Książki, których nie napisałam

Dzisiaj premiera mojej książki.
Z tym całym pisaniem książek jest tak, jak ze studiami (jak mi to uzmysłowił kuzyn wiele lat temu): studia są dla wytrwałych. Wydawanie książek – mam wrażenie, że też.

Nie wiem, co ja sobie myślałam, kiedy zakładałam blog i chciałam rozprawić się z marzeniami o pisaniu; co ja sobie myślałam, kiedy wymyśliłam cykl wpisów pt. Jak nie zostałam pisarką. Chyba chodziło mi o to, by realnie i surowo spojrzeć na swoje młodzieńcze pisanie i trochę samą siebie skrytykować (właściwie nie wiem, dlaczego. Żeby się rozwijać, trzeba pisać. To, że pisałam aż do czasów studiów, to raczej powód do chluby. Nie było to na poziomie Masłowskiej, więc nie nadawało się do pokazania. Ale ten etap jest konieczny).
Myślałam sobie wtedy, że to są mrzonki i że czas dorosnąć.

***

No więc z perspektywy czterech lat mogę stwierdzić, że jeszcze nie dorosłam, ale wiem na pewno, że jeśli całe życie człowiek czuje, że powinien pisać, to po prostu powinien to robić. To nie są mrzonki. To jest spełnienie.
Są pomysły, które uznaję za godne uwagi.
Są takie, które odłożyłam.
Są książki, których nie napisałam.

„Historyje uzdrowionych”. Tytuł jest nieco archaiczny, bo i historie mają korzenie w Biblii. Uzdrowiony trędowaty, ślepiec, który widzi, wskrzeszony Nain wracają do domu. I co dalej? Jak potem wygląda ich wiara, ich relacje w domu, które przecież się zmieniają?

„Nieświęte kobiety”. Współczesne historie inspirowane żywotami kobiet uznawanych dziś za święte. Monika, której życie skupione jest wokół syna, Kinga, żona wstydliwego męża, Joanna, Łucja, Maria, Katarzyna… Można by się przyjrzeć temu, jak Kościół widzi kobiety i jakie wymagania im stawia.

„Zwiększ czułość” – kiedy byłam w podróży z moim mężem, myślałam o napisaniu książki o miłości i wymyśliłam jej taki zgrabny, dwuznaczny tytuł. Książka nie powstała (moim zdaniem jest za dużo książek o miłości), ale powstał wpis.

Jest też moja powieść o dziewczynach, którą ciągle próbuję pisać na nowo. Mam już dużo pierwszych zdań.

Teraz już nie myślę ze smutkiem, że nie zostałam pisarką, chociaż nadal nie czuję, że już mam prawo się tak nazywać. Ale na książki, których nie napisałam, patrzę z większą otwartością. Może po prostu są to książki, których nie napisałam… jeszcze?

Raport z połowy lipca

Otóż, moi Drodzy, mogłabym napisać, że nuda i nic się nie dzieje. W głowie pustka, pomysły na wpisy i kolejne książki przychodzą i odchodzą, skrytykowane przez wściekłego krytyka w mojej własnej głowie.

Dwa lata temu miałam chyba najbardziej inspirujące wakacje w życiu, ale – muszę przyznać – w tym też się dzieje.
No bo popatrzcie sami:

  • Pracuję – opiekuję się cudzymi tekstami i cudzymi dziećmi (w tym: jeżdżę na wycieczki, łażę po kopalniach, bibliotekach, pałacykach, muzeach).
  • Codziennie rysuję jeden rysunek.
  • Odkrywam miasto na nowo. Oprowadzam po nim i jestem oprowadzana. Mogę się zachwycić, spojrzeć oczami przybysza i dowiedzieć się więcej.
  • Spotykam inspirujących ludzi, wolnych wewnętrznie i otwartych na nowe wyzwania. Spotykam też zamkniętych w swoich poglądach, ale liczę na to, że się kiedyś otworzą. Albo że przynajmniej nie będę musiała z nimi często rozmawiać.
  • Czytam zachłannie. Książka o lektorze z metra, ratującym skrawki książek przed recyklingiem; książka o Cukinii – chłopcu z przytułka, który chciał zastrzelić niebo, ale zastrzelił mamę; książka o węgierskim Żydzie, który przyjechał do pracy, a trafił do Auschwitz. Jedna po drugiej, póki mam czas, póki nic innego nie zabiera myśli.
  • Oglądam seriale. Stranger things 3 jest jak spotkanie ze starymi znajomymi, którzy trochę urośli i przechodzą właśnie mutację. The act jest jak najlepszy thriller, bo z życia wzięty. Good place jest jak odskocznia od myślenia (też potrzebna).
  • Przechodzę przyspieszony kurs promocji książki. O, na przykład założyłam jej profil.

Na razie tyle. To dopiero jedna czwarta wakacji, zaledwie połowa lipca. Z chęcią dopiszę do tej listy punkt pod tytułem: podróżuję.

