O czym są „Bielskie profesje”?

„Bielskie profesje” to zbiór fikcyjnych zawodów, które mogłyby istnieć w przestrzeni miasta, by dyskretnie polepszyć życie jego mieszkańców. Zbiór zawiera czterdzieści trzy profesje, a wśród nich jest na przykład człowiek, który rozplątuje wierzbowe gałązki, Rozdeptywacz Suchych Liści, Trener Gołębi czy Psycholog Bankomatów.
Albo taki Klatkowy Latarnik.

latarnik1

Tu jeszcze z poprawkami. Zamysł już widać. Po jednej stronie tekst, po drugiej ilustracja Basi Kędzierskiej.

***

Muszę przyznać, że to miasto od samego początku było dla mnie mocno inspirujące. Malownicze trasy, miłe zakątki, charakterystyczne miejsca, przepiękne kamienice i dworki, okalające góry, rzeka, która dzieli, ale też łączy. Można chodzić i się rozglądać, zachwycać albo zamyślać.

Kiedy w 2011 roku zamieszkałam w Bielsku-Białej, przeszłam to miasto wzdłuż i wszerz. Pieszo. Najpierw z mapą i cv, a potem do pracy.  Chodziłam, a profesje wpadały mi do głowy, a potem jedna po drugiej skapywały do notatnika, kap, kap, kap. Bez cenzury, bez poważnych planów, co z tym zrobię. Wewnętrzny cenzor zajął się innymi tekstami, a więc profesje chyłkiem przychodziły mi do głowy, zadomowiły się w notatkach i w pliku tekstowym, aż w końcu ułożyły się w zgrabny zbiorek.

W czerwcu druk. Już nie mogę się doczekać!

Wydaję książkę

Wydaję książkę. Długo na to czekałam, długo do tego dochodziłam i chyba tak samo długo nad tym pracowałam. Również w mojej własnej głowie.

***

Może to za dużo powiedziane: książka.
Jest to bardziej książeczka, będzie miała niecałe 100 stron, w tym dużo ilustracji (nieocenionej i błyskotliwej Basi Kędzierskiej, polecam Waszej uwadze).

Szanuję czas czytelnika i sama nie lubię przegadania, dlatego książka jest krótka i treściwa. Lapidarna. Taką ją sobie wymarzyłam i każde słowo jest tu potrzebne, natomiast nie ma w niej słów zbędnych.

Jednak chcę podkreślić bardzo mocno: wydanie książki było moim marzeniem i oto w 2019 roku to marzenie się spełnia. Spełniam je. Jest mi z tym szalenie miło i cieszę się, że mogę o tym Wam napisać.

***

Mogłabym napisać, że to literatura powstała z gniewu. I po części tak jest, bo kiedy pracowałam nad korektą pewnej bardzo złej powieści (bardzo, bardzo złej), pomyślałam, że ktoś ma tupet wysyłać do wydawnictwa książkę bez treści, bez fabuły, bez struktury i bez sensu, chore rojenia autorki, a tymczasem tekst, który jest całkiem niezły, zalega mi w szufladzie, bo stwierdzam, że nie, może jednak nikomu go nie pokażę i nigdzie nie wyślę. Ale właśnie dlaczego nie?
Więc się srogo zdenerwowałam – na tamtą autorkę, ale chyba jeszcze bardziej na siebie. Wygrzebałam mój tekst, dopracowałam i zaczęłam wysyłać do wydawnictw.

Wysyłałam moją książkę również do znajomych i ludzi, którzy na książkach się znają. Zawsze pisali mi, że książka jest dobra i wartościowa, że wzruszyła, że rozśmieszyła, że zadziwiła. Nikt nie napisał: daj sobie spokój, bo nie warto, a Ty masz dużo do nauczenia się, grafomanko. Nie mówili, że to jest niezbyt dobre i może jeszcze spróbuj nad tym popracować, coś zmienić, bo się to źle czyta.
W końcu im uwierzyłam.

