Czytelnicze podsumowanie 2017 roku

W 2017 roku przeczytałam mniej książek niż w 2016 i zdecydowanie mniej niż bym sobie życzyła. Życzyłabym sobie setkę, a naliczyłam czterdzieści trzy.

Częściej rezygnowałam z czytania albo odkładałam nieprzeczytane książki na później (np. „Opowieść podręcznej”, „Biegnąca z wilkami”) lub na nigdy („Pokój”, „Szelmostwa niegrzecznej dziewczyny”). Niektóre książki czytałam bardzo, bardzo długo (za długo).

Półka z Poważnymi Rzeczami

Można uogólnić, że niemal całą półkę zajmuje Wydawnictwo Czarne.

Bo tak: reportaż „Pod sztandarem nieba. Wiara, która zabija” o mormonach. Koziołek i „Dobrze się myśli literaturą”. „Wanna z kolumnadą” Springera, „W królestwie Monszatana. GMO, gluten i szczepionki”… Ale po kolei.

Kiedy przeczytałam ”Wannę z kolumnadą” Springera, pomyślałam, że zorganizować ładną, estetyczną przestrzeń publiczną to jednak nie jest taka prosta sprawa. Czasem oczy bolały i serce, kiedy poznawałam kolejne koszmary architektury i kolejne machloje.

O mormonach historia jest wstrząsająca, jest fanatyczna wiara, morderstwo, porwania i mentalność ofiary sekty.

„Głód” Caparrosa czytało się, czując wściekłość i ból, wiele razy odkładałam tę książkę z niechęcią i do niej wracałam. Siedemset stron niesprawiedliwości i krzywdy, ale też problem pokazany z różnych punktów widzenia. Jak mawia moja mama, „nie jest to wszystko takie proste”.

Wywiad ze Stasiukiem „Życie to jednak strata jest” – sam tytuł pokazuje nastrój tej rozmowy. Dla mnie super.

Fascynująca książka o Czechach to „Gottland” Mariusza Szczygła. Przekonuje mnie jego zachwyt nad mentalnością naszych południowych sąsiadów, a historia o spadochroniarzach to najbardziej rozczulający motyw. Pamiętam do dziś, więc to chyba o czymś świadczy.

Bardzo wciągnęła mnie książka Agaty Napiórskiej „Jak oni pracują”. Rozmowy ze znanymi twórcami o tym, o której wstają i ile piją kaw, o dziwo, potrafią być fascynujące.

Ciekawe rozmowy Olgi Drendy i Bartłomieja Dobroczyńskiego spisane w książce „Czyje jest nasze życie”, między innymi o tym, czy Bóg jest obrażalski albo czy faktycznie zależymy tylko od siebie. Do pomyślenia. Podobnie jak „Śmiertelność” Christophera Hitchensa.

„W królestwie Monszatana” pokazuje, jak tworzą się mity i nieporozumienia. Naukowe kwestie napisane prostym językiem.
„Gawędy o sztuce. XIII-XV w.” Bożenę Fabiani niezmiennie uwielbiam, kocham i polecam.

Półka czytacza

Czasem bardzo dotkliwie i namacalnie tęsknię za fikcją. Chodzę po domu, przeglądam półki i mruczę: „Potrzebuję przeczytać jakąś fikcję”. Więc idę do biblioteki i wracam z czytadłami i powieściami.

„Dziewczyna z perłą” o powstaniu obrazu Vermeera. Tego malarza akurat bardzo lubię, więc chętnie przeczytałam.

Ota Pavel i „Śmierć pięknych saren” – zabawna, ale trochę nierówna. Lubię absurdalne poczucie humoru.

Kiedyś bardzo lubiłam czytać Izabelę Sowę, ale ostatnie jej książki kompletnie do mnie nie przemawiają. Na przykład „Powrót” jest zgrzytliwy i nieprzyjemny.

Zawsze chciałam przeczytać „Wojnę i pokój”, no bo jak można nie wiedzieć, kto to jest Andrzej Bołkoński? No więc teraz już wiem, znam całą sprawę. Bardziej mi przypadła do gustu „Anna Karenina”, ale szanuję zamysł.

Postanowiłam zapoznać się z fantastyką, więc przeczytałam „Załatwiaczkę” i „Podatek” Mileny Wójtowicz. Czytadła autobusowe, łatwe do pochłonięcia i stworzone dla rozrywki. Czasem tego mi trzeba i nie ma co się wstydzić i udawać, że jest inaczej.

Do tego spisu mogę też dodać trzy książki Anety Jadowskiej „Złodziej dusz”, „Bogowie muszą być szaleni” i „Zwycięzca bierze wszystko”. Dalej mi się nie chciało czytać, choć Dora Wilk jeszcze działała w kolejnych trzech. Już nie mówiąc o następnych cyklach. Dla mnie wystarczy.

Próbowałam Pilipiuka, ale zdołałam przebrnąć przez jeden tom książki pt. „Oko jelenia. Droga do Nidaros”. Mogłabym czterysta stron streścić w trzech zdaniach, a więc szkoda mi czasu na taką epickość, ekhm, rozwlekłość.

Dwie powieści obyczajowe, których akcja toczy się w Sztokholmie: „Najlepsza książka na świecie” i „Żółte cytrynki”. To miasto bardzo mnie oczarowało, więc miło się czyta perypetie Szwedów mieszkających w stolicy. A to jeszcze nie koniec. Półka z literaturą szwedzką w miejskiej bibliotece aż się ugina.

Półka korektora

Pod nieco innym kątem czytałam publikacje naukowe, doktoraty i powieści. Na przykład książkę o ekspresji ruchu, przestrzeniach muzycznych w teatrze czy aktywnym szukaniu pracy… Była też pewna powieść, którą wolałabym odprzeczytać, bo była niemal zupełnie o niczym, napisana złym stylem, ale autorka zżymała się na każdy komentarz redaktora i korektora, więc nie wiem, co ostatecznie poprawiła. Mam nadzieję, że wszystko.

Półka nauczyciela

Z klasyki dziecięcej przypomniałam sobie takie hity jak „Opowieści z Narnii. Lew, czarownica i stara szafa”, „Mikołajek i inne chłopaki”, „Mikołajek ma kłopoty”, „Sposób na Alcybiadesa” (znowu?!), „Spotkanie nad morzem”, „Akademia Pana Kleksa”, „Bracia Lwie Serce” i
„Chłopcy z Placu Broni”. Te dwie ostatnie to niezłe wyciskacze łez. Zwłaszcza bohaterstwo małego Nemeczka.

Półka „Jak żyć, jak pisać?”

Okazuje się, że „Bycie miłym to przekleństwo”. Okazuje się, że pisanie, natchnienie i wystawianie się na działanie weny to w istocie „Wielka magia” (ta książka Gilbert jest chyba biblią aspirujących pisarzy). Bardzo dobrą książką dla piszących jest też „Magia słów”, przystępna, pomocna, klarowna. Pomaga w ćwiczeniu warsztatu.

Półka: „Gdzie to położyć?”

Z głupot i książek bardzo lekkich przeczytałam Garance Dore „Love, style, life”. Co prawda więcej tam fotografii i szkiców, ale czytając Garance, czułam się jak bohaterki „Seksu w wielkim mieście”. Taaaaka światowa.

Dołożyłam sobie też „Musierowicz na gwiazdkę”, trochę cytatów, trochę przepisów, trochę zwyczajów świątecznych. Czytam trochę z rozpędu, bo ta autorka już dawno mnie nie porwała.

***

Tyle. Znacie którąś z tych książek? Co ciekawego czytaliście ostatnio i polecacie?

