale…

2. …nie przedłużaj wątku. Może rozmówca się zmęczy.

3. Będąc w grupie, oddalaj się na bezpieczną odległość. Przyjmując strategiczną pozycję, słyszysz, co się dzieje, ale nie musisz w tym uczestniczyć.

4. Jeśli trafiłeś w miejsce wyjątkowo turystyczne i zatłoczone, weź głęboki oddech, a potem zatkaj sobie uszy.

5. Jeśli nie możesz zatkać sobie uszu, po prostu zignoruj głupie teksty turystów. A zaprawdę powiadam ci, będzie ich wiele (z własnego doświadczenia: słyszałam już publicznie wygłaszane nieśmieszne i suche żarty, obraźliwie ksenofobiczne opinie, dowcipy o Żydach i gazie oraz różnego rodzaju pyszałkowate wypowiedzi i czcze przechwałki).

6. Znajdź samotny kącik. Odwróć się do ściany. Zamknij oczy i udawaj, że jesteś zupełnie gdzie indziej.

I ostatnia rada:

7. Dbaj o przyjaciół. W końcu ze swoim podejściem na pewno nie masz ich aż tak wielu.

Domek na drodze w Vardø

(Odludzie dla introwertyka, Norwegia; fot. Mariusz Bieniek)

Oda do kobiet, czyli o czym myślisz przed lustrem?

Mam taką koleżankę.

Alabastrowa, świeża cera, szlachetny, dziewczęcy profil. Urocze rzęsy, bystre ciemne oczy. Kiedy budzi się ze snu, jeszcze nieświadoma rzeczywistości, przeciąga się i mruży oczy, to zachwyca. Ma kobiecą figurę, z zaokrągleniami, które dodają jej ciepła i miękkości.

A ona ciągle myśli o sobie, że jest niezgrabną świnką.

***

Pojechałam kiedyś na wycieczkę. Obowiązkowa przerwa na toaletę, standardowa kolejka do damskiej. W pewnym momencie jedna z koleżanek przegląda się w lustrze, poprawia włosy, zagląda sobie w oczy i wzdycha:

– Boże, jak ja wyglądam…

Ja na to:

– W sensie, że tak dobrze?

Ona tylko prycha.

***

Kochane kobiety, nauczmy się patrzeć na siebie z sympatią. Nasza twarz, nasze ciało to integralna część nas. Warto się polubić, bo w końcu jesteśmy na ten widok skazane do końca życia.

***

Tak sobie myślę: może warto by nauczyć się trochę od mężczyzn – patrzeć na siebie beztrosko i z przymrużeniem oka, z pobłażliwą akceptacją. "Ciało jak młody bóg", mawiał mój mąż, gdy miał jeszcze wydatny brzuszek i trzeci podbródek. Chciałoby się dodać: "Tak. Jak Dionizos".

you look fine z pinteresta

(To zdjęcie czekało na ten wpis. Źródło: Pinterest)

***

Podobno nasze widzenie siebie zależy między innymi od tego, co o sobie słyszymy i co nam się wpaja od małego. To znaczy, że na nasz obraz siebie wpływa to, jak nas widzą rodzice i rodzeństwo, a także krewni, przyjaciele i znajomi.

Przyznaję, nigdy nie słyszałam, że jestem brzydka. Owszem – że nie umiem się ładnie ubierać, albo że mam duży tyłek (nie, nie mam, ale mówiła to pani z poważną niedowagą) i ptasi profil (to było akurat powiedziane jako komplement, ale umówmy się, to NIE JEST komplement). Żyłam w błogosławionej świadomości, że jestem ładnym dzieckiem, bo jak się słyszy, że ma się cerę cyganeczki i śliczne czarne oczy, to czym się tu przejmować. Kompleksy? Jakie kompleksy?

Zastrzeżenia rodziny budził raczej mój charakter i takie cechy jak nieogarnięcie, zapominanie, towarzyskie faux pas czy prostolinijność posunięta aż do prostactwa. Do tej pory uważam, że to moje pięty achillesowe, więc z tym wpływem chyba coś jest na rzeczy. Przeszkadzają mi te wady, które przeszkadzają też innym.

Natomiast jeśli chodzi o ciało – od kiedy przeczytałam ten wpis i od kiedy ćwiczę i zdrowiej się odżywiam, jest mi z samą sobą całkiem dobrze i to jest bardzo pozytywne, ożywcze uczucie. Bez zadręczania się. Bez skupiania się na kompleksach i niedoskonałościach. Czasem myślę, że mam brzydką fryzurę czy że pryszcz, ale potem uśmiecham się do lustra, bo lubię swój uśmiech. I o to chodzi. Znajdź w sobie coś, co lubisz i niech to będzie ważniejsze niż ten głupi pryszcz.