Jak lepiej pisać i być bardziej kreatywnym? Książki, które polecam (i które można przeczytać)

Wierzysz w wenę? W boskie natchnienie, które spływa na twórców, niezasłużenie i nieoczekiwanie? Czy raczej jesteś zwolennikiem tezy, że pisania (tworzenia) można się nauczyć?
Ja uważam, że owszem, albo się ma ku czemuś smykałkę, albo się nie ma, ale jak się już ma, to da się to rozwinąć. Pozwolić sobie na większą kreatywność i pracować nad tym, by tworzyć coraz więcej i lepiej.

Tworzenie to proces. Podczas niego przeżywa się swoje wzloty i upadki, które należy uszanować. Zniechęcenie. Odpoczynek po trudzie. Brak pomysłów. Jest czas posuchy i obfitości. Jest czas inspirowania się i wznoszenia na wyżyny kreatywności. Są sposoby na otwieranie się na nowe możliwości.

Skąd to wszystko wiem? Jak większość rzeczy – z książek.
Na przykład takich jak poniższe.

  • „Droga artysty” Julii Cameron – to największa w moim życiu zachęta do tworzenia, zawiera kurs rozwijania w sobie wewnętrznego artysty, ćwiczenia, porady, cytaty.
  • „Wielka magia” Elizabeth Gilbert – to zachęta numer dwa. (Jeszcze) bardziej mistyczna, ale też skuteczna.
  • „Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika” Stevena Kinga. Autobiografia i proste rady od poczytnego pisarza.
  • „Narratologia” Pawła Tkaczyka. Naprawdę świetnie mi się czytało tę książkę, a opowiadane historie wryły mi się w pamięć, co świadczy o skuteczności zalecanych tam metod.
  • Ciekawą pozycją jest „Kurs pisania scenariuszy” Lew Huntera. Jest to naprawdę konkretna dawka wiedzy na temat scenopisarstwa i myślenia nad strukturą filmu.
  • Szeroko pojętą kreatywność pomaga rozwijać Agnieszka Biela w „Treningu kreatywności”. Zawiera teorię i mnóstwo, mnóstwo ćwiczeń na otworzenie umysłu i myślenie w zupełnie inny sposób niż zazwyczaj.
  • Niektórzy chwalą także „Piękny styl” Stevena Pinkera. Warto zajrzeć.
  • Przede mną do przeczytania jeszcze „Biblia copywritingu” Darka Puzykiewicza i „Kreatywność na zawołanie” Todda Henry'ego. Nie wiem, czy znajdę tam coś odkrywczego, więc póki co czekają cierpliwie na półce.

Chciałam zakończyć jakimś mądrym cytatem o tworzeniu i trafiłam na to:
„Uczymy się coś robić, robiąc to. Nie ma innego sposobu” (John Holt). Zatem do roboty!

Czytelnicze podsumowanie 2018 roku

Zacznę od tego, jak bardzo frustruje mnie, kiedy ludzie piszą, że czytają po sto i sto dwadzieścia książek rocznie. Gdzieś są tacy. Ale cóż, trzeba sobie stawiać cele na miarę swoich możliwości, chciałam się postarać czytać więcej niż rok i dwa lata temu. Czy się udało?

***

Żeby dużo czytać, trzeba się postarać, usłyszałam kiedyś. I tak, coś w tym jest. Należy wykroić na to czas – bo ma nam zależeć – i się nie zniechęcać. Jeśli czytam coś, co mi się nie podoba, to nie ma sensu się męczyć, sięgam po coś innego. Jeśli skończę coś, co mi się podobało, od razu sięgam po następną książkę. Najlepiej jeszcze tego samego dnia.

Czytanie ma mnie otwierać i zmieniać. Ma stać się nawykiem. Dla mnie jest też sprytnym sposobem na czekanie – na przystanku, w przychodni, na poczcie. Kiedy autobus stoi w korku, ja się kompletnie nie przejmuję, bo czytam. Nie uważam, że jest to snobizm. Wręcz czuję, że powinnam pokazać opcję – nie musimy cały czas patrzeć w telefon. Ja też patrzę w telefon zbyt często, przyznaję. Ale w tym roku bardzo zależało mi na tym, by go odkładać do plecaka i wyjąć książkę.

Co czytałam w tym roku?

Półka ze Skandynawią

Zgodnie z komiksem o psie i rozmowach o literaturze skandynawskiej postanowiłam w tym roku być przygotowana na ewentualność i przeczytałam sporo skandynawskich autorów i autorek. Szwedzkie i norweskie lekkie powieści, które niekoniecznie polecam i o których niekoniecznie chcę wspominać, kilka książek, które zapadły w pamięć i wywołały jakieś emocje („Zanim zaśniesz” Linn Ullmann, „Poleciały w kosmos” Ida Linde, „Błękit” Maja Lunde), jedną opowieść o fryzjerce, którą od początku do końca czytało się szalenie miło (Anna Jansson, „Salon D'Amour”), kilka rozczarowań („Uczciwa oszustka” Tove Jansson, „Hohaj” Elisabeth Rynell), nawet jeden kryminał („Czarownica” Camila Lackberg). Czytałam też o Norwegii („Hen” Ilona Wiśniewska) i Finlandii („Fińskie dzieci uczą się najlepiej”).