Powinności polonistki

Przestałam czytać listy książek, które trzeba znać. Jestem polonistką, która nic nie musi.

***

Tak się składa, że jestem absolwentką filologii polskiej i mam wrażenie, że z tego tytułu wiele się ode mnie wymaga (może też być tak, że to ja wymagam sama od siebie, a ciężaru dokłada wieczne poczucie obowiązku. Być może te powinności wymyśliłam sobie sama i teraz to weryfikuję).
Jak to jest – co musi polonistka?

Kanon

Po pierwsze: przeczytać wszystkie arcydzieła literatury polskiej i światowej. To wymaganie jest trudne do spełnienia. Owszem, przeczytałam „Noce i dnie”, „Annę Kareninę”, „Panią Bovary”, „Nędzników”, dużo Prusa i jeszcze więcej Sienkiewicza – no, różne takie sztandarowe cuda. Za młodu, jeszcze przed maturą, przeczytałam większość Ważnych Lektur, ale cieszę się, że niektóre zostawiłam na czas po studiach. Dzięki temu dałam szansę „Chłopom” Reymonta – książce, która w liceum wydawała mi się nieciekawa. A tymczasem czytałam zachwycona. Rozsmakowywałam się słowami jak najlepszym jedzeniem.

szwabacha

Mam swoją prywatną listę. Na niektóre pozycje przychodzi dobra pora. Teraz odkrywam świat „Wojny i pokoju” – z wielką przyjemnością zagłębię się w te opasłe tomiska o pożółkłych stronach, wypożyczane po kolei z miejskiej biblioteki. Kto wie, może przyjdzie czas i na „Ulissesa”? (Choć wątpię.)

Być na bieżąco

Po drugie: przeczytać wszystkie bestsellery. Nie, nie, nie. Nie przeczytałam większości książek, o których się mówi. Najpierw niech opadnie pył i umilkną głosy, potem ewentualnie zdecyduję, czy chcę sięgnąć po coś tylko dlatego, że miało szałową akcję promocyjną albo szumną ekranizację. Nie przebrnęłam przez irytujący początek „Złodziejki książek”, ale za to z wielkim szacunkiem i atencją zmierzyłam się z 700-stronicowym reportażem pt. „Głód”. Czuję, że dobrze wybrałam.

Znać słowniki na pamięć

Po trzecie. Nie robić błędów, nigdy i nigdzie. Znać zasadę pisowni każdego słowa w języku polskim, a przy tym łączliwość, znaczenie, odmianę… Jak ja nie lubię, jak ktoś zaczyna pytanie: „A bo Ty jesteś polonistką… zastanawiałam się niedawno, jak się mówi/ jak się pisze…?”. Niestety nie znam na pamięć słowników, gdyż generalnie mam bardzo słabą pamięć. Nie muszę znać, ale muszę umieć znaleźć – a to różnica. Takie rozróżnienie daje więcej spokoju.

Co prawda boli mnie, jak ktoś po polonistyce nie rozróżnia „dziękuje” od „dziękuję”, ale cóż, ja nie rozróżniam „zaświecenia światła” od „włączenia światła” i po dziś dzień nie wiem, co jest poprawne. Ale może mnie ktoś oświecić.

(fot. Mariusz Bieniek)

Moje 7 sposobów na nowe

Jeśli czujesz, że życie Cię nie jest w stanie niczym zaskoczyć, jeśli mówisz sobie codziennie: „Znowu to samo”, jeśli zjada Cię rutyna, schemat i monotonia, ten wpis jest dla Ciebie.

Jest wiele dróg, by odkrywać nowe. Inspiracje i niespodzianki mogą stać się istotną częścią Twojego życia. Zobacz, jak ja to robię, że nigdy się nie nudzę…

Ok, dość tego wstępu wyjętego z ust nieudacznych couchów. Do rzeczy. Co nowego (w ramach projektu „Ostatni rok”) odkrywam:

1. Nowe warzywo

Poznaję nowe warzywo i dodaję je do każdej potrawy. Zawsze myślałam, że nienawidzę selera. Potem zaczęłam lubić krem z białych warzyw. W tym roku ostrożnie i z pewną dozą nieśmiałości sięgnęłam po seler naciowy i przepadłam z kretesem, gdyż okazało się, że moja odwieczna tęsknota za chrupkością niekoniecznie musi się kończyć zjedzeniem batona z orzechami albo wafla. Może się skończyć zdrowiej i ciekawiej. Drobniutko pokrojony seler naciowy dodaję do wszystkich dań – warzywnych, mięsnych, zup, gulaszów, sosów. Wszędzie pasuje i wszędzie dobrze robi. Zwariowałam.

2. Nowe danie

Póki jesteśmy w kuchni, dodam jeszcze jeden punkt: co tydzień nowe danie. Bierzesz zakurzoną książkę kucharską, z której wszystkie fotografie znasz już na pamięć, i planujesz. Przyglądasz się. Sprawdzasz, na co masz ochotę. Ewentualnie możesz kupić nową książkę kucharską i wybierać, co chcesz ugotować. A potem to ugotuj. Może Ci posmakuje, może nie. Nie rozumiem, jak można jeść w kółko to samo.

3. Nowy cykl filmów

Postanowiłam pooglądać sobie francuskie komedie, żeby zobaczyć inaczej. Posłuchać języka, pooglądać innych aktorów niż zbyt dobrze znane holywoodzkie twarze. Trochę Francji, trochę stylu innego niż ten, do którego przywykliśmy. Inne spojrzenie, inne poczucie humoru. Samo dobro. Samo inne.

4. Nowe w literaturze

Dlaczego nie poznać lepiej tego, do czego jest się uprzedzonym? Nie przepadam za fantastyką i dlatego zaczęłam ją czytać.

Oczywiście, w autobusie czy przed konferencją dużo lepiej i szykowniej wyglądają eseje o literaturze czy translatoryce, ale czasem warto poczytać jakąś wciągającą historię z krzykliwą okładką (najgorzej), z nieźle skonstruowanymi bohaterami, dać się porwać ich losom, by potem myśleć o nich i o to, co dalej, co się dalej wydarzy? Jeśli postać siedzi w głowie i myślisz, co się z nią dzieje, kiedy Ty pracujesz, to już dużo.

Do tej pory sięgnęłam po Pilipiuka, po Wójtowicz, wreszcie po Anetę Jadowską (również ze względów osobistych, pamiętam ją z liceum i wspólnych kolonii nad morzem; ekscytuję się, że została całkiem dobrą pisarką).

5. Nowe aktywności, nowe doświadczenia

Gram w grę komputerową, poszłam z mężem w takie jedno miejsce, w którym zaopatrzeni w kamizelki i sprzęt strzelaliśmy do siebie z laserów. Nasze małżeństwo weszło na nowy poziom. Adrenalina razy tysiąc.

6. Nowe znajomości

Nie tylko poznawanie całkiem nowych ludzi, ale też głębsze poznawanie tych, z którymi jesteśmy na „Cześć” i mijamy się na drodze ku własnym obowiązkom. A tu można się zaskoczyć. Myślałeś, że łączy Cię z kimś jedynie miejsce pracy, a tu okazuje się, że wspólna pasja i patrzenie na świat, że te same tematy intrygują i inspirują. Z jednej strony wymiana doświadczeń, wzajemne ubogacanie, możesz się przed kimś odkryć i dostaniesz świetne rady, a z drugiej możesz komuś pomóc, nawet o tym nie wiedząc… Owszem, można się zamknąć przed innymi i uznać: „Ja się nie zaprzyjaźniam, nie ma fajnych ludzi wokół mnie”, tylko po co? Nie przegapmy tego, co może okazać się cenne.