Zrobiłam w tamtym roku eksperyment na Dzień Kobiet. Spytałam znajome kobiety o to, co uważają za swój największy atut. Odpowiedzi były różne: nogi, oczy, usta, piersi, nawet obojczyki, ale ważne jest to, by zdawać sobie z tych atutów sprawę, a resztą się tak bardzo nie przejmować.

***

Miałam kiedyś znajomą, która miała na swój temat podobne zdanie: "podobam się sobie i uważam, że jestem ładna". Jakkolwiek by nie wyglądała, myślę, że takie podejście bardzo pomaga w życiu. Przede wszystkim daje kobiecie luz i zdrową pewność siebie. Wiadomo, że kobieta ZAWSZE znajdzie coś, co jej się w swoim wyglądzie nie podoba, ale czy naprawdę o to chodzi? Co chcemy przez to udowodnić i komu dokopać?

***

Koleżance wzdychającej przed lustrem powiedziałam, że ma takie niezwykłe, intrygujące spojrzenie, zwłaszcza gdy mruży oczy. Nie wiem, czy mi uwierzyła, ale może następnym razem spojrzy na siebie łagodniej, z większą sympatią.

O potrzebie samotności

Od półtora miesiąca każdy dzień spędzam wśród ciżby ludzi. Są to głównie ludzie, których kocham, lubię, akceptuję, szanuję i od nich czerpię albo z którymi dokonuję transakcji wymiennej – dajemy coś sobie nawzajem. Otaczają mnie przyjazne lub życzliwe twarze, a mimo to czasem rozpaczliwie potrzebuję samotności.

Samotność wytęskniona

Gdy mam gości lub sama jestem gościem, zwłaszcza podczas większej imprezy – muszę się na chwilę oddalić. Na wycieczkach świadomie nie idę ze wszystkimi na spacer, tylko zostaję w pokoju odrobinę dłużej niż powinnam. Muszę odsapnąć, zregenerować się, zebrać myśli. To moja naturalna potrzeba, którą trudno wytłumaczyć. Dlatego nie umiem odpowiadać na pytania typu: "Dlaczego nie poszłaś z nami? A co ty tutaj robisz sama?" itd. To tak, jakby wyjaśniać, po co mi spanie albo jedzenie. To jest niemalże fizjologiczna potrzeba.

Bycie wśród ludzi wymaga ode mnie dużo siły. Nie wiem, na czym to polega, bo przecież kontakty ze znajomymi to sama radość i przyjemność. Nic wymuszonego. Wyjazdy, zwiedzanie, przygody, opowiadanie anegdot, wspólne posiłki. Kto by narzekał na to, że dużo się dzieje?

***

I tylko czasem brak mi niemówienia, ciszy i dziesięciu spokojnych oddechów. Aż dziwię się, że to napiszę, ale chyba potrzeba mi nudy.

samotność-bieniek

(Foto stąd)

Z podróży zawsze wracam inna

Choćby podróż była tylko dwudniowa, potrafi zainspirować.

Bywa, że wracam z zapisanym notesem albo przynajmniej notatkami na zużytym bilecie: co zacznę robić, nad czym się poważnie zastanowię, co zmienię, co ulepszę. Najczęściej mam mnóstwo pomysłów na zajęcia z dziećmi, listę książek do przeczytania i potraw do zrobienia oraz zapiski na temat sztuki, przepisane cytaty i pospieszne rysunki napotkanych ornamentów.

Wyrywamy kilka dni…

Każde doświadczenie jakoś nas przemienia, a już tym bardziej spojrzenie z boku na nasz styl życia. Wyrywamy kilka dni z naszego łańcuszka codzienności. Nie chcę pisać, że codzienność to dla nas łańcuch, bo nie chodzi mi tutaj o skojarzenia ze zniewoleniem. Prawda jednak jest taka, że żyjąc według ustalonego schematu, trochę zapominamy, że może być inaczej. Przypatrzenie się z bliska temu, jak to robią inni, może być odświeżające.