Dlaczego Skandynawia? Odpowiada mi tamtejszy chłód i zdrowy rozsądek, mentalność, krajobraz, szeroko pojęta estetyka. Nie lubię gorąca i potu, rozkrzyczanych kultur i chaosu. I mam wrażenie, że to widać w literaturze skandynawskiej (w porównaniu chociażby do latynoamerykańskiej).

Półka polska, która pod koniec przechodzi w półkę z klasyką

Tu przeczytałam dużo dobrego w tym roku. Korespondencję Szymborskiej z Filipowiczem („Najlepiej w życiu ma twój kot”) i Herbertem („Jacyś złośliwi bogowie zakpili z nas okrutnie”). Oj, chętnie bym podjęła korespondencję z taką Szymborską…

Kolejne zacne nazwiska: Wicha, Springer, Dehnel, Twardoch, Małecki, Masłowska, Dziewitt-Meller… Mrożek, „Zielona Gęś” Gałczyńskiego (uwielbiam!) i jego biografia, zapiski Wandy Rutkiewicz, reportaże Springera, Kopińskiej („Polska odwraca oczy”), czy „Mali bogowie. O znieczulicy polskich lekarzy”.

Ciekawym odkryciem była groteska o kuszącym tytule: „Wstrząsająco przystojny mężczyzna” spod pióra polskiego autora Tomasza Wiśniewskiego. Niezwykła lektura.

Stanowczo mogę polecić Piotra Stankiewicza i jego „21 polskich grzechów głównych” oraz Małgorzaty Halber „Najgorszy człowiek na świecie”. Podobała mi się też książka „Chce się żyć” (tak, jest też film o tym tytule i nie jest to zbieg okoliczności).

Udało mi się w końcu przeczytać „Opowieść podręcznej”, ale też przeczytałam w końcu coś Pratchetta i opowiadania Kereta, o których słyszałam, że są dobre i z tą opinią mogę się zgodzić. Zastanawiającą lekturą były eseje „Mężczyźni objaśniają mi świat” Rebeki Solnit.

Za przepiękną książkę i arcydzieło literackie uważam „Lolitę” Nabokova (w tłumaczeniu Michała Kłobukowskiego). W trakcie lektury byłam zachwycona i rozsmakowana. Cudowny styl pisania, snucia opowieści, budowania zdań – czasami wzruszających, czasami groteskowych. Wyważenie, pasja, wszystko było w tej książce tak, jak trzeba. Wszystko. Powiedziałabym, że jest to piękna książka o brzydkich rzeczach. Z wieloma listami klasyków literatury mogłabym się kłócić, ale nie z „Lolitą”.

Półka zawodowa

Jeśli chodzi o książki czytane do pracy, to były to jak zwykle szkolne lektury: w tym roku m.in. „Hobbit” (znowu), „Felix, Net i Nika oraz Gang Niewidzialnych Ludzi”, „Kapelusz za sto tysięcy” czy (o rany…) „Król Maciuś Pierwszy”. Było też kilka książek, których robiłam korektę. Ale też: szalenie inspirujące „Opowieści na dobranoc dla młodych buntowniczek” (polecam obie części) i książka dla dzieci o intrygującym tytule: „Dlaczego sztuka pełna jest golasów?”, a także „Sylaboratorium, czyli leksykon młodego erudyty” – piękna rzecz – wizualnie i treściowo.

Pożyteczna dla osób uczących się będzie z pewnością lektura „Włam się do mózgu”, a dla osób piszących mogę polecić zarówno „Narratologię”, jak i osławione „Jak pisać? Pamiętnik rzemieślnika” Stevena Kinga.

***

W 2018 roku przeczytałam równo siedemdziesiąt książek. Udało mi się i jestem z siebie zadowolona, uważam to wręcz za swój mały sukces, bo wiem, że to mój trud i staranie: starałam się czytać dużo, starałam się bardziej niż kiedykolwiek.

Wybieram sobie książki, na które czuję się w danym momencie gotowa i które mają mnie w jakiś sposób rozwijać. Nawet jeśli jest to tylko rozwijanie umiejętności sprawnego opowiedzenia historii. Na ten rok mam już listę książek, które chcę przeczytać i na które czuję się gotowa, a przynajmniej chcę się z nimi zmierzyć.

A Wy? Co ciekawego czytaliście? (uwielbiam zadawać to pytanie!)

Po co czytać czytadła?

Owszem, wolę klasykę literatury od romansideł, kryminałów i horrorów. Ale czytadła też czasem czytam.

Po pierwsze dla odpoczynku. Nie da się cały czas żyć tylko kulturą wysoką, nie da się cały czas stymulować intelektualnie. Niedawno słuchałam o tym, że przeintelektualizowanie jest przereklamowane i zastanawiałam się, czy to prawda. Przecież na Boga można na przykład obejrzeć jakiś średni serial albo Sablewską i się tego nie wstydzić.

No więc przyznaję, czasem czytam powieści o kobietach, dla kobiet, opowiadające tkliwe historie o miłości. Powieści o kelnerkach, fryzjerkach, właścicielkach księgarni i aktorkach, którym się nic nie udaje. O Rosjankach, Finkach i Szwedkach. Powieści o siostrach, o przyjaźni, o zaczynaniu od początku. Takie tam życiowe sprawy, niby bagatelizowane, ale czyż tego nie znamy i nie doświadczamy? Nie musi to być kompletnie zła literatura. Może być średnia.