7. Nowe wyzwanie.

Zorganizować przyjęcie urodzinowe? Nigdy tego nie robiłam. Czy sobie poradzę? Nie przekonam się, dopóki tego nie sprawdzę. Zaplanować menu i opracować listę gości trzy miesiące wcześniej? Zrobić listę w Wunderlist, wysłać ręcznie robione zaproszenia, kupić serwetki i niezbędne produkty, wydrukować pamiątkowe zdjęcia z przyjaciółmi, ustalić warunki lokalowe, wymyślić wszystko, a potem spędzić osiem godzin w kuchni? Nie ma sprawy. Zadanie wykonane, teraz czas na większe wyzwania, jak piszą mi czasem w „Wiedźminie”.

Krótko mówiąc, czerp, inspiruj się, sięgaj po nowe.

05 (Fot. Mariusz Bieniek)

Książki, które przeczytałam w 2016

Policzyłam książki, które przeczytałam w 2016 roku. Postanowiłam przyjrzeć się mojemu czytaniu, zapisywać przeczytane i czytać więcej. Po prostu. Zamiast tępego siedzenia w internecie i marnowania czasu – czytać, sięgać po kolejne książki i (mam nadzieję) trochę mądrzeć.

Tytułem wstępu

Zawsze lubiłam czytanie. Nie wyobrażam sobie życia i mojej profesji bez książek, ale także przestrzeni bez tychże, podróży bez co najmniej jednej lektury (najgorsze podróże: kiedy książka skończy się za szybko), domu czy rozwoju (tutaj pisałam o tym szerzej). Na studiach filologicznych czytanie klasyki literatury to była czynność tak naturalna i oczywista jak „sen czy trawienie”, że zacytuję poetę. Nigdy w życiu nie czytałam tak wiele i nie uczyłam się tak dużo, jak tam. Ale potem studia się skończyły.

Kończ waść

Liczenie przeczytanych książki miało mi też dać motywację, by kończyć to, co zaczęłam. Czasem jednak nie dawałam rady – o tym wspominam na końcu.

Plany na wakacje już mam. #ksiazka #books #booklover #ksiazki #czytam #czytambolubie #czytambolubię

A post shared by Magdalena Bieniek (@magdalena.bieniek) on

Zapraszam do przejrzenia mojej listy przeczytanych książek 2016. Pogrupowałam książki w bardzo intuicyjne kategorie, żeby było łatwiej. Może się jednak okazać, że zrobiło się trudniej.

Kategoria pierwsza: non-fiction

Książki o Skandynawii. Dla mnie to osobny dział: „Skandynawski raj” (o którym pisałam tu), „81:1. Opowieści z Wysp Owczych” (Wydawnictwo Czarne gwarancją jakości. Aż zazdrość bierze, jak się pomyśli o autorach i krajobrazach). Prócz tego „Co Finowie mają w głowie” oraz „Islandzkie zabawki. Zapiski z wyspy wulkanów” – przeczytałam ze względu na temat, bo literacko nie były porywające.

Książki o innych krajach lub krainach: „Zrób sobie raj” (Szczygieł o Czechach), „Hajer na kraj Indii” – zabawne przygody pewnego sprytnego śląskiego podróżnika. „Klątwa gruzińskiego tortu” (byłam), „Wiza do Iranu” Artura Orzecha (nie byłam), „Światu nie mamy czego zazdrościć” (wstrząsająca książka o Korei Północnej). I jeszcze Pałkiewicz i jego wyzwanie: „Syberia. Wyprawa na biegun zimna”.

Coś z pogranicza ekonomii i filozofii: „Pracuj (za grosze) i nie przeżyj” (amerykański eksperyment: jak sobie poradzi dziennikarka, jeśli przez trzy miesiące będzie pracować jako sprzątaczka czy kelnerka). I jeszcze rozważania „24/7. Późny kapitalizm i koniec snu”. Myślałam, że będzie więcej o śnie (że jest nieopłacalny), a było więcej o kapitalizmie.

Biografie i wywiady: „Życie na pełnej petardzie” wywiad z księdzem Kaczkowskim. Anegdoty o zakonniku Leonie Knabicie. „Czesałam ciepłe króliki” (dziarska staruszka opowiada o tym, jak zachować radość w obozie koncentracyjnym), „Mama muminków. Biografia Tove Jansson” (o której pisałam tu) oraz „The Cure. Poletko pana Boba” po koncercie The Cure w Łodzi.

„Podróżniczki” – książka historyczna, ale poruszająca też wątki społeczne. Bardzo polecam. Na pewno poszerza spojrzenie na to, jak podróżowało się dawniej, dlaczego kobietom było trudniej wybrać się w samotną podróż i eksplorować nieznane krainy. Kobiety dzielne i głupiutkie. Takie, które poświęciły swoje życie np. dla społeczności afrykańskiej wioski i takie, które poświęciły życia innych, bo zechciały wejść na himajalski szczyt. Przepraszam. Być wniesione na plecach. W końcu po co mają je boleć nogi. Niektóre bohaterki są godne podziwu, inne wkurzające. Ale i tak warto przeczytać.

Tak samo jak „Wilki” Adama Wajraka. Teraz inaczej patrzę na watahy.

Kategoria druga: zawód

Książki o języku, typografii: „Ciemne typki” (ciekawa, jeśli ktoś lubi myśleć o interpunkcji. Ja lubię), „Pokaż język” (ciekawa, jeśli ktoś lubi etymologię pomieszaną z bluzgami i obrażaniem wszystkich naokoło. Ja tak średnio).

Druga rzecz: lektury szkolne. Głupio mi bazować na wiedzy sprzed kilkunastu lat, kiedy mam przed sobą grupę dzieciaków. A więc odświeżyłam w tym roku takie hity jak: „Pinokio”, „Przygody Tomka Sawyera” i „Sposób na Alcybiadesa”.

Kolejna: moje korekty, czyli książki, które przeczytałam jeszcze przed drukiem, w wersji elektronicznej, poprawiając to i owo i czepiając się, gdzie się da. W tamtym roku od początku do końca przeczytałam pięć książek w Wordzie – trzy naukowe: o narkomanii, profilaktyce AIDS oraz pracę z dziedziny antropologii, a także dwie fabularne: pewien baaaardzo zryty horror oraz słabą powieść właściwie o niczym.

Poczytałam też o designie i sztuce: „Jak przestałem kochać design” (zabawne, świetnie napisane, gorzkie w wymowie), a także dwie książki Bożeny Fabiani (polecam bardzo, jak ktoś chce się zakochać w malarzach), „Dalsze gawędy o sztuce. XVI-XX w.” i „Dalsze gawędy o sztuce. XVII w.” – zupełnie nie rozumiem, dlaczego czytam ten cykl od końca. Muszę przyznać, że gawędy dały mi to, czego żaden sztywniacki album o sztuce mi nie dał. Nie tylko jeśli chodzi o biografie malarzy i tło epoki, ale przede wszystkim świeże, wnikliwe, inteligentne patrzenie na obrazy. Tzn. autorka takie ma. Ja dopiero się uczę.

Kategoria trzecia: rozrywka

czyli książki czytane dla zabawy, z sentymentu i właściwie nie wiadomo, dlaczego. Na przykład cienkie czytadło „Nie dla mięczaków” (żeby stwierdzić po raz kolejny, że Szwaja to nie jest dla mnie wzór pisania), „Feblik” i „Wnuczka do orzechów” – żeby się przekonać ze smutkiem, że Musierowicz nie pisze już tak, jak dawniej. Wracam do starych dobrych znajomych, ale okazuje się, że nie jest mi już z nimi tak przyjemnie.