***

Pewnie nie muszę tego nawet mówić, ale 90% wydawnictw w ogóle nie odpisało. I na to się trzeba przygotować.
Bo to wcale nie oznacza, że tekst jest zły. Tak samo wydanie książki nie oznacza, że tekst jest dobry. Oznacza po prostu tyle, że wydawnictwo postanowiło go wydać, bo uznało go za inwestycję, która może się zwrócić. Wydanie książki w wydawnictwie nie jest jednoznaczne z otrzymaniem nagrody literackiej – sami pewnie przeczytaliście niejedną książkę, po której mieliście poczucie, że zmarnowaliście czas, a drukarnia papier.

Moja książka jest dość dziwna, trudna do sklasyfikowania. Ani dla dzieci, ani dla dorosłych, ni to poezja, ni proza, nie za bardzo zbiór opowiadań, raczej opowiastek. Jest miła i gorzka jednocześnie. Rozumiem więc konsternację redaktorek i redaktorów, którzy ją dostali na mail i pewnie nie wiedzieli, co z nią zrobić, do której szufladki wsadzić. Sama miałam problem, do których wydawnictw ją wysyłać, bo przecież świadomy autor wie, że nie wysyła się książek do wszystkich wydawnictw jak leci, tylko patrzy się na specjalizację, profil, wydawane gatunki, autorów.

Miałam dwie odpowiedzi pozytywne. W jednym mailu pan redaktor napisał, że wydawnictwo jest wstępnie zainteresowane (potem się z tego wycofał), w drugim pani redaktor napisała, że wydawnictwo jest na maxa zainteresowane, ale plan wydawniczy ma już na dwa lata do przodu, więc jakby co, to możemy się zgadać w 2020 roku. A był to rok 2018.

***

Druga sprawa jest taka, że ta książka jest bardzo lokalna. Ma nawet nazwę miasta w tytule. Poszłam więc do tutejszego Wydziału Kultury i Sztuki i zapytałam, jaką pomoc mogę uzyskać w jej wydaniu.

I takim to sposobem wydajemy moją książkę, Urząd Miasta w Bielsku-Białej i ja.

profesje

(Szalony Księgarz i Szlachetny Złodziej, ilustracja: Barbara Kędzierska)

Dlaczego czytam podziękowania od autora?

Zawsze po przeczytaniu książki czytam również podziękowania od autora. Tuż po ostatnim zdaniu, a przed bibliografią czy spisem treści, albo na początku, jeszcze przed pierwszym zdaniem. Czasem jest to jedna wzmianka, ale często strona albo i dwie, a na nich istna litania: cała rzesza bliskich ludzi, rodzina i przyjaciele, redaktorzy prowadzący i konsultanci merytoryczni, korektorzy, pracownicy wydawnictw, ale także specjaliści, którzy korygowali błędy i umożliwili rozeznanie się w opisywanej materii. Często formuła podziękowań jest niebanalna, dowcipna, jest puszczeniem oka i zaszyfrowaniem informacji do odczytania tylko przez tę konkretną osobę, jedyną, która „wie, o co chodzi”.

Wspierający, obecni, gotowi z dobrym słowem, otuchą, zachętą. Oto, czego nam trzeba i za co jesteśmy wdzęczni.

***

Zawsze zdumiewa mnie i cieszy oko, jak wielu stoi za sukcesem autora. Piszę świadomie o sukcesie, ponieważ samo napisanie i wydanie książki można już uznać za sukces. Jeśli ta książka się spodoba ludziom, to jest to kolejny etap, kolejna pozytywna ocena, kolejne oczko, schodek w górę, a jeśli zdobędzie nagrody i laury, to tym bardziej.

Sukces jednak zaczyna się od pierwszego kroku, pierwszego słowa i pierwszego zdania.
Od próbowania, zniechęcania się, od motywowania przez innych, od znajdowania czasu na tworzenie, od pracy po godzinach, po nocach albo rano, od „daj, ja to zrobię” albo „dobrze ci idzie, nie przestawaj”.

I tu, gdzie jest ta wytrwałość, leży też granica i kamień milowy. O wielu niewydanych książkach słyszałam. O wielu niedokończonych, nienapisanych. O pomysłach, że „można by taką książkę napisać” albo „mam taki pomysł…” Ba! Sama miałam wiele pomysłów, dzisiaj przesianych przez gęste sito zwątpienia.