Po drugie – jak coś jest dobrze napisane, to też rozrywkę zapewni, i sprawi, że przerywając lekturę, będziemy myśleć o bohaterach i przebierać nóżkami z niecierpliwości, kiedy znów będziemy mogli wrócić do czytania.

Po trzecie – nawet w takim czytadle można znaleźć cytat, z którym się utożsamimy.
Na przykład taki:

cytat

Po czwarte – bo właściwie dlaczego nie?

Październikowe polecajki

W październiku polecam kilka rzeczy, które ostatnio odkryłam. Może któraś z nich przypadnie Wam do gustu.

Po pierwsze – Słuchowisko. Od zawsze podoba mi się praca w radiu, a już szczególnie lubię nocne nastrojowe audycje, opowieści snute spokojnym głosem (w przeciwieństwie do krzykliwych komercyjnych stacji, irytującego akcentowania każdego słowa i rzucania nieśmiesznych żartów). Tak więc Słuchowisko Justyny Mazur spełnia moje standardy. Co prawda słucham go rano, ale cóż to jest za poranek, kiedy przez 10 minut słucham, jak mądra dziewczyna o ładnym głosie opowiada coś wartościowego.

Po drugie – nowa płyta Riverside. Zespół trzyma poziom, a każda płyta niesie w sobie dużą wartość i sporą dozę Robienia-Po-Swojemu, co zawsze bardzo cenię u twórców. Muszę przyznać, że ostatnie dziewięć lat mojego życia obfituje w ciekawe odkrycia muzyczne (tak, to dzięki mojemu towarzyszowi życia). Pisałam już kiedyś, dawno temu, o Riverside. Niby była to li i jedynie opowieść o przechodzeniu przez wiadukt, ale mimo to polecam kliknąć tutaj.

Po trzecie: „Opowieści na dobranoc dla młodych buntowniczek”, czyli książka, która inspiruje, uczy odwagi, otwiera oczy na los kobiet w różnych krajach. Opowiedziana w ciekawej formie i ładnie zilustrowana (a przynajmniej większość ilustracji jest ładna, bo na przykład taka Maria Skłodowska-Curie osobiście nie przypadła mi do gustu).

Coś naukowego, ale w bardzo przystępnej formie: Kasia Gandor i Arlena Witt, moje dwie ulubione youtuberki. W sumie chyba nie muszę ich polecać, bo są milion razy bardziej znane niż ja, ale pomyślałam, że się po prostu podzielę tym, że ich słucham podczas gotowania, szanuję i cenię za wkład w naukę. Wkład w naukę szanuję zawsze.

Coś na rozśmieszenie – jeśli lubicie absurd i Mappety, to popatrzcie, jak Elmo rozmawia z Robertem DeNiro o aktorstwie (zawsze, zawsze, zawsze mnie to rozśmiesza), a jak lubicie absurdalnie genialną Zieloną Gęś, to obejrzyjcie ten skecz kabaretu Potem (nieodżałowanej pamięci).

No i ruch. Polecam ruch, bo ruszanie się, chodzenie jest fajne. Deptanie liści i słuchanie ich szelestu. Wdychanie chłodnego powietrza. A jak boli głowa, to najlepiej iść na ćwiczenia i się porządnie zmęczyć. Lepsze niż aspiryna.

A na koniec polecam sen. Moje wiecznie przygniecione ucho też poleca. Pamiętajcie, sen was potrzebuje.

Czego oczekuję od literatury? Kilka myśli na temat książek

Jest końcówka sierpnia. Przeczytałam już więcej książek niż w całym 2016 roku i cieszę się z tego taką prostą radością. Nie że jestem mądrzejsza czy bardziej oczytana. Bardziej – że przeskakuję swoje ograniczenia i limity.

Czytanie to nie wyścig, ale spójrzmy na to ekonomicznie – jeśli mogę w ciągu roku przeczytać więcej, dowiedzieć się więcej i wyrobić sobie opinię na temat większej liczby pisarzy, to dlaczego nie miałabym tego zrobić? Dlaczego obniżać sobie poprzeczkę i poprzestać na małym?

Żeby sporo czytać, muszę się o to postarać. Pilnuję się, by zbytnio nie rozmieniać czasu na drobne. Na głupoty. Na internety.

***

Staram się też wynajdywać rzeczy, które wciągną, a nie zniechęcą zbytnio. Jeśli przeczytam coś smutnego, od razu sięgam po następną. Jeśli czytam coś trudnego, w przerwach łapię coś łatwiejszego.

Przeczytałam „Króla” Twardocha i zrobiło mi się smutno z powodu tej całej przemocy, ćwiatrowania ciał, gwałcenia i bicia kobiet, przelewów krwi, śmierci, zemsty, no generalnie z powodu tego całego zła. Już w poprzednim zdaniu było za dużo zła, a co dopiero w całej książce.
I dla odtrutki sięgnęłam po książkę dla młodych dziewczyn: „Opowieści na dobranoc dla młodych buntowniczek”.