Kolejne: „Blog osławiony między niewiastami” (Artura Andrusa, więc lekkie i przyjemne), „Zdesperowane kobiety postępują desperacko” książka o czeskiej kobiecie, zawierająca podobno wątki autobiograficzne. No i była niewielkich rozmiarów, więc mieściła się nawet w pełnym plecaku.

„Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął”. O, to była bardzo przyjemna, dowcipna i zaskakująca lektura. Zupełnie jak tytuł.

Kategoria czwarta: rozwój

Nie cierpię tego sformułowania, ale go tu użyję. Kategoria: rozwój osobisty. Nie da się inaczej nazwać książek, które sprawiły, że coś się we mnie „rozwinęło”. Otóż:

„Droga artysty” to książka z ćwiczeniami dla artystów, niezależnie w jakiej dziedzinie próbują tworzyć. Pozwala na rozwój kreatywności i troszeczkę, ociupinkę chociaż – na zmniejszenie wymagań wobec siebie (co jest dobre zwłaszcza dla totalnych perfekcjonistów, których lęk przed niedoskonałością ich dzieł blokuje i zamyka).

„Pride and prejudice” – opracowanie dla uczących się. Cóż, streszczenie nie wywołuje takich emocji jak oryginał czy przekład, ale przynajmniej nauczyłam się słów typu „disdain” oraz „sharply”, które, jak wiadomo, są wręcz niezbędne w komunikacji.

„Superskuteczne strategie opanowania języków obcych. Twój prywatny coach”. Tak, tak, brzmi zabawnie, jeśli ktoś się śmieje z kołczów. Ale niektóre pomysły na naukę języka były zupełnie trafione, inne całkiem odkrywcze.

Kategoria piąta: tak zwana klasyka

„Wielki Gatsby” i „Buszujący w zbożu” dobrze znać. Lepiej późno niż wcale.

„Ciemno, prawie noc” Joanny Bator (laureatka Nike). Dobrze się zapowiadała, a potem okazało się, że nie jest tak świetnie, jak by się mogło wydawać, choć opisywana historia była naprawdę niezła.

„Pióropusz” Mariana Piłata (laureat Nike) – no dobra, lubię eksperymenty w warstwie językowej, ale tu było to niemalże nie do przejścia.

„Miasto ślepców”. Dobra książka, smutna. Lubię antyutopie i snucie różnych takich wizji, jak to człowiek zachowałby się w sytuacjach skrajnych. Dodatkowo losy autora dają wielką nadzieję na to, że na pisanie nigdy nie jest za późno. Na Nobla również.

„Głód” Hamsuna. Spodziewałam się czegoś innego, ale jak ktoś chce poczytać o tym, jak bohater był głodny i pisał filozoficzne rozprawy za pieniądze, to jak najbardziej niech sięga.

Podsumowanie

Wyszło 47 (o ile dobrze policzyłam). Czytałam też książki na skraju roku, ale zapisuję je już po słonecznej stronie 2017.

Z niedokończonych książek: próbowałam ambitnie czytać pracę „Homo ludens” Huizingi, ale okazało się, że nie byłam aż taka „ludens”, czytając ją. Bardziej mnie nudziła niż bawiła.

„Historia naturalna i moralna jedzenia”. Z Maguelonne Toussaint-Samat w ogóle mam problem. Czytałam kiedyś jej historię stroju i też – mimo arcyciekawego tematu! – czytało się ciężko. Liczne dygresje, brak faktów i poukładania, skupianie się na jednym szczególe, rozwlekłość. O jedzeniu doczytałam do połowy.

„Pierwsza pomoc w typografii” – dla przypomnienia, zostało mi parę rozdziałów, ale zarzuciłam.

Zaczęłam czytać „Milion lat w jeden dzień”, ale przerwałam i do dziś leży na półce.

Czytałam rozdziały z podręczników, z których korzystam, jakieś fragmenty na lekcje, artykuł, który miałam poprawić, a okazał się cały plagiatem, kilka rozdziałów „Harrego Pottera” w oryginale. Wiadomo, skrawki.

Plan na wakacje się trochę zmienił. #books #booklover #reading #czytam #ksiazki #książki #czytambolubię #czytambolubie

A post shared by Magdalena Bieniek (@magdalena.bieniek) on

Chciałam wiedzieć, ile tak naprawdę czytam. Na pewno więcej niż tak zwany przeciętny Polak (moi znajomi jednak czytają, a mąż czyta więcej ode mnie), ale mniej niż jedną książkę tygodniowo (słynne wyzwanie: przeczytać 52 książki). Na pewno mniej niż niektórzy chwalący się w internecie (słyszałam o kimś, kto przeczytał 120 książek w tamtym roku).

Czytaliście coś z tej listy? Może coś Was zainteresowało albo z czymś się w ogóle nie zgadzacie?

11 luźnych myśli na temat czytania

Czytanie przy kimś to nie jest dowód buractwa, wręcz przeciwnie: zaufania i poczucia komfortu. Wyciągnięcie książki mówi: "Dobrze się przy tobie czuję, więc przy tobie czytam. Nie oburzaj się na to. Pozwól mi".

***

A najlepiej sam sobie też weź jakąś książkę. Poczytajmy razem. To bardzo zbliża. Tajemne porozumienie, milczące bycie obok.

***

Kiedy widzisz kogoś z książką, daj mu spokój i pozwól poczytać. Nie zagaduj, nie zagłuszaj, nie przeszkadzaj (on wolałby nie przerywać po to, by podać tytuł i autora czy wręcz streszczać akcję).

***

A już na pewno nie pytaj: "Po co się uczysz? Po co to czytasz?" To są wyjątkowo głupie pytania, bardzo nie na miejscu.

***

Rozterka podróżnika, który nie ma czytnika: najgorzej, gdy nazajutrz wyjeżdżam, a jestem w połowie książki. Nie opłaca się brać jej ze sobą, bo przeczytam za szybko, może jeszcze w drodze, i potem będę tę przeczytaną książkę niepotrzebnie wozić ze sobą. Albo można wziąć dwie książki w podróż. Albo przestać czytać, zrobić przerwę na czas wyjazdu, dokończyć po powrocie, a wziąć inną – takie rozwiązanie też nie jest dobre, bo przecież będę myśleć o tej książce, której czytanie przerwałam. Jest też inne rozwiązanie: spędzić cały przedwyjazdowy dzień na dokończeniu tej. Co w sumie nie brzmi źle.

***

Cudowny plan na wieczór i poranek: gdy mam jeszcze 100 stron książki, więc skończę ją dziś, a jutro zaczynam następną. Wybieranie następnej książki do czytania.

***

Obowiązowym pytaniem osoby rekrutującej na stanowisko umysłowe (a już zwłaszcza związane z kulturą) powinno być: "Co pan/pani teraz czyta?".

***

Błogosławię mój błędnik. Co prawda mogę zwymiotować w zbyt ciepłym samochodzie i na serpentynach, ale za to mogę czytać bez najmniejszego problemu. Dzięki umiejętności czytania w autobusach, pociągach, tramwajach i samochodach osobowych zdawałam egzaminy z literatury, a teraz odhaczam kolejne pozycje z listy książek do przeczytania i generalnie nie dłuży mi się czas.

***

Ostatnio ktoś zapytał mnie o to, czy za korzystanie z biblioteki, wypożyczanie i przedłużanie książek, się płaci. To jest najpiękniejsze w bibliotece: darmowy dostęp, duży wybór, brak ukrytych opłat, jasne zasady.