Nawet jeśli mogę się zżymać na jakość bestsellerów księgarskich albo też na zmarnowanie drzewa, papieru i mojego czasu, to muszę tym autorom przyznać jedno: skończyli swoje książki i poszli dalej. Wysyłali je do wydawnictw albo wydali własnym sumptem. Znaleźli sposób i nie poddali się.
Tutaj też widzę wspierającą rolę osób, które stoją za autorem, nawet kiedy on w swoje dzieło chwilowo wątpił.

I pomyśleć tylko, ile każde dzieło zawdzięcza postronnym i anonimowym ludziom. Czasem to my jesteśmy tymi anonimami, nawet o tym nie wiedząc. Nasze dobre słowo może dla kogoś naprawdę wiele znaczyć.

O szkodliwości tworzenia do szuflady

Znam ludzi, którzy tworzą, bo czują taką potrzebę, a potem to chowają, zamykają komputer, szufladę, notatnik. Znam ludzi, którzy też tak robili, ale po jakimś czasie zaczęli pokazywać innym to, co robią. Zgadnijcie, kto się bardziej rozwinął.
Jeśli uważasz, że jesteś utalentowany i twoja sztuka ma wartość, tworzenie (pisanie, komponowanie, fotografowanie…) do szuflady Ci szkodzi. Dlaczego?

  1. Jesteś swoim jedynym krytykiem. Albo pochlebcą. Jesteś więc nieobiektywny. Możesz powiedzieć, że to jest takie tam pisanie, taka tam fotografia czy obraz, że nic ciekawego, albo z drugiej strony – jesteś genialny, tylko nikt nie jest godzien, by to czytać czy oglądać, bo gawiedź nie doceni. Normalnie Norwid XXI wieku. Zapewniam cię, że kontakt z wieloma odbiorcami weryfikuje takie skrajne opinie.
  2. Uczysz się odbierania krytyki. Cóż, jednemu się podoba, drugiemu nie, każdy ma jakąś swoją wrażliwość, nie dogodzisz wszystkim. Ale uczysz się zdrowego podejścia, dystansu, bronienia swojego zdania, dostrzegania zalet i przełknięcia wad swojego dzieła.
  3. Rozwijasz się. Pokazujesz pierwsze wytwory, słuchasz opinii, przechodzisz jakiś etap, potem piszesz następne rzeczy i następne, inne. Ktoś może podpowie Ci, jak oszlifować ten diament. Ktoś da inne spojrzenie. Szuflada nigdy nie będzie dla Ciebie tak dobrym odbiorcą jak drugi człowiek. Szuflada nie ma empatii, emocji, swoich doświadczeń…
  4. …a to jest potrzebne, by móc zrozumieć czyjś przekaz. Dzieło ożywa w kontakcie z odbiorcą, który nadaje mu nowe znaczenie. W ten sposób to, co stworzyłeś, żyje w każdym człowieku, który się z tym zetknął.
  5. Czy Twój przekaz jest jasny? W kontakcie z odbiorcą możesz zobaczyć, że coś, co było oczywiste dla Ciebie, czytelnik odbiera zupełnie w inny sposób. Dopiero w konfrontacji widzisz, czy to jest dobre, czy zrozumiałe. Czy przekazałeś to, o co ci chodziło? Jeśli kolejni odbiorcy nie rozumieją – może coś jest niejasne w Twoim przekazie. Nie zawsze to wina głupiego czytelnika, który nie zrozumiał, więc nie jest godzien i tak dalej. Nie, nie. Czasem to Twoja wina. Czasem niedociągnięcia warsztatowe. Jeśli zdasz sobie z tego sprawę… patrz punkt 3.
  6. Może trafisz na odbiorcę, który jest jednocześnie profesjonalistą, co oznacza, że zna się trochę bardziej niż inni. Kto wie, co może z tego wyjść? Może jakieś zamieszanie, może coś dobrego?

No, chyba że nie chcesz zamieszania. Może chcesz po prostu coś sobie stworzyć, a potem sobie to schować. Tylko szuflada, plik na komputerze, zapisany notatniczek zrozumie, przyjmie, przechowa. Może i tak, ale nic nigdy się nie zmieni.

unsplash-com-negative-space

(Źródło fotografii)