***

Lubię, kiedy literatura powoduje gęsią skórkę i mrowienie ekscytacji, za to nie lubię, kiedy powoduje mdłości. Lubię, kiedy wstrząsa, ale nie obrzydza.
Lubię się wzruszać, ale nie prostymi i ogranymi wzruszeniami.
„Opowieści na dobranoc…” są właśnie takie: dają inspirację i moc do tego, by coś zmienić. Skoro to prawdziwe historie i wielu osobom się udało, to i nam też się może udać.

***

Co lubię czytać? Cenię klasykę i cenię dziwności („Sklepy cynamonowe” i „Ferdydurke”, Masłowska). Szanuję dobrze napisane powieści dla kobiet, obyczajówki, romanse. Muszą być napisane tak, żebym zachwyciła się językiem. Muszą być takie, bym zadziwiła się historią.
Nie przepadam za fantastyką, nie lubię kryminałów ani horrorów. Oczywiście są od tego wyjątki, bo głupotą byłoby zamykanie się na książki tylko dlatego, że gatunek nam nie odpowiada.

***

Z zasady nie czytam opisów z tyłu okładki. Już dawno przekonałam się, że potrafi on zdradzić fabułę połowy książki, zasugerować, nadać kierunek interpretacji. Najczęściej czytam pierwsze zdanie albo pół pierwszego zdania, i wtedy już mogę zdecydować, czy mam ochotę na bliższe zapoznanie się z tą pozycją. Bo może niekoniecznie chcę przeznaczać na nią czas. To wybór, z czym chcę spędzić następne dni.

***

Bywa, że wybieram książkę, bo słyszałam o autorze, że dobrze pisze. Wypożyczam: „Sprawdzam!”.  Mimo że już dawno się poddałam i uznałam, że nie jestem w stanie być na bieżąco – to obecnie sięgam po rzeczy, o których się aktualnie mówi. Chcę je poznawać – w swoim tempie i według swojego planu.

***

W tym roku wybieram sporo powieści obyczajowych o miłości. Wolałabym nie używać tutaj dziwnego terminu „literatura kobieca”, bo niby co, wszystkie pozostałe książki są literaturą męską? A przecież mężczyźni też piszą obyczajówki o miłości.

No więc niektóre książki o miłości da się napisać nieźle albo nawet i dobrze. Niektóre z tych książek są bardzo miłym wspomnieniem, inne żenującą przygodą, którą najlepiej wymazać z pamięci.

Czytam z punktu widzenia obserwatora. Badam strukturę: jak prowadzi się historię, by nie nużyła. W którym momencie kończą się rozdziały. Jak skakać między bohaterami, by czytelnik się nie pogubił. Jak ograć motywy miłości czy przyjaźni, by nie były banalne. Banał mnie mierzi.

Bywa, że wyłapuję klisze, krzywię się: „O, nie, to już było!” Zniesmaczam się szybko. A jak mawia moja ulubiona blogerka, szkoda życia na słabą literaturę.

***

Nie lubię polecać książek. Każdy ma swój gust i czego innego oczekuje od literatury. Owszem, są osoby z podobnym gustem do mojego, ale wolałabym jednak nie rozczarować ich ani siebie.

Czytam bestsellery i myślę: „Serio? To się sprzedało w tysiącach egzemplarzy? Jakim cudem? Co jest takiego w tej książce?”. Dlatego nie lubię polecać książek. Mnóstwo ludzi ma inne preferencje.

Nie lubię też, jak ktoś coś mi poleca i mówi: „Koniecznie to przeczytaj!”. Jasne, już dopisuję do trzydziestu pozycji obowiązkowych, które koniecznie muszę przeczytać. Taaaak.

***

Czego oczekuję od książki? Że ukoi i zachwyci. Że będzie miała styl, że będzie jakaś. Że wniesie coś ważnego do literatury, która przecież się rozwija.

Że mnie wciągnie i spowoduje zapomnienie o świecie. Że będę o tej książce myślała cały czas wtedy, kiedy nie mogę jej czytać, że nie będzie mi się chciało spać, że będę sięgała po nią w każdej wolnej chwili.

Dlatego teraz kończę wpis, by dokończyć czytanie.

czego oczekujesz od książek

Czytelnicze podsumowanie 2017 roku

W 2017 roku przeczytałam mniej książek niż w 2016 i zdecydowanie mniej niż bym sobie życzyła. Życzyłabym sobie setkę, a naliczyłam czterdzieści trzy.

Częściej rezygnowałam z czytania albo odkładałam nieprzeczytane książki na później (np. „Opowieść podręcznej”, „Biegnąca z wilkami”) lub na nigdy („Pokój”, „Szelmostwa niegrzecznej dziewczyny”). Niektóre książki czytałam bardzo, bardzo długo (za długo).

Półka z Poważnymi Rzeczami

Można uogólnić, że niemal całą półkę zajmuje Wydawnictwo Czarne.

Bo tak: reportaż „Pod sztandarem nieba. Wiara, która zabija” o mormonach. Koziołek i „Dobrze się myśli literaturą”. „Wanna z kolumnadą” Springera, „W królestwie Monszatana. GMO, gluten i szczepionki”… Ale po kolei.