***

Nigdy, pod żadnym pozorem nie przeglądaj książki, którą właśnie czytasz. Nie patrz na ostatnie zdanie, nie kartkuj, nie czytaj fragmentów ze środka. ZAWSZE natrafisz na kluczową informację w stylu: ktoś umarł. Ktoś zdradził. Ktoś jednak przeżył. I po co ci to?

***

Daj sobie spokój z nudnymi książkami. Satysfakcja z powodu skończenia książki, która ci nie odpowiada, może być mniejsza niż gorzkie poczucie zmarnowanego czasu.

Próbuję przejść na etat czytacza

Co byś robił, gdybyś nie musiał zarabiać pieniędzy? Ja robiłabym mniej więcej to samo co teraz, czyli pracowałabym z tekstami oraz w tak zwanej oświacie (tylko w szkole darowałabym sobie wszystkie niepotrzebne papierologie). Po prostu bawiłabym się z młodszymi dziećmi i uczyłabym starsze, co to jest onomatopeja.

Ale znam takich, którzy czytaliby całymi dniami.

Znam to. Obecnie mam trochę wolnego czasu i próbuję się przestawić na etat czytacza. Nawet czasami mi się udaje, np. dostaję pieniądze za przeczytanie książki i znalezienie w niej błędów i nielogiczności. Niestety nie mam jeszcze tak znanego nazwiska, żeby ktoś mi zapłacił za dwuzdaniową recenzję i podpisanie się jako autorytet. Prawdę mówiąc, w ogóle nie mam znanego nazwiska. Jeszcze.

Niestety tego typu robota nie jest ceniona w społeczeństwie. Trudno zauważyć, co się zmieniło przed i po. Trudno udowodnić, że to całodzienne siedzenie przed komputerem to nie jest po prostu "granie na komputerze" albo "siedzenie na fejsie".

Nazwisko na czwórce redakcyjnej nie mówi o tym, że się dwa miesiące siedziało nad zawiłymi akapitami, próbując rozsupłać sensy albo że z bólem serca czytało się bardzo złą powieść o niczym. Że zmieniało się kursywę na kapitaliki albo przerabiało całą bibliografię na inną modłę. Że się trzy razy czytało książkę, nawet wtedy, kiedy się już nie chciało jej czytać. Że się wstrzymywało ziewanie, że się nad nią zasypiało, a kręgosłup myślał, że zwariuje.

***

Problem z czytaniem na etacie polega na tym, że trudno to robić przez osiem godzin. Po jakimś czasie włącza się myślenie: "Dobra, starczy tej rozrywki. Pora porobić coś konkretnego". Tylko że czytanie jest czymś konkretnym. Jest inwestycją. Jest zmianą.

Po książce o Korei Północnej już nie będę taka, jak przed tą książką – wiem więcej, tracę złudzenia, jestem wstrząśnięta, żal mi ludzi i oburza mnie skurwysyństwo. Po książkach o typografii i składzie mogę się zająć korektą techniczną, a to jest coś, czego nie robiłam wcześniej, więc plus do umiejętności. Po książce o mówieniu i słuchaniu zupełnie niepostrzeżenie zaczęłam inaczej mówić do dzieci i dorosłych. Po książce przeczytanej w innym języku niż polski mam większą śmiałość językową i pewność, że zrozumiem – może nie wszystko, ale sporo. Książki o Wyspach Owczych, Skandynawach i życiu na Spitsbergenie rozbudziły do szaleństwa moje pragnienia: nie mogę umrzeć, zanim nie zobaczę całej Skandynawii, bo to, co widziałam, to stanowczo za mało. Po książce o bliznach po ewolucji i o pochodzeniu człowieka myślę sobie inaczej o człowieku i jego budowie, a także o tym, jak zorganizował sobie świat.

Kilkaset książek później jestem innym człowiekiem.

A praca nad sobą to robota na cały etat, z nadgodzinami, bez emerytury.

books-foter-com

(To jest praca na cały etat, zdjęcie z Fotera)

Jak nie zostałam pisarką: kryminały i horrory

Gdy przeglądam kryminały i horrory mojego autorstwa, które napisałam w podstawówce, stwierdzam, że jestem tak samo słabą Agathą Christie, co Małgorzatą Musierowicz.

Jeśli ktoś chce poczytać o moich poprzednich zmaganiach z pisarstwem, zapraszam tutaj: początki pisania, potem pisanie na zlecenie, seria rodzinna i detektywistyczna (część pierwsza, druga, trzecia). A teraz do rzeczy. Trzy ostatnie małe, niedokończone książki:

"Morderstwo Harrisa"

Policjanci z wydziału zabójstw, Sony i Rebeka, rozwiązują zagadkę śmierci pewnego biznesmena. Podejrzani są: jego wybuchowa żona, była dziewczyna, ponętna partnerka, wspólnik i były pracownik oraz opiekunka jego syna, który ostatecznie trafił do domu dziecka. Zamordowany miał na koncie morderstwo, szantaże, wymuszenia, kradzieże, był wmieszany w porwanie. Niestety nie dowiedziałam się, kto zabił, ale ciekawa jest awantura z udziałem Lindy Harris, opisana w gazecie:

Biznesmen przegrał ostatnio sporo pieniędzy. Gdy sięgnął po kieliszek, wróciła jego żona. Zrobiła mu awanturę. W ataku furii rzuciła w niego butelką z alkoholem. John Harris dostał w głowę. Karetka przewiozła go do szpitala. Przez kilka dni był w stanie krytycznym.

W tym czasie Linda wyjechała na fermę do swoich rodziców. Gdy reporterzy przyjechali tam, Linda Harris udzieliła nam wywiadu, w którym oznajmiła, że nie chciała rzucić w męża szklaną butelką.

Ostatnio John Harris czuje się lepiej. Na pytanie: "co pan sądzi o zachowaniu żony?" odpowiedział:

– Moja żona jest jak wulkan, dlatego się z nią ożeniłem. Szwy na głowie to wyłącznie moja wina.

"Mój strach"

W tej opowieści z założenia miały się piętrzyć zmory, zjawy i powtory. Nastolatka Wiktoria opisuje perypetie swojej licznej rodziny, z którą mieszka w ogromnej, przerażającej rezydencji. Rodzice bohaterki zginęli w wypadku samochodowym, więc wychowuje ją całe zgrupowanie cioć i wujków. Niepokojące rzeczy zdarzają się przeważnie nocą: poczciwy pies zmienia się w wilkołaka, a robotnicy pracujący przy remoncie okazują się drapieżnymi jaszczurami (reptilianie?!). Miało być dużo więcej strachów, ale ciąg dalszy nie nastąpił.

"Temat na śmierć"

Malarka stoi w oknie i widzi, jak ktoś dusi jej koleżankę. Co robi? Wyjmuje pędzle i farby i zaczyna malować obraz – dowód zbrodni.

Pomysł żenujący, tym bardziej, że morderca i jego wspólnik postanawiają nie zabijać świadka, tylko ukraść obraz. Tymczasem bohaterka wyprowadza się do koleżanki policjantki i razem rozwiązują tę sprawę.

***

W następnym odcinku pojawią się między innymi te dwie siostry.

Dziewulskie

Pisanie wyzwala

Pora to przyznać: pisanie jest moją naturalną potrzebą. Nie wiem, jak mogłam kiedykolwiek przestać to robić. To tak, jakbym powiedziała sobie: nie będę spać, bo nie umiem.