Gość w dom

Będąc gościem, zaglądam w cudze życie. Oglądam książki i pamiątki na półkach, zapiski na tablicy korkowej, zdjęcia. Podpatruję relacje domowników, jem to, co im smakuje i co chcieli mi podać, obracam się w ich przestrzeni. Rozgaszczam się, bo przecież nie chcę czuć się jak na specjalnych warunkach, chcę się wtopić w tło, żeby nie przeszkadzać w normalnym rytmie dnia. Który zresztą podglądam. Wiadomo, że obecność gości reorganizuje trochę życie domowników i gospodarzy, ale jako strona goszczona dokładam sił, by ta reorganizacja przyniosła jak najmniej ofiar.

Rozmowa

Są spotkania, po których mam ochotę na nowo pisać epilog tego wpisu. Rozmowy ubogacające, stopniowe odkrywanie się, dzielenie doświadczeniem, radą. Wymiany myśli przy okazji zakupów lub już w progu, w piżamach, tuż przed pójściem spać.

Od niektórych ludzi wracam lepsza, od innych – mądrzejsza i bardziej asertywna. Bogatsza o wskazówki i obserwacje.

Za każdym razem wracam z wdzięcznością.

draoi006.jpg_595

(Brytyjska droga, fot. Mariusz Bieniek)

Ps. O gościnności pisałam też tutaj.

Zdalne sterowanie hormonami

W pierwszej połowie cyklu jestem absolutnie zakochana w moim mężu i uwielbiam wszystkich ludzi na świecie. Ubolewam nad tym, że mam tak mało przyjaciół, bo chciałabym się z nimi spotykać i rozmawiać. Pragnę, byśmy nawzajem siebie inspirowali. Chcę chodzić z nimi na spacery i zapraszać ich do siebie na kawę z kawiarki i deser bez cukru.

W drugiej połowie cyklu nie znoszę ludzi (bez wyjątków) i pewną ulgę przynosi mi to, że nie mam tak wielu bliskich. Nie muszą mnie wtedy znosić.

Bywa tak, że czuję się bezgranicznie szczęśliwa. Zachwyca mnie kwitnące drzewo wiśni i rozczulające spojrzenie naszego psa, jestem wdzięczna za beskidzkie powietrze w płucach i za każdą pasję, którą mogę realizować. Komplementuję męża i zostawiam mu karteczki z zabawnymi hasłami. Na stos książek do przeczytania patrzę jak na radosne wyzwanie.

Jest jeden dzień w miesiącu, kiedy jestem bezbrzeżnie smutna. Naturalnie i całkiem bez powodu. Trudno mi to wytłumaczyć. Stos książek do przeczytania jawi mi się jako syzyfowa praca: i tak się nigdy nie zmniejsza, bo z każdą przeczytaną dokładam trzy nowe.

Są też dni, kiedy marzę o tym, by nie musieć z nikim rozmawiać (wtedy odczuwam wszystkie trudności NARAZ). Czasami moje życie wydaje się pasmem rozczarowań, niespełnionych marzeń i zaprzepaszczonych szans.

To nie moja wina. To te cholerne substancje chemiczne.

nadmorski

(fot. nieoceniony Mariusz Bieniek Photography)

Dziewczyna z napisami, czyli trudność tkwi w rozmowie

Długi i nudny wpis na temat, który nikogo nie interesuje. Zapraszam.

***

Rozmawia mi się trudno. Nieraz miesiącami jestem wycofana, nie mogąc się wydobyć z tego milczenia, bo każda rozmowa jest mijaniem się komunikatów i ciągłym pudłowaniem – zamiast trafiania w sedno raz chociaż na jakiś czas. Czasem wycofuję się z kontaktów werbalnych (następuje zanik narracji). Świadomie rezygnuję z rozmowy, mówię "Cześć" i idę dalej, stronię od pogaduszek i rozmów o niczym, a na pytanie "Co słychać?" odpowiadam "W porządku" albo wręcz "Nic" – w chwilach, gdy mój poziom gburowatości sięga zenitu. Ale mam minę przepraszającą. Po prostu nie jestem w stanie powiedzieć nic ponad to, bo to pytanie jest dla mnie za ciężkie do udźwignięcia*.

Lubię Was, moi Znajomkowie. Ale czasem nie jestem w stanie poprowadzić rozmowy. Dlaczego?

Eskapizm

Uciekanie przed ludźmi i preferowanie samotności. Uprawiane nagminnie już na studiach, w liceum i w domu rodzinnym. Macie czasem poczucie, że nie chce Wam się z nikim rozmawiać?

Mimo sympatii i szacunku do ludzi wolę zachować bezpieczny dystans nierozmawiania. Te wszystkie pogaduszki ze znajomymi, gdy razem stoimy w autobusie albo spotkamy się przypadkiem, są nie do przyjęcia – mówienie dla mówienia jawi się jako najgorsza katorga. Mam fizyczny odruch, by od takich sytuacji uciekać.