Kiedy przeczytałam ”Wannę z kolumnadą” Springera, pomyślałam, że zorganizować ładną, estetyczną przestrzeń publiczną to jednak nie jest taka prosta sprawa. Czasem oczy bolały i serce, kiedy poznawałam kolejne koszmary architektury i kolejne machloje.

O mormonach historia jest wstrząsająca, jest fanatyczna wiara, morderstwo, porwania i mentalność ofiary sekty.

„Głód” Caparrosa czytało się, czując wściekłość i ból, wiele razy odkładałam tę książkę z niechęcią i do niej wracałam. Siedemset stron niesprawiedliwości i krzywdy, ale też problem pokazany z różnych punktów widzenia. Jak mawia moja mama, „nie jest to wszystko takie proste”.

Wywiad ze Stasiukiem „Życie to jednak strata jest” – sam tytuł pokazuje nastrój tej rozmowy. Dla mnie super.

Fascynująca książka o Czechach to „Gottland” Mariusza Szczygła. Przekonuje mnie jego zachwyt nad mentalnością naszych południowych sąsiadów, a historia o spadochroniarzach to najbardziej rozczulający motyw. Pamiętam do dziś, więc to chyba o czymś świadczy.

Bardzo wciągnęła mnie książka Agaty Napiórskiej „Jak oni pracują”. Rozmowy ze znanymi twórcami o tym, o której wstają i ile piją kaw, o dziwo, potrafią być fascynujące.

Ciekawe rozmowy Olgi Drendy i Bartłomieja Dobroczyńskiego spisane w książce „Czyje jest nasze życie”, między innymi o tym, czy Bóg jest obrażalski albo czy faktycznie zależymy tylko od siebie. Do pomyślenia. Podobnie jak „Śmiertelność” Christophera Hitchensa.

„W królestwie Monszatana” pokazuje, jak tworzą się mity i nieporozumienia. Naukowe kwestie napisane prostym językiem.
„Gawędy o sztuce. XIII-XV w.” Bożenę Fabiani niezmiennie uwielbiam, kocham i polecam.

Półka czytacza

Czasem bardzo dotkliwie i namacalnie tęsknię za fikcją. Chodzę po domu, przeglądam półki i mruczę: „Potrzebuję przeczytać jakąś fikcję”. Więc idę do biblioteki i wracam z czytadłami i powieściami.

„Dziewczyna z perłą” o powstaniu obrazu Vermeera. Tego malarza akurat bardzo lubię, więc chętnie przeczytałam.

Ota Pavel i „Śmierć pięknych saren” – zabawna, ale trochę nierówna. Lubię absurdalne poczucie humoru.

Kiedyś bardzo lubiłam czytać Izabelę Sowę, ale ostatnie jej książki kompletnie do mnie nie przemawiają. Na przykład „Powrót” jest zgrzytliwy i nieprzyjemny.

Zawsze chciałam przeczytać „Wojnę i pokój”, no bo jak można nie wiedzieć, kto to jest Andrzej Bołkoński? No więc teraz już wiem, znam całą sprawę. Bardziej mi przypadła do gustu „Anna Karenina”, ale szanuję zamysł.

Postanowiłam zapoznać się z fantastyką, więc przeczytałam „Załatwiaczkę” i „Podatek” Mileny Wójtowicz. Czytadła autobusowe, łatwe do pochłonięcia i stworzone dla rozrywki. Czasem tego mi trzeba i nie ma co się wstydzić i udawać, że jest inaczej.

Do tego spisu mogę też dodać trzy książki Anety Jadowskiej „Złodziej dusz”, „Bogowie muszą być szaleni” i „Zwycięzca bierze wszystko”. Dalej mi się nie chciało czytać, choć Dora Wilk jeszcze działała w kolejnych trzech. Już nie mówiąc o następnych cyklach. Dla mnie wystarczy.

Próbowałam Pilipiuka, ale zdołałam przebrnąć przez jeden tom książki pt. „Oko jelenia. Droga do Nidaros”. Mogłabym czterysta stron streścić w trzech zdaniach, a więc szkoda mi czasu na taką epickość, ekhm, rozwlekłość.

Dwie powieści obyczajowe, których akcja toczy się w Sztokholmie: „Najlepsza książka na świecie” i „Żółte cytrynki”. To miasto bardzo mnie oczarowało, więc miło się czyta perypetie Szwedów mieszkających w stolicy. A to jeszcze nie koniec. Półka z literaturą szwedzką w miejskiej bibliotece aż się ugina.

Półka korektora

Pod nieco innym kątem czytałam publikacje naukowe, doktoraty i powieści. Na przykład książkę o ekspresji ruchu, przestrzeniach muzycznych w teatrze czy aktywnym szukaniu pracy… Była też pewna powieść, którą wolałabym odprzeczytać, bo była niemal zupełnie o niczym, napisana złym stylem, ale autorka zżymała się na każdy komentarz redaktora i korektora, więc nie wiem, co ostatecznie poprawiła. Mam nadzieję, że wszystko.