***

Krzysztof Kamil Baczyński (drugie imię po Norwidzie) zawsze nosił przy sobie notatnik i coś do pisania.

(następuje przerwa, żeby nie było, że stawiam siebie obok Baczyńskiego.

Nie.

Stawiam się dużo

dużo

niżej.

Naprawdę dużo niżej.

Mniej więcej

tutaj).

Ja notuję na małych karteczkach albo w telefonie. Do ciekawych słówek mam też mały notatnik, z którego powoli zaczynają się wysypywać kartki.

Od zawsze lubiłam zapisywać dialogi, pomyłki i potyczki słowne. Przez całe liceum i większość studiów pisałam dialogi i opisy do Mojej Ważnej Książki. Bardzo dużo o tym myślałam. Główna bohaterka miała mnóstwo wersji, imion i trudnych sytuacji rodzinnych. Ciągle zmieniałam wątki i na różne sposoby splatałam okliczności. Wiele razy zaczynałam od nowa. Po niemalże dekadzie zebrałam wszystko i ostatecznie złożyłam tę opowieść w dwa tomy, które zilustrowałam, a potem wydrukowałam i wysłałam na konkurs. Dopiero wtedy przestały mnie nachodzić myśli o bohaterach. Praca została ukończona i dała w jakiś sposób jakieś oczyszczenie myśli.

Nie muszę chyba dopowiadać, że nie wygrałam konkursu.

Nieważne. Wygrałam spokój i mogę iść dalej.

Poza tym pewnie teraz bym się wstydziła przed czytelnikami, że jednak ta powieść została wydana. Podejrzewam, że musiałabym umieścić we wstępie przeprosiny od autorki dla wszystkich, którzy będą to czytać.

unsplash-com-sergei-zolkin

(Fotografia, która do tematu pisania pasuje jak ulał. Źródło: tutaj, autor: S. Zolkin)

***

W jakiś przedziwny sposób pisanie wyzwala z lęku. Nie wiem, dlaczego tak jest, a być może zbyt magicznie traktuję przelewanie myśli na papier (elektroniczny też się liczy?), ale gdy piszę i publikuję, lęk znika. Pisanie przydaje mi odwagi. Pamiętasz może tekst o przechodzeniu przez ulicę? Opisałam to, co siedziało w mojej głowie, zmierzyłam się z problemem, który dokładnie sobie przeanalizowałam i chyba trochę się z tego wyzwoliłam, bo teraz już niemal w ogóle nie czuję tego lęku. Nazwane, opisane, dałam sobie z tym radę.

Na tym blogu przeczytałam o tym, że pisanie porządkuje. To trochę inne pisanie: przywołanie chaosu po to, by przywrócić porządek. Ja piszę, by przyjrzeć się temu, co w głowie siedzi, ułożyć to w logiczne ciągi. Zanalizować to i coś z tym zrobić. Wyrzucić, podzielić się, pokazać innym.

Już nie waham się tak często podczas przechodzenia przez ulicę. Mniej więcej od czasu opublikowania tego tekstu. Z jednej strony trochę szkoda – pierwszy tekst, z którego byłam dumna, powoli się dezaktualizuje. Ale niech zostanie jako pamiątka lęku i tego, co pokonałam.

ready_write_hires-designerpics

(Kolejna adekwatna fotografia, tym razem z tej strony)

Tak już prawie na marginesie: zajmowanie się pisaniem jest moim spełnieniem marzeń. Dopóki będę mogła to robić i zachować w tym kawałek swojej wolności i przestrzeni, a jednocześnie pewną dozę intymności, będę się czuła spełniona. Będę też namawiała innych, małych i dużych, by robili to, co kochają, ignorując wszystkie wątpliwości i kompleksy. Nie umiesz, to się nauczysz. Rób to, a samo robienie da ci radość.

***

I taka ostatnia, niepokojąco perwersyjna myśl… Jeśli pisanie oczyszcza głowę, może nadejdzie taki moment, że kiedy wszystko opiszę, moja głowa stanie się idealnie pusta?

Jak nie zostałam pisarką. Saga rodzinna

Seria "& commedy" wykształciła się poniekąd z "Helikoptera" (o którym pisałam wcześniej), a duży wpływ wywarła (jak widzę po latach) proza Małgorzaty Musierowicz. Najpierw powstały cztery książki, które opowiadały o perypetiach czterech sióstr i ich rodzin. Potem napisałam książkę o wnuczkach, o siostrze męża, zaczęłam pisać o wszystkich naraz i o tym, co się działo trzydzieści lat wcześniej, kiedy siostry były jeszcze w domu rodzinnym. Jak widać, cały ten świat przedstawiony tworzył ostatecznie całkiem rozbudowane uniwersum.

"Four sisters & commedy"

Nie mam pojęcia, skąd pomysł na te karkołomne tytuły serii. Prawdopodobnie (nadal!) byłam pod wielkim wrażeniem artykułu Danuty Wawiłow. Poza tym ciekawe wydawało mi się porównanie kobiet do przypraw, a angielskie tytuły są taaaaakie światowe. Miało się w domu słownik polsko-angielski…

Seria z założenia miała być zabawna i lekka w formie, stąd "commedy". Opisuje cztery siostry, Martę, Justynę, Monikę i Magdę, które mają już swoje rodziny, a spotykają je różne życiowe perturbacje.

Justyna, główna bohaterka "Sugar & commedy", przeżywa perypetie z nastoletnią córką, chłopczycą (Wioleta potajemnie udziela schronienia obcemu chłopakowi, który nocuje u niej pod łóżkiem, a rano znika), znosi dziwnaczne wygłupy jednego z synów (taniec z owocami, rozmrożenie lodówki podczas wielogodzinnego dumania na temat: co wybrać?), a także przyłapuje swojego męża lekarza na trzymaniu innej kobiety za rękę i myśli, że ten ma romans. Zwroty akcji następują jeden po drugim. Obca kobieta to skrzywdzona koleżanka z przeszłości, której dzielny i niewinny lekarz badał paznokcie, a nieznajomy chłopak spod łóżka to jej syn.

W "Cinnamon & commedy" córka Moniki ucieka z domu (plus oczywiście przeżywa jakieś sercowe przygody, ale to jest w ogóle nieciekawe). Myk polega na tym, że Paulina przyjeżdża do Ady, swojej kuzynki, która jest córką Magdy. Monika denerwuje się cały weekend, zamartwiając się, gdzie jest jej dziecko, tymczasem okazuje się, że Magda dzwoniła do siostry z wieścią o odwiedzinach, odebrał mąż i zapomniał przekazać. Typowe. W ogóle mężczyźni są w tych książkach bardzo słabo napisani.

W "Pepper & commedy" jest jakaś afera sekciarsko-narkotykowa, ale boję się nawet do tego zaglądać, bo podejrzewam się o wyjątkowo słabą fabułę i znikome osadzenie w realiach.

"Salt & Commedy" opowiada o wyjątkowo barwnej rodzinie Kminków. Marta i Walenty mają pięć córek. Wiktoria wyszła za mąż, ale została porzucona i postanawia wrócić do rodziców wraz z dziećmi (Weronika, Dominika i dwie upiorne sześcioletnie bliźniaczki, Fela i Kora).

Druga córka, Gabrysia, studiuje i ma kompleksy, że jest brzydka, więc Fela i Kora urządzają jej w nocy niezapomnianą metamorfozę. Pozostałe Kminkówny, Natalia, Julia to ułożone licealistki, ale najbardziej urocza i zwariowana jest ostatnia córka, piętnastoletnia Aurelia.