Nie umiem prowadzić rozmowy. Niektórzy ludzie potrafią to znakomicie, ja nie. Jestem niechętna rozmowom o niczym, ślizganiu się po tematach, rzucaniu frazesami oraz mówieniu o rzeczach obojętnych, byleby tylko mówić, zagadać i przepłoszyć ciszę. A akurat ona mi kompletnie nie przeszkadza.

A może to po prostu introwersja.

Nieadekwatność i rozmijanie się

Kiedy coś powiem, myślę nieraz: "Po co to powiedziałam, bez sensu. Co za żenada". Przecież nikt nie chce tego słuchać. Streszczam się, mówię bardzo krótko i rzeczowo, bo przecież nikogo to nie interesuje (patrz: wstęp) i co więcej – ta osoba ma do tego prawo. Uważam, że przecież nie mówię nic interesującego, więc nie chcę męczyć rozmówcy. Poza tym każdy woli powiedzieć swoje. I tak sobie nawzajem odpowiadamy: "Uhm, uhm, a ja…" W trakcie takich rozmów, a jeszcze bardziej po – czuję srogie rozczarowanie sobą. Że nie odpowiedziałam czegoś, co byłoby odpowiednie i trafiało w punkt. Żeby choć trochę odpowiadało temu, co powinnam wtedy powiedzieć. Czego oczekuje rozmówca.

Są takie wymiany myśli i konwersacje, w których ja nie mam pojęcia, co ktoś przeżywa, a ktoś nie ma pojęcia, o co mi chodzi.

Jestem przygnębiona tym niespotykaniem się podczas rozmowy. Chcę dotykać sedna. Nie chcę mówić rzeczy oczywistych, komentować nieistotnego.

W poszukiwaniu sedna

Niestety niewiele mogę powiedzieć na wiele tematów, które zajmują moich znajomych, więc nie jestem rozmówcą na ich poziomie. Z powodu mojej niewiedzy, li i jedynie. Mogę pytać o szczegóły. Ale daję rozmówcy wolność, by powiedział tyle, ile chce. Podejrzewam, że to powoduje ogromne wzajemne niezrozumienie. Po takiej rozmowie czuję dojmujące rozczarowanie, że nasze płaszczyzny się mijają. Jego komentarz zupełnie nie trafia w sedno. Ja nie mam pojęcia, o co mu chodzi i jakiego komentarza oczekuje. Mówimy monologi, opowiadamy, nie dotykając głębi, nie rozumiejąc, nie wychodząc sobie naprzeciw.

Chciałabym wykroić, wyłuskać, wydobyć sedno rozmów. Odkroić niepotrzebne i wyrzucić.

Co o tym myślisz. Jak się z tym czujesz. Czy jesteś szczęśliwy. Co jest Twoim marzeniem i czy już po to sięgnąłeś, czy gdzieś zagrzebałeś. Jakie są fakty. Mówmy o tym, co prawdziwe i co ważne. Tylko o tym. Wyrzućmy resztę – śmieci i trociny, którymi zapchane są dziury między sensami.

Bez oplatywania tego grzecznymi słowami, które nic nie znaczą. Bez owijania w bawełnę. Bez woalowania i ukrywania czegoś między wierszami, słowami i zdaniami. Mów mi wprost. Nie żyjmy w domysłach. Nienawidzę ukrytych aluzji, domyślania się: "A może on chciał mi powiedzieć to czy tamto…" Nie! Chciał powiedzieć to, co powiedział. Dość zastanawiania się i szukania drugiego dna. szkoda na to czasu.

Ale z drugiej strony… nie jesteśmy przygotowani na taki szczery i dogłębny poziom rozmowy. Na rozmowę Prawdziwą, rozmowę dotykającą do żywego. Spotkałam ostatnio znajomego.

– Cześć, co słychać?

– Mam ferie, jadę odwiedzić rodziców.

– A mój tata ma raka.

No właśnie. Też nie wiedziałam, co powiedzieć.

Tematy tabu

Przyjęłam ostatnio, że jeśli się na czymś nie znam, to nie będę się wypowiadać. Jeśli nie muszę mówić swojego zdania, to nie mówię. Zawęża mi się lista tematów, o których mogę i chcę mówić.

Próbując nie komentować rzeczy, na których się nie znam, często milczę jak kołek.