Półka nauczyciela

Z klasyki dziecięcej przypomniałam sobie takie hity jak „Opowieści z Narnii. Lew, czarownica i stara szafa”, „Mikołajek i inne chłopaki”, „Mikołajek ma kłopoty”, „Sposób na Alcybiadesa” (znowu?!), „Spotkanie nad morzem”, „Akademia Pana Kleksa”, „Bracia Lwie Serce” i
„Chłopcy z Placu Broni”. Te dwie ostatnie to niezłe wyciskacze łez. Zwłaszcza bohaterstwo małego Nemeczka.

Półka „Jak żyć, jak pisać?”

Okazuje się, że „Bycie miłym to przekleństwo”. Okazuje się, że pisanie, natchnienie i wystawianie się na działanie weny to w istocie „Wielka magia” (ta książka Gilbert jest chyba biblią aspirujących pisarzy). Bardzo dobrą książką dla piszących jest też „Magia słów”, przystępna, pomocna, klarowna. Pomaga w ćwiczeniu warsztatu.

Półka: „Gdzie to położyć?”

Z głupot i książek bardzo lekkich przeczytałam Garance Dore „Love, style, life”. Co prawda więcej tam fotografii i szkiców, ale czytając Garance, czułam się jak bohaterki „Seksu w wielkim mieście”. Taaaaka światowa.

Dołożyłam sobie też „Musierowicz na gwiazdkę”, trochę cytatów, trochę przepisów, trochę zwyczajów świątecznych. Czytam trochę z rozpędu, bo ta autorka już dawno mnie nie porwała.

***

Tyle. Znacie którąś z tych książek? Co ciekawego czytaliście ostatnio i polecacie?

Powinności polonistki

Przestałam czytać listy książek, które trzeba znać. Jestem polonistką, która nic nie musi.

***

Tak się składa, że jestem absolwentką filologii polskiej i mam wrażenie, że z tego tytułu wiele się ode mnie wymaga (może też być tak, że to ja wymagam sama od siebie, a ciężaru dokłada wieczne poczucie obowiązku. Być może te powinności wymyśliłam sobie sama i teraz to weryfikuję).
Jak to jest – co musi polonistka?

Kanon

Po pierwsze: przeczytać wszystkie arcydzieła literatury polskiej i światowej. To wymaganie jest trudne do spełnienia. Owszem, przeczytałam „Noce i dnie”, „Annę Kareninę”, „Panią Bovary”, „Nędzników”, dużo Prusa i jeszcze więcej Sienkiewicza – no, różne takie sztandarowe cuda. Za młodu, jeszcze przed maturą, przeczytałam większość Ważnych Lektur, ale cieszę się, że niektóre zostawiłam na czas po studiach. Dzięki temu dałam szansę „Chłopom” Reymonta – książce, która w liceum wydawała mi się nieciekawa. A tymczasem czytałam zachwycona. Rozsmakowywałam się słowami jak najlepszym jedzeniem.

szwabacha

Mam swoją prywatną listę. Na niektóre pozycje przychodzi dobra pora. Teraz odkrywam świat „Wojny i pokoju” – z wielką przyjemnością zagłębię się w te opasłe tomiska o pożółkłych stronach, wypożyczane po kolei z miejskiej biblioteki. Kto wie, może przyjdzie czas i na „Ulissesa”? (Choć wątpię.)

Być na bieżąco

Po drugie: przeczytać wszystkie bestsellery. Nie, nie, nie. Nie przeczytałam większości książek, o których się mówi. Najpierw niech opadnie pył i umilkną głosy, potem ewentualnie zdecyduję, czy chcę sięgnąć po coś tylko dlatego, że miało szałową akcję promocyjną albo szumną ekranizację. Nie przebrnęłam przez irytujący początek „Złodziejki książek”, ale za to z wielkim szacunkiem i atencją zmierzyłam się z 700-stronicowym reportażem pt. „Głód”. Czuję, że dobrze wybrałam.

Znać słowniki na pamięć

Po trzecie. Nie robić błędów, nigdy i nigdzie. Znać zasadę pisowni każdego słowa w języku polskim, a przy tym łączliwość, znaczenie, odmianę… Jak ja nie lubię, jak ktoś zaczyna pytanie: „A bo Ty jesteś polonistką… zastanawiałam się niedawno, jak się mówi/ jak się pisze…?”. Niestety nie znam na pamięć słowników, gdyż generalnie mam bardzo słabą pamięć. Nie muszę znać, ale muszę umieć znaleźć – a to różnica. Takie rozróżnienie daje więcej spokoju.

Co prawda boli mnie, jak ktoś po polonistyce nie rozróżnia „dziękuje” od „dziękuję”, ale cóż, ja nie rozróżniam „zaświecenia światła” od „włączenia światła” i po dziś dzień nie wiem, co jest poprawne. Ale może mnie ktoś oświecić.

(fot. Mariusz Bieniek)

Moje 7 sposobów na nowe

Jeśli czujesz, że życie Cię nie jest w stanie niczym zaskoczyć, jeśli mówisz sobie codziennie: „Znowu to samo”, jeśli zjada Cię rutyna, schemat i monotonia, ten wpis jest dla Ciebie.