W "Zjeździe rodzinnym" następuje spotkanie wszystkich członków całego tego klanu. Z kolei "Four sisters & commedy" przenosi nas w czasy, kiedy to domem Kwiecińskich rządziła surowa mama Salomeja Kwiecińska, Monika umawiała się z różnymi dziwnymi typkami, Magda marzyła o byciu nauczycielką, a nawet założyła grupę przyszłych pedagogów, Justyna była skrytą nerwową chłopczycą, a Marta była już mamą Wiktorii.

"Przekładaniec"

Całkiem zabawną książką jest "Przekładaniec". Głównymi bohaterkami są nieznośne Felicja i Kornelia, które żyją w beztroskim świecie dobranocek i swoich radosnych rojeń. O ich charakterkach świadczy choćby ten fragment:

Nigdy nie chciały dokuczać innym, nawet gdy przywiązały pewnej kuzynce nogę do krzesła i złamała wtedy drugą nogę [jedną nogę miała już wtedy w gipsie].

Fela i Kora spotykają małych chłopców o równie dziwnych imionach: Korneliusz, Feliks, Marceli, Walerian. Biorą wyimaginowany ślub (to oczywiste, że aby zrobić sobie improwizowane suknie, trzeba zerwać firanki i wyszarpać prześcieradło z łóżka), zadają dorosłym krępujące pytania o homoseksualizm i seks, podejrzewają u siebie ciążę, bo spały na jednym łóżku z chłopcami. Mają też bliski kontakt z prądem, więc są przekonane, że poroniły… Edukacja telenowelowa w ich przypadku zrobiła swoje.

Prócz tego wymyślają wierszyki okolicznościowe, organizują przyjęcie i robią ciasto… ale co to za ciasto! Przekładaniec składa się z licznych warstw: biszkopt, wafel, dżem, konitura, marmolada, krem do tortów, keczup itd.

fela i kora

(Fela i Kora w pełnej krasie)

W "Przekładańcu" Wiktoria układa sobie życie z nowym mężczyzną, a potem, w 1997 roku jej mąż miał wyjechać pomagać powodzianom, ale nie napisałam w końcu tej ksiązki. Nic straconego.

"Walentyna"

To jedna z moich poważniejszych podstawówkowych opowieści. Niezrozumienie i brak akceptacji ze strony rodziny, wypadek, kwestia wzięcia odpowiedzialności za kogoś innego, przyspieszony kurs dorastania. Poza tym w tle: strach przed związaniem się z kimś na stałe, zamknięcie na innych i wyjątkowo niska samoocena.

Walentyna Kminek, samotna w każdym znaczeniu tego słowa, jest czarną owcą w rodzinie. Roztrzepana, zapominalska, pechowa – nie to, co starsi stateczni bracia, Walenty i Wacław. Pierwsza scena: Walentyna rozmawia przez telefon, przerywa, by zgasić gaz, wraca i już nie pamięta, z kim rozmawiała. Druga scena: zaspała do pracy, śpieszy się, wybiega z domu z suchą bułką wciśniętą do ust, potyka się i wciska ją sobie do gardła. To mógłby być zarówno początek, jak i koniec tej całej historii.

Walenty, żeby okazać siostrze trochę zaufania i pokazać, że rodzina jeszcze się od niej ostatecznie nie odsunęła, wysyła jej pod opiekę swoją najmłodszą córkę Aurelkę, na czas wyjazdu całej rodziny. Gdzie? – nie jest to dopowiedziane. Aurelka ma 15 lat i jest tak samo roztrzepana i pechowa jak jej ciotka, ale w ostatecznym rozrachunku wykazuje się większą mądrością i odpowiedzialnością.

Walentyna poszła na spotkanie, bo skąd niby miałaby pamiętać, że w ten sam dzień miała przyjechać Aurelia. Nie zapisywała sobie wiadomości, bo nie miała notesu, a nie miała notesu, bo zawsze zapominała go kupić.

Ciągle powraca motyw potrzeby kupienia nie tylko notesu, ale także telefonu z automatyczną sekretarką. Walentyna działa pod wpływem impulsu (w obawie, że zaraz znowu zapomni), wybiega z domu, nie zamykając drzwi. Traci pracę, odrzuca oświadczyny znajomego, bo boi się, że znowu kogoś rozczaruje. Jednak to nic, bo w końcu następuje moment kulminacyjny: ratując Aurelię, ulega wypadkowi. Niezależna, samotna i cierpiąca w milczeniu Walentyna od tej pory będzie zdana na innych, ale nie zgadza się na zamieszkanie u Walentego ani Wacława. Jedynym wyjściem jest wyprowadzka Aurelii, opieka nad ciotką i przyspieszony kurs dorosłości. Dzewczyna się zgadza.

Ostatnie zdanie książki brzmi:

A na walentynki Aurelka postanowiła – mimo wszystko – kupić cioci tę automatyczną sekretarkę.

Jak nie zostałam pisarką: ostatnie książki o Vivien

Tytuły trzech ostatnich książek o Vivien to: "Kolejne zlecenia", "Agencja" oraz "Najtrudniejsza sprawa Vivien i Marka". Dla przypomnienia: kim jest Vivien, kto jest jej partnerem i jakie sprawy rozwiązuje pani detektyw, można przeczytać w poprzednich wpisach: tym i tym.

W książce pt. "Kolejne zlecenia" Vivien i Cody zajmują się Veroniq – potencjalną narkomanką. Pod pretekstem bycia znajomymi jej brata wpraszają się do niej na herbatę. Cody w pierwszej lepszej szufladzie znajduje kokainę, ale szybko domyśla się, że dziewczyna jest wrobiona i szantażowana: wystarczy usiąść w kawiarni obok szantażystów-dilerów i podsłuchać ich rozmowę. Tak to się wszystko ładnie układa w moich książkach.

Dziewczyna Cody'ego, Nancy ("trochę samolubna i zarozumiała, ale bardzo oddana"), jest zazdrosna o Vivien. Niepotrzebnie, bo oto wraca Mark! (tani chwyt telenowelowy):

 – Muszę cię przeprosić za tę śmierć. Wyjechałem do Kairu w ważnej sprawie. Mój odwieczny wróg napisał mamie, że nie wytrzymałem upałów. Jednak mama lubi skandale. Trochę zmieniła tę historię. Tymczasem ja zostałem w Kairze bardzo długo. Potem szukałem cię, aż wreszcie znalazłem. Mama nadal myśli, że nie żyję.

Wyjątkowo skrzywiona relacja matki z synem.

W każdym razie Vivien i Mark idą na randkę. Potem modelka ze swoim partnerem zawodowym rozwiązuje kilka żenująco łatwych spraw. Np. odnajdują złodzieja skarbu z Newgrange.

– Co się stało ze skarbem? – spytała Vivien.

 – Okazało się, że jest państwowy. Śmieszne, co? Poza tym Sam ukradł wcześniej dwa inne skarby państwowe bezkarnie. Teraz siedzi w areszcie.

 – Dobra robota, ale…

 – Co?

 – Dlaczego Sam kradnie skarby państwowe, a nie na przykład okrada banki?

 – Nie wiem. Chyba woli mieć klejnoty albo jest starodawny.

 – Na pewno starodawny.

Podoba mi się konkluzja. Mało brakowało, a uznaliby złodzieja za wielbiciela piratów albo średniowiecznych rzezimieszków.

Szef Vivien i Cody'ego zakłada im agencję detektywistyczną, w której mają pomagać także Nancy i Mark. Pierwsza sprawa dotyczy kobiety, której zaginął brat i mąż, a ona sama dostaje anonimowe telefony i czuje się zagrożona. Podczas zdobywania informacji okazuje się, że podała fałszywe nazwisko i w ogóle wszystko jest inaczej niż by się wydawało. Na przykład mąż jest w więzieniu i zataił to przed żoną, a brat jest zmyślony.