Z zasady nie komentuję uwag na temat pogody (gdyż mam do niej stosunek doskonale obojętny i nie pozwolę, by wpłynęła na mój nastrój. Jest to coś niezależnego, więc nie należy się tym przejmować. Szkoda w ogóle o tym wspominać. A jeśli nie ma sensu o czymś mówić, to nie mówmy, proste).

Jakiś czas temu dałam się wciągnąć w dialog o pogodzie:

– No i popatrz, zima się zrobiła.

– Tak, zima się zrobiła. W lutym.

To najbardziej rozbudowany komentarz, który mogę dodać od siebie.

Opresja

Po niektórych rozmowach czuję się źle. Dotyczy to na przykład tematów intymnych. Czasem jestem pytana o sprawy bardzo osobiste ("jeśli oczywiście mogę zapytać". Przysięgam, zacznę mówić, że nie). Z grzeczności (i żeby nie urazić rozmówcy) odpowiadam, tłumaczę się, wtajemniczam w to, co jest absolutnie moje, nasze. Na Boga, dlaczego to robię?

Są też tematy drażliwe, np. wtedy, gdy muszę się tłumaczyć, że jako nauczyciel wcale nie mam tak dobrze i zaczynam mówić o wadach mojej pracy, którą w gruncie rzeczy przecież lubię! W co ja się w ogóle daję wplątać!

Poczucie winy

Gdy mówię głównie o sobie – mam poczucie winy, bo znowu okazałam się egoistką i nawet nie spytałam, co u rozmówcy. Gdy nie mówię wcale – czuję rozczarowanie, że to nie była rozmowa, tylko wysłuchanie monologu.

Poczucie winy towarzyszy mi w rozmowach opresyjnych, kiedy muszę tłumić to, co czuję i daję się wciągnąć w rozmowę na tematy prywatne, zbyt osobiste. A także, gdy powiem komuś szczerze i obcesowo, co myślę. Bo zachowałam się źle wobec tej osoby i być może sprawiłam jej prykrość.

Poczucie winy to w ogóle osobny temat, a ogarnia mnie w wielu sytuacjach. Na przykład ktoś dzwoni do mnie, gdy jestem zajęta. Jeśli powiem, że jestem zajęta i nie mogę rozmawiać, czuję się chamem i świnią, a jeśli nie powiem, tylko udaję, że nie jestem zajęta, czuję się mięczakiem i ofermą. To tak jak po spotkaniu z człowiem żebrzącym: albo daję pieniądze i czuję się oszukana i naiwna, albo nie daję i czuję się winna i zła, bo okazałam się bez serca. Nie ma dobrego wyjścia z tej sytuacji.

Powinnam mieć napisy

Im więcej piszę, a mniej mówię, tym mam większy problem w skonstruowaniu zdania bez jąkania się. Żenada dla polonistki i korektora. Wstydzę się tego, więc się nie odzywam, by się nie kompromitować. Podczas pisania mogę się zastanowić, przemyśleć, przeformułować myśl. Drażni mnie moja niepłynność mówienia i to, że często nie wiem, co powiedzieć. Oprócz tego podczas mówienia nieraz robię błędy językowe, co mnie w ogóle krępuje.

Nie jestem rozmówcą na poziomie. Nie jestem dobra w interesującym, płynnym opowiadaniu, formułowaniu myśli na szybko, słowo mówione mnie – hiperbolizując – paraliżuje. Podziwiam osoby potrafiące opowiadać godzinami, ciekawie snujące narrację. Znam takich opowiadaczy. Szacunek.

Im bardziej rozmówca rozmowny, tym ja bardziej milcząca. Z jednej strony moje "aha, mhm, nooo", z drugiej – gdy jestem dopuszczona do głosu – jąkam się i nie umiem spleść sensownego płynnego zdania. Wolałabym mieć w takich chwilach napisy, jak film niemy. To jest jakaś mentalna afazja.

Epilog

Ale jest nadzieja. Miałam ostatnio cudowną możliwość kilku ważnych i ciekawych, powiedziałabym – dogłębnych rozmów, inspirujących treści skumulowanych w czasie kilku weekendowych wypadów. Wymiany myśli pełne pasji, zaangażowania, radości i chęci odkrywania. Ożywcza jest dla mnie świadomość, że rozmowa może też uczyć, bawić i otwierać na innych. Nie każda jest opresją.

***

*Jest jeszcze gorsze pytanie, a brzmi ono: "No to co tam powiesz ciekawego?". Alternatywna, równie irytująca forma to: "No i co mi jeszcze powiesz?" – okropne!

1 2 3