Jest wiele dróg, by odkrywać nowe. Inspiracje i niespodzianki mogą stać się istotną częścią Twojego życia. Zobacz, jak ja to robię, że nigdy się nie nudzę…

Ok, dość tego wstępu wyjętego z ust nieudacznych couchów. Do rzeczy. Co nowego (w ramach projektu „Ostatni rok”) odkrywam:

1. Nowe warzywo

Poznaję nowe warzywo i dodaję je do każdej potrawy. Zawsze myślałam, że nienawidzę selera. Potem zaczęłam lubić krem z białych warzyw. W tym roku ostrożnie i z pewną dozą nieśmiałości sięgnęłam po seler naciowy i przepadłam z kretesem, gdyż okazało się, że moja odwieczna tęsknota za chrupkością niekoniecznie musi się kończyć zjedzeniem batona z orzechami albo wafla. Może się skończyć zdrowiej i ciekawiej. Drobniutko pokrojony seler naciowy dodaję do wszystkich dań – warzywnych, mięsnych, zup, gulaszów, sosów. Wszędzie pasuje i wszędzie dobrze robi. Zwariowałam.

2. Nowe danie

Póki jesteśmy w kuchni, dodam jeszcze jeden punkt: co tydzień nowe danie. Bierzesz zakurzoną książkę kucharską, z której wszystkie fotografie znasz już na pamięć, i planujesz. Przyglądasz się. Sprawdzasz, na co masz ochotę. Ewentualnie możesz kupić nową książkę kucharską i wybierać, co chcesz ugotować. A potem to ugotuj. Może Ci posmakuje, może nie. Nie rozumiem, jak można jeść w kółko to samo.

3. Nowy cykl filmów

Postanowiłam pooglądać sobie francuskie komedie, żeby zobaczyć inaczej. Posłuchać języka, pooglądać innych aktorów niż zbyt dobrze znane holywoodzkie twarze. Trochę Francji, trochę stylu innego niż ten, do którego przywykliśmy. Inne spojrzenie, inne poczucie humoru. Samo dobro. Samo inne.

4. Nowe w literaturze

Dlaczego nie poznać lepiej tego, do czego jest się uprzedzonym? Nie przepadam za fantastyką i dlatego zaczęłam ją czytać.

Oczywiście, w autobusie czy przed konferencją dużo lepiej i szykowniej wyglądają eseje o literaturze czy translatoryce, ale czasem warto poczytać jakąś wciągającą historię z krzykliwą okładką (najgorzej), z nieźle skonstruowanymi bohaterami, dać się porwać ich losom, by potem myśleć o nich i o to, co dalej, co się dalej wydarzy? Jeśli postać siedzi w głowie i myślisz, co się z nią dzieje, kiedy Ty pracujesz, to już dużo.

Do tej pory sięgnęłam po Pilipiuka, po Wójtowicz, wreszcie po Anetę Jadowską (również ze względów osobistych, pamiętam ją z liceum i wspólnych kolonii nad morzem; ekscytuję się, że została całkiem dobrą pisarką).

5. Nowe aktywności, nowe doświadczenia

Gram w grę komputerową, poszłam z mężem w takie jedno miejsce, w którym zaopatrzeni w kamizelki i sprzęt strzelaliśmy do siebie z laserów. Nasze małżeństwo weszło na nowy poziom. Adrenalina razy tysiąc.

6. Nowe znajomości

Nie tylko poznawanie całkiem nowych ludzi, ale też głębsze poznawanie tych, z którymi jesteśmy na „Cześć” i mijamy się na drodze ku własnym obowiązkom. A tu można się zaskoczyć. Myślałeś, że łączy Cię z kimś jedynie miejsce pracy, a tu okazuje się, że wspólna pasja i patrzenie na świat, że te same tematy intrygują i inspirują. Z jednej strony wymiana doświadczeń, wzajemne ubogacanie, możesz się przed kimś odkryć i dostaniesz świetne rady, a z drugiej możesz komuś pomóc, nawet o tym nie wiedząc… Owszem, można się zamknąć przed innymi i uznać: „Ja się nie zaprzyjaźniam, nie ma fajnych ludzi wokół mnie”, tylko po co? Nie przegapmy tego, co może okazać się cenne.

7. Nowe wyzwanie.

Zorganizować przyjęcie urodzinowe? Nigdy tego nie robiłam. Czy sobie poradzę? Nie przekonam się, dopóki tego nie sprawdzę. Zaplanować menu i opracować listę gości trzy miesiące wcześniej? Zrobić listę w Wunderlist, wysłać ręcznie robione zaproszenia, kupić serwetki i niezbędne produkty, wydrukować pamiątkowe zdjęcia z przyjaciółmi, ustalić warunki lokalowe, wymyślić wszystko, a potem spędzić osiem godzin w kuchni? Nie ma sprawy. Zadanie wykonane, teraz czas na większe wyzwania, jak piszą mi czasem w „Wiedźminie”.

Krótko mówiąc, czerp, inspiruj się, sięgaj po nowe.

05 (Fot. Mariusz Bieniek)

1 2 3