 – To jest jej syn, tylko ona o tym nie wie.

 – Jak to?

– Tak, że zrobił operację plastyczną, a dla niej jest Gregiem. Tak naprawdę to jej syn.

 – Vivien, czy Sara jest bogata?

 – Tak.

 – Wniosek z tego taki, że własny syn szantażuje matkę. Anonimowe telefony to jego sprawka.

W tej chwili zadzwonił telefon. Nancy podeszła szybko.

 – Halo – zapomniała powiedzieć, że to agencja, bo jeszcze się do tego nie przyzwyczaiła.

 – Sara, przyjedź jutro do parku S. o 21:05. Będę czekał. Przynieś ze sobą pieniądze, a wtedy dokonamy zamiany. Dam ci potrzebne informacje.

W tej chwili nieznajomy rozmówca rozłączył się.

 – To był telefon do Sary!

 – Jej numer telefonu różni się od naszego tylko jedną cyfrą – powiedziała Vivien.

Cóż za przydatny zbieg okoliczności.

Detektywi przebierają Nancy za Sarę ("myślę, że gdyby zakryła buzię, wyglądałaby podobnie, nie sądzisz?") i przybywają do parku. Następuje pełna napięcia i melodramatyczna scena, którą pozwolę sobie przytoczyć w całości.

Nagle Vivien zauważyła jakiś samochód.

 – Spójrz, Cody! To samochód Sary!

Ku zaskoczeniu wszystkich samochód Sary skręcił na prawo, stoczył się z góry i wybuchł.

***

21:05. Nancy siedziała w samochodzie, reszta z tyłu siedziała przykryta kocem. Wreszcie "Sara" wysiadła z wozu.

 – Witaj – odezwał się Greg (jej syn, a domniemany brat).

 – Ty również.

 – Masz pieniądze?

 – Najpierw informacje.

 – Damy mają pierwszeństwo.

 – Kiepski argument.

 – Dlaczego, Sam? Dlaczego szantażujesz własną matkę?

 – Mamo? Poznałaś mnie?

 – Odpowiedz! Czy dlatego, że nie mogłeś patrzeć, jak ja opycham się forsą? Czy dlaczego, że Steve kochał mnie, a nie pieniądze… powiedz.

 – Nie. Daj spokój. Lepiej będzie, jak wezmę pieniądze i pójdę do domu.

 – Mylisz się. Nie dam ci pieniędzy.

Nancy odwróciła się i odeszła.

 – Poczekaj. Masz rację. Steve kochał cię i dlatego byłem zazdrosny. Teraz oddaj forsę, mamo!

 – Nie jestem twoją mamą – powiedziała Nancy i zdjęła z głowy chustę.

Sam cofnął się.

 – Kim jesteś?

 – Detektywem.

 – A gdzie matka?

 – Nie żyje.

Nagle ktoś z tyłu powiedział:

 – Żyje.

Sam i Nancy obejrzeli się. Sara!

 – Więc kto był w samochodzie? – spytała Nancy.

 – Nikt. Wyskoczyłam z wozu.

 – No, widzę, że nic tu po mnie. Muszę wracać do pracy.

 – Idź… My z Samem musimy wyjaśnić pewne sprawy…

Po pewnych nieporozumieniach z Nancy, związanych z zatajeniem przez nią faktów ważnych dla śledztwa, szef postanawia odseparować obie pary. Vivien i Mark przenoszą swoją agencję do Niemiec. Tam zajmują się sprawą pewnej Amerykanki, której zamordowano męża. W nocy ktoś próbuje zastrzelić Vivien. Mimo nocnych ciemności i przerażającej sytuacji kobieta pamięta, że napastnik miał pieprzyk pod okiem. Taki sam jak ich zlecenodawczyni. Mark odwiedza ją w domu i wyciąga od niej informacje, potajemnie nagrywając klientkę.

 – Nie chciałam, żebyście się dowiedzieli, kto zabił Williama.

 – Bo to ty to zrobiłaś. Czy tak?

 – Oszukiwał siebie i mnie cały czas. Groził mi rozwodem. Nie chcę iść do więzienia.

 – Nie chciała pani, żebyśmy rozwiązali tę sprawę.

Milczała.

Mogła po prostu nie wynajmować detektywów. Proste.

Po rozwiązaniu tej sprawy Mark i Vivien trochę randkują, m.in. idą na bal u znajomego Amerykanina. Gdy w bardzo romantycznych okolicznościach Mark się oświadcza, z willi dobiega huk. Gospodarz ginie.

Rano Vivien zbudził telefon od szefa.

 – Zabito Johna Endlara.

 – Wiecie?

 – Byliśmy w pobliżu.

 – Wiecie coś?

 – Nie.

 – Czemu?

 – Nie byliśmy świadkami.

 – Zawiedliście mnie.

 – Mark mi się oświadczył.

 – O! Przepraszam. Zgodziłaś się?

 – Oczywiście!

 – Więc gratulacje.

Tak to się układają rozmowy z szefem. Od smutku z powodu śmierci człowieka i wymówek do gratulacji i radości. Istna huśtawka nastrojów.

Okazuje się, że mężczyznę zabił zazdrosny były kochanek żony. Wystarczyło porządnie go przepytać i podłączyć do wykrywacza kłamstw.

Książka kończy się ślubem Nancy i Cody'ego, a także Vivien i Marka.

***

W którymś momencie zreflektowałam się, że te wszystkie dotychczczasowe sprawy kryminalne były bardzo proste do rozwiązania i postanowiłam napisać najtrudniejszą, co nawet zaznaczyłam w tytule.

Otóż w elitarnej szkole dla dziewcząt zaczynają znikać uczennice. Vivien i Mark polecieli tam samolotem.

Obok nich siedziała matka z córką.

 – Mówię ci, Donna, wszystko gra.

 – Ale… – zaczęła cichutko dziewczyna.

 – Nie przesadzaj. Przecież cię tam nie zamordują.

 – Tego się boję.

 – Z taką gadać – westchnęła pani i odwróciła się do Vivien i Marka.

 – Cześć. Wy do Los Angeles?

 – Tak.

My także. Prawda, Donna? – i szturchnęła dziewczynę.

 – Mamo… Kości mnie bolą…

 – Nie jęcz… Gorsze przechodziłam męczarnie w młodości – powiedziała do niej matka, po czym znów zwróciła się do Wolletów. – Wysyłam córkę do szkoły dla dziewcząt w Los Angeles. A ona się opiera.

Vivien szepnęła do Marka:

 – I ma rację.

W tym momencie opowieść się urywa.

Najtrudniejsza sprawa została nierozwiązana, ponieważ pewnie zajęłam się pisaniem innych rzeczy i potem już zapomniałam, kto uprowadzał i mordował dziewczyny z elitarnej szkoły.

***

Podejrzewam, że te książki były pisane w piątej czy szóstej klasie szkoły podstawowej. Zdaję sobie sprawę z niskiego poziomu podstępów, kryminalnych afer i uproszczenia opisywanych historii. Niektóre dialogi są rozbrajająco naiwne. Ale muszę przyznać z podziwem, że miałam bardzo bujną wyobraźnię (wierzcie mi, czytam książki pisane przez dzieciaki i nie wszystkie mają porywającą fabułę).

W ramach cyklu opiszę jeszcze krótko pewną sagę rodzinną i na końcu historię Rudej. Zapraszam!

